Idol na Tarczy (odsłona 1)

Rozpoczynam prezentację notek konkursowych. Przyszło ich 32, więc dawkując po osiem powinniśmy się uwinąć do czwartku. Wszelako jako, że przed nami półfinały Ligi Mistrzów, a zwłaszcza jeden szczególny z udziałem Barcelony i Chelsea, rezerwuję sobie prawo do notki, w razie gdyby doszło do jakiejś kolejnej f*** disgrace. Zaczynamy w kolejności nadsyłania (od dołu). Cieszę się, że widzę tu tyle znajomych twarzy – mam na myśli autorów, nie Upadłych Idoli. Co do tych ostatnich, to – co ciekawe – dziś (a nie wiem jak dalej, bo nie czytałem jeszcze) sami Anglicy, z wyjątkiem dwóch piłkarzy Wisły Kraków. Co jeszcze ciekawsze, Michał Zachodny, autor świetnego bloga o Chelsea nie napisał o żadnym piłkarzu Chelsea, ale… sami przeczytacie, bo od jego notki zaczynamy (uwaga, czytelnicy niepełnoletni ze względu na wulgarny język proszeni są o przejście od razu od notki nr 2!). O upadku piłkarza Chelsea (dosłownym i w najgorszym momencie w karierze) napisał za to Michał Panasewicz – wiem, że 1000 znaków za długo (jury go z tego rozliczy), ale za to Piotr Rusin opisał nam tą samą sytuację w formie nieco rozszerzonego twitta;) Aha, a propos jury – tym razem postanowiłem je skompletować ze zwycięzców poprzednich konkursów literackich, tego pierwszego, czyli Piotrka Czernickiego-Sochala i tego ostatniego, czyli Piotrka Dygę, który dziś wpada po piłkę z autografem Schmeichela… Bardzo liczę na kreatywne recenzje Batmana recenzentów, czyli scv78 i Robina, który ostatnio do niego dołączył pavlocebo, ale wszelkie opinie mile widziane… No to ciach!

 

Małecki

Michał Zachodny

Nie wierzę. Kurwa. Zdjął mnie. Ten idiota mnie zdjął. Co on sobie, kurwa, myśli? Mnie?! Czy on nie widzi co ta banda pajaców wyprawia? Godziny nie pograłem, powalony. Kurwa, Nunez się o nogi potyka, czoło obija i gra z rywalem. Garguła człapie i każdą akcję stop! Młody jak debil wyleciał z boiska po dwudziestu minutach. I wini mnie. Mnie, kurwa. Jedyną osobę co ten cały cyrk ciągnie. Jedynego, który rozumie co ten palant nam mówi. „Grajcie spokojnie, cierpliwie, dużo piłek do Maora…” Też mi kurwa taktyka. Wszystko na niego, a ja jak debil sterczę na lewej trzy czwarte meczu i tylko oglądam jak on co akcję wpieprza się w tłum rywali. Chyba, cholera jasna, muszę się nauczyć jak ichniemu jest „podaj, kurwa!”, ale pewnie i wtedy nie zrozumie.

Mnie zdjął, mnie. Przecież ci frajerzy z Belgii nie potrafią grać, aż się prosi o bardziej ofensywną grę. A on wstawia kolejnego emeryta. Jeszcze tylko kurwa brakuje by sam wszedł na boisko. Z drugiej strony, gorzej niż ten dwumetrowy paralityk to na pewno by nie zagrał. Ja lepiej gram na stoperze. Pieprzona zwrotność Titanica. Jakim cudem on w ogóle gra w piłkę?! Kto go wziął do rezerw?! Kto mu dał kontrakt?! Klub zarządzany przez bandę imbecyli, trener, który nic nie widzi, cała reszta kopie się po czołach i nie potrafi dobrze dograć. I on, kurwa, zdejmuje mnie. MNIE!

Śmiech na sali. Powaliło go?! Czy on nie widzi, że to nie dawałem dupy, ale cała reszta bałwanów? Ja pierdolę. Gonimy wynik, gramy z kompletnymi frajerami, ciągnę ten zespół za uszy, robię wszystkie akcje, a on… Pierdut! Zmiana! Emeryt na boisku. Kurwa, taktyk się znalazł. Pomyślał Kazek, że jest Mourinho, Guardiola. Przecież on C-klasy nie powinien prowadzić. Ten poprzedni przynajmniej na rowerze potrafił jeździć, uśmiechał się, coś zagadywał… Ten? Nie… Chodzi pomarszczony, że niby myśli. No to, kurwa, wymyślił!

Jeszcze będzie mi pierdolił, że mu ręki nie podałem. Albo się nie będzie odzywał, jaśnie pan Kazimierz wielce obrażony. I co on, kurwa, sobie myśli, że to dla mnie jakaś szkoda? A w du… Nieważne.

Mnie zdjął. Zapieprzam, od pola do pola, co chwilę któregoś jadę jak chcę, ale co oddaję piłkę to kurwa od razu strata. A ten palant drze się na mnie „dalej Pati, dalej!”. „Pati”?! Czy ja jestem jego synem?! „Nie rusz Kazika…” Ja pierdolę. Powaliło go. I ich też. Wszystkich. Banda debili. Nie mają o niczym pojęcia.

Dobrze, że tego gówna już nie oglądam. Przynajmniej nie siądzie tylko na mnie, że daliśmy dupy. Każdy normalny widział ile dawałem z siebie. Wszystko. Dwa tysiące pierdolonych procent. Przecież beze mnie to oni jeszcze z trzy stracą i już w ogóle nas wypieprzą z tych pucharów. Jak można było tak spieprzyć zespół?! Czy oni kurwa z siatkami po Europie jeździli i brali co stało przy drodze?! Łapał jeden z drugim stopa na autostradzie, a teraz kurwa gra na prawej w MOJEJ Wisełce. Aaa, nie chce mi się tych popieprzonych mord nawet oglądać. I tego idioty. Trener. Dupa nie trener. Wyleci za miesiąc. Tydzień, kurwa. Pierdolę, jadę do domu.

 

 

Zdarza się

Michał Panasewicz

Futbolowy mikroświat, często wyolbrzymiony i komiczny, darzony uwielbieniem przez miliony fanów, przypomina miejscami świat superbohaterów Marvela. Podział między siłami dobra (Barcelona) a nikczemną stroną pieniędzy i defensywnej taktyki (Real Madryt, Manchester City) jest oczywisty dla dzieciaka oglądającego z wypiekami na twarzy wtorkowo-środowe zmagania swoich herosów. Mimo tego czarne charaktery, jak to często bywa, przyciągają charyzmą i błyskotliwym dialogiem, vide Jose Mourinho. I tak jak w komiksowym uniwersum, bohater czasem upada, a schwarzcharakter triumfuje. Jak napisałby Vonnegut: zdarza się.

Być może największy boiskowy upadek ostatnich lat przytrafił się piłkarskiemu odpowiednikowi Wolverina, człowieka niezniszczalnego, z kręgosłupem zdawałoby się wzmocnionym grubą warstwą adamantium, ze zdumiewającą zdolnością regeneracji i nadludzkim poświęceniem dla Sprawy. Człowieka który przeżywa jak gdyby nigdy nic kolejne zmiany szkoleniowców, który atakuje stalowym pazurem bramkę przeciwnika kiedy czas jest odpowiedni, zdobywając dla swojego klubu 47 goli. Wolverine z niebieską koszulką i parą korków to John Terry, kapitan Chelsea.

Postać w równym stopniu kochana przez kibiców the Blues co nienawidzona przez resztę Albionu. Dla jednych symbol klubu, dla innych zamaskowany bandyta z pierwszych stron tabloidów, polujący na cudze kobiety i czarnoskórych piłkarzy. A na boisku? Kolejną kość pogruchotaną w walce o piłkę, Terry podsumowuje mówiąc, że nie ma nic przeciwko liczeniu medali na wózku inwalidzkim. Choć to nie wydaje się prawdopodobne, bo, jak na herosa przystało, numer 26 wykorzystuje moc przyspieszonej regeneracji, by przetrwać tyle ile potrzeba w każdej sytuacji, nieważne czy dokucza stara, leczona operacyjnie kontuzja pleców, czy złamany nos, czy, jak w zeszłym tygodniu, dwa pęknięte żebra i trudności z oddychaniem. Jeden jedyny raz rywalom udało się go wyeliminować, kiedy w finale Pucharu Ligi jeden z żołnierzy Zielonego Gob… ekhm, Arsena Wengera, kopnął Terry’ego w twarz, pozbawiając przytomności i zagrażając życiu. Ostatnie słowo należało jednak do Anglika, po tym jak samodzielnie wypisał się ze szpitala (!) i wrócił na stadion by świętować zwycięstwo.

A jednak, jak może Wam powiedzieć byle nastolatek, każdy superbohater ma swoją słabość. Nie można zarzucić nic formie fizycznej Terry’ego i nie można kwestionować jego serca do walki. Te walory pozwoliły mu poprowadzić zespół do pierwszego w historii finału Pucharu Europy, gdzie po dogrywce staną przed życiową szansą w rzutach karnych. Gdzie heros przegra. To, co go zgubi, to jedyna słabostka, ulubiony grzech diabelskiego Ala Pacino, czyli próżność.

W deszczowej Moskwie jest późna noc, ale nikt nie śpi. Po strzale Naniego Chelsea remisuje 4-4 w konkursie rzutów karnych. Do zakończenia ostatni strzał. Dla niebieskich. Trener na początku wybrał Salomona Kalou do piątej jedenastki po stu dwudziestu minutach gry. Kalou to napastnik i nigdy nie pomylił się z rzutu karnego, ale to raczej postać chimeryczna, śmieszna, bardziej przypominająca Ropuchę niż Supermana. A dumny kapitan już widzi swój moment chwały, nagłówki w angielskich gazetach które tak zaszły mu za skórę. Maszeruję z wypiętą piersią w stronę bramki, świadomy milionów oczu wpatrzonych, poprawia opaskę na ramieniu. Właściwy człowiek na właściwym miejscu, myślą pewnie koledzy kiedy piłkarz ze stali podbiega do strzału.

Ostatnie kilka kartek w komiksowym zeszycie jest wyrwanych, i zabrakło rysunku ostatniego ciosu. To miejsce wypełniło życie. Poślizg, utrata równowagi i piłka która już siedziała w bramce ląduje na słupku. Kapitan nie wie dlaczego leży i dlaczego twarz ma w dłoniach. Wszystko ogląda jakby z boku, wzrok zasłaniają łzy kiedy dwie minuty później triumfują Czerwone Diabły.

Zdarza się.

I chociaż nasz boiskowy Wolverine nadal walczy o każdy centymetr boiska, to coś w nim pękło. Przez długie monotonne noce leży i patrzy w sufit. Boi się spać, bo tamten dzień na Łużnikach ma wypalony pod powiekami. Jest już tylko człowiekiem, a starość wygląda o wiele bardziej realnie niż kiedy mówił o wózkach inwalidzkich. Być może poetycka sprawiedliwość zadziała w tym roku, kiedy nadal jest szansa na wzniesienie uszatego pucharu. Być może ostatnia.

 

 

Ryan Giggs

Bartłomiej Matulewicz

Legenda, wzór do naśladowania, przykład idealnego męża i ojca, który wszystkie tryumfy święcił wraz ze swoją rodziną na murawie Teatru Marzeń. Zawodnik bez wad, który całą swoją piłkarską karierę spędził w jednym klubie prowadząć go do sukcesów na arenie lokalnej oraz globalnej. Bezapelacyjny kandydat do tytułu szlacheckiego, o którego nadaniu mówiło się już od kilku lat a towarzysząca ceremonii laudacja na jego temat mogłaby trwać w nieskończoność.

 Ryan Giggs. Najznakomitszy walijski piłkarz w historii, jeden z najlepszych graczy swojego pokolenia w Europie. Jego historia toczy się nieprzerwanie od 1991 roku, kiedy to debiutując z Evertonem zapoczątkował jedną z najpiękniejszych historii znanych dzisiejszej piłce. Niewielu jest sportowców, mogących równać się klasą z Ryanem. Wraz z Paulem Scholesem oraz kilkoma innymi zawodnikami z rocznika 90′ Ryan Giggs wrósł w mury Old Trafford w sposób, jaki jest rzadko spotykany w dzisiejszym świecie piłkarskich rotacji. Wrósł do tego stopnia, że stał się częścią, bez której United nie istnieje, tak jak nie mogłoby istnieć bez Fergusona. Przez ponad 20 lat kariery piłkarskiej Giggs poprowadził drużynę do największych sukcesów. Stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych piłkarzy, oraz najpopularniejszym sportowcem na wyspach. Jego sława jest tym bardziej wartościowa, że nie zdobył jej hucznym transferem, wielkim występem, lecz ciężką pracą oraz przedstawianiem wartości najwyższych – szacunek, rodzina, ciężka praca oraz miłość do klubu. Warto zauważyć, że Giggs swoje cechy przekładał na boisku, zostając uznanym jednym z najczyściej grających zawodników, który czerwonych kartek się nie zwykł dostawać, żółtych unika, a takich forteli jak symulacja czy złośliwość zwyczajnie się brzydzi. Na tej płaszczyźnie można mówić o prawdziwej apoteozie Giggsa

Jego porażka jest tym większa, że jej przedmiotem nie jest fatalny błąd decydujący o mistrzostwie, czy zdradzenie kibiców przejściem do lokalnego rywala. Giggs zawiódł na płaszczyźnie, na której o porażkę nikt go nie podejrzewał. Zdradził żonę, zrobił to jednak w sposób, który nie może zostać usprawiedliwiony przez głupotę męskiej natury. Giggs do zdrady posunął się co najmniej dwukrotnie, raz z mającą pewne niemałe walory celebrytką. Próbował on wtedy zamknąć nawet usta prasie, co niestety odbiło mu się potężną czkawką. Druga zdrada okazała się dużo gorsza, gorsza od zdrady Rooneya, Terrego, czy innych gwiazd. Informacja, jakoby Ryan Giggs sypiał z żoną swojego brata wywołała burzę, jakiej nie wywołał dotąd żaden inny skandal.

Ryan upadł. Nie jako sportowiec, bo piłkarsko spełnia się dalej, prowadząc United do 20 tytułu. Można odnieść wrażenie, że cała historia przeszła obok piłkarza, któremu niejedna osoba zwiastowała koniec kariery i ratowanie rodzinnego ogniska. Upadł jako wzór, autorytet, uosobienie najwyższych wartości i cnót. Klubu co prawda nie zdradził, prawdopodobnie nie zrobiłby tego nigdy, gdyż piłka nożna wydaje się być dla niego ważniejsza od reszty świata, zdradził jednak kibiców wierzących w człowieka prawego, który czynem niemoralnym się brzydzi. Oczekiwanego tytułu szlacheckiego nie dostanie już pewnie nigdy.

 

 

Mariusz Jop

Mateusz Stopka

Grunt, to znaleźć odpowiedni, godny temat. Wydaje mi się, że trafiłem w sedno. Określenie „upadek” czy „wpadka” kojarzą mi się z nazwiskiem Jop, wręcz synonim. Pamiętacie? Maj, 29 kolejka ekstraklasy, Wisła gości na Suchych Stawach, by meczem z wielkim rywalem zza Błoń przybić ostatni stempel na tytule mistrzowskim. Z powodu problemów Alvareza, Jop wybiega w pierwszej jedenastce, na prawej obronie. Spisuje się nieźle. Wiśle gra się ciężko, emocje jak na grzybach. Autobus, zaparkowany w polu karnym „Pasów” wydaje się być nie do ruszenia.

A jednak, stało się! W 78 minucie, Boguski rozerwał defensywę gospodarzy, pada upragniona bramka. W korespondencyjnym spotkaniu, Lech remisuje z Ruchem 1:1, „Biała Gwiazda” ma tytuł. Tutaj kończy się racjonalna cześć opowiastki, wkraczają cuda, elementy fantastyczne, do ludzi kierujących się rozumem – nie czytajcie dalej.

Ostatnia akcja spotkania. Rzut wolny dla „Pasów”. Kocioł w szesnastce Wisły. Suvorov – egzekutor wolniaka, wolno i pieczołowicie ustawia sobie futbolówkę. Mijają kolejne sekundy, 15 sekund do końca, 14, 13 i wreszcie, lewa noga Suvorova kieruje piłkę do kotła. Pierwszy przy piłce jest Jop, jednak trafia w piłkę nieudolnie, niezgrabnie, futbolówka, złośliwie wpada za kołnierz Marcina Juszczyka, remis. Obrońca pada na kolana, jak po nokaucie. Szybki rzut okiem na sytuacje Lecha. Niewiarygodne!

Lech przechylił szalę na swoją stronę, Kriwiec – strzałem rozpaczy – doprowadza – równocześnie – Chorzów i Kraków (co najmniej, część) do płaczu, a Poznań do euforii. Mariusz Jop zniweczył całosezonowy trud swojej drużyny, mistrzem Lech. To prawdziwy upadek, nieszczęście, pech. Tyle zbiegów okoliczności, a wniosek jeden – Jop zawalił tytuł, kilka dni później odszedł z klubu, opinia publiczna jechała po nim, jak po łysej kobyle.

 

 

George Best

Paweł Wątorski

Opiszę upadek George Besta idola mojego dziadka. Był on Irlandczykiem, który grał w Manchesterze United. Rozegrał w barwach Czerwonych Diabłów 361 meczów i strzelił 137 bramek. Mój dziadek wiele razy mi o nim opowiadał. Na boisku zawsze silny, szybki i to cechuje najlepszych napastników świata czyli instynkt strzelecki. Grał w Man Utd przez 11 lat i pewnie gdyby nie problem z nałogiem, którym był alkohol z pewnością miałby szansę na powiększenie swojego dorobku. A tak po kolejnych spóźnieniach na treningi i problemy z zresztą zawodników został odsunięty z kadry Man Utd. Wiele razy melanżował nawet dzień przed ważnymi meczami. Trzeźwiał dopiero w szatni i mimo to potrafił pokonać bramkarzy drużyny przeciwnej.

W 1984 trafił na trzy miesiące do więzienia za jazdę samochodem pod wpływem alkoholu, nawet do  programu w TV był pijany. W 2000 doszło do transplantacji wątroby. Stan zdrowia Besta uległ znacznemu pogorszeniu jesienią 2005. W listopadzie trafił on w bardzo ciężkim stanie do szpitala. 25 listopada zmarł. Widocznie gdyby nie problem z nałogiem któremu się poddał jego kariera inaczej by się potoczyła, a może to ten nałóg go nakręcał? NIe chcę więc oceniać czy jego kariera piłkarska była w pełni spełniona, ale niewątpliwie zostanie on zapamiętany przez kolejne pokolenia. W dzisiejszych czasach ciężko, żeby zawodnik, który nie prowadzi zdrowego trybu zdrowia to nie ma żadnych szans, by grać w wielkim klubie.

 

Spalony

Bastekbora

Real Madryt, Newcastle United, Manchester United. Wielu piłkarzy chciałoby zagrać w tych klubach chociaż przez jeden dzień, a jednemu udało się to osiągnąć. Problem polega jednak na tym, że wcześniej trenował i wyszkolił go czerwony duch z Merseyside czyli Liverpool FC.

Michael Owen, bo o nim mowa przez lata był wielbiony przez Kopites na całym świecie, a dzieci mogły zabijać się o kupno i posiadanie jego koszulki. Kariera bajeczna, pierwszy skład, miano legendy, mnóstwo goli i trofea, to osiągnięcia, którymi mógł się poszczycić. Najmłodszy młody piłkarz Premiership z 1998 roku zdecydował się poszerzyć swoją piłkarską ścieżkę i zamiast nadal grać pierwsze skrzypce w the Reds postanowił spróbować sił w gorącej Hiszpanii. Marzeniem stało się założyć barwy Królewskich, ale marzenia szybko prysły. Kilkanaście goli w ponad 30 występach, to zdecydowanie za mało. Powoli jego nazwisko wypalało się w kartach historii. Jak każdy rozsądny zawodnik chciał wrócić na szczyt, odbudować swoją formę i znowu grać na najwyższym poziomie. Newcastle dało mu szansę, ale po raz kolejny wszystko skończyło się na marzeniach i nadziei, która z kolejnym rokiem coraz bardziej się oddalała.

Fani Liverpoolu chcieli znowu przyjąć Owena u siebie, tak jak zrobili to kiedyś z Fowlerem. Michael zdecydowałem jednak zranić ich serca… przeszedł do Manchesteru United. Dla wielu okazało się to niewybaczalnym błędem, końcem jego kariery, głupotą i mnóstwem innych epitetów, których nie mogę tutaj przytoczyć. Stał się po prostu zdrajcą. Judaszem, który wychował się w Liverpoolu, w młodość kibicując Evertonowi… i ostatecznie trafił na Old Trafford. To był cios prosto w serce. Kolejne wywiady pokazały, że doszczętnie wypiął się na fanów z Anfield Road. W wywiadach twierdził, że Manchester United ma najlepszych kibiców w Anglii, że wreszcie może zdobyć tytuł mistrza Anglii. I zdobył. Problem jednak taki, że jako rezerwowy, a nic nie wskazywało na to, że właśnie tak skończy.

Spalił się nie tylko w historii. Spalił także swoje nazwisko na t-shirt’ach Liverpoolu. Fani zaczęli wyrzucać jego trykoty, starali się o nim zapomnieć. Niektórzy nawet próbowali zrozumieć jego decyzje. Na nic się to nie zdało. Teraz można porównać jego karierę. Zastanówmy się. Grając w pierwszym składzie nie zdobył mistrzostwa, będąc tylko alternatywą stał się mistrzem kraju. Może jednak lepiej usiąść na ławce. Choćby dla własnego bezpieczeństwa? Jedno jest pewne. Semper Fidelis do niego nie pasuje.

 

John Terry

Piotr Rusin

Szperałem i wyszperałem niesamowity upadek. Do takiego tytułu, jak ulał, pasuje osoba Johna Terry’ego. Chelsea, jest klubem, który – od momentu przejęcia przez Abramowicza – celuje w Puchar Europy. Najbliżej, bo o jeden strzał, byli w 2008 roku. 21 Maja 2008, na stadionie w Moskwie, spotkały się dwaj hegemoni Premiership. W regulaminowym czasie gry remis, po jeden. Dogrywka nie przyniosła bramek. Karne. Piąta seria, jedynym, który spudłował był CR, więc jedenastka mogła dać tytuł, upragniony, „The Blues”. Do piłki oddalonej o jedenaście metrów przed bramką VDS, podchodzi John Terry, kapitan, legenda, żywy pomnik. Nie trafił, właściwie trafił, ale tylko w słupek. Marzenia o tytule trzeba było odłożyć najpierw o kilka minut, a później, wobec pudła Anelki, o kolejny rok. Tragedia, osobisty dramat. Diabły, były w raju.

 

Mój Andy

Bartek Ryt

Pamiętam jak dziś, upalny 30 lipca 1970 roku w szpitalu w Iverness. Był dużym noworodkiem i musiałam się sporo namęczyć, żeby wylazł na światło dzienne. Ale było warto. Jako dziecko nie sprawiał problemów, a przynajmniej nie większych, niż jego koledzy. Uwielbiał grać w piłkę z chłopakami, często wracał nadąsany – strzelał mniej bramek niż inni. Ojciec powtarzał mu, że w piłce nie zawsze liczą się bramki, że drużyna to jedenastu zawodników, a napastników jest tylko dwóch, no bo – niech pan powie – kto by wtedy pomyślał, że można grać inaczej niż 4-4-2?

Wiele razy próbował, w wielu szkockich klubach. W końcu powiedziałam mu, żeby spróbował w Anglii, choć mąż był temu przeciwny. Przyjęli go w Plymouth. Wiedziałam, że będę tęsknić, bo Plymouth to drugi koniec Zjednoczonego Królestwa. Wiedziałam, że będziemy się rzadko widywać, że będę płakać i martwić się o niego. Mój mały Andy tak daleko od domu.

Wymagał od siebie wielkich rzeczy i pokazywał to na boisku. Ciężko było w Szkocji oglądać spotkania Division One, ale kilka razy udało nam się z mężem pojechać na mecz Argyle. To prawdziwa magia futbolu – siedzieliśmy na trybunach i słyszeliśmy, jak kilka tysięcy fanów skanduje nazwisko naszego syna. Mo-rri-son!

Niewielu rodziców miało to szczęście. Zadzwonił do nas pewnego dnia na wiosnę 1993 roku. Powiedział, że Dalglish chce go w Blackburn, czwartej drużynie ostatniego sezonu Premier League! Kenny był legendą szkockiej piłki, wielkim piłkarzem i trenerem. Nasz kochany Andy trafił do wielkiego zespołu, z takimi zawodnikami jak Wilcox i Shearer. Nigdy bym nie pomyślała, że właśnie tam jego kariera się załamie. On się starał, on zawsze się stara. Gdy lata później wpadł w alkoholizm od razu chciał z tego wyjść. Często kusiło go do złych rzeczy, ale wiedział o tym i walczył. Jednak w tamtym sezonie wszystko poszło nie tak. Kenny Dalglish nie widział go w pierwszym składzie – nie spodziewałam się tego, my Szkoci zawsze jesteśmy sobie życzliwi i pomocni. Najgorsze jednak było dopiero przed nim – końcówka sezonu, kluczowy mecz z Coventry i ten okropny Peter Ndlovu. Wiece co jest najgorsze? Że ten cały Ndlovu był o wiele gorszym piłkarzem niż Andy. Nie miał tego charakteru, tego błysku w oku.

Ale 2 maja 1994 to wszystko nie miało znaczenia, bo to Peter był górą. Oglądałam ten mecz na Sky Sports i słuchałam jak Andy Gray wyżywa się na moim synu. Pamiętam każde zdanie komentatorów, każde zagranie Ndlovu, wszystkie sytuacje, kiedy minął Andy’ego. Dalglish ściągnął go w 80. minucie i Andy więcej w Blackburn nie zagrał. Gdyby nie ten mecz mogło być zupełnie inaczej. Mógł przebić się do pierwszego składu i zostać legendą brytyjskiej piłki. Wiem o tym, bloody hell, jestem tego pewna.

Później został kapitanem The Citizens. Wyciągnął ich z drugiej ligi, ale miewał problemy. Wielcy ludzie zawsze je mają. Czy upadł? Dla wielu ludzi z Plymouth, Blackburn i Manchesteru pewnie tak. Ale dla mnie on zawsze był i zawsze będzie wielkim piłkarzem.

Jestem z niego dumna.

 

Idol na Tarczy. Ktora notka najlepsza?

8 komentarzy

  1. scv78

    16 kwietnia 2012 at 07:09

    Małecki:
    Szkoda, że to pierwsza notka. Inne, które będą bezppośrednio porównywane z nią, mają przewalone (prze***ne, k***, Kazik). ocena: z racji tego, że pierwsza, to dośc asekuracyjnie – gruchnięcie z samolotu po awarii spadochronu.
    Zdarza się:
    NIe jestem pewien, czy pomysł z wpisaniem upadku Terrego w komiksologię Marvela mi się podoba, ale jest to newątpliwie novum, więc nie marudze. Poza tym dośc zgrabnie poprowadzone. Ocena: Wysoki koń, wszechstronny konkurs konia wierzchowego, rów z wodą, bęc.
    Ryan Giggs:
    Z żoną brata?? wiedziałem o tej wcześniejszej, a to menda-legenda! Solidna notka z solidnym upadkiem. Ocena: uślizg tylnego koła podczas zjazdu rowerem brukowaną uliczką.
    Jop
    Oszczędnie. Wynikiem tych oszczędności Ocena: dziura w chodniku o która się potykamy nikczemnie
    Best
    I tyle??Przypuszczam, że gdyby komuś kazano streścić encyklopedię Britanica do rozmiaru jednego tomu wielkości 300 stron, to o Beście znalazłoby się tam ciut więcej. Ocena: właśnie podskoczyłeś na wysokość metra.
    Spalony:
    Poprawnie i powszednio. Ocena: jak dziura w jezdni których jest legyjon i z którymi co rusz zmagają się zawieszenia naszych samochodów. Ot, taki codzienny upadek jakich wiele.
    Terry:
    Lapidarność stylu godna Cezara. W odróżnieniu od reszty. Ocena: choć best jest the best, to właśnie przeskoczyłeś besta.
    Mój Andy
    kurcze, mam wrażenie że nie wyciągnąłeś z tego tekstu wszystkiego co się dało. Fajny pomysł, zapewne postać też nietuzinkowa (jakoś nie kojarzę), tylko brakuje mi … no cóż, upadku. Podkreślam, nie znam na tyle historii Morissona, żeby domyślać się niuansów, więc być moze z tego powodu umyka mi masa niedomówień i subtelnych sugestii. Ocena: na zachęte felga pogięta gdzieś na trasie.

  2. pavlocebo

    16 kwietnia 2012 at 14:34

    Robin, Michale powiadasz niech będzie, jeśli tylko nie zobowiązuje mnie to do paradowania w czerwono zielonym stroju. Ale do rzeczy.

    Małecki – interesujący, interesujący. Nie znam osobiście Małeckiego, ale często faktycznie zachowuje się, jakby tak wyglądał jego tok myślenia egocentryczny, z poczuciem wyższości, nieskomplikowany, nie przebierający w słowach. Niezła próba autora.
    Zdarza się – po pierwsze, jak Michał już zaznaczył, liczba znaków nie zgadza się z regulaminem, więc można oceniać ją, ale poza konkursem. Sama notka dobrze napisana, barwna, bogata w ciekawe fakty (?) z życia piłkarza. Zaprezentowana osobowość piłkarza mnie całkiem nie przekonuje. Czy Terry naprawdę jest tak próżny?
    Ryan Giggs lubię takie teksty bardzo przejrzysty, dopracowany, z pomysłem. Giggs wciąż funkcjonuje w mediach jako pomnikowa postać, bo piłkarsko jest naprawdę fenomenem. Rzadko pamiętamy natomiast o czysto ludzkich problemach zawodowych sportowców. Fakt, to oni są gwiazdami światowego formatu, zarabiają kosmiczne pieniądze. Jednakże, to wszystko nie jest gwarantem szczęścia czy powodzenia w życiu.
    Mariusz Jop wreszcie nasze rodzime klimaty. Notka, mam wrażenie, napisana zbyt szybko i nie w pełni przemyślana. Autor napisał to co akurat przyszło mu do głowy, nie przespał się z tym tekstem. A szkoda, bo potencjał był Mariusz Jop niewątpliwie dał się zapamiętać.
    George Best dobrze, że autorzy notek konkursowych sięgają nie tylko po współczesnych piłkarzy. Niestety w tym przypadku należałoby jeszcze sporo popracować nad stylem, formą. Plus za próbę zmierzenia się z Bestem. Minus, bo sylwetka piłkarza jest ledwie narysowana, a sam tekst jest zaledwie krótką, selektywną kroniką zdarzeń z jego życia.
    Spalony już ledwo pamiętam, jak niesamowitym napastnikiem był Owen. A był, naprawdę był. Ta notka to przypomina, jak również to dlaczego już się o nim z takim zachwytem nie mówi. Sama notka nie jest porywająca, choć porządnie przygotowana.
    John Terry – toś się Chłopie rozpisał chciałoby się powiedzieć. Przyjmijmy, że nie w ilości siła, ale na szperaniu autor też zbyt dużo czasu chyba nie spędził. Sytuacja z pamiętnego finału jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych z ostatnich lat. Sam akapit zwięzły i streszczający bez ozdobników tamto wydarzenie, nie o to jednak w tym konkursie chodzi (moim skromnym zdaniem).
    Mój Andy jak wielokrotnie wspominałem lubię notki z oryginalnym pomysłem. Ta zaczęła się obiecująco, pisana jest z perspektywy matki piłkarza. Autor nie wykorzystał jednak szansy. W zasadzie jest klarownie, opis też uporządkowany, ale tutaj potrzeba było wstrząsnąć czytelnikiem, a nie go tylko pogłaskać.

    Dzisiaj żadna z notek nie wprowadziła mnie w stan zachwytu. Wyróżniam jednak i mój głos w sondzie otrzymuje Małecki.

  3. pavlocebo

    16 kwietnia 2012 at 14:41

    Umieszczam swój komentarz jeszcze raz. Poprzednio zniknęło kilka myślników, które utrudniają czytanie.

    Robin – Michale powiadasz – niech będzie, jeśli tylko nie zobowiązuje mnie to do paradowania w czerwono zielonym stroju. Ale do rzeczy.

    Małecki – interesujący, interesujący. Nie znam osobiście Małeckiego, ale często faktycznie zachowuje się, jakby tak wyglądał jego tok myślenia egocentryczny, z poczuciem wyższości, nieskomplikowany, nie przebierający w słowach. Niezła próba autora.
    Zdarza się – po pierwsze, jak Michał już zaznaczył, liczba znaków nie zgadza się z regulaminem, więc można oceniać ją, ale poza konkursem. Sama notka dobrze napisana, barwna, bogata w ciekawe fakty (?) z życia piłkarza. Zaprezentowana osobowość piłkarza mnie całkiem nie przekonuje. Czy Terry naprawdę jest tak próżny?
    Ryan Giggs – lubię takie teksty bardzo przejrzysty, dopracowany, z pomysłem. Giggs wciąż funkcjonuje w mediach jako pomnikowa postać, bo piłkarsko jest naprawdę fenomenem. Rzadko pamiętamy natomiast o czysto ludzkich problemach zawodowych sportowców. Fakt, to oni są gwiazdami światowego formatu, zarabiają kosmiczne pieniądze. Jednakże, to wszystko nie jest gwarantem szczęścia czy powodzenia w życiu.
    Mariusz Jop – wreszcie nasze rodzime klimaty. Notka, mam wrażenie, napisana zbyt szybko i nie w pełni przemyślana. Autor napisał to co akurat przyszło mu do głowy, nie przespał się z tym tekstem. A szkoda, bo potencjał był Mariusz Jop niewątpliwie dał się zapamiętać.
    George Best – dobrze, że autorzy notek konkursowych sięgają nie tylko po współczesnych piłkarzy. Niestety w tym przypadku należałoby jeszcze sporo popracować nad stylem, formą. Plus za próbę zmierzenia się z Bestem. Minus, bo sylwetka piłkarza jest ledwie narysowana, a sam tekst jest zaledwie krótką, selektywną kroniką zdarzeń z jego życia.
    Spalony – już ledwo pamiętam, jak niesamowitym napastnikiem był Owen. A był, naprawdę był. Ta notka to przypomina, jak również to dlaczego już się o nim z takim zachwytem nie mówi. Sama notka nie jest porywająca, choć porządnie przygotowana.
    John Terry – toś się Chłopie rozpisał chciałoby się powiedzieć. Przyjmijmy, że nie w ilości siła, ale na szperaniu autor też zbyt dużo czasu chyba nie spędził. Sytuacja z pamiętnego finału jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych z ostatnich lat. Sam akapit zwięzły i streszczający bez ozdobników tamto wydarzenie, nie o to jednak w tym konkursie chodzi (moim skromnym zdaniem).
    Mój Andy – jak wielokrotnie wspominałem lubię notki z oryginalnym pomysłem. Ta zaczęła się obiecująco, pisana jest z perspektywy matki piłkarza. Autor nie wykorzystał jednak szansy. W zasadzie jest klarownie, opis też uporządkowany, ale tutaj potrzeba było wstrząsnąć czytelnikiem, a nie go tylko pogłaskać.

    Dzisiaj żadna z notek nie wprowadziła mnie w stan zachwytu. Wyróżniam jednak i mój głos w sondzie otrzymuje Małecki.

  4. rossi-4

    16 kwietnia 2012 at 17:26

    Małecki- piękna polszczyzna ;), a i tak mam wrażenie, że ograniczyłeś ilość wulgaryzmów do minimum. Brawa za odwagę , relacja zdarzeń oczami zdenerwowanego piłkarza musi zawierać pokaźną ilość mięsa (polecam ostatni wywiad z Radosławem Janukiewiczem) .Poza tym fajny, konsekwentnie poprowadzony pomysł. Nieraz łapałem się na tym, jak myślałem: co ten Mały mówi? Że niby Moskal i C-klasa? Przecież za jego kadencji Wisła wróciła po dłuższym rozbracie do słynnej małej, krakowskiej gry i zaczynała nabierać wyrazistego kształtu? Iliev złapany do siatki przy autostradzie, bez żartów Świadczy to o tym, że nadałeś tej notce realizm.

    Zdarza się- przyjemnie się czyta ten tekst. Ale: 1) defensywna taktyka? Real?ManCity? Obydwie ekipy stuknęły najwięcej goli w swoich ligach. 2) Próżność Terryego? Chyba raczej poczucie obowiązku. Solidny tekst i ciekawe zakończenie, a to jest ważne, bo nieraz można tym zepsuć odbiór tekstu.

    Ryan Giggs naprawdę fajnie zaczyna się ten konkurs. Trzy solidne prace. Tutaj naprawdę ciężko się do czegokolwiek przyczepić, do bólu skuteczna notka, jak Marcos Senna na Euro2008.

    Mariusz Jop po co przypominałeś mi tą sytuację? Bolało i to bardzo Pamiętam tę bramkę Boguskiego w końcówce i smak nadchodzącego mistrzostwa. Autorowi emocje chyba udzielają się aż do dzisiaj, bo opisał to w sposób mocno chaotyczny.

    George Best Może to i oklepane, ale jak najbardziej słuszne, dobrze jest przespać się ze swoim dziełem. Można wtedy uniknąć błędów typu: zdrowego trybu zdrowia itp George Best to idealny kandydat na ciekawą notkę, a tymczasem autor nawet nie podjął próby wyczerpania tematu.

    Owen po dwóch słabszych notkach powrót do poziomu z początku serii. Tekst o Owenie plasuje się minimalnie za pierwszą trójką, bo jest przewidywalny.

    John Terry wow, a co to , ktoś tekst przysłał SMS-em? 😉 Fajne ostatnie zdanie. A tekst jaki jest, każdy widzi.

    Mój Andy przyznam się, ze nie słyszałem zbyt dużo o Morrisonie. Ten tekst mnie zmobilizował, by cos o nim poszperać. A jest całkiem niezły i wpisuje się w ogólnie wysoki poziom tej odsłony. Bardzo oryginalny pomysł, tylko szkoda, że nie w pełni wyciśnięty. Po bardzo obiecującym początku zwierzenia mamy przyjmują postać zeznań i notka traci nieco swój urok.

  5. Gość: ciek, asj73.neoplus.adsl.tpnet.pl

    16 kwietnia 2012 at 18:07

    strasznie nudne, nie czytaj tego.

  6. Gość: liga mistrzów, host-89-230-199-228.lublin.mm.pl

    16 kwietnia 2012 at 19:14

    Nie chce być nie miły, ale jakim idolem może być Mariusz Jop?

  7. pipes_pipes

    16 kwietnia 2012 at 19:23

    Tu na pewno jest spory problem ile faktycznego idola w „idolu”, o którym napisało się notkę. Jest tylu kibiców, że zarówno Jop, jak i inni polscy piłkarze ( jak i „piłkarze”) mogą liczyć na garstkę/ tuzin/ tysiące wiernych fanów.

  8. federicco

    26 kwietnia 2012 at 11:08

    fajny blog, ciekawe wpisy, zapraszam na swoj

Zostaw odpowiedź