Guardiola czy Mourinho? Wybierz i wygraj!

Dziś w Pradze w meczu o Superpuchar Europy znów staną naprzeciw siebie dwaj najwięksi trenerscy antagoniści w ostatnich latach, a może nawet w ogóle w futbolu – Pep Guardiola i Jose Mourinho. Nie przypominam sobie, żeby najwięksi trenerzy w minionych dwóch dekadach – Arrigo Sacchi, Johan Cruyff, Luis van Gaal, Fabio Capello, Alex Ferguson, Arsene Wenger czy Rafa Benitez rywalizowali ze sobą aż tak intensywnie, jak Guardiola i Mourinho, których tak bardzo różniła filozofia gry, podejścia do zarządzania klubem i ludźmi, stosunek do mediów. Owszem, w czasach gdy Manchester United Fergusona rywalizował o prymat w Premier League z Arsenalem Wengera był to też spór o to czyja koncepcja lepsza: stawianie na Anglików, wychowanków klubu, piłkarzy o wyspiarskim, niezłomnym charakterze (których ucieleśnieniem były Roy Keane czy Paul Scholes) czy cudzoziemski, zaciąg (Wenger jako pierwszy wystawił drużynę bez ani jednego Anglika) głównie francuskich (Thierry Henry, Robert Pires, Patrick Vieira) ale i holenderskich (Denis Bergkamp, Marc Overmars) artystów. Mimo złej krwi między klubami czy pamiętnej „bitwy bufetowej”, była to jednak rywalizacja głównie między klubami. Podobnie jak odwieczna rywalizacja dwóch mediolańskich gigantów czy konfrontacji AC Milan, Interu z Juventusem i Romą. Dopóki w Italii nie pojawił się Mourinho (pamiętne „zero tituli” o Claudio Ranierim) nigdy nie była to rywalizacja trenerów ale klubów właśnie.

Dopiero objęcie przez The Special One Realu Madryt i rzucenie wyzwania prowadzonej przez Guardiolę Barcelonie sprawiło, że cały nie tylko piłkarski świat zaczęła elektryować rywalizacja między oboma szkoleniowcami. „On wydobywa ze mnie to, co najgorsze” – powiedział o Mourinho Guardiola. Portugalczyk dla odmiany traktował Guardiolę jak hipokrytę „lubiącego sprzedawać dym”. Zawsze wspominał półfinał Champions League z 2010 roku, gdy na świętujących awans graczy Interu na Camp Nou puszczono wodę z systemu nawadniającego. Pep nie umiał się pogodzić ze sposobem bycia „Mou”, który po słynnym półfinale Ligi Mistrzów w 2011 roku, gdy Real przegrał z Barceloną 0-2 na Santiago Bernabeu, dość otwarcie zasugerował, że za sukcesami Katalończyków stoją spiski sędziowskie. Kiedy w 2012 roku Guardiola postanowił nie przedłużać kontraktu z Barceloną, jego bliscy znajomi opowiadali prasie hiszpańskiej, iż duży wpływ na tę decyzję miał Mourinho, obrzydzając Pepowi uprawianie zawodu. Podobnie komentowano później nawet informację o tym, iż kolejnym klubem Guardioli będzie Bayern Monachium. Sugerowano, że wybrał Bundesligę, by trzymać się od Portugalczyka jak najdalej.

To idealny moment, żeby przedstawić Wam wyjątkową książkę „Mourinho vs Guardiola”. Wyjątkową, bo nie jest to po prostu kolejna historia obu trenerów od urodzenia po triumfy, ale analiza obu trenerów jako liderów i przywódców oraz metod jakimi osiągnęli owe niebywałe sukcesy. Dokonana przez specjalistów od zarządzania i coachingu, wykładowców uniwersyteckich Juana Carlosa Cubeiro i Leonor Gallardo. Zastanawiam się czy nie za dużo w niej nawiązań do starożytnych historyków i filozofów jak Plutarch, Heraklit z Efezu czy Arystoteles, buddyzmu, Dalajlamy itp. Niezwykle ciekawsze wydaje mi się za to konfrontacja metod Mourinho i Guardioli zarządzania klubem ze współczesnymi teoriami zarządzania i przywództwa w wielkim biznesie. Autorzy analizują (np. wyciagając mnóstwo cytatów z różnych sytuacji i konferencji prasowych) jak odmiennie Jose i Pep realizują 10 zasad lidera-coacha, rozbijając je na takie rozdziały jak „Umieć rządzić i decydować”, Utrzymać moralny autorytet i wiarygodność”, „Słuchać z uwagą”, Zachować spokój”, Okazywać dobroć”, Antycypować sukces”, „Rezygnować ze szkodników”, Skoncentrować się na ‚kliencie’” czy „Pracować nad emocjami”. Lektura pozwala zrozumieć wiele działań i słów jakie wstrząsnęły futbolowym światem w minionych latach jak np. decyzja Guardioli o pozbyciu się z Barcy Ronaldinho, Eto’o i Deco czy konflikt Mourinho z Ikerem Casillasem, takie jego prowokacyjne słowa jak „Nie mówię, że jestem najlepszym trenerem świata, ale lepszych ode mnie nie ma”. Dokładne omówienie co i dlaczego znalazło się w Dekalogu Mourinho, który rozdaje swoim piłkarzom.

Guardiola vs Mourinho czyli Google vs Aplle

A jednocześnie sporo jest o tym co obu panów łączy. Szczególne ciekawe i błyskotliwe publicystycznie wydaje mi się porównanie obu trenerów do dwóch wielkich światowych firm o odmiennych filozofiach działania: Googla (Guardiola) i jego największego antagonisty, swoistego anty-Googla – Apple’a (Mourinho). „Apple ignoruje najważniejszą zasadę Googla: ‚przekazać władze klientom’. Steve Jobs kontroluje wszystko i my chcemy, żeby to robił. Właśnie dzięki jego odważnej i błyskotliwej wizji oraz przesadnemu wręcz zamiłowaniu do perfekcji, by jego produkty funkcjonowały tak dobrze. Jest jednak coś jeszcze. Model Goole polega na współpracy. Apple jest jej przeciwieństwem. Nie jest tak, że nie obchodzi ich co myślimy my. Po wypuszczeniu produktu na rynek Apple nauczyła się rozwiązywać problemy ze spokojem (słynna niechęć Jobsa do tzw. focusów, bo ‚ludzie nie wiedzą co jest dla nich najlepsze, dopóki tego dla nich nie stworzymy – Polsport). Apple jest firmą kultu, a jej klienci najlepszymi sprzedawcami (…)

Aplle inwestuje dużo w reklamę, Google – ani dolara. Aplle jest czymś najbardziej oddalonym od transparentności. Pozwała blogerów za rozszyfrowanie i upublicznienie jej tajemnic (przypominają się słynne słowa Mourinho o tym, że klub, a zwłaszcza hotel w którym rezyduje przed meczem musi być jak bunkier – Polsport). Itd. (…) Google daje wszechmoc i wszechobecność (Google Earth), a Apple chowa świat do przedmiotów o pięknie zen.

W świecie futbolu Guardiola byłby jak Google: jest serdeczny słucha, rozumie i rozwizuje problemy. Mourinho przypomina Appla: projekt, prostota, wyzwanie, kontrola nad wszystkim a’la Jobs. Dwa modele sukcesu w nowej epoce…

Uwaga: konkurs!

Ciekawe i inspirujące, prawda? Nie wiem kto wygra Superpuchar Europy, czy obaj trenerzy są równie zdeterminowani, żeby zdobyć to najmniej ważne z europejskich trofeów. Ale wiem, że trzech z Was może wygrać książkę „Mourinho vs Guardiola”. Musicie w komentarzach odpowiedzieć na proste pytanie, kto jest lepszym trenerem: Guardiola, bo… albo Mourinho, bo… (uwaga liczy się nie tylko moc przekonywania argumentów ale również – jak zawsze w konkursach na Polsporcie – wartość literacka wypowiedzi i forma uzasadnienia).

Czekam na Wasze komenty do… ostatniego gwizdka praskiego Superpucharu…

 

64 komentarze

  1. ~michlimes

    30 sierpnia 2013 at 11:16

    Mourinho – bo za nim idą piłkarze, do Guardioli jakoś nikt z byłych podopiecznych nie ciągnął. Piłka to nie tylko i taktyka sport – to osobowość.

    1. ~polsport

      30 sierpnia 2013 at 14:11

      @michlimes
      Jak to nikt, a Thiago Alcântara? 😉

  2. ~Jasiek

    30 sierpnia 2013 at 11:22

    Mourinho, bo… póki co pokazał że umie pracować z sukcesami w wielu klubach, w ważnych meczach, jego mało miła dla oka kibica tatktyka, jest skuteczna. W tym pojedynku siły nie są równe, Pep będzie mógł stanąc do rywalizacji z Mourinho, gdy wygra Ligę Mistrzów z druzyną taką jak FC Porto. Triumfy z Bayernem nigdy nie dadzą mu statusu „The Special One”

  3. ~Filip

    30 sierpnia 2013 at 11:22

    Guardiola, bo jest wspaniałym trenerem umiał rozgramiać Real Madryt jak i zdobywać Ligę Mistrzów mimo iż był w ogóle niedoświadczony potrafił wygrać wszystko co było możliwe! To nieprawdopodobne tak młody trener potrafi już tak dużo. Umie nastawić dobrze taktycznie drużynę jak i zmotywować. Co więcej wierzy zawsze w swoich zawodników a Oni czują jego poparcie./wiarę. To jest mój ulubiony trener dlatego zawsze będę mu życzył jak najlepiej dzisiaj wygra ten Puchar i zatriumfuje po raz kolejny! Pozdrawiam.

  4. ~radek

    30 sierpnia 2013 at 11:23

    Gdyby miarą sukcesu trenera był rozpoznawalny styl zespołu to IMO Guardiola wygrywa w tym pojedynku w cuglach. Gdyby miarą sukcesu trenera była osobowość pozwalająca nietuzinkowe a przy tym niepokorne umysły dobrze pokierować to jednak chapeau bas dla Jose . Przyciśnięty do muru w tym zestawieniu ostatecznie postawiłbym jednak na … Alexa Fergusona (choć na Wyspach kibicuję Arsenalowi ;). Jego suszarkowatość, magnetyczny dla młodych, ale i zabójczo skuteczny w sukcesach sportowych.

  5. ~Mateusz Modrzejewski

    30 sierpnia 2013 at 11:25

    Guardiola, ponieważ ma za sobą całą drużynę. Przechodząc do Bayernu, Pep miał poparcie prezydenta, którego nie miałby chyba żaden trener świata. Idą za nim piłkarze, szatnia – po prostu cała drużyna. Z dobrego klubu potrafi stworzyć rodzinę. Mourinho również to potrafi, jednak to Hiszpan zachowuje moim zdaniem bardzo często potrzebną elokwencję i co najważniejsze – szanuje każdego rywala. Nie obraża, nie insynuuje, rzadko kiedy narzeka. Wybór jest ciężki i dla każdego zapewne jest to sprawa osobista, ponieważ jest to dwójka wybitnych trenerów, z tym, że jeden ma dłuższy staż – co nie skreśla oczywiście drugiego, który moim zdaniem wygrywa. W życiu jak i w piłce trzeba wiedzieć kiedy dać sobie spokój, kiedy warto przemilczeć pewne sytuacje, Mourinho moim zdaniem jeszcze tego „nie odkrył”. Trener świetny, jednak zbyt dużo w nim arogancji dla innych ludzi (tak, również dziennikarzy)

  6. ~kleban

    30 sierpnia 2013 at 11:30

    Zdecydowanie Guardiola, ponieważ zawsze przekonywali mnie ludzie, którzy umieją rozmawiać, wysłuchać, znaleźć wspólnie kompromis. Fakt, nie zawsze się to udawało Pepowi (choćby przypadek Eto’o czy Ibrahimovica), ale jego drużyny stanowiły radosną i jedną rodzinę. Hiszpan, w przeciwieństwie do Portugalczyka, zawsze starał się nie przekraczać granicy moralnej w wypowiedziach i zachowaniu.
    Przeciwko Mourinho stawiam jego egoizm, brudne zagrywki oraz konflikty z kluczowymi piłkarzami (Casillas, C. Ronaldo). Co prawda jest też spora grupa piłkarzy, która uwielbia „The Special One”, ale pomimo tego uważam, że „Mou” spalił za sobą więcej mostów, niż Guardiola.
    Zawsze kierowałem się kompromisem, szukałem dobra i szacunku, więc mój wybór jest oczywisty – Josep Guardiola.

  7. ~Bartek

    30 sierpnia 2013 at 11:31

    Guardiola bo jest lepszym trenerem z większymi sukcesami niż Mourinho, to dzięki niemu Barcelona jest tam gdzie by nie była bez niego. To on ma dar przekonywania, spryt, haryzmę i wiele innych rzeczy które musi mieć trener o wielkim nazwisku. Niech wygra dzisiaj Bayern a wtedy Guardiola znów pokaże że jest wielki!

  8. ~Jakub Sośnicki

    30 sierpnia 2013 at 11:34

    Mourinho, bo… zdobywał puchary w czterech krajach, w czterech ligach, który ewidentnie różnią się od siebie stylem i działają w inny sposób. Już na początku swojej samodzielnej kariery pokazał, że potrafi wyciągnąć ze swoich piłkarzy 200%. Co prawda – w Porto spędził zaledwie dwa lata, jednak później dołączył do Chelsea i od razu potrafił z nią zdobywać kolejne trofea. A jak wiemy nie jest to wcale taka łatwa rzecz – na przykładzie Andre Villasa-Boasa, który pobijał w Portugalii rekordy „The Happy One”, a mimo to nie poradził sobie w drużynie Romana Abramowicza. Jest mistrzem gierek słownych, w których ukryta jest przede wszystkim motywacja. Zawsze broni swoich podopiecznych (nawet w kontrowersyjny sposób). Stał się piłkarską ikoną, a jego cytaty przeszły do historii. Wszyscy pamiętaj, jak przed meczem Ligi Mistrzów z Barceloną Jose Mourinho na konferencji prasowej wymienił skład obu drużyn. Wszyscy pamiętają słynne „por que?” i żale na UEFĘ. I w końcu wszyscy zapamiętają pierwsze słowa Mou, kiedy powrócić do Anglii – Dziennikarz powiedział: „W Premier League dużo się zmieniło”, na to Portugalczyk odpowiedział: „Nie, Arsenal nadal nie zdobył żadnego pucharu”. Geniusz, geniusz taktyczny, motywacyjny, ojciec sukcesu i drużyny. Za Mourinho murem stoją nawet sami piłkarze. To oni wracają do niego, chcą z nim współpracować w innych zespołach – Carvalho, Ferreira, Essien czy Eto’o. Wiedzą, jak wygląda praca z takim człowiekiem i bez chwili zwątpienia przenoszą się do klubów, które prowadzi Jose. Jego wielka osobowość i styl przekazywania informacji powoduje, że przez cały czas chce się go słuchać i oglądać. Przyciąga masę ludzi i potrafi zarazem – kolokwialnie mówiąc- zagiąć każdego. Żywa gestykulacja i ciągłe komentarze adresowane do arbitrów sprawiają, że jego piłkarze czują się pewniej. Czują, że tuż przy linii stoi Pan, który ich obroni. I w końcu wiedzą, że w jego głowie kryje się gama wszelkiego rodzaju pomysłów i schematów, który można wykorzystać podczas meczów. Dlatego właśnie moim zdaniem Jose Mourinho jest najlepszym menedżerem świata.

  9. ~Kuba

    30 sierpnia 2013 at 11:34

    Mojego komentarza proszę nie brać pod uwagę w przypadku rozstrzygania konkursu. Nie chciałbym żeby ktoś pomyślał, że chodzi tu o materialne pobudki, moja odpowiedź to kwestia czysto ideowa.

    Odpowiedź jest banalna: MOURINHO, bo jest prawdopodobnie najwybitniejszym trenerem w dziejach. Już sam fakt przyrównywania go do Guardioli jest wielkim komplementem dla tego drugiego, po drodze znalazłbym bowiem wielu godniejszych rywali Portugalczyka – del Boque, Fergusona, Ancelottiego, van Gaala czy kilku innych.

    Bo Porto. Jest w zasadzie jedynym trenerem w XXI wieku, który w epoce klubów będących zarazem zbiorem wielomilionowych korporacji, Ligę Mistrzów wygrał ekipą z zaplecza. Do Porto nie trafił znikąd, najpierw sprawdził się w lidze portugalskiej jako człowiek kompetentny. Drużynę budował stopniowo, wcześniej tryumfując w Pucharze UEFA.

    Bo Chelsea. Mourinho awansował społeczne do Premier League, ale do drużyny, która dopiero się rodziła. To on ustanowił nową markę wprowadzając Chelsea do świata wielkiej piłki. Natychmiastowo dał jej mistrzostwa, rozbijając przy tym dominację Manchesteru United i Arsenalu. Przykład Manchesteru City doskonale ilustruje, że pieniądze to za mało, by wygrać Premier League, a ich mistrzostwo było raczej wyrazem nieporadności ekip Fergusona i Wengera. Mourinho w odróżnieniu od Manciniego był odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu, a Abramowicz – choć go zwolnił – bardzo szybko zrozumiał swój błąd.

    Bo Inter. Gdyby nawet ktoś pomyślał, że tryumf z Porto to był przypadek, w Mediolanie po niemal półwieczu w końcu odczarował klątwę Herrery. Wprawdzie wygranie z Interem Ligi Mistrzów było („na papierze”) zadaniem nieprawdopodobnie łatwiejszym, a budżet był olbrzymi. W Interze walczył jednak nie tylko z rywalami, walczył ze swoimi zawodnikami – seniorami utalentowanymi, ale powątpiewającymi w siebie, czującymi się niegodnymi najwyższego w piłce klubowej zaszczytu. Jeśli dodamy do tego, że mierzył się prawdopodobnie z najsilniejszą Barceloną w historii i właśnie w tym szczytowym okresie udało mu się – taktycznie i mentalnie – ją zdetronizować, szacunek wydaje się tym większy.

    Bo rozbił mafię UEFA. Pobyt w Realu Madryt w spektakularnej karierze Portugalczyka jest zapewne największym rozczarowaniem, ale to i tak najlepiej świadczy o tym, jak wiele oczekuje od niego cały świat – także jego przeciwnicy. A i tak Jose Mourinho dorzucił upragnione mistrzostwo ligi hiszpańskiej i pewnie nawet obłowiłby się w kolejną Ligę Mistrzów, gdyby nie mafia, z którą musiał się mierzyć na boisku i poza nim. Od 2011 roku każdy patrzy UEFA na ręce i nikt nie ma wątpliwości co do tego jak bardzo zepsuta jest ta organizacja. Jose Mourinho otworzył nam oczy. Jeśli chodzi o ostatni sezon Mourinho w Realu, najlepszym komentarzem jest film „The Damned United” (polecam). Jeśli ktoś będzie żałował, że sprawy potoczyły się tak, a nie inaczej, to będzie to Real Madryt i Iker Casillas, pierwszy antagonista. Był bogiem, który wyzwał Jose na pojedynek. Jakkolwiek by rezultatu tej walki nie interpretować, dziś Casillas piastuje w Realu zaszczytną funkcję „Adana”.

    Bo za Jose Mourinho warto umierać. Niezależnie od tego czy mówią to posłuszni żołnierze pozbawieni futbolowej charyzmy czy jest to Samuel Eto’o albo Zlatan Ibrahimović. Piłkarze na boisku są w stanie zrobić co tylko The Special One zechce odrzucając na bok swoją futbolową dumę, a wielu z nich mogłoby zabić za możliwość współpracy z najwybitniejszym trenerem w dziejach. To zresztą nie tylko trener, ale i przyjaciel oraz psycholog. Rozkleił największego zabijakę włoskich boisk, a swoich piłkarzy czasem bezlitośnie krytykuje. Ale głównie w prywatnych rozmowach i to w taki sposób, że na treningach wylewają z siebie siódme poty. Piłkarze pragną miłości i uznania Jose, wznosząc swoją jakość na niedostępne wcześniej poziomy.

    Bo The Happy One. Co by się nie działo, to Mourinho jest zawsze zwycięzcą. Faktycznym, albo przynajmniej moralnym. Opuszczając Real Madryt Mourinho wygrał kolejną walkę – z Romanem Abramowiczem. Trochę to zajęło czasu, ale jeden z największych magnatów współczesnego świata wrócił na kolanach. Nie ma wątpliwości, że pewnego dnia w podobny sposób żałować będzie Florentino Perez. Jeśli już nie żałuje.

    A Guardiola? To szczęściarz, bo przyszło mu trenować dwa wielkie kluby w ich szczytowej formie, niestety w obu wypadkach niewielka jest jego w tym zasługa. Byłoby fajnie, gdyby kiedyś zbudował jakiś klub od początku i pokazał, że w ogóle może grać w lidze z dużymi chłopcami. Póki co wsławił się jedynie przychodzeniem na „gotowe” i uciekaniem, kiedy „gotowe” przestawało być „gotowe” i wymagało poważnych napraw.

  10. ~@Kikutafc

    30 sierpnia 2013 at 11:37

    Mourinho już udowodnił w paru klubach i ligach, jak genialnym jest trenerem. Jak to mówią, „Wejść na szczyt jest łatwo, ale utrzymać sie tam to dopiero sztuka”. I przed takim wzywaniem stoi właśnie Guardiola. Jeśli utrzyma Bayern tam gdzie jest obecnie to wtedy doskoczy do poziomu Mourinho. Na ten moment „The Special One” jest jednak krok przed Pepem.

  11. ~Tomasz

    30 sierpnia 2013 at 11:37

    Mourinho because there can be only one, the special one 😉

  12. ~janek

    30 sierpnia 2013 at 11:42

    Mourinho to taki Zlatan, który udowodnił swoją klasę w kilku ligach a Pep to Messi, który pokazał, że jest najlepszy ale tylko w Barcelonie, która była wielka i za Rijkaarda, Ronaldinho, Deco, etc… Więc wg mnie na obecną chwile lepszy jest zdecydowanie Mou a Pep jest troche przereklamowany. Zobaczymy co pokaże z Bayernem.
    Pozdro Panie Pol!

  13. ~caahir98

    30 sierpnia 2013 at 11:43

    Póki co… żaden. Mourinho i Guardiola posiadają dwie odmienne filozofie prowadzenia drużyny. Mourinho udowodnił w swojej karierze że w wielu klubach potrafi osiągnąć sukces. Guardiola póki co prowadził tylko Barcelonę ale to nie może zaprzeczyć, że jest świetnym trenerem. Każda strategia potrzebuje innych ludzi do jej wykonania. W firmach dobiera się pracowników pod strategię firmy. Trener natomiast musi być bardziej elastyczny. Musi dopasować strategię pod zespół, który ma i ewentualnie uzupełnić braki. Mourinho w swojej karierze odnosząc sukcesy z Porto, Chelsea, Interem i Realem udowodnił, że potrafi być świetnym strategiem i managerem. Guardiola póki co pracował tylko w Barcelonie więc nie za bardzo da się go porównać do Jose. Myślę że jeszcze musimy poczekać. Guardiola miał świetny początek ale prawdziwego faceta poznaje się po tym jak kończy a nie jak zaczyna 😉 wszystko przed Pepem aby udowodnić, że Barca to nie przypadek i kunszt trenerski ma nie gorszy od Jose.

  14. ~Damian

    30 sierpnia 2013 at 11:50

    Mourinho, bo udowodnił na wielu frontach w kilku krajach że potrafi wprowadzić drużynę na salony poważnego futbolu, zaszczepić w piłkarzach mentalność zwycięzcy. Nie bał się zaparkować autobusu w bramce w meczu z Barcą, po czym krocząc dumnie niczym Napoleon po murawie Camp Nou, obierając za cel Santiago Bernabeu. Sam na przekór wszystkim, jak widać broni się wynikami. Arogancki, pewny siebie, z wielkim ego, aktor pierwszego planu, po prostu The Special One.

  15. ~adr

    30 sierpnia 2013 at 11:52

    Guardiola… on jest większą gwarancją sukcesu zarówno w lidze jak i w Europie. dlatego Bayern tak pazerny na wszelkie trofea to właśnie jego pożądał na swoją ławkę. Mourinho to taki Ronaldo wśród trenerów, dobry jest, a zarazem buńczuczny, pyskaty itd 🙂 A, Guardiola to taki Messi, też dobry, tyle że spokojny i opanowany. Pep nie tylko ma ciekawszy i przystępniejszy pomysł na futbol, ale w dodatku jest skromnym, normalnym człowiekiem. Mou to zadufany w sobie egoista, którego ulubioną strategią jest stawianie autobusu na 16 metrze z lepszymi przeciwnikami…

  16. ~szewcu

    30 sierpnia 2013 at 12:02

    Mourinho – bo swoją postawą wobec świata footballu zbratał się ze słowem „presja”, a mimo to wszyscy zgodnie przyznają, że najbliżej mu do słowa „sukces”.

  17. ~FT

    30 sierpnia 2013 at 12:26

    Mourinho, bo… to trener zagadka , taka sama zagadka dla zespołu rywali jak gra jego zespołu. Człowiek obdarzony niezwykłą osobowością choć dla wielu zbyt wielką, ale może właśnie to jest kluczem do sukcesu ?! Świat ewoluuję , a z nim piłka nożna. Zachowania, normy kulturowe , które jeszcze kilka/kilkanaście lat temu były dla wielu czystą abstrakcją stają się normą. Czy to dobrze czy zle ? To już zagadnienie na inne rozważania, jedno jest pewne Mourinho na początku swojej trenerskiej drogi obrał kierunek, którego trzyma się konsekwentnie. A wystarczy tylko przypomnieć konferencję przed transferem Wiliama i ten podwójny „policzek” dla włodarzy Tottenhamu.
    Trzy słowa klucz w życiu Jose Mourinho to : Sir Bobby Robson ! To imię i nazwisko zna chyba każdy fan futbolu, ale nie każdy pamięta dlaczego tak ważną osobą był dla „special one” . Podpowiadam to nie dlatego ,że był to najlepszy duet piłkarzy w historii jakiegoś klubu X , to może chociaż wypatrzył dawno temu młodego wówczas Portugalczyka i uczynił do najlepszym piłkarzem w Portugalii ?! Też pudło. Mourinho po nazwijmy to przygodzie z piłką został… tłumaczem legendarnego piłkarza i trenera. I być może to ukształtowało Portugalczyka.
    Teraz kilka słów o tym dlaczego to Chelsea wygra dzisiejsze spotkania , a nie Bayern. Na początek suche fakty : wygrana Liga Europy, III miejsce w PL vs wygrana Liga Mistrzów, I miejsce w Bundeslidze , wygrana w Pucharze Niemiec. Chciałoby się zapytać czy ja na pewno napisałem „dlaczego to Chelsea wygra dzisiejsze spotkania” ?! Ogłupiałem ? Otóż nie, przynajmniej bardzo chce tak myśleć. Już poniedziałkowy „hit” pokazał nam ,że Chelsea ma gotowy scenariusz na piątek. Bayern to drużyna bardzo podobna do ofensywnego Manchesteru United. Dodatkowo z najlepszym piłkarzem ubiegłego sezonu Frankiem Riberym więcej niż pewne ,że zagra ofensywnie , a Chelsea im na to pozwoli a w decydującym momencie i tak strzeli zwycięską bramkę. Być może będzie to w trakcie 90 minut , a może później.

    1. ~Tom

      30 sierpnia 2013 at 21:50

      Dokładnie i po 45 min sprawdza Ci sie dokładnie . Konkurs już sie skończył ?

  18. ~mrTurek18

    30 sierpnia 2013 at 12:33

    Najlepszym trenerem jest oczywiście Jose Mourinho. Jest on trenerem który sprawdził się już aż w czterech ligach w tym trzech bardzo topowych jak Barclays Premier League, Serie A czy również ostatnio La Liga, praktycznie każdy piłkarz, każdy człowiek który mógł z nim pracować chociaż przez chwilę nie może się z nim rozstać najlepszymi przykładami tego są jego odejścia najpierw z Chelsea gdzie wszyscy kibice wyszli na ulice go pożegnać, a zawodnicy płakali i nie ukrywali swoich łez, następnie chyba wszyscy pamiętamy jego odejście z Interu i twarz Materazziego ktory stał pod ścianą i płakał jak dziecko z powodu odejścia „The Special One” W każdym klubie w którym jest odnosi sukcesy może wyjątkiem był ostatni sezon spędzony w Realu, no ale nie można mu odmówić profesjonalnego podejścia do Futbolu. Jest fantastycznym trenerem który wie co chce od życia, zawszę przychodzi do klubu kilka godzin przed treningiem aby cały plan treningu rozpisać sobie na kartce. Wielu ludzi nie cierpi Jose Mourinho, twierdzą ze nic nie osiągnął (typowi sezonowcy) Guardiola jest najlepszy, za co go ludzie tak nienawidzą? za to że ma swoje zdanie? broni swoich piłkarzy? ja juz naprawdę nie wiem dlaczego tak jest. Guardiola to dobry trener tego mu nie można ujmować, lecz on miał jak na razie tylko swoją chwilę w Barcelonie, w świetnym okresie gdzie wszyscy chcieli wygrywać gdzie miał fantastyczny skład, widzimy dziś co zostawił w Barcelonie po sobie ludzi którzy nie mają juz ochoty wygrywać bo zdobyli juz wszytsko co mogli, a w Bayernie? a Bayernie jeszcze nie ma co oceniać jego pracy, stoczył kilka meczy ligowych, jak dla mnei w żadnym z nich Bayern nie był aż tak przekonujący jak za czasów trenera Heynckes’a. Poczekamy zobaczymy, jak prezentować będą się w swoich ligach zespoły prowadzone przez obu panów. Na dzień dzisiejszy moja opinie jest jednoznaczna Jose Mourinho!! znakomity trener ale co najważniejsze w tym wszystkim znakomity człowiek!!

  19. ~krzysztofs33

    30 sierpnia 2013 at 12:34

    Mou jest jak czerwone Ferrari i milion dolarów a Pep to narazie tylko czerwone Ferrari ! (niech potrenuje zespół w Barclays Premier League to zobaczymy)

  20. ~Andrzej Hurny

    30 sierpnia 2013 at 12:51

    Mourinho, bo to on umie ze starszych piłkarzy zrobić graczy, którzy są w stanie wygrywać puchary. Przykładem może być Inter Mediolan, który w 2010 roku wygrywał z „The Special One” potrójną koronę. Mourinho ściągał wtedy piłkarzy niechcianych w swoich klubach takich jak Goran Pandew, Wesley Sneijder, Samuel Eto’o. Wygrywając Ligę Mistrzów udowodnił poprzednim klubom tych piłkarzy, że oddając ich zrobili ogromny błąd. Sądzę, że i tym razem da „drugą młodość” takim piłkarzom jak John Terry (który o poprzednim sezonie jak najprędzej chce zapomnieć) i Frank Lampard. Myślę, że Jose po nieudanej przygodzie z Realem pokarze wszystkim niedowiarkom, że nie zapomniał jak trenować, aby wygrywać. Nie twierdzę, że Pep Guardiola jest słabym trenerem, ale jeszcze nie pokazał wszystkich swoich możliwości. Trenując Barcelonę wygrał wszystko co mógł, dlatego rozumiem jego decyzję o odejściu i poszukiwaniu nowych wyzwań. Dzisiejszy mecz nie pokarze jeszcze, który z nich jest lepszy, ale mam nadzieję, że spotkają się w finale Champions League i pokażą na co ich stać. Obydwaj trenerzy mają wiele gwiazd pod swoją opieką. Każdy z nich ma wspaniałego bramkarza i genialny, błyskotliwy środek pola. Tacy piłkarze jak Juan Mata, Oscar po jednej stronie, jak i po drugiej Franck Ribery i Arjen Robben umieją wyczyniać z piłką cuda. Wiele więc będzie zależeć od samych trenerów, obaj muszą poukładać grę, jak i zapanować nad charakterami piłkarzy. W tym drugim na pewno łatwiej będzie Mourinho, bo za nim stawią się grające legendy „The Blues” John Terry oraz Frank Lampard. Według mnie „Mou” jest bezapelacyjnie najlepszym trenerem na świecie.

  21. ~norman2000

    30 sierpnia 2013 at 12:54

    Guardiola ,bo osiągnął z FC Barceloną wszystko i jego taktyka przyniosła wielkie efekty .Trener,który zapoczątkował słynną ,,tiki takę”czyli schemat ,który opiewa się szczególnie na mocnych i dokładnych podaniach .Imponuje spokojem i inteligencją.Wyróżnia się także kulturą bycia.Człowiek,który w 2006 roku zakończył kurs trenerski,zrobił rewolucję w składzie i poukładał drużynę od początku.Pep Guardiola to nie tylko znakomity piłkarz oraz trener ,ale także wspaniały człowiek.

  22. ~Kowal012

    30 sierpnia 2013 at 13:01

    W mej skromnej opinii zdecydowanie najlepszym trenerem jest Mourinho. Obecnie ciężko mu znaleźć konkurenta, a to z jednego prostego powodu. Gdziekolwiek się nie pojawi, zawsze wygrywa (może nie wszystko, ale również niemało). Można powiedzieć, że jest synonimem sukcesu.
    Ciężko pracował i uczył się od najlepszych, aby osiągnąć to, co osiągnął. Mało który trener wygrał LM z dwoma różnymi klubami, a z dwoma innymi dochodził do półfinałów tych rozgrywek (dwukrotnie z Chelsea i trzykrotnie z Realem). Nie można też zapomnieć o niezliczonych sukcesach na krajowych podwórkach, obojętnie czy to jest Portugalia, Anglia, Włochy czy Hiszpania. I jestem przekonany, że w Anglii znów coś osiągnie.
    Moim zdaniem nie jest wyczynem doprowadzić jeden klub do sukcesu jak Guardiola, Ferguson czy Klopp (niczego nie ujmując tym panom). Prawdziwym osiągnięciem jest próbowanie swoich sił w wielu miejscach i odnoszenie tam zwycięstw.
    Oczywiście, można mu zarzucić arogancję i pychę. Ale z drugiej strony, jaki inny trener miałby taką czelność, żeby posadzić żywą legendę Realu na ławce, gdy ten był bez formy? (piszę to jako kibic Realu).
    Pozdrawiam

  23. ~ytseman23

    30 sierpnia 2013 at 13:31

    Mój głos zdecydowanie idzie na Mourinho. Oczywiście za Guardiolą stoją bezprecedensowe sukcesy – nikt w historii nie zdobył tak wiele w tak krótkim czasie. Mam jednak duże wątpliwości, na ile jest to faktycznie jego zasługa, a na ile efekt innych czynników, w szczególności życiowej formy niemal wszystkich zawodników Barcelony. Wcale nie twierdzę w tym miejscu, że wkład Josepa był zerowy – na pewno był znaczny, a fakt, że Messi, Xavi, Iniesta i inni grali na 150% możliwości na pewno był efektem unikalnego połączenia na linii trener-drużyna, którego pewnie nie osiągnąłby nikt inny. Ale czy kluczową postacią był Guardiola? To pozostaje dla mnie dyskusyjne.
    W dodatku Guardiola wybierając za swój kolejny klub Bayern Monachium, nadal będzie wzbudzał moje wątpliwości – nawet jeśli w najbliższych latach będzie zdobywał jedno trofeum za drugim, to nadal pozostanie kwestia, na ile jest to jego wkład, a na ile – maszyna ustawiona, naoliwiona i puszczona w ruch przez Juppa Heynckesa.
    Inna rzecz, że te sukcesy wcale nie muszą przyjść. Ba, nawet więcej – aktualna sytuacja i pozycja Bayernu jest bardzo niewygodna – wygranie Bundesligi to dla nich mus, bo każde inne miejsce będzie totalną porażką, a Borrussia na pewno łatwo nie odpuści. W Europie jeszcze gorzej – nikt Ligi Mistrzów dwa razy z rzędu nie wygrał, bo poza umiejętnościami trzeba mieć jeszcze mnóstwo szczęścia.
    Upraszczając: ciężko będzie Guardioli sprawić, żeby nadchodzący sezon został nazwany sukcesem, a nawet jeśli, to cały czas nie będzie można pozbyć się znaków zapytania.
    Dlatego też, przy całym szacunku dla sukcesów oraz kultury osobistej Josepa, gdybym sam prowadził klub piłkarski to bez zastanowienia postawiłbym na Jose. Tego wrednego skubańca, kłamcę i intryganta. Jego sukcesy przeliczone na tytuły są również spektakularne, a dodatkowo nie ma wątpliwości, że Porto, Chelsea, Inter oraz Real były jego projektami. W żadnym przypadku nie była to piłkarska poezja jak Barca Guardioli, ale przez wiele lat tworzył on drużyny lepsze od prostej sumy umiejętności poszczególnych graczy. Nie bez powodu jego zawodnicy w przeważającej większości darzą go niebywałym uwielbieniem – bo potrafił im powiedzieć w taki sposób, że są najlepsi, że mu uwierzyli. Dwa ostatnie zdania nie tyczą się Realu, ale według mnie, również jako szkoleniowiec Królewskich zrobił sporo (do sukcesu w Europie w ostatnich dwóch sezonach dzieliło go naprawdę niewiele). Głównym problemem według mnie było to, że we wszystkich poprzednich zespołach Mou mógł przenieść zawodników na wyższy level, a w przypadku Realu level był już właściwie maksymalny i podejście powinno być jednak inne. Tak mocno skupiono się na haśle „Bić Barcelonę”, że potem zabrakło innych opcji.
    Oczywiście, zachowaniem bydlackim było wsadzenie palca w oko Tito, wiele wypowiedzi The Special One nie sposób określić inaczej niż „chamskie”, ale nie mam wątpliwości, że przy tych jego wyskokach Machiavelli skacze z radości, wystawia dłoń i krzyczy „Jose, gimme five!!!”. Bo każde jedno zachowanie, słowo i gest świadczy w mojej opinii o niebywałej wręcz inteligencji, umiejętnościach przewidywania oraz czytania emocji. To jest naprawdę „przygotowywanie się do następnego meczu tuż po zakończeniu poprzedniego”. Choćby to, co robi Mou w sprawie Rooney’a jest – z punktu widzenia klubu Chelsea – genialne! Podkreślenie gafy Moyesa na temat drugiej opcji, podchody, stawianie Wayne’owi ultimatum – wszystko jest mistrzowsko rozegrane i niezależnie od tego czy Rooney zmieni klub czy nie (według mnie nie) ilość zepsutej krwi na Old Trafford jest olbrzymia.
    Według mnie Mourinho przerasta Pepa także w sferze strategiczno-taktycznej. Kiedyś gdzieś przeczytałem, że przed meczem przygotowuje w swoim notesiku swoje reakcje typu zmiany taktyki, roszad personalnych, w zależności od zdarzeń na boisku. Dlatego też mało co go zaskakuje. Niezwykle mocno zapadła mi w pamięć scena z tegorocznego rewanżowego meczu między Realem oraz Manchesterem United. Kibicuję Czerwonym Diabłom już ze dwadzieścia lat, uwielbieniem darzę Alexa Fergusona (wśród trenerów tylko Phil Jackson może się z nim równać jak dla mnie). Gdy Nani dostał czerwoną kartkę rzuciłem mięsem – i nie było to „fruk ci w rzętak” Witkacego – i miałem ochotę wejść na murawę i spuścić sędziemu solidny łomot. Identycznie zareagował Ferguson, który zbiegał po schodach, z zacięciem żując gumę, co miało mu zapewne rozgrzać aparat gębowy przed uskutecznieniem słynnej suszarki. I zupełnie mu się nie dziwiłem. Ale, gdy potem analizowałem całą sytuację na chłodno, to stwierdziłem, że Ferguson dał plamę. Zamiast wprowadzić zmiany personalne lub w ustawieniu, zareagował bardzo emocjonalnie, a jego zdenerwowanie udzieliło się podopiecznym. A co zrobił Mou? Z kamienną miną wprowadził Modrica, który za kilka minut odmienił losy meczu. Zachował stoicki spokój, bo był na taką sytuację – mamy niekorzystny wynik, jest druga połowa i jeden z przeciwników dostaje czerwoną kartkę – po prostu przygotowany.
    Podsumowując: mając do wyboru Mourinho oraz Guardiolę wybieram Fergusona 😉 ale zaraz potem Mourinho.

  24. ~mike

    30 sierpnia 2013 at 13:50

    Guardiola, bo nie ma takiego drugiego trenera, który tyle by poświęcił drużynie co on. Nie ma drugiego takiego, który by doprowadził drużynę do zdobycia wszystkich możliwych pucharów w sezonie. Nie ma takiego drugiego trenera, który by w ciągu czterech sezonów zdobył wraz z drużyną 14 trofeów (trzy razy triumf w lidze, dwa razy wygrana Liga Mistrzów, trzy razy Superpuchar kraju, dwa Puchary kraju, dwa Klubowe Mistrzostwa świata i dwa Superpuchary Europy). Tylko on studiuje przez całą noc taktykę przeciwnika, żeby kolejnego dnia przekazać strategię drużynie. Tylko on utrzymuje całą drużynę jako kolektyw, a nie każdego piłkarza jako jednostkę. A przy tym wszystkim nie jest złośliwy, nie wytyka innym – a ma wiele szacunku. Obok osiągnięć Guardioli nie można przejść obojętnie – nieważne jakiego klubu jest się kibicem.

  25. ~TZ#13

    30 sierpnia 2013 at 14:06

    Jose Mourinho, bo zdobył dwa razy Ligę Mistrzów z klubami dużo niżej notowanymi niż kluby Guardioli. Mourinho wprowadził te kluby na szczyt robiąc z nimi kilkanaście kroków naprzód, zaś Guardiola z Barceloną miał bardzo ułatwione zadanie mając do dyspozycji takich piłkarzy jakich miał. Jose zrobił z Chelsea potęgę na skalę europejską i chyba jemu jedynemu udało się to z klubu pompowanego grubą kasą miliardera. Przykład City, Malagi czy PSG pokazuje, że to nie takie proste. Poza tym Mourinho jest świetnym psychologiem. Potrafi zjednać sobie ludzi z którymi przychodzi mu pracować. Dla piłkarzy jest zarówno Ojcem jak i trenerem. Potrafi wprowadzić do drużyny rodzinną atmosferę. I na koniec dodam, że Mourinho nie boi się podejmować bardzo ryzykownych decyzji jak chociażby 3 zmiany zrobione w przewie, gdy prowadzona wówczas przez niego Chelsea przegrywała 0-1 a ostatecznie wygrała 4-1. Stawia również na młodzież (np. John Obi Mikel, Raphael Varane).

  26. ~Sobczyk Michał

    30 sierpnia 2013 at 14:11

    Guardiola vs. Mourinho – czyli starcie godne kultowej rywalizacji Godzilla kontra Kong Kong.

    Pytanie z pozoru godne gordyjskiego węzła, którego nie sposób byłoby rozwikłać nawet za radą samego króla Salomona [nie mylić z Salamonem, tak, tak panie „Szpaku”, SA – LA – MON – EM, czy jakoś tak]. Nie bez kozery zaznaczyłem jednak że jest to zadanie trudne tylko z pozoru, gdyż jak Europa długa, a i pewnie szeroka, znajdują się całe miliony ludzi, sądzących że posiadają niepodważalne argumenty przemawiające na korzyść którejś ze stron. Czemu więc niemiałbym i ja żyć w takim przekonaniu, twierdząc, że lepszym trenerem jest Mourinho, bo… , w tym miejscu mógłbym przytoczyć swe argumenty i zniechęcić tym przeciwników tej tezy do przeczytania dalszej treści, jednak dbając o dramaturgie i napięcie, postaram się swe argumenty przedstawić po kolei. Argumenty, opinie tym bardziej cenne, gdyż obiektywne, wypowiedziane nie przez kibica Barcelony czy Realu, a kibica piłkarskiego, kibica Widzewa, a aby było bardziej zabawnie, sympatyka Valencii.
    Życie szkoleniowca, nawet tego z grona „Top of the Top” nie samymi trofeami jest usłane, dlatego też sugerowanie się ilością sztuk, jakie mają obaj trenerzy w swych dorobkach, jest z pewnością płytkim wyznacznikiem ich umiejętności trenerskich. Często stanowią one jednak argument niepodważalny dla zwolenników którejś ze stron. W takim wypadku nie mogę przejść obok tego tematu nie zahaczywszy go. Patrząc więc na sukcesy oby panów, nie sposób nie stwierdzić wyższości portugalskiego trenera. Jest to jednak, jak wspomniałem już wcześniej, wykładnia nie odzwierciedlająca prawdy, gdyż staż pracy „Mou”, jest o kilka lat dłuższy od stażu „Pepa”. Porzućmy więc wszelkiego rodzaju pojedynki korespondencyjne, symulacje kto jakie wyniki odnosił, ile bramek jego drużyna strzeliła Numancii, Saragossie, czy innym klubom, a skupmy się na tym co w pracy szkoleniowca najważniejsze, warsztacie. I to właśnie na tym polu The Special One, moim skromnym zdaniem, bije Guardiole na głowę. W świecie piłkarskim utarło się powiedzenie „zwycięstwa są sukcesami drużyny, porażki winią trenera” , do porażek jeszcze zdążę wrócić, zacznę więc od zwycięstw. Z pewnością obu trenerom, z malutkim znakiem zapytania, nie można odmówić umiejętności strategiczno-taktycznych o których można napisać całą serię książek i poradników, które na zawsze odesłały by w niepamięć podręczniki Jerzego Talagi. Ten malutki znak zapytania, to niepewność w kwestii na ile sukcesy Barcelony były dziełem geniuszu Guardioli, a na ile sukcesem złotego pokolenia hiszpańskiej piłki wzbogaconej najwybitniejszym piłkarzem globu zapożyczonym z Rosario. W świecie piłki nie brakuje głosów, że Barcelona to drużyna, która potrzebuje trenera, który nie będzie jej przeszkadzał. Tak też chyba jest w rzeczywistości, chyba że za moment zaczniemy tworzyć rozprawki nad tematem, czy Tito Vilanova jest równie wybitny co Pep Guardiola, a Gerardo Martino równie wybitny co Vilanova. Nie mam zamiaru umniejszać roli trenera w klubie z Barcelony, jednak przy tak doświadczonych i wybitnych graczach, rola trenera jest znacznie ograniczona. Tą niepewność dotyczącą Pepa już niebawem rozwieje bawarska rzeczywistość, gdzie mierząc się z sukcesami Juppa Heynckes’a, Guardiola siada na wysokiego i niebezpiecznego konia i albo z niego spadnie, albo potwierdzi swój kunszt i się utrzyma. Po pierwszej przejażdżce w Superpucharze Niemiec, spadł. Dziś w Pradze siada po raz kolejny.
    Miałem jednak pisać o José, a więc, o umiejętności doboru taktyki w zależności od sytuacji. Spore grono przytakuje opinii że „za Mourinho idą jego gracze”. Jest to jednak błędna sugestia, gdyż patrząc na prowadzone przez niego Porto, Chelsea, Inter można dostrzec kilka identycznych nazwisk, jednak szkielet drużyny tworzyli zupełnie inni gracze, jak również styl gry tych drużyn był zgoła odmienny. Jest to przykład na dostosowanie się José do finezyjnego stylu ligi portugalskiej, twardej gry wyspiarzy czy defensywnie ustawionych Włochów. Trzy różne kraje, trzy różne style, mimo to pasmo sukcesów. Pewnie część osób zastanawia się teraz, „czemu nic nie napiszesz pacanie o Realu, nie pasuje do koncepcji?”. Nie przypadkowo, a raczej celowo gdyż miałem wrócić do owych porażek, których głównym winowajcą jest zawsze trener. Choć w moim mniemaniu, okres pracy w Realu wcale nie był okresem bezwzględnej porażki a wyciągnięciem Realu z marazmu po Pellegrinim, jednak w związku z taką wszechobecnie panującą opinią, będę tak też ten okres rozpatrywał. Real za czasów Mourinho zaczął grać piłkę, którą można nazwać mianem wojny błyskawicznej. Szybki kontratak, wypracowany niczym sylwetka Ronaldo [tego portugalskiego, nie mylić z Brazylijczykiem] do granic doskonałości. I choć Mourinho opuszczał Madryt w atmosferze konfliktów, rozczarowań i niespełnionych ambicji, po raz kolejny pokazuje swoje umiejętności przywódcze, które dają mu kolejną przewagę nad swym rywalem z Hiszpanii. Umiejętności kreowania wizerunku medialnego drużyny. W klubie powinna panować hierarchia, jak określił to niegdyś jeden z najwybitniejszy ze szkoleniowców, Sir Alex Ferguson „Z chwilą gdy jeden z piłkarzy staje się ważniejszy niż manager, klub umiera”. Wie o tym również José, który w każdym z klubów stanowił najważniejszą postać. Można mu zarzucać buńczuczność, pychę itp. zachowania, ja jednak jako zwykły kibic, siedzący przed szklanym ekranem, w tych zachowaniach widzę geniusza psychologii współczesnej piłki. Nie znam go osobiście, nie wiem jakim jest człowiekiem prywatnie jednak z dużą dozą prawdopodobności sądzę że José prywatnie to zupełnie odmienna postać niż José w którego wycelowane są kamery telewizyjne. Mourinho nie boi się kontrowersji, często sam je tworzy, a to wszystko by zdjąć presję ze swych graczy, odciągnąć uwagę od nich, zdjąć przytłaczające brzemię porażek z ich barków, zdaje się mówić „to ja jestem trenerem, ja jestem odpowiedzialny, ja decyduje, mnie oceniajcie”. Daje tym samym swoim zawodnikom możliwość spokojnego koncentrowania się na swych zadaniach. Takiej właśnie charyzmy i mądrości psychologicznej z pewnością nie można przypisać Guardioli, który w kręgach sportowo medialnych uchodzi za eleganckiego, gustownego i miłego człowieka, który w chwili rozstania z Barceloną pokazał na łamach mediów swe nie do końca czyste oblicze. Dziś gdy Mourinho wraca do kraju Albionu na Stamford Bridge, zdaje się wydawać że wraca tam by dokonać to czego nie udało mu się niegdyś, dać Chelsea puchar UEFA Champions League. Choć niczego w życiu nie można być pewnym, jestem niemal przekonany że któregoś dnia nadejdzie ranek w ciągu którego dowiemy się że Mou, człowiek który w swym słowniku nie ma słowa porażka, wraca na Santiago Bernabéu by spełnić swe obietnice sprzed lat.

    Te wszystkie moje wywody, sugestie, opinie mają na celu przekonać nieprzekonanych i uzmysłowić adwersarzom Mourinho, co takiego drzemie w charyzmatycznym Portugalczyku, co na dzień 30 sierpnia 2012, godzina 14.00, pozwala określić go lepszym trenerem od Josepa Guardioli. Piłka jest jednak tak nieprzewidywalna, że kto wie, może z 31 sierpnia, po finale Superpucharu Europy, uznam kunszt Guardioli ponad umiejętności Mourinho. Póki co w myśl starożytnej zasady – NIECH WYGRA LEPSZY.

  27. ~Franek

    30 sierpnia 2013 at 14:42

    Mourinho, because… this is SPARTA, ten charakterystyczny cytat wciska mi się do głowy za każdym razem, gdy widzę konferencje Mou. Niczym od Leonidasa bije od niego pewność siebie, własnych racji i koncepcji. Wkraczając na jego terytorium trzeba mieć się na baczności. Zabiera swym przeciwnikom wszystko, nie dając nic w zamian. Przypadkowy przechodzień w postaci kibica jest świadkiem rzeczy wielkich. Może obserwować jak bracia Spartanie (niezależnie od drużyny jaką prowadzi) umierają za niego, wierząc że największym zaszczytem jest polec w walce pod przywództwem The Special One.

  28. ~bartosz.sli

    30 sierpnia 2013 at 14:42

    Mourinho, bo nikt tak nie trzymał za jaja światowego futbolu, jak zrobił to Portugalczyk. W owym czasie nie była na niego mocnych; nawet wulkany z Islandii opowiedziały się po jego stronie. Mourinho góruje nad Guardiolą w każdym calu. Jego ekspresja, styl bycia, najmniejszy gest, mrugnięcie okiem i media pieją z zachwytu. Odłóżmy na bok sprawy drugorzędne. Portugalczyk bez cienia wątpliwości wygrywa z Guardiolą wszechstronnością. Hiszpan prowadził tylko (aż) Barcelonę (pomińmy Bayern, to jeszcze nie jego produkt) i był to zespół najlepszy na świecie, oczywiście, za sprawą Guardioli, ale jego wkład nie był tak kluczowy, jak w przypadku The Special One w przypadku jego drużyn. Prowadź zespoły w Portugalii, Anglii, Włoszech, Hiszpanii, wytrzymaj z takimi szefami jak Moratti, Abramowicz (są kumplami), Perez. Chylę czoła. Podbił serca nie tylko rodzinę piłkarską, ale możnych, inteligentów, psychologów i całe litania innych znawców. W całym wpisie zdecydowanie albo i niezdecydowanie postawiłem na Mourinho. Moje uznanie zaskarbił sobie niebezpośrednio. Finał LM i zbliżenia na transparent kibiców. Na nim Mourinho w strojach papieża. Najlepsze zdjęcie sportu chyba wszystkich czasów. Definiuje piłkę, w ogóle sport, jako najlepsze opium dla ludu.

  29. ~Lukas

    30 sierpnia 2013 at 14:52

    Mourinho…

    …ponieważ osiągał sukcesy z maszynami, nad którymi niekoniecznie każdy by zapanował. Podczas gdy Guardiola dostał wpierw Ferrari, a teraz Red Bulla, to Mourinho romansował z maszynami przeciętnymi, nowymi, niekoniecznie faworyzowanymi – czy jak ta ostatnia – kapryśnymi;

    …ponieważ jest prawdziwym facetem, samcem alfa. To on przewodzi, on rządzi, daje i odbiera. Jeśli trzeba odtrąca najwyższe świętości, jeśli trzeba wysyła w bój oznaczony cierpieniem, jeśli trzeba jako pierwszy odbiera ciosy, by potem być tym, który zada ten ostatni;

    …ponieważ jest niesfornym chłopcem na ringu. A to włoży palec w oko, a to się pokłóci z sędzią, a to oznajmi zwycięstwo nim rozpocznie się walka;

    …ponieważ jest kimś więcej niż reżyserem. Panuje nad każdą sekwencją filmu, planuje kolejne sceny, a gdy się wszystko wali jak domek z kart, sam wchodzi na plan by odegrać kolejną brawurową rolę, wygłosić kolejny zapierający dech w piersiach monolog, znów uratować Oscara rolą wręcz oscarową;

    …ponieważ stawia efektywność nad efektownością. Projektuje sprzęt stworzony dla swych celów, bez zbędnych ozdobników, które nie sprawiają żadnej praktycznej funkcji;

    …ponieważ połowa świata go kocha, a druga połowa nienawidzi. Protagonista i antagonista w jednym. Niegrzeczny dzieciak, który wkurza rodzica, a ten nadal go kocha;

    …ponieważ na jego spektaklu jeszcze nie zdarzyło mi się usnąć. Tymczasem „Tiki-taka” Guardioli, tak wiernie odtwarzana we wszystkich możliwych teatrach, coraz to doskonalsza, zdążyła mnie już nieraz znużyć.

    …ponieważ Jose jest The Special One.

      1. ~Lukas

        30 sierpnia 2013 at 15:50

        Dzięki 😉 To miłe, że komuś spodobał się mój komentarz 🙂

  30. ~Gradziu89

    30 sierpnia 2013 at 15:07

    Uważam, że na obecną chwilę lepszym trenerem jest Jose Mourinho z tego prostego względu, że zdobywał trofea klubowe jak i europejskie z takimi klubami jak; Porto, Chelsea, Inter oraz Real. Teraz stoi przed nim szansa ponowna na sukces w Chelsea. Guardiola faktycznie był czas, że z Barceloną zdominował wszystko, ale był to tylko 1 klub i środowisko, w którym przebywał można powiedzieć od zawsze. Wydaje się, że miał tam o tyle łatwiej bo panuje inna mentalność i dyscyplina niż w innych klubach w którym występują gwiazdy. Działa to na zasadzie stosunek nauczyciel-uczeń, a wiadomo, że w dzisiejszych czasach w piłce gdzie są duże pieniądze o to bardzo ciężko. Nie mniej jednak dokonał wielkich rzeczy. Dzisiejszy mecz będzie ważnym sprawdzianem dla obu szkoleniowców. Nadal jednak przychylam sie do tego, że jeśli nawet przegra Mourinho to jest póki co lepszym trenerem.

  31. ~Kubi

    30 sierpnia 2013 at 15:30

    Guardiola, ponieważ… pozostaje dżentelmenem w tej brudnej grze. Potrafi przekonać do siebie nie tylko piłkarzy, ale także zarząd klub oraz, co najważniejsze, kibiców. Guardiola posiada u zawodników niezwykły posłuch, który zawdzięcza, nie znęcaniem się nad piłkarzami w czasie treningu, lecz dzięki wielkiej charyzmie . Kiedy trzeba jest jak ojciec, ale także potrafi być jak brat, czy przyjaciel dla zawodników, którym będzie powierzał najważniejsze zadania na boisku. Tak było z Xavim w Barcelonie i tak jest teraz z Riberym w Bayernie Monachium. Pep jest niezwykle inteligentnym i sprytnym facetem, co potwierdził decydując się na objęcie Bawarczyków. Wiedział, że wygrają oni w poprzednim sezonie wszystko co się da i znowu będzie mógł stanąć, a co ważniejsze utrzymać się na najwyższym szczycie futbolowego świata. To pokazuje, że Guardiola widzi potencjał tam gdzie inni zobaczą go dopiero za chwilę. Zawsze jest dwa kroki przed innymi.

  32. ~Piotr Czech

    30 sierpnia 2013 at 15:58

    Josep Guardiola czy Jose Mourinho, który z nich jest lepszym trenerem? Ciężko odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie, ponieważ obaj Panowie w swoim trenerskim dorobku mają mnóstwo trofeuów wywalczonych po przepięknych bojach jak również ciężkich bitwach. Jako kibic FC Barcelony powinienem od razu wskazać jako zwycięzcę tej konfrontacji Pepa Guardiolę, lecz jak to bywa w sądzie „nie ma wyroku, bez rozprawy”, dlatego postaram się pokazać zarówno wady jak i zalety zbawiciela katalońskiej drużyny – Pepa Guardiolę jak również speca od wygrywania Ligi Mistrzów z wieloma drużynami – Jose Mourinho.
    Zacznijmy od tego, iż obaj panowie mają zgoła odmienne charaktery. Josep Guardiola jest spokojnym, otwartym na ludzi człowiekiem, który już za młodu wolał przebywać w gronie osób od siebie starszych, bardziej doświadczonych niż swoich rówieśników, chłonął od nich wielką wiedzę, która dzisiaj wydaje ogromne plony na arenie międzynarodowej.
    Jose Mourinho jest człowiekiem nieco inaczej patrzącym na świat niż Pep, jest niepokornym, energicznym ale przede wszystkim super-ambitnym trenerem, który wpaja swoim podopiecznym motywację do osiągania wielkich sukcesów. Nie zawsze styl drużyn jakie prowadzi Mourinho jest piękny dla oka, ale nie można odmówić mu przy tym ogromnego efektywizmu, który zaowocował zdobyciem m.in. Ligi Mistrzów przez drużyny Interu Mediolan jak również FC Porto.
    Uważam, iż nie można jasno powiedzieć, który z nich jest lepszy, jednak myślę, że obaj na stałe zapisali się już w wielkiej ciągle otwartej księdze futbolu, i zarówno wybitny Portugalczyk jak i rodowity Katalończyk znajdują uznanie w oczach kibiców piłkarskich na całym świecie, jedni chwalą kunszt Guardioli, inni skuteczną do bólu maszynę Mourinho.
    Na zakończenie pragnę powiedzieć, że obaj są wielkimi trenerami i tak już zostanie, nikt już tego nie zmieni!!!

  33. ~Anwaarch

    30 sierpnia 2013 at 17:01

    Patrząc na futbol przez pryzmat osiągnięć – nie poznałbyś jego piękna.
    Kibicując jedynie dla trofeów – nie mógłbyś nazwać się kibicem.

    Traktując piłkę nożną jako życie, rezultaty są sprawą drugorzędną.
    W momentach słabości – kochając klub, ukazywałbyś ironię?
    W momentach uniesień – kochając klub, ukazywałbyś brak szacunku?

    Mourinho jest niczym żagiel. Tak, żagiel.
    Gdy nie ma wiatru, żagiel opada, choć cały czas chce pokazać, iż jest najważniejszy, bo przecież bez niego statek nie popłynie?
    Żagiel cały czas jest w centrum uwagi. Cały czas jest okazały, wyniosły. Ważny, choć nie najważniejszy.
    Gdy Real przegrywał, Mourinho chciał być w orbicie mediów. Stawał się ironiczny, cyniczny. Prowokował w wywiadach. Pokazywał, że to on jest charakterem numer jeden

    Guardiola jest kapitanem statku. Tak, kapitanem – człowiekiem.
    Cały czas znajduje się na pokładzie. Dba o poddanych, nie unosi się. Gdy nie ma wiatru, jest sobą. Chwyta za wiosło i wiosłuje! Ważna jest załoga, a nie żagiel!

    „””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””

    Spójrz, taka prawda. To małe porównanie do morskich aspektów działa! Mourinho w gruncie rzeczy nie przebywa z piłkarzami. Pokazuje im jedynie jak grać. Ci narzekają na niego, kiedy nie zasiada już na ławce trenerskiej. Pep jest blisko zawodników. Gdy coś zaczyna się psuć, podchodzi do nich niczym przyjaciel. Mourinho to wyniosłość. Sam określił się The Special One. Co z tego, iż zdobywa trofea, jak za każdym razem kończy współpracę aferą? Guardiola to człowieczeństwo. Prawdziwy kompan.

    Futbol to nie tylko wyniki.
    Prawdziwie kocham futbol, więc wybieram..
    Wybieram człowieczeństwo. Wybieram Pepa Guardiolę.

    1. ~Quaterro

      30 sierpnia 2013 at 17:45

      „Ci narzekają na niego, kiedy nie zasiada już na ławce trenerskiej” – w Chelsea ma status półboga, w Interze piłkarze wspominają go z rozrzewnieniem. Jedynie w Realu spora grupa cieszy się z jego odejścia. Oj kolego troszkę naciągana argumentacja 😉

      1. ~Anwaarch

        30 sierpnia 2013 at 19:34

        Status „półboga” Mourinho zawdzięcza swojej sprytnej grze. Wszelakie ostatnie wypowiedzi, kiedy w Realu mu nie szło – „Pójdę tam, gdzie jestem kochany”. Z jednej strony nie było to do końca ładne zachowanie względem sympatyków Królewskich. Zamiast skupić się na pracy z piłkarzami, robieniu wszystkiego co w jego mocy, ten szukał nowego zatrudniania, szykował sobie już miejsce na Stamford Bridge. Nie jestem kibicem Los Blancos, ale potrafię sobie wyobrazić co czuli fani. Wstręt, oburzenie. Guardiola był z Dumą Katalonii na dobre i na złe. Nie owijał w bawełnę. Przypomnij sobie komentarze pojawiające się na temat portugalskiego szkoleniowca w 2007 roku. Mówiono o chybionym transferze Szewczenko, o tym, że Mou stracił autorytet wśród piłkarzy. Również go obgadywano, ale fakt – w Londynie był i jest lubiany. Porównując bezpośrednio Pepa i Mou należy skupić się na ich przygodzie w Primera Division, lata ich trenerskiej rywalizacji na linii Barcelona – Madryt. Inaczej to lekko mija się z celem. Tak jakby opisywać Neymara (zaczynającego karierę na wysokim szczeblu) z niezwykle doświadczonym przykładowo Carlosem Velą. Pozdrawiam 😉

  34. ~Quaterro

    30 sierpnia 2013 at 17:27

    Nie tak dawno temu i w nie tak odległej galaktyce mieliśmy dwa imperia. Imperium Katalońskie, gdzie nacisk stawiano na porządek, honor oraz styl, a także imperium Kastylijskie, gdzie rządził przepych, a nadrzędną wartością był pieniądz.
    Oba imperia, choć od dawien dawna liczyły się w Europie, uznały, że to za mało i postanowiły całkowicie zdominować świat. Zaczęło się w Katalonii, gdzie starego mistrza z dalekiego kraju, Franka Rijkaarda postanowiono zastąpić młodym, bardzo utalentowanym adeptem sztuk trenerskich – Josepem Guardiolą. Był to krok szalenie ryzykowny, bo choć młodzieniec, związany od zawsze ze swoim regionem, wydawał się być o wiele zdolniejszy od innych, to jednak pierwszy raz miał do odegrania tak ważną rolę. Jak się okazało, Katalońska starszyzna się nie pomyliła ufając żółtodziobowi i już w pierwszym sezonie zbierała plony swej decyzji. Guardiola zwyciężył na wszystkich najważniejszych frontach. W kolejnym sezonie potwierdził on swoje umiejętności, po raz kolejny zwyciężając na krajowym podwórku, a w Europie ulegając jedynie ówczesnemu mocarstwu Mediolańskiemu, będącemu wówczas pod batutą portugalskiego mistrza Jose Mourinho. To było pierwsze starcie obu panów, którzy jeszcze nie zdawali sobie sprawy jak bardzo ich drogi się skrzyżują.
    Sukcesy odnoszone przez Katalończyków z Barcelony rozsierdziły na dobre najwyższą radę Kastylijczyków. Postanowili oni sięgnąć po broń ostateczną, jaką miał być właśnie ten, który ostatni pokonał młodziaka z Katalonii. Miał nią być wielki Jose Mario dos Santos Felix Mourinho, cudotwórca z Portugalii, który najważniejsze trofeum w Europie potrafił zdobyć z małym, prowincjonalnym księstwem z Porto.
    I tak oto zaczęła się najgorętsza wojna dwóch hiszpańskich potęg od wielu lat. Sprawcą tego był głównie mag z Portugalii, który do tej pory jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, czego się nie tknął przemieniał w złoto. Zderzyły się tu nie tylko zapędy obu regionów do absolutnej władzy w Hiszpanii. Zderzyły się tu także dwie filozofie życia. Spokój, klasa i stonowanie Guardioli oraz arogancja, bezczelność oraz ego Mourinho.
    I tak oto zaczęła się także najtrudniejsza misja Portugalczyka w życiu. Tym razem nie od razu udało mu się stworzyć potwora pożerającego wszystko na swojej drodze. W pierwszym sezonie musiał on uznać wyższość Guardioli, zarówno w lidze, jak i w Europie. Kataloński twór okazał się za potężny, aby zniszczyć go ot tak już w pierwszym sezonie. To wymagało czasu i przygotowań. Na osłodę udało mu się zdobyć Puchar Króla. To był pierwszy cios naruszający potężne fundamenty katalońskiego Imperium. Jednak dla kogoś takiego jak Mou sam krajowy puchar to za mało, gdy po sezonie musiał on uznać także wyższość rywali w Superpucharze nie wytrzymał. Po meczu sam ruszył do walki, wbijając palec w oko asystenta Guardioli, Tito Vilanovy.
    Porażka niemal na całej linii w pierwszym sezonie w Hiszpanii, tak rozsierdziła Portugalczyka, że w kolejnym, jego podopieczni nie pozostawili złudzeń, kto jest „The Special One”. Pobił on rekord Barcelony Guardioli dziewięćdziesięciu dziewięciu punktów w sezonie, zdobywając o jedno oczko więcej i wydzierając mistrzostwo z rąk Katalończyków. To był kolejny cios uderzający w posady giganta z sąsiedztwa. Jednak mimo to, zespół Guardioli wciąż miał się dobrze zdobywając wszystkie możliwe puchary. Wszystkie oprócz najważniejszego – Pucharu Europy zwanego też Ligą Mistrzów. Jednak także dla Mourinho pozostał on niezdobyty. Obie potęgi przegrały bój na ostatniej prostej ulegając swym rywalom w półfinałach.
    To był ostatni, jak się okazało, wspólny sezon obu panów. Młody adept katalońskiej myśli szkoleniowej postanowił udać się na urlop i zrezygnował z funkcji trenera Barcelony. Zaś Portugalczyk na swym stanowisku pozostał o sezon dłużej, odchodząc, gdyż znów nie udało mu się zwyciężyć w najważniejszym turnieju Europy, a także po tym jak został odarty z krajowego tytułu przez największych rywali. Jednakże trzeba mu oddać, że przed jego przyjściem to co w jego przypadku było klęską, uznano by za sukces.
    Teraz obu znów przyjdzie się mierzyć. Tym razem już na nowych stanowiskach, ale w równie ważnym meczu jak zawsze, meczu o Superpuchar Europy. I tu znowu pytanie, który z nich dwóch jest lepszy?
    Moim skromnym zdaniem, z perspektywy jedynie jednego z tysięcy obserwatorów tej walki lepszym jest mag z Portugalii. On swą wielkość zbudował w maleńkim Porto, z którym zdobył najważniejsze trofeum w Europie. On, co prawda wzmacniany pieniędzmi potężnego Rosjanina Romana Abramowicza, dał pierwszy tytuł od 50 lat Londyńskiej Chelsea i to dwa razy z rzędu. Dziś takich potęg robionych na pieniądzach jest coraz więcej, ale on dokonał tego w Premier League, gdzie pieniądze to za mało aby zdominować takie tuzy jak Manchester United czy ówczesny Arsenal Londyn. A jakby tego było mało On dał pierwsze od 45 lat zwycięstwo w Lidze Mistrzów Interowi Mediolan (pomijam oczywiste notorycznie zdobywane mistrzostwa Włoch, bo to dla niego już nie znaczy wiele). Dopiero w Hiszpanii nie do końca mu się udało, ale tam trafił na złotą Katalońską generację.
    A drugi z nich? Złote dziecko Katalonii Pep Guardiola. W Barcelonie osiągnął wszystko zarówno jako piłkarz, jak i trener. Ale tylko i wyłącznie w Barcelonie. Tam gdy wchodził do szatni, to piłkarze widzieli w nim swego idola z lat młodości, byli w niego wpatrzeni jak w obrazek i gotowi skoczyć za nim w ogień. Jednakże nie z każdym szło mu tak dobrze. Ibrahimovica okiełznać nie potrafił i pomimo, że na boisku się sprawdzał, skład musiał opuścić. To tylko jeden z przykładów, że gdy Guardiola nie jest mistrzem z dzieciństwa, to nie zawsze musi być tak różowo. Poza tym nie kryjmy, dostał on świetnych zawodników jak Messi, Xavi czy Iniesta – musiał on tego tylko nie zepsuć i odpowiednio ustawić. To, trzeba oddać mu honor wykonał perfekcyjnie. Ale czymże jest stworzenie potęgi, mając wszystkie potrzebne do tego środki pod ręką do zbudowania potęgi w klubie, dla którego sukcesem jest już wyjście z grupy Ligi Mistrzów (Porto). Poza tym bardziej cenię kogoś, kto swą wielkość potwierdzić umie w najróżniejszych środowiskach (Portugalia, Anglia, Włochy, Hiszpania), aniżeli kogoś kto swą wielkość pokazał w środowisku dla siebie wręcz stworzonym.
    I ostatnie za co podziwiam Mourinho, to to, za co tak wielu go nienawidzi. Mourinho przeniósł fach trenera na inny poziom. On mecze często wygrywa już na konferencji, gdzie jak nikt inny na świecie potrafi manipulować presją. Potrafi on zasiać zamęt w szeregach rywali, jednocześnie odciążając swój zespół. To nie jego ego, to przemyślane działania mające na celu zyskanie przewagi jeszcze przed pierwszym gwizdkiem.
    Być może, nadejdzie taki dzień, że Guardiola przerośnie swego wielkiego rywala, ale na dzień dzisiejszy Mourinho w swoim fachu nie ma równych, zwłaszcza, gdy na emeryturę odszedł inny wielki – Sir Alex Ferguson.

  35. ~Kastel

    30 sierpnia 2013 at 17:30

    Mourinho, bo posiada charakter i fenomenalny umysł. Nie obchodzi go, czy przeciwnik zajmuje ostatnie miejsce czy pierwsze. Analizuje wszystkich bez wyjątku. Nie śpi, aby tylko sprawdzić ile razy napastnik schodzi na swoją lepszą nogę lub który obrońca ma problem z górnymi piłkami. Piłkarze są karmieni tymi informacjami i tylko oni sami mogą zawalić mecz.
    Potrafi działać na psychikę. Wyprowadza z równowagi każdego trenera (nawet Guardiolę) i robi sobie przewagę. Zdenerwowany przeciwnik za wszelką cenę nie chce się dać pomiatać Portugalczyku i stosuje niewłaściwą taktykę. Drużyna Mourinho to wykorzystuje i wynik jest prawie przesądzony.
    W piękny sposób odciąża piłkarzy od mediów. Dziennikarzy bierze na siebie poprzez kontrowersyjne wypowiedzi. Oni go kochają, a ten specjalnie podkłada kolejne sensacyjne bomby. Tymczasem jego zawodnicy nie skupiają się na pismakach, lecz na meczu.
    Geniusz taktyczny + charakter + medialność = jeden z najlepszych w tej branży. Gdyby był mniejszym awanturnikiem to zostałby zastępcą Fergusona. Alex bardzo go lubi, a dowodem na to jest wino, na które zaprosił Portugalczyka, który dopiero pierwszy raz przyleciał do Londynu by zacząć pracę w Chelsea. Sam Portugalczyk darzy Szkota olbrzymią sympatią. W ogóle kocha całą angielską piłkę tak jak ja :).

  36. ~maurycy

    30 sierpnia 2013 at 18:27

    Mourinho bo… Guardiola to nie Mourinho. To wystarczy 🙂

  37. ~Kudłaty

    30 sierpnia 2013 at 19:53

    Wydawałoby się, że dla mnie (fanatycznego kibica Barcy) wybór jest oczywisty. A jednak… Gdyby pytanie brzmiało: „Kto jest najlepszym trenerem drużyny z Katalonii?” nie miałbym wątpliwości.

    Za Mourinho nie przepadam. Jednak jako trenera szanuję i doceniam. Guardiola zdobył wszystkie możliwe trofea w klubowej piłce. Zrobił to nawet w jednym roku (do dziś żaden inny zespół nie zdobył wszystkich 6 trofeów w jednym roku). Dwa lata później wynik prawie powtórzył. Prawie, bo w finale pucharu Króla przegrał z … Mourinho. Jeśli sukcesy powtórzy w Niemczech (a później pewnie w Anglii) to bez wątpienia zasiądzie na tronie w trenerskim Panteonie.

    Na razie jednak jest w peletonie i dzielnie pedałuje mając obok siebie odwiecznego rywala. Mourinho do pełni szczęścia brakuje tylko dwóch trofeów: Super Pucharu Europy i Klubowego Mistrzostwa Świata. Żeby móc o nie walczyć trzeba wygrać Ligę Mistrzów. Dziś ma szansę zdobyć jedno z nich. Chelsea była zbyt słaba żeby wyjść z grupy LM, ale w Lidze Europejskiej sobie poradziła. Wcześniej Portugalczyk zaraz po sukcesie z Porto uciekł do Chelsea, a po zwycięstwie z Interem do Realu. To właśnie dlatego dzisiejszy mecz nie będzie, jak co roku, walką boksera wagi ciężkiej z bokserem wagi średniej, tylko starciem tytanów: finansowych, klubowych i trenerskich.

    Mourinho jest „number one” dlatego, że wygrał wszystko w trzech najlepszych (teraz Bundesliga wyprzedziła Serie A) ligach i Portugalii, z których każda wymaga czegoś innego:

    Portugalia:
    2x Mistrzostwo Kraju, 2x Superpuchar Portugalii i po razie Puchar Portugalii, Puchar UEFA i Ligę Mistrzów.

    Anglia: 2x Mistrzostwo Kraju, 2x Puchar Ligi Angielskiej, raz Puchar Anglii i raz Tarcza Wspólnoty

    Włochy: 2x Mistrzostwo Kraju i po razie Puchar, Superpuchar i Ligę Mistrzów.

    Hiszpania: Po razie Mistrzostwo Kraju, Puchar i Superpuchar.

    Żaden trener nie dokonał czegoś takiego i długo pewnie nie dokona. Wyzwaniem jest Liga Hiszpańska. Aby w niej „coś” wygrać trzeba trenować albo Barcelonę, albo Real. W Katalonii wybierają szkoleniowców, którzy spełniają pewne kryteria i nie kierują się nazwiskami. Pozostaje Real Madryt. Tam z kolei mało kto wytrzymał dłużej niż rok, a po jednym sezonie niezwykle ciężko jest zdobyć potrójną koronę.

    Jedynym konkurentem jest więc dla Portugalczyka Guardiola. Jeśli uda mu się w Niemczech i Anglii (a może i we Włoszech) wygra. Na razie jednak w wyścigu prowadzi Mourinho i to „The Special…” jest numerem jeden.

  38. ~ucan

    30 sierpnia 2013 at 20:24

    Mourihno, bo jest pierwszej klasy jajkiem na twardo (pamiętna konferencja), czyli Gombrowiczem wśród trenerów. Pokonując futbolowe sinusoidy, od portugalskiego outsidera União Leiria po K2 klubów świata – Real Madryt, przyklejał sobie nieustępliwie tysiące gombrowiczowskich gęb. Mozolne acz heroiczne próby uzyskania rzeczowych informacji na konferencjach The Special One nonszalancko zbywa festiwalem min i metafor.

    Podobnie jak literackie alter ego, Jose jest nazbyt często posądzany o przerost formy nad treścią. Nonsens. Uczuleni na piękno obu kunsztów winni raczej błogosławić tą tendencję, która dopiero w symbiozie jest w stanie przedstawić ogrom geniuszu całości. Czym byłoby sportowo pieczołowicie wykute na ideał spotkanie Chelsea – Barcelona bez pamiętnego „Fucking disgrace” Drogby i kanonady mistrzostwa negatywnej ekspresji The Special One? Pięknem zapomnianym, mgnieniem oka wśród boiskowej magii.

    Mourinho, bo poparty spektakularnymi, choć czasami tak ostentacyjnie zdobywanymi trofeami o niemal idealnej amplitudzie trudności. Od zwycięstwa w lidze portugalskiej po Ligę Mistrzów, a przecież zdołał także rozbroić hegemoniczną Barcelonę. Co jednak istotniejsze poparty szeregiem druzgocących porażek (0:5 w Gran Derbi), z których powstawał samotnie otrzepując kurz błędów, a skrzętnie zbierając z ziemi nawet najmniejsze ziarenko nauki z nich wynikającej.

    Wreszcie dlatego, że jest jajkiem na twardo; a przeznaczeniem trenera klasy godnej literackiemu Gombrowiczowi jest uniesienie się ponad jajka na miękko czy inne omlety. Mou właśnie taki jest – unikatowy, nieprzejednany, buńczuczny, ale najlepszy. Doskonałość daje mu prawo do bycia bezwzględnym.

  39. ~Mariachi

    30 sierpnia 2013 at 20:33

    Mourinho, bo pracował w czterech ligach, wszędzie z sukcesami.
    Mourinho, bo pod jego wodzą Wesley Sneider rozkwitł w 2010 na gracza nr 1 na świecie (eksperci do dziś zachodzą w głowę jakim cudem nie wygrał wówczas złotej piłki).
    Mourinho, bo Inter, który prowadził przed 3 laty przełamał, wydawałoby się, totalną hegemonię Barcelony, i zdobył bezprecedensową, potrójną koronę.
    Mourinho, bo chociaż bywa toksyczny dla zewnętrznego otoczenia, w swoim klubowym gronie rozpalał nierzadko ognisko współpracy i rodzinnej atmosfery (słynne ‚jest dla mnie jak ojciec’ Essiena czy wspomnianego już Sneidera).
    Mourinho, bo niczym kameleon potrafi dostosować się do panujących wokół warunków. Pamiętne pierwsze starcie z Barcą Guardioli 0:5, by w minionym sezonie ogrywać ich bez większych problemów.
    To za kadencji Mourinho właśnie Ronaldo obalił tezę, że blednie przed poważnymi drużynami- wspaniała seria 8(?) spotkań z Blaugraną, w których pluł ogniem.
    Mourinho, bo lepił przeważnie z gorszej gliny aniżeli Guardiola, który miał gotowy materiał i tylko go udoskonalał.

  40. ~Grmli

    30 sierpnia 2013 at 20:35

    Mourinho bo jest zły. To jego mózg wykuto w czeluściach Mordoru. On jest tym demonicznym manipulatorem od gierek psychologicznych. Człowiekiem, któremu nie wystarcza bycie solą w oku przeciwnika. On jest w tym oku wrednym paluchem.
    Mourinho bo jest gorszy. W trakcie czterech lat jego pobytu w Barcelonie zespół wywalczył ledwie 5 tytułów. Reszta trofeów, które wygrywał w z klubikiem z Portugalii i w trzech, do niedawna, najbardziej wymagających ligach świat jest raczej nieistotna. Poza tym zostały zdobyte z dużą dozą szczęścia i wody ze zraszaczy na Camp Nou.
    Mourinho bo jest obieżyświatem. Facet nie umie wytrzymać na jednym miejscu. Mówi się, że jest wampirem bo wysysa ze swoich drużyn to co najlepsze a potem nie mają siły na dalszą grę pod inną batutą. Nie są w stanie dowlec się choćby do finału Ligi Mistrzów. No chyba, że to Avram Grant ( daj Boże by gracze Realu też byli po nim tak wycieńczeni).
    Mourinho bo nie liczy się z piłkarzami. Kto sadza najlepszego bramkarza na świecie ławce ? Kto nie liczy się z klasą, pozycją i jakością tak świetnego piłkarza! Może gdyby dorzucił trochę pieniędzy i wymienił Ikera na Ibrahimovicia krytyka byłaby ciut mniejsza. Jose nie liczy się nawet z emocjami swoich podopiecznych. Większość w sobie rozkochuje by następnie porzucić. Robi im wodę z mózgu tak, że niemal nie dorobił się swojej sekty. Dobrze, że w Madrycie pracują ludzie o tak kamiennych sercach. Też musieliby wylewać morze łez pod Santiago Bernabeu.
    Mourinho bo żongluje taktyką. Kto słyszał, żeby robić jakieś taktyczne roszady? Tak robią tylko małe klubiki. Pewnie z Porto wyniósł takie nawyki. Nie przystoi wygrywać w ten sposób Pucharu z Wielkimi Uszami. Moratti pewnie musiał się ze wstydu zapaść pod ziemię kiedy wygrywali 2-0 z Bayernem.
    Mourinho bo mówi prawdę. Jak można wytknąć błędy sędziemu co do popełnienia ,których nikt nie ma wątpliwości? I to w lidze, w której w każdej kolejce wynik jakiegoś meczu jest przez sędziego wypaczany. Sprawa rozwiąże się sama a medialny szum nakłada tylko presję na ludzi, którzy pod presją mogą się tylko więcej mylić. Jakby w piłce nikt nie musiał sobie z tą presją radzić.
    Mourinho bo to on „ stał się kimś pomiędzy Machiavellim a Atyllą i poszedł tam gdzie już nie rośnie trawa”. Ciężko musi być kimś takim. Zwłaszcza gdy walczy się ze Świętym.

  41. ~Kaczorek

    30 sierpnia 2013 at 20:52

    Mourinho. Porque?

    Bo jest to prawdziwy facet z krwi i kości, który na swoje „the special one” zapracował. Nie dostał tak wiele od losu jak Guardiola, nie był świetnym piłkarzem, który trenerską posadę otrzymał niejako przez „zasiedzenie”. Poprzez swoją pasję do futbolu stworzył sobie szansę i wywalczył bilet wstępu na piłkarski Wersal. To każdemu daje nadzieję, że ciężką pracą można dojść na wyżyny zamkniętego i niechętnego przecież dla obcych światka.

    Nie raz już pokazał, że „tiene grande cojones” niczym amerykański cowboy. Że potrafi zapanować nie tylko nad prowincjonalnym ranczem (Benfica, Leiria), w którym ma do dyspozycji „bydło drugiej kategorii”, ale i nad w pełni zaopatrzoną, nastawioną na najwyższe cele w skali globalnej stajnią, w której aż roi się od kutych na cztery nogi wierzchowcach z rodowodem. I nie był tam stajennym, wyprowadzającym na padok. Był liderem, kimś, kto potrafił, stosując się do terminologii – ujeździć każdy charakter.

    Uważam, że jest to trener najlepszy także dla dziennikarzy. Ciekawy, kontrowersyjny, cytaty z jego konferencji są często najlepszą pointą materiałów, a same spotkania z żurnalistami pod względem atmosfery mogą konkurować z meczem, który poprzedzają. I nawet jak obrazi się i wyśle na rozmowę asystenta (przypadek z Karanką w Realu), to też pokazuje, że jest JAKIŚ. Odważny, pewny swych decyzji i gotowy, by zaskakiwać.

    Mourinho jest, co często pojawia się w wywiadach, dobrym kumplem dla swoich piłkarzy, który pomaga im jak może. Staje się pancerzem, za którym mogą się schronić i w spokoju wykonywać swoją pracę. To on przejmuje na siebie presję i huraganowy ostrzał mediów, kibiców, opinii publicznej. On stoi w pierwszy szeregu, niczym dobry generał, który prowadzi do ataku, a nie pogania, chroniąc się na tyłach.

    Może być oskarżany o chamstwo, niekiedy brak kurtuazji, przesadę w sądzeniu innych i zbyt wybujałe ego, ale uważam, że jego zachowanie może być inspirującą dla widzów grą, niczym dobrze wyreżyserowane przedstawienie teatralne. Z tą tylko różnicą, że tę postać napisał sobie sam, a każdą kolejną scenę wykonywanego przez niego monodramu możemy oglądać przy okazji pojawiania się w mediach.

    Moim zdaniem – and the Oscar goes to… Jose Mourinho.

  42. ~Anita

    30 sierpnia 2013 at 21:00

    Mourinho, bo… jest arogancki, nieprzewidywalny i… skuteczny. Gra wielu ludziom na nerwach, ale nie oszukujmy się.. świat futbolu straciłby mnóstwo uroku gdyby zabrakło w nim takiej postaci, jak The Special One.

    1. ~kibic666

      30 sierpnia 2013 at 22:33

      urok?uroczy to jestem ja haha.on jest bystry chłopiec

  43. ~pedro29

    30 sierpnia 2013 at 21:09

    Lepszym trenerem jest Jose Mourinho, bo w każdym miejscu, do którego zawitał odnosił sukcesy. Zanim jednak zaczął budować swój wizerunek sporo się nauczył od takiego autorytetu jak Bobby Robson. Z Porto zrobił najlepszy klub Europy, po drodze przechytrzając samego Sir Alexa. Dla Chelsea odzyskał mistrzostwo Anglii po 50 latach, a teraz po kilku sezonach, gdy Roman Abramowicz stwierdził, że żaden z kolejnych trenerów nie dał drużynie tyle jakości co Mou (Liga Mistrzów z Di Matteo była bardziej dziełem przypadku i… Drogby), więc ponownie sięgnął po Portugalczyka.

    Po drodze zmienił Inter w maszynę do wygrywania. Samuela Eto’o, po którego znowu sięga w Londynie, zrobił pomocnikiem od zadań specjalnych! Pokazał tym absolutny geniusz robiąc z napastnika, z którego zrezygnował Guardiola, wyrobnika. Dodajmy skutecznego. Kto po latach niepowodzeń pod sztandarem Roberto Manciniego postawiłby, że Nerazzurri wyeliminują Chelsea, Barcelonę i pokonają Bayern sięgając tym samym po Puchar Europy?! A jednak „The Special One” tego dokonał. Jak ważną był w Mediolanie osobą niech świadczy scena po finale Champions League, gdy płakał rozstając się z Marco Materazzim.

    W Realu nie spełnił marzenia o „Decimie”, ale wyrwał Królewskich z marazmu. Wreszcie przeszedł z nimi 1/8 Ligi Mistrzów, nie dopuścił do hegemonii Barcelony, pokonując ją w Pucharze Króla i sięgając po mistrzostwo. I znów pokazał klasę podnosząc się po słynnej „Manicie”.
    Szkoda konfliktów z piłkarzami, szczególnie tego z Ikerem Casillasem, ale z drugiej strony który szkoleniowiec miałby tyle odwagi, by posadzić klubową legendę na ławce mając w odwodzie równie dobrego (jak na razie) Diego Lopeza.

    Wreszcie wrócił do stolicy Anglii. Zapowiadał, że od teraz będzie „The Happy One”, ale już wiemy, że to była tylko gra wizerunkowa. Znów atakuje dziennikarzy i kolegów po fachu. I właśnie także dlatego na niego padł mój wybór. Mourinho nadaje piłce kolorytu. Tu wsadzi palec w oko, sprowokuje, oskarży arbitra czy pokłóci się z piłkarzem. Nie jest idealny, bez skazy. A takim niestety wydaje się Pep. Ustanowił wielkie rekordy z Barceloną, ale w moim przekonaniu on tylko poprawił coś świetnego. Poza tym trafił na cudowną grupę zawodników u szczytów karier. Był dobrym duchem. Prawdziwy test czeka go dopiero w Monachium, które ma dużą konkurencję nie tylko w kraju w postaci BVB, ale przede wszystkim w Europie, gdzie każdy będzie chciał bić mistrza.

    Mourinho swoje zdobył w różnych miejscach, stąd jemu przyznaję palmę pierwszeństwa. Guardiola jeszcze musi potwierdzić swoją klasę, a ma ku temu genialną okazję w stolicy Bawarii. Oby tylko nie przeszkodził mu nadmiar świetnych piłkarzy i ciągłe porównania do Juppa Heynckesa. Ale na dziś to Portugalczyk jest kilka metrów z przodu.

  44. ~tomasz

    30 sierpnia 2013 at 21:18

    Mourinho, bo… nie chowa się przed nikim i niczym, wychodzi naprzeciw swoim demonom z podniesionym czołem. Jest tarcza swojego zespołu, wie co jest dla niego najlepsze. Potrafi przekuć porażkę w sukces.
    A innymi slowy, bo jest jak Apple, a wszyscy chca być Apple 🙂 wyznaczac trendy, poprostu być „the special one”.

    Pozdrawiam
    ktomek

  45. ~krzychu

    30 sierpnia 2013 at 21:41

    Mou bo…zawsze wygrywa superpuchar:)

    1. ~kibic666

      30 sierpnia 2013 at 22:31

      otoz to 🙂

  46. ~cheneq

    30 sierpnia 2013 at 22:10

    Mourinho…
    …bo jego styl bycia (arogancja, bufonowatość) to tylko gra, dopełnienie spektaklu, który dzieki niemu rozpoczyna się długo przed pierwszym i kończy długo po ostatnim gwizdku….
    … bo zdobywał tytyły w Portugali, Anglii, Italii, Hiszpanii, Europie – Champions League (została Bundesliga i kadra narodowa, może potrenuje Borussię i Portugalię?)…
    … bo budzi skrajne emocje – a futbol to emocje…
    … bo udowodnił, że „chłpopaki też płaczą”: płacze boiskowy dwumetrowy zabijaka Materazzi gdy Mourinho opuszcza Inter – łzawi oko Tito Vilanovy po słynnym ekscesie
    …bo u niego nawet Torres strzela bramki 😉

  47. ~Jahoo

    30 sierpnia 2013 at 22:17

    Mourinho, bo on był w wielu klubach i z większością (jako pierwszy trener) osiągał sukcesy. Guardioli łatwiej jest wygrywać w jednej lidze, w której uczył się i grał jako zawodnik. Liczba trofeów zdobytych jest porównywalna, ale tu plus dla „The Special One”, bo wygrywał z różnymi zespołami, innymi zawodnikami. Druga rzecz – Mourinho odmieniał zawodników, na których „postawiono krzyżyk” np. Benzema w Realu. Jose robił też lepsze transfery : Ozil kupiony za 15 mln euro ma teraz ponad dwa razy wyższą wartość rynkową (wg transfermarkt.de), a oprócz tego dał wiele dobrego Realowi, podobnie jest z Khedirą, Callejon itd. Do zalet ” The Happy One” dodałbym styl gry jego zespołów. Ładniejsze są szybkie kontrataki niż długie oblężanie bramki przeciwnika.
    Pozdro dla wszystkich

  48. ~kibic666

    30 sierpnia 2013 at 22:30

    zdecydowanie Pan Mourinho. jest inteligentniejszy. mimo czerwonej dla ramiresa.
    pozdrawiam M.

    1. ~kibic666

      30 sierpnia 2013 at 22:36

      pamietajmy o tym Panu obok Jose!!! on tez jest w mensie
      pozdrawiam M.

  49. ~kibic666

    30 sierpnia 2013 at 22:35

    p.s pamietajmy o tym panu w okularkach co siedzi obok Jose. on też jest w mensie.
    pozdrawiam M.

  50. ~Darek

    31 sierpnia 2013 at 19:42

    Powiem szczerze, dla mnie to jak dyskusja wyzszosci swiat Bozego Narodzenia z Wielkanoca ;). Ale w sumie po to jest Forum/Blog :), wiec tez dorzuce swoje trzy grosze.
    Moim zdaniem ciezko powiedziec kto jest lepszy, i moze jako nieliczny jestem fanem obu mysli szkoleniowej, osobistosci. Z jednej strony Guardiola, ktory zanim wyslawil sie jako szkoleniowiec, byl wybitnym pilkarzem, kapitanem zespolu. Z drugiej strony Mourinho, ktory nigdy pilkarzem wybitnym albo ligowym nie byl, ktory ciezki ciezkiej pracy, znajomosci jezykow obcych uczyl sie od najlepszych trenerow(Robson, van Gaal).
    Rozne osobistosci, style prowadzenia druzyny, wielkie osiagniecia.
    Mourinho udowodnil, ze potrafi sobie poradzic w kazdej druzynie, mial jedynie pecha iz w tym samym czasie trafil na WIELKA BARCELONE, ktora miazdzyla wszystko iwszystkich po drodze, niemniej potrafil sie jej przeciwstawic i co nie co ugrac. Potrafil wykorzystac pieniadze wlascicieli i z przecietnej druzyny angielskiej(zanim Abramowicz ja kupil), zrobil druzyne z czolowki europejskiej, wygrywajac Lige, odbierajac prymat MAN U i Arsenalowi(ktory notabene wtedy sie konczyl). Po skonczeniu pracy dla pana Abramowicza, wzial stery i poprowadzil Inter, ktory od wielu lat mial aspiracje, pieniadze, swietnych pilkarzy do triumfu w Lidze Mistrzow i na krajowym podworku.

    Guardiola, to co osignal z Barcelona, dlugo moze sie nie powtorzyc. Owsem mial szczescie, ale potrafil nad tym zapanowac, ulozyc, wycisnac co najlepsze z pilkarzy i zdominowac rozgrywki ligowe, Real Madryt, i Lige Mistrzow.

    Nie umiem wybrac, oboje panowie maja jeszcze troche czasu i dopiero przyszlosc pokaze ktory byl lepszy.
    Nie zgadzam sie z argumentami, iz Guardiola dostaje gotowy zespol, gdyz obaj panowie, zsiadali za sterami druzyn, w ktorej sa odpowiedni pilkarze, i duze pieniadze. Jedynie FC Porto, za czasow Mourino moze byc wyjatkiem. Niemniej , Porto wykorzystalo kryzys wielkich w lidze mistrzow( final AS MONACO-FC PORTO!), mial0 naprawde swietnych pilkarzy, kupionych potem do Chelsea!

    Ps. sorki za bledy i brak polskiej czcionki.

  51. ~sebastianst

    2 listopada 2013 at 22:34

    Witam
    cale te dywagacja kto jest lepszy to to samo jak rozwazanie o wyzszosci swiat Bozego Narodzenia nad Wielkanoca.
    Uwielbiamy oboje i kazdy z nich ma takie cechy, ktore zawsze kazdy przyzna ze uwielbia.
    Znamy ich tylko z prasy i tv i po tym mozemy oceniac, a to jest jedynie ulamek prawdziwej wartosci czlowieka i trenera.
    Wiec nie zgrywajcie medrcow i psychologow tylko ogladajcie i cieszcie sie ze zyjecie w erze gdy tacy trenerzy moga nas zachwycac

Zostaw odpowiedź