Amsterdamski Blues

Zdjęcie i vlog zrobione HTC One X +

Nie ma gorszej męczarni dla blogera-twitteristy niż być na fajnej imprezie i nie móc z niej blogować i twittować, co spotkało mnie niestety podczas finału Ligi Europejskiej na Arenie w Amsterdamie. Nawet jednego twiccika, amsterdamski internet odmówił współpracy, dane nie chciały się załadować w telefonie, mogłem robić tylko zdjęcia. Jak to z lizbońskimi diabłami i Jezusem (jak trener Benfiki, Jesus Jorge), którzy byli tak pewni siebie przed rozpoczęciem spotkania. Wyższa instancje jednak Portugalczykom nie pomogła, przeważyło pucharowe doświadczenie Chelsea i boiskowe cwaniactwo jej piłkarzy, którzy wygrali drugi europejski puchar z rzędu. Nie ten, co prawda, który marzył się Romanowi Abramowiczowi i fanom The Blues, puchar przegranych, zwany też pucharem pocieszenia, ale nie wiele jest drużyn, które były aktualnym obrońcą obu trofeów na raz. Anglicy wygrali mimo, że to Benfica przez większą część meczu grała i ładniej i lepiej, ale to rywale grali do końca i jak celnie zauważył w tytule komentarza mój kolega z Rzeczpospolitej, Paweł Wilkowicz, Jesus został Hiobem, przypominając, że Benfika przegrała siódmy finał europejskiego pucharu z rzędu, a w minioną sobotę w prestiżowym meczu z Porto mistrzostwo Portugalii, mimo, że była liderem przez większość sezonu.

Trafnie to przewidziałem w przedmeczowym vlogu z przed Areny, przyznając się, że będę w tym spotkaniu kibicował przedstawicielowi ulubionej ligi i ulubionemu piłkarzowi, zwłaszcza po sezonie, który był dla niego tyleż świetny (stał się z 203 golami najskuteczniejszym piłkarzem w historii Chelsea), co przeklęty, gdy władze klubu dwa razy podkreślały, że nie przedłużą z nim kontraktu, chcą żeby odszedł. Frank Lampard to jeden z tych piłkarzy, do których nie sposób nie czuć sympatii i szacunku, bez względu na to jakiej drużynie się kibicuje, z tej samej gliny co Ryan Giggs, Andres Iniesta czy Alessandro del Piero. Którzy, gdy kończą karierę, cały piłkarski świat odczuwa bolesne ukłucie. Na pewno macie jeszcze jakieś swoje podobne typy. Jak tamci dzięki bardzo profesjonalnemu podejściu tak długo na topie. Rozmawiałem z nim w 2006 roku, tuż po tym jak pobił rekord Premier League, rozgrywając nieprzerwanie 164 mecze z rzędu (!), bijąc tym osiągnięcie byłego bramkarza Liverpoolu, Davida Jamesa (159). Poprosiłem go wówczas, żeby zdradził tajemnicę swej żywtności. – Nie jestem terminatorem. Liczy się zdrowy tryb życia, przygotowanie fizyczne, szczęście, ale także spryt. Unikam niepotrzebnych wślizgów bez szans na powodzenie, nie atakuję także bezmyślnie nóg przeciwnika – odparł. Pamiętam, że bardzo mu kibicowałem, gdy w 2005 przegrał z Ronaldinho walkę o tytuł Najlepszego Piłkarza Świata FIFA. Wielu twierdziło wówczas, że jego wpływ na sukcesy drużyny jest większy niż Brazylijczyka. Legenda Chelsea, kochana przez kibiców podobnie jak John Terry, ale nie wywołujący pozaboiskowych skandali jak obrońca The Blues, który w Amsterdamie w kolejnym swoim finale musiał gorączkowo zamieniać po meczu garnitur na koszulkę, żeby nie wyglądać głupio podczas wznoszenia pucharu.

 

Słabo znając Jesusa Jorge’a trzymałem też kciuki za Rafę Beniteza, miesiącami lżonego przez kibiców Chelsea, nie będących w stanie zapomnieć mu słów z czasów gdy prowadził Liverpool, którego angielska prasa wciąż bez litośnie nazywa trenerem tymczasowym. Widocznie taka już karma Chelsea, że największe pucharowe sukcesy osiąga nie tymi trenerami, których najchętniej widzieliby by tym miejscu kibice i właściciel, a może i sami piłkarze (jak Roberto di Matteo, z którym CFC wygrała Ligę Mistrzów, czy Avram Grant, który zawiódł ją aż do finału w Moskwie), a także wówczas gdy Terry nie może wystąpić.

Na koniec przyznam się do nitki triumfalizmu, jaki przemknął mi przez głowę, gdy wszedłem na trybuny Amsterdam ArenY. Wciąż zachwycającej, ale już nie tak jak podczas Euro 2000, gdy byłem tu po raz pierwszy (ostatnim meczem jaki widziałem był wstrząsający półfinał Holandia – Włochy). gdy na ciężkawych telebimach wyświetlił się napis, że na trybunach zasiadł komplet 46 tysięcy widzów (z małym haczykiem), pomyślałem sobie: hej, u nas na Narodowym byłaby dycha więcej! Ciasne kuluary też już tak nie porażały. Arena to jednak stadion z końca lat 90. ubiegłego wieku, nasz zdecydowanie to obiekt XXI wieku. Zdecydowanie bardziej zasługuje na finał!

PS:



Kto ma ochotę pogadać o futbolu, wielkim, dużym i całkiem małym, o piłkarskich idolach i ich autobiografiach, zapraszam w sobotę na Targi Książki w Warszawie do sali o – jakże wiele mówiącej nazwie – „Barcelona” na spotkanie ze… mną „niezwykłą osobistością świata sportu i mediów” jak uroczo pisze organizator Wydawnictwo Sine Qua Non:)

W trakcie panelu będzie szansa na wygranie zestawu WSZYSTKICH naszych książek sportowych!

Będę od 12:00 na stoisku SQN (sektor D18, stoisko 177) przez godzinę, bo potem hicior Legia – Lech. A 16. w tym samym miejscu spotkanie z prawdziwą „niezwykłą osobistością świata sportu” trenerem siatkarskiej reprezentacji Polski, Andreą Anastasim!

5 komentarzy

  1. Gość: maciek, 89-76-64-74.dynamic.chello.pl

    17 maja 2013 at 18:12

    Smutne, że w tekście tworzonym przez profesjonalnego dziennikarza znajduje się tyle błędów.

    Jak tamci dzięki bardzo profesjonalnemu podejściu tak długo na topie.
    czy
    bez litośnie

    No nie godzi się, po prostu nie godzi.

  2. Gość: , 178.219.125.15*

    18 maja 2013 at 12:05

    to jest blog!! meczy mnie już, że pod każdym wpisem odzywa się gro ortografów. Siłą Pola jest jego naturalność, w odróżnieniu od Steca który w każdym zdaniu sili się na użycie 3 trudnych słów. Mimo, że pisze o piłce ma się wrażenie że czyta się artukuł o masketomii. mnie denerwuje bardziej coś takiego niż 2 literowki w całym tekście. a co do meczu to naprawdę, dobrze się to oglądało i szkoda tej Benfici. ale jak sie chcę wejść z piłką do bramki, to finału się niestety nie wygra

  3. Gość: jc, 83.2.229.18*

    19 maja 2013 at 05:36

    mi benfiki nie szkoda ,a gol fernando torresa klasa !dobry mecz tez cecha w bramce czelsi.legia wygrala 1;0 z lechem , chyba znamy juz mistrza polski .

  4. Gość: iwson, user-5-173-119-100.play-internet.pl

    19 maja 2013 at 14:27

    Aż się serce kraje, że Super Franki w ostatnich minutach środowego spotkania nie przymierzył kilka centymetrów niżej, to by dopiero było zwieńczenie tego dziwnego dla niego sezonu

Zostaw odpowiedź