Fergie Time! Konkurs (3)

 

Przepraszam za przerwę spowodowaną wyjazdem na mecz Polska – Urugwaj oraz prowadzeniem wczoraj niezwykle ciekawej konferencji pt. „Efektywne wykorzystywanie marketingu sportowego”, podczas której Grzegorz Filipek, dyrektor marketingu marki Oknoplast opowiadał jak bardzo jego firma jest zadowolona ze sponsorowania Interu Mediolan i że dostali oferty sponsorowania m.in. od wielu klubów Premier League i… Borussii Dortmund! Już wracamy do naszego konkursu, oto kolejna – przedostatnia – odsłona.

 

KOSZENIE NA WHITE HART LANE

Andrzej Kotarski

Drogi panie, ja tu 40 lat koszę trawę na stadionie Tottenhamu. Widziałem tu wiele, ale najlepiej pamiętam jeden mecz z 2001.

Był 29 września, pamiętam dokładnie. Przyjechał do nas Manchester United, który zwykle lał nas jak chciał. Ile ja włosów przez tego Fergusona straciłem, sam tylko pan spojrzyj. Nie zapowiadało się łatwo. Remis brałbym w ciemno. A tu pierwsza połowa i gol, drugi, trzeci dla nas! Mieliśmy ich w garści, jak Boga kocham! Wtedy za Lesa Ferdinanda i Teddy’ego Sheringhama mogłem się dać pociąć.

Moja kanciapa jest dwa pokoje od szatni gości na White Hart Lane, więc co nieco do mnie dochodzi. Ale czegoś takiego jak wtedy, panie, w życiu nie słyszałem. W przerwie Ferguson darł się jak poparzony. Wyzywał ich od tchórzy i jeszcze gorzej. To była ta jego słynna szuszarka, susarka…, suszarka panie. Ciekawski jestem, więc poszedłem sprawdzić, co i jak. Gdy zobaczyłem Andy’ego Cole’a wychodzącego z szatni, chłopina drżał jak osika. Zawsze taki pewny siebie, a wtedy taki malutki! Nic dziwnego, że po takiej burze w szatni, na boisku oddałby matkę za strzelenie gola. Trafił po minucie od rozpoczęcia drugiej części.

Najgorzej było panie z tym Beckhamem. Ferguson uwziął się na niego najbardziej. Krzyczał, że interesuje się tylko tą ze Spajs Gerls, że w głowie mu tylko zakupy i samochody. Mówił, że ze ściętymi włosami zniknęła u niego cała ambicja. Dobrze, że wtedy jeszcze nie dostał tym butem od Fergusona, bo mu się należało. Po takich wrzaskach to nawet ja bym bramek nastrzelał, a nogi to mam dwie lewe. Beckham wyszedł na drugą połowę i zaczął nami rządzić, jak własnymi zabawkami. Razem z nim ten Gary Neville, co teraz do telewizji Sky Sports się pcha.

Kiedy w 58. minucie ten wysoki Francuzik Blanc wpakował nam drugą bramkę, ja już widziałem, że nie wygramy. O remis modlić się zacząłem. Każdego Arsenala i Liverpoola już byśmy mieli na widelcu, ale nie z Manchesterem. Oni tak zawsze.

Gol na 3:4 bolał najbardziej. Aż mi łzy w oczy napłynęły. Znienawidziłem Fergusona za jego chytry uśmieszek po tej bramce. Nigdy mu tego nie wybaczę. Ale trzeba skubanemu przyznać, że w tym co robi jest prawdziwy fachura. Tak jak ja z tą trawą na stadionie, mówię panu. O mnie w gazetach nic nie piszą, a na White Hart Lane murawa jak stół do bilarda. Pan tego nie napiszesz, Fergusona wolisz…

 

Taka fajna drużynka

mprzemek

Start sezonu 2011/12, Robin van Persie odbiera telefon.

-Dzień dobry, jak się masz Robin? – pada niewyraźne kilka słów.

-Przepraszam, kto mówi?

-Nie poznajesz… – w  głosie daje się wyczuć cień uśmiechu.

-Nie, i co więcej w ogóle słabo rozumiem, co Pan do mnie mówi. Widzę, że ta rozmowa do niczego nie ma prowadzić…– RVP miał się rozłączyć, nie podejrzewając nawet jak przewrotne okażą się słowa, jakie wyrzekł.

-Tu Alex Ferguson – akcent Szkota brzmiał już dla RVP wyjątkowo charakterystycznie.

– Robin, co sądzisz o moim MU? Pytam, bo wiem, że za 2 lata kończy Ci się kontrakt… – zawieszenie głosu po tych słowach zwiastowało, jak dalej może potoczyć się ta rozmowa.

Reakcja była błyskawiczna.

– Czy to aby nie nielegalne nakłaniać do transferu zbyt wcześnie? – zripostował gracz, całkiem z siebie zadowolony, że nie da się tak wodzić za nos takiej osobistości.

-Ależ czy ja Ci proponuję kontrakt? – spytał niewinnie opiekun United. – Ja tylko ciekaw jestem, co sądzisz o budowanym przeze mnie projekcie, to czysto towarzyska rozmowa. Fajną mam tą drużynkę, co?–wyraźnie ukontentowany z rozmowy, zagadnął mistrz takich gierek.

-Wybacz Sir Alexie, ale ta rozmowa z towarzyskiej szybko może stać się niestosowną. Przy całym szacunku, nie będziemy jej kontynuować. Do widzenia –pożegnał się RVP.

„Dobrze. Profesjonalista” – pomyślał menager.

Po pamiętnym 8:2 Fergie rzucił jedynie, niby zupełnie przypadkiem, w stronę schodzącego RVP: „Fajną mam tą drużynkę, co?”. RVP jeszcze nie wiedział, że te z pozoru niewinne słowa po stokroć mocniej zaczną oddziaływać po kolejnej potyczce z MU, również przegranej 1:2. Prasa już wtedy szeroko spekulowała co do losu RVP…

W trakcie posezonowych rozmów z Wengerem, przed każdym kolejnym spotkaniem Ferguson już wiedział o ofercie PSG i podbijał sumę odstępnego, zanim Francuz zdążył o niej powiedzieć. Jakiż to paradoks, że obaj menagerowie są na końcu tak zadowoleni z wyniku negocjacji. Przecież jeden z nich traci niekwestionowanego lidera, drugi płaci 9 mln € więcej niż początkowo zakładał, a mimo to obaj wiedzą, że ugrali maksimum tego, co mogli. Tak, piłkarskie szachy wykraczają dużo dalej poza murawę…

Warunki kontraktu stanęły na 200tys. tygodniówki. Tymczasem wieczorem gruchnęła wieść, że do gry weszli szejkowie z City. Zirytowany SAF chwycił za telefon i wybrał numer gracza Oranje.

– Powiem krótko – twardo rzekł Szkot. – Wiem o ofercie z City. Wiem, że proponują Ci 250 tys. United nie zamierza licytować oferty, znasz ją doskonale, masz czas na decyzję do jutra. Wiesz, że z City nie wygrasz tyle, co ze mną. Czekam na telefon. SAF wypowiedział te słowa stanowczo, ale już spokojnie, rozłączając się bez czekania na jakąkolwiek odezwę.

Nie zdążył się dobrze rozsiąść w fotelu, a telefon zadzwonił. Na wyświetlaczu:„van Persie Robin”.

-W City oferują mi 300tys, nie 250 – powiedział spokojny głos – także ma Boss nieprecyzyjne informacje.

-W takim razie muszę zwolnić informatora – odrzekł pełen opanowania Ferguson. – Ale czy usłyszałem Boss? – spytał z nutką ledwo wyczuwalnej ekscytacji w głosie.

-Tak, tak powiedziałem – RVP śmiał się po odpowiedzi 70-latka odnośnie informatora. Jest Pan niemozliwym człowiekiem Boss – kontynuował dalej rozbawiony król strzelców. – Nie przyjmę oferty City, tam nie ma takiej osobowości, a przede wszystkim – tu na chwilę zawiesił głos – nie mają takiej fajnej drużynki, co? – z zadowoleniem zakończył nowy nabytek MU.

„Profesjonalista” – uśmiechnął się w myślach Ferguson.

 

Sir Alex Ferguson, czyli historia dwumeczu z Legią

Olek Szmajda

Sezon 1990/1991 okazał się bardzo ciekawym, jeśli chodzi o rozgrywki Pucharu Zdobywców Pucharów. Manchester United, awansując po dość niełatwym dwumeczu z Montpellier prowadzonym przez Henryka Kasperczaka miał spotkać się w półfinale z Legią Warszawa.
Polska drużyna zapowiadała się na rywala, który nie ułatwi w wykonaniu zadania. Warto zaznaczyć, że te rozgrywki były okazją dla Czerwonych Diabłów do naprawienia niezbyt udanego sezonu ligowego, gdzie dopiero Manchesterowi udało się zająć szóste miejsce. Alex Ferguson, wtedy jeszcze niemający tytułu szlacheckiego miał skromny dorobek, jeśli chodzi o zdobywanie trofeów dla klubu z Old Trafford. Puchar Anglii, osiągnięty rok wcześniej, po meczu z Crystal Palace, to trochę za mało, jak na pięć lat pracy w tak wielkim klubie….
Legia miała jeszcze gorszy sezon ligowy, broniła się przed spadkiem, ale ku zdziwieniu całej Polski i Europy była w stanie wyeliminować szkockie Aberdeen i naszpikowaną gwiazdami Sampdorię Genuę. Szczególnie pokonanie poprzedniego przeciwnika nie byłoby możliwe bez młodego Wojciecha Kowalczyka, dla którego świat czekał już na podbicie…
10 kwietnia 1991 doszło, więc do pierwszego meczu półfinałowego przy Łazienkowskiej pomiędzy obydwoma zespołami. Faworyta wydawało się łatwo wytypować, choć legioniści liczyli na awans do finału. Manchester z solidną parą stoperów, taką jak Steve Bruce-Gary Pallister, czy takimi asami, jak Brian McClair, Lee Sharpe i Mark Hughes budził ogromny respekt. Niespodziewanie mecz dobrze się układał dla Legii, co bardzo niepokoiło i doprowadzało w stan nerwowości Fergusona. Udokumentowaniem takiej gry była bramka Jacka Cyzio w 36 minucie spotkania. Szok! Radość na trybunach! Niedowierzanie! Jak się okazało, trwające tylko 47 sekund… Nieupilnowany Sharpe natychmiast rozpoczął kolejną akcję i dośrodkował do McClaira, który ze spokojem zdobył bramkę wyrównującą. Legia już przed końcem pierwszej połowy grała w osłabieniu, co niczego dobrego w drugiej części meczu nie zapowiadało. Czerwone Diabły dominowały od momentu wznowienia gry, co potwierdziły bramki Hughes’a i Bruce’a, które zamknęły marzenia stołecznej drużynie o triumfie w europejskich pucharach. Cały sztab szkoleniowy Manchesteru był spokojny, rewanż na Old Trafford zdawał się być formalnością i tylko przyszło wyczekiwać na wieści o przyszłym rywalu w finale.
W Anglii zawodnikiem, który się pokazał z dobrej strony był wspomniany już Wojciech Kowalczyk, który uratował honor warszawskiej drużynie. Był on z pewnością odkryciem tamtego sezonu, ale, jak historia pokazała oczekiwań w dalszej części kariery nie spełnił…
Tymczasem Ferguson zaczął się zastanawiać, jak przechytrzyć Barcelonę w finale. Odpowiedź była bardzo prosta – wystarczyło mieć Marka Hughes’a w drużynie…

 

Mogłem zostać

Kuba Pawłowski

Cholernie dużo czasu spędziłem w tym klubie i zawsze będę pamiętał wszystkie dobre chwile z nim związane. Jednak nigdy nie zapomnę tych złych. Nie chcę wylewać żadnych żali. Mówić o tym, co było dobre, a co było złe. To nie w moim stylu. Chcę tylko, żeby każdy kibic wiedział na kim się zawiodłem i dlaczego odszedłem. Znaczyłem i będę znaczyć tutaj bardzo dużo. Nie zasłużyłem na takie odejście po tylu latach ciężkiej harówki.

Doznaliśmy kompromitującej porażki z Middlesbrough. Styl był tak fatalny, że powiedziałem kilka słów prawdy o gówniarzach, którzy są odpowiedzialni za to, co się stało. Byłem kontuzjowany, nie mogłem grać. Nienawidzę takiej sytuacji, zawsze chcę być na boisku i walczyć o zwycięstwo. Byłem wtedy kapitanem drużyny i miałem prawo powiedzieć te słowa. Chciałem, żeby zadziałały na zespół jak zimny prysznic. Dali ciała i nie można było tak tego zostawić.

Trener nic nie zrobił, żebym został. Jak odchodziłem, to nawet nie pamiętał, w którym roku dołączyłem do zespołu. Nie chcę oceniać moich występów w klubie. Nie jestem od tego. Jednak fakty są takie, że przez lata nosiłem opaskę kapitańską i zawsze byłem z klubem. Na dobre i na złe. Litry potu wylewałem na treningach i w meczach, żeby wygrywać i odnosić kolejne sukcesy. Ten klub, to mój dom i moja rodzina. Kocham go. W tej chwili, poza kibicami, nikt o tym nie pamięta. Ważniejsze jest zdanie asystenta trenera, który nigdy nie był w porządku względem mnie i nic w tym klubie nie zrobił dobrego. Na dodatek zgadza się z nim trener i mówi, że jestem nielojalny.

Brak klasy ze strony trenera i klubu. Do tego dochodzą zarzuty, których nigdy się nie spodziewałem. Nagle w klubie chcieli się mnie pozbyć i nikt nawet nie protestował. Nie jestem najmłodszy, byłem kontuzjowany, nie bałem się powiedzieć, co myślę. Nie sądzę, żeby to były wystarczające powody, żeby zakończyć współpracę. A może jednak?

W mediach usłyszałem z ust trenera, że jestem najlepszym pomocnikiem swojej generacji, jedną z najwspanialszych postaci w historii naszego klubu i kluczową postacią w odnoszeniu sukcesów. Tylko dlaczego nie docenił tego wcześniej? Dlaczego nie zachował się inaczej? Pozwolił mi odejść i nawet nie próbował zatrzymać. Wystarczyło chcieć. Ja przez całą karierę chciałem i udowodniłem to na boisku.

 

Początki Wayne’a w United

Nina Rayska   

Nie znam dobrze postaci Alexa Fergusona, ale nie dawno przeczytałam biografię Rooney w której prezentował on swoje początki gry w MU. Myślę, że dla tego konkretnie zawodnika sir Alex Fergusona był jest i będzie wielkim autorytetem i ma na niego wielki wpływ.

Rooney trafił do Manchesteru z Evertonu w 2004. Gdy podpisał kontrakt od razu pojechał do swojego nowego klubu, aby się rozejrzeć i poznać swoich kolegów. Jego pierwszym przewodnikiem po kompleksie Czerwonych Diabłów był nie kto inny, a właśnie Ferguson. Reprezentant Anglii wspomina, że na początku nie poznał Bossa, bo w telewizji wydawał się o wiele niższy. Gdy Rooney rozpoczął już treningi w MU, sir Alex bardzo go oszczędzał ponieważ nie dawno wyleczył kontuzji. Jednak Wayne chciał za wszelką cenę grać, ale trener studził jego emocje. Pierwszą szansę dał „10” w meczu Ligi mistrzów z Fenerbahçe SK. Przed meczem Ferguson wziął go na stronę i powiedział, że da mu szanse w tym spotkaniu. Trzeba przyznać, że Boss ma niezwykłe wyczucie, bo Rooney ustrzelił hat-tricka.

Po spotkaniu Wazza nie mógł się dogadać z arbitrem technicznym, aby otrzymać piłkę meczową, narzekał na to tak w szatni, że Ferguson wyszedł z pokoju i przyniósł swojemu zawodnikowi tą piłkę, która była dla niego tak ważna.

Na początku kariery Wayne’a Rooney’a w MU odbyła się również tak zwana Pizza Gate. Jak wiadomo mecze Manchesteru United i Arsenalu powoduje wielkie emocje zarówno pośród kibiców jak i zawodników. W tamtym sezonie te drużyny były bezpośrednimi rywali w na pozycji lidera w lidze angielskiej. Emocje były wielkie szczególnie dlatego, że 15 minut przed końcem spotkania Rooney został powalony w polu karnym i sędzia wyznaczył „11”. Tym sposobem Czerwone Diabły dobiły Kanonierów i ostatecznie wynik spotkania skończył się na 2:0.

Jednak prawdziwa awantura rozpoczęła się dopiero w korytarzu po spotkaniu. Sam Rooney usłyszał krzyki już w szatni, ale wyszedł by zobaczyć co się dzieje. Zobaczył szarpaninę, rzucanie wyzwiskami między zawodnikami, no i sławetną pizzę lądującą na garniturze Alexa Fergusona. Uznał, że było to okazanie kompletnego b raku szacunku w stosunku do Bossa i spróbował dorwać atakującego, jednak jego koledzy kanonierzy wepchnęli już go do szatni. To jak opisuje to Rooney możemy uznać za pompatyczne, ale pokazuje jak wielki respekt ma do swojego trenera Anglika i, że traktuje go jak członka rodziny, której nie pozwoli skrzywdzić.

Przykład Wayne Rooney pokazuje jakie oko ma sir Alex do sprowadzania zawodników. Było wiadome, że ten zawodnik miał praktycznie podpisany kontrakt z Newcastle United, jednak w ostatniej sekundzie przechwycił tego młodego zawodnika Manchester i opłacało się. Jeszcze w tym samym roku zdobył on nagrodę dla najlepszego młodego zawodnika i do tej pory gra w klubie. W tym momencie Rooney jest jego liderem. Życzę Fergusonowi by znowu znalazł taki diament, który oszlifuje i będzie taką gwiazdą jak Wazza.

 

Po czyjej stronie leży wina?

TheBellator95

Chciałbym opisać wydarzenie ,którego głównym bohaterem jest od lat niezastąpiony trener Manchesteru United – Sir Alex Ferguson.

Najpierw jednak chcę opisać sytuację, która miała miejsce przed incydentem związanym z Beckhamem. Było to 15.02.2003 r. podczas meczu na Old Trafford pomiędzy Manchesterem United a obrońcą tytułu Pucharu Anglii z 2002 roku Arsenalem Londyn. Spotkanie było o tyle ważne ,że od niego zależało ,która drużyna awansuje dalej (nie było dwumeczu). Na prowadzenie wyszli podopieczni Arsene Wengera gdy w 34 min. bramkę z rzutu wolnego zdobył Brazylijczyk Edu.

Pomimo wielu okazji Manchesteru (w tym pudło Ryana Giggsa na pustą bramkę) to Arsenal zdobył drugiego gola w 52 min., autorem bramki był Sylvain Wiltord. Do końca meczu wynik nie uległ zmianie i Manchester przed własną publicznością odpadł z F.A. Cup. Sir Alex Ferguson nie ukrywał swojej złości w szatni. Największe pretensje miał właśnie do Davida Beckhama ,którego obwiniał za stratę drugiej bramki. Szkocki trener tak się wściekł, że kopnął butem prosto w Anglika rozcinając mu lewy łuk brwiowy. Beckham też stracił panowanie nad sobą i rzucił się na trenera „Czerwonych Diabłów”.Na szczęście w porę zatrzymali go koledzy z drużyny tłumacząc mu ,że Ferguson nie chciał zrobić tego specjalnie. Davidem musiał zaopiekować się sztab medyczny. Po całej akcji trener oczywiście przeprosił Anglika mówiąc, że nie chciał tego zrobić i ,że był to tylko wypadek. Niestety przeprosiny nie wystarczyły, Beckham stwierdził ,że w tak złej atmosferze nie może kontynuować swojej pracy w klubie. United opuścił 1 lipca w 2003 roku i podpisał kontrakt z Realem Madryt.

Po czyjej stronie leży wina?

Według mnie po stronie Sir Alexa, który mógł opanować swoje nerwy. David też zareagował dość ostro, ale on moim zdaniem miał powód, bo nie tak dawno Angielski pomocnik był mocno krytykowany przez Fergusona. Szkot kłócił się już na treningach a w jednym z wywiadów powiedział, że „David jest nielojalny wobec klubu”. Te słowa Anglik przyjął do siebie mocno, nerwy jednak puściły dopiero w szatni. Jak widać afera, która miała miejsce, zadecydowała o odejściu z zespołu jednego z najlepszych w tamtym czasie piłkarzy na świecie. A szkoda…

 

Historia pewnej nienawiści

Damian Dragański

Nienawiść – była tu od zawsze. Namacalna, cuchnąca, wydobywająca się z każdego zakamarku. Nie dało się jej nie wyczuć i nie dało się przejść obok niej obojętnie. Była tak mocna, że chociaż niewidzialna, to uznawana za fakt. Namacalny. Porcjowana na części i dawkowana. Nie dało się od niej uciec albo wyleczyć. Były momenty, kiedy wydawało się, że trochę przycichła, może nawet znikła albo mieszkańcy Leeds przyzwyczaili się do niej i przestali zwracać na nią uwagę. Minęło ponad 7 lat od momentu, kiedy zespół z tego miasta pożegnał się z Premier League. Na Elland Road 20 września 2011 w ramach 3. rundy Carling Cup zawitał Manchester United. Paskudne uczucie znowu dało o sobie znać ze zdwojoną mocą.

Skąd wzięła się ta zawiść? Na to już faktów brak. Było wielu, którzy dokonali aktu nienawiści w tej wojnie. Wszyscy tak samo zaangażowani i pewni swoich racji. Pewności brak natomiast w ustaleniu źródła przyczyn konfliktu. Ale jakie to ma znaczenie? Kibice byli tak mocno zainfekowani wzajemną nienawiścią, że szukanie przyczyn było w ich przypadku najmniej istotne.

Alex Ferguson zadecydował, że drużyna przybędzie do Leeds dzień przed meczem i tam poczeka na spotkanie. Nie wiedział, że przyczynił się swoją decyzją do przedmeczowego preludium. Kiedy następnego dnia autokar Czerwonych Diabłów wyjeżdżał z hotelu Malmaison na trening kibice Leeds otoczyli pojazd. Przez moment piłkarze United byli w rękach oszalałego tłumu. Autobus wpadł w pułapkę. Akcja, którą Ferguson porównał de sceny z filmu „Zulu”, kiedy grupka brytyjskich żołnierzy kolonijnych stoczyła bój z tłumem zdziczałych tubylców. Kryzysową sytuację szybko zażegnała policja. Kilka wozów pełnych funkcjonariuszy rozpędziło agresywny tłum. Zawodnicy po chwili wyruszyli już innym pojazdem na stadion, gdzie kibice, tym razem obu drużyn, dopisali kolejny rozdział w historii zażartej wojny.

Trudno natomiast cokolwiek napisać o meczu. Bez historii. Mocniejszy rywal przyjeżdża na stadion rywala z niższej ligi i dokonuje rzezi niewiniątek. 3:0 osiągnięte ze spokojem i wyrachowaniem. Różnica umiejętności i doświadczenia. Natomiast na trybunach szargano wszelkie świętości. Katastrofa lotnicza cudownych dzieci Busby’ego? Zasztyletowanie dwóch fanów Whities w Istambule przez kibiców Galatasaray? Wydarzenia, na myśl o których spuszczamy głowy, na stadionie były wyszydzane. Kpiono z nich, tak, jakby były błahymi wpadkami, które przyprawiają o pobłażliwy uśmiech, a nie ludzkimi tragediami. – Pamiętam, kiedy grałem jeszcze w Manchesterze, chłopaki w szatni przed meczem z Leeds na Elland Road mówili: wyjdźmy tam, zróbmy swoje i szybko wracajmy, bo nie jesteśmy tam mile widziani – wspomina Lee Sharpe, zawodnik Diabłów, a potem Pawii.

Póki co piłkarze Manchesteru mogą spać spokojnie. Leeds nie wygląda na zespół, który mógłby szybko awansować do Premier League, a w Carling Cup pokonać Chelsea.

 

Fergie Time! Ktora notka lepsza (3)

UWAGA!

dla czytelników Polsportu, którzy nie wierzą w swe szanse w konkursie: Futbol, cholera jasna! z 10% zniżką + dostawą pocztą gratis tutaj: http://www.labotiga.pl/ferguson Trzeba tylko wpisać kod rabatowy: POLSPORT



8 komentarzy

  1. Gość: Killerski Killer, acil154.neoplus.adsl.tpnet.pl

    16 listopada 2012 at 19:15

    Endriu Kotarski na początku wydawał się interesujący, ale ogrom błędów no i wszechobecny chaos nie pozwoliły mi zagłosować na ten tekst. Od pewnego momentu sam nie wiesz o czym piszesz. Trochę to wygląda jak relacja zapijaczonego Pana Henia, któremu co kilka minut się urywa film. Pomysł miałeś nawet dobry, ale jeśli chodzi o wykonanie to spartaczyłeś gorzej niż Neymar ostatniego karnego.

    mprzemek to jest kpina przez duże K. Rozumiem, że tekst pisany z perspektywy dialogu wydaje się być bardziej interesujący dla czytającego, ale to w jaki sposób to wykonałeś woła o pomstę do nieba. Nie mówiąc już o tym, że twoja wyidealizowana wizja z pewnością nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. A to już błąd ponad błędami. Doczytałem do połowy i się załamałem. Jeśli masz 12 lat to Ci wybaczam, ale jeśli więcej to proszę Cię o jedno: nie rób czegoś takiego więcej. To, że napiszesz to inaczej niż inni nie znaczy, że to jest dobre.

    Reszty nie ma co komentować, bo słabe albo przeciętne. Historia Davida Beckhama ma się tak do Fergusona jak Hospodarstwo Mołdawskie do Polski – to tylko jakiś wycinek, skrawek o wiele większej historii i przedstawianie jej przez pryzmat Davida nie ma zwyczajnie sensu. Jak ktoś opisuje suszarkę i słynnego buta to ok. Ale pisanie co tam sobie David myśli to już chyba nie bardzo. Ktoś chyba sobie nie wziął do serca myśli przewodniej: FERGIE TIME!
    Tekstu o Rooneyu nawet nie czytałem, bo kolega chyba streścił jego biografię, mógł jeszcze dodać na jakiej ulicy i w którym sklepie kupował cukierki.

    Zagłosowałem na Damiana Dragańskiego. Bo tekst choć nie na temat (bardziej o relacjach Manchester – Leeds, a nie o Fergusonie), to przynajmniej mnie zainteresował i jest w miarę poprawnie napisany.

  2. kubapawlowski

    16 listopada 2012 at 23:54

    @Killerski Killer

    Historia Davida Beckhama ma się tak do Fergusona jak Hospodarstwo Mołdawskie do Polski

    Tylko ten tekst nie ma nic wspólnego z Davidem Beckhamem. Jak odchodził kapitan, o którym mowa, to Becks już dawno grał w Realu.

  3. gustav_adolf

    17 listopada 2012 at 01:20

    W tekście p. Niny Rayskiej jest błąd. Rooney przez swoje pierwsze 3 sezony na Old Trafford grał z nr 8. „10” należała do Ruuda van Nisterlooya.

  4. manager007

    17 listopada 2012 at 08:41

    przeczytałem wszystkie te teksty i muszę powiedzieć, że nie zachwyciły mnie. Co prawda pierwsze słowa pierwszej notki dawały nadzieję, ale…. bardzo się rozczarowałem, bo NIE TRAWIĘ tego typu narracji, tj jak słusznie zauważył jeden z moich przedmówców „zapijaczonego Pana Henia”. Głos oddałem na ostatni tekst, ale też bez przekonania. Zagłosowałem, bo na wybory trzeba chodzić…

  5. Gość: Killerski Killer, achv73.neoplus.adsl.tpnet.pl

    17 listopada 2012 at 13:34

    @ kubapawlowski

    Nie wiem co mi strzeliło do głowy, że zamiast Roya tam Becksa wstawiłem. Chwilowe zaćmienie. Albo jakaś niewiasta o elektryzującym wyglądzie przechodziła nieopodal mojego biurka. Innego wytłumaczenia nie mam.
    Ale mimo to, nie zmienia to faktu, że Roy Keane nie wpisuje się w FERGIE TIME! Jakbyś napisał o tym z perspektywy sir Alexa – ok.

  6. shadowking

    19 listopada 2012 at 10:47

    KOSZENIE NA WHITE HART LANE Pomysł niebanalny, ale wykonanie gorsze. Zwłaszcza próby przekręcania suszarki po polsku.

    Taka fajna drużynka Jak na tekst polegający w znacznej części na dialogu, to słabo się iskrzy. Wybacz Sir Alexie??? Błagam.

    Sir Alex Ferguson, czyli historia dwumeczu z Legią Tekst, tak jak zresztą i tytułowy dwumecz, bez historii.

    Mogłem zostać Na bezrybiu i rak ryba. Drugie miejsce.

    Początki Waynea w United Niedawno pisze się razem, a sam tekst ani odkrywczy, ani ciekawy.

    Po czyjej stronie leży wina? Historia z butem na twarzy Beckhama opisana już została na wszystkie sposoby, a to wykonanie nie wniosło niczego nowego. Przymiotnik „angielski” pisze się z małej litery.

    Historia pewnej nienawiści Duży plus za autentycznie ciekawy wątek niechęci pomiędzy kibicami obu klubów. I w zasadzie za ten pomysł pierwsze miejsce, bo tekst mógłby być lepszy.

    I szacunek dla autorów poddających się ocenie, choć spora część jest jak ćmy

  7. pipes_pipes

    20 listopada 2012 at 10:25

    Najbardziej spodobał mi się tekst „Mogłem zostać”, bo skłania do zastanowienia. Łatwo się domyślić o kogo chodzi ( psuć zabawy komuś kto nie zgadł nie będę, ale kto choć trochę kojarzy Manchester sprzed paru lat spokojnie sobie poradzi 🙂 ) i faktycznie rzuca to pewną szramę na wizerunek Fergusona, choć dokładnie jak było to wie tylko on i „ów” piłkarz.

Zostaw odpowiedź