Mourinho: Gombrowicz wśród trenerów o mózgu wykutym w Mordorze?

Przepraszam, że wyniki konkursu Mourinho vs Guardiola ogłaszam z taką zwłoką, ale kompletnie nie miałem czasu zalgować się na blogu. A w międzyczasie tyle się wydarzyło: Legia jako kolejny z 17 mistrzów Polski odbiła się od Ligi Mistrzów, Gareth Bale ostatecznie przeszedł do realu Madryt bijąc (lub nie) przy tym rekord transferowy (zgadzam się z tezą, że tą metką z taką ceną zrobiono mu krzywdę), Arsene Wenger zerwał z swą wieloletnią filozofią i wybulił 50 mln euro na piłkarza, zaprawdę świetnego ale w kontekście zgody na odejście Robina van Persie i jeszcze paru chłopaków za nieporównanie mniej, nadal zastanawiam się co dalej z Arsenalem. Wreszcie Polska nie zdołała pokonać Czarnogóry i definitywnie pożegnała z mundialem w Brazylii (za słaby byłem z matmy, żeby patrzeć na sytuację z optymizmem), o czym napiszę w następnej notce. Tymczasem werdykt.

Najbardziej podobały mi się notki o Jose Mourinho, co nie znaczy, że zgadzam się z ich tezą, że jest lepszy od Pepa Guardioli. To był nie tyle pojedynek na argumenty, bo tego sporu prędko nie rozstrzygniemy, ale na ich formę, liczbę i logikę. Najlepszy komentarz stworzył Lukas i jego rękę wirtualnie wznoszę ku górze. Książki (jak tylko przyślecie mi mejlem adres) dostaną także Ytseman23 i Anwaarch. Gratuluje panowie! Kilka innych komentarzy, które również bardzo mi się podobały znajdziecie poniżej. Bardzo bliski podium był Jakub Sośnicki. Ucan narobił mi smaku teza o tym, że Mourinho jest Gombrowiczem wśród trenerów, ale liczyłem na znacznie obfitsze w argumenty rozszerzenie. Podobnie jak Grmli piszący o Mourinho jako postaci z Mordoru. Dziękuję wszystkim za wspólną zabawę i do następnej!

Lukas

Mourinho…

…ponieważ osiągał sukcesy z maszynami, nad którymi niekoniecznie każdy by zapanował. Podczas gdy Guardiola dostał wpierw Ferrari, a teraz Red Bulla, to Mourinho romansował z maszynami przeciętnymi, nowymi, niekoniecznie faworyzowanymi – czy jak ta ostatnia – kapryśnymi;

…ponieważ jest prawdziwym facetem, samcem alfa. To on przewodzi, on rządzi, daje i odbiera. Jeśli trzeba odtrąca najwyższe świętości, jeśli trzeba wysyła w bój oznaczony cierpieniem, jeśli trzeba jako pierwszy odbiera ciosy, by potem być tym, który zada ten ostatni;

…ponieważ jest niesfornym chłopcem na ringu. A to włoży palec w oko, a to się pokłóci z sędzią, a to oznajmi zwycięstwo nim rozpocznie się walka;

…ponieważ jest kimś więcej niż reżyserem. Panuje nad każdą sekwencją filmu, planuje kolejne sceny, a gdy się wszystko wali jak domek z kart, sam wchodzi na plan by odegrać kolejną brawurową rolę, wygłosić kolejny zapierający dech w piersiach monolog, znów uratować Oscara rolą wręcz oscarową;

…ponieważ stawia efektywność nad efektownością. Projektuje sprzęt stworzony dla swych celów, bez zbędnych ozdobników, które nie sprawiają żadnej praktycznej funkcji;

…ponieważ połowa świata go kocha, a druga połowa nienawidzi. Protagonista i antagonista w jednym. Niegrzeczny dzieciak, który wkurza rodzica, a ten nadal go kocha;

…ponieważ na jego spektaklu jeszcze nie zdarzyło mi się usnąć. Tymczasem „Tiki-taka” Guardioli, tak wiernie odtwarzana we wszystkich możliwych teatrach, coraz to doskonalsza, zdążyła mnie już nieraz znużyć.

…ponieważ Jose jest The Special One.

ytseman23

Mój głos zdecydowanie idzie na Mourinho. Oczywiście za Guardiolą stoją bezprecedensowe sukcesy – nikt w historii nie zdobył tak wiele w tak krótkim czasie. Mam jednak duże wątpliwości, na ile jest to faktycznie jego zasługa, a na ile efekt innych czynników, w szczególności życiowej formy niemal wszystkich zawodników Barcelony. Wcale nie twierdzę w tym miejscu, że wkład Josepa był zerowy – na pewno był znaczny, a fakt, że Messi, Xavi, Iniesta i inni grali na 150% możliwości na pewno był efektem unikalnego połączenia na linii trener-drużyna, którego pewnie nie osiągnąłby nikt inny. Ale czy kluczową postacią był Guardiola? To pozostaje dla mnie dyskusyjne.
W dodatku Guardiola wybierając za swój kolejny klub Bayern Monachium, nadal będzie wzbudzał moje wątpliwości – nawet jeśli w najbliższych latach będzie zdobywał jedno trofeum za drugim, to nadal pozostanie kwestia, na ile jest to jego wkład, a na ile – maszyna ustawiona, naoliwiona i puszczona w ruch przez Juppa Heynckesa.
Inna rzecz, że te sukcesy wcale nie muszą przyjść. Ba, nawet więcej – aktualna sytuacja i pozycja Bayernu jest bardzo niewygodna – wygranie Bundesligi to dla nich mus, bo każde inne miejsce będzie totalną porażką, a Borrussia na pewno łatwo nie odpuści. W Europie jeszcze gorzej – nikt Ligi Mistrzów dwa razy z rzędu nie wygrał, bo poza umiejętnościami trzeba mieć jeszcze mnóstwo szczęścia.
Upraszczając: ciężko będzie Guardioli sprawić, żeby nadchodzący sezon został nazwany sukcesem, a nawet jeśli, to cały czas nie będzie można pozbyć się znaków zapytania.
Dlatego też, przy całym szacunku dla sukcesów oraz kultury osobistej Josepa, gdybym sam prowadził klub piłkarski to bez zastanowienia postawiłbym na Jose. Tego wrednego skubańca, kłamcę i intryganta. Jego sukcesy przeliczone na tytuły są również spektakularne, a dodatkowo nie ma wątpliwości, że Porto, Chelsea, Inter oraz Real były jego projektami. W żadnym przypadku nie była to piłkarska poezja jak Barca Guardioli, ale przez wiele lat tworzył on drużyny lepsze od prostej sumy umiejętności poszczególnych graczy. Nie bez powodu jego zawodnicy w przeważającej większości darzą go niebywałym uwielbieniem – bo potrafił im powiedzieć w taki sposób, że są najlepsi, że mu uwierzyli. Dwa ostatnie zdania nie tyczą się Realu, ale według mnie, również jako szkoleniowiec Królewskich zrobił sporo (do sukcesu w Europie w ostatnich dwóch sezonach dzieliło go naprawdę niewiele). Głównym problemem według mnie było to, że we wszystkich poprzednich zespołach Mou mógł przenieść zawodników na wyższy level, a w przypadku Realu level był już właściwie maksymalny i podejście powinno być jednak inne. Tak mocno skupiono się na haśle „Bić Barcelonę”, że potem zabrakło innych opcji.
Oczywiście, zachowaniem bydlackim było wsadzenie palca w oko Tito, wiele wypowiedzi The Special One nie sposób określić inaczej niż „chamskie”, ale nie mam wątpliwości, że przy tych jego wyskokach Machiavelli skacze z radości, wystawia dłoń i krzyczy „Jose, gimme five!!!”. Bo każde jedno zachowanie, słowo i gest świadczy w mojej opinii o niebywałej wręcz inteligencji, umiejętnościach przewidywania oraz czytania emocji. To jest naprawdę „przygotowywanie się do następnego meczu tuż po zakończeniu poprzedniego”. Choćby to, co robi Mou w sprawie Rooney’a jest – z punktu widzenia klubu Chelsea – genialne! Podkreślenie gafy Moyesa na temat drugiej opcji, podchody, stawianie Wayne’owi ultimatum – wszystko jest mistrzowsko rozegrane i niezależnie od tego czy Rooney zmieni klub czy nie (według mnie nie) ilość zepsutej krwi na Old Trafford jest olbrzymia.
Według mnie Mourinho przerasta Pepa także w sferze strategiczno-taktycznej. Kiedyś gdzieś przeczytałem, że przed meczem przygotowuje w swoim notesiku swoje reakcje typu zmiany taktyki, roszad personalnych, w zależności od zdarzeń na boisku. Dlatego też mało co go zaskakuje. Niezwykle mocno zapadła mi w pamięć scena z tegorocznego rewanżowego meczu między Realem oraz Manchesterem United. Kibicuję Czerwonym Diabłom już ze dwadzieścia lat, uwielbieniem darzę Alexa Fergusona (wśród trenerów tylko Phil Jackson może się z nim równać jak dla mnie). Gdy Nani dostał czerwoną kartkę rzuciłem mięsem – i nie było to „fruk ci w rzętak” Witkacego – i miałem ochotę wejść na murawę i spuścić sędziemu solidny łomot. Identycznie zareagował Ferguson, który zbiegał po schodach, z zacięciem żując gumę, co miało mu zapewne rozgrzać aparat gębowy przed uskutecznieniem słynnej suszarki. I zupełnie mu się nie dziwiłem. Ale, gdy potem analizowałem całą sytuację na chłodno, to stwierdziłem, że Ferguson dał plamę. Zamiast wprowadzić zmiany personalne lub w ustawieniu, zareagował bardzo emocjonalnie, a jego zdenerwowanie udzieliło się podopiecznym. A co zrobił Mou? Z kamienną miną wprowadził Modrica, który za kilka minut odmienił losy meczu. Zachował stoicki spokój, bo był na taką sytuację – mamy niekorzystny wynik, jest druga połowa i jeden z przeciwników dostaje czerwoną kartkę – po prostu przygotowany.
Podsumowując: mając do wyboru Mourinho oraz Guardiolę wybieram Fergusona 😉 ale zaraz potem Mourinho.

Anwaarch

Patrząc na futbol przez pryzmat osiągnięć – nie poznałbyś jego piękna.
Kibicując jedynie dla trofeów – nie mógłbyś nazwać się kibicem.

Traktując piłkę nożną jako życie, rezultaty są sprawą drugorzędną.
W momentach słabości – kochając klub, ukazywałbyś ironię?
W momentach uniesień – kochając klub, ukazywałbyś brak szacunku?

Mourinho jest niczym żagiel. Tak, żagiel.
Gdy nie ma wiatru, żagiel opada, choć cały czas chce pokazać, iż jest najważniejszy, bo przecież bez niego statek nie popłynie?
Żagiel cały czas jest w centrum uwagi. Cały czas jest okazały, wyniosły. Ważny, choć nie najważniejszy.
Gdy Real przegrywał, Mourinho chciał być w orbicie mediów. Stawał się ironiczny, cyniczny. Prowokował w wywiadach. Pokazywał, że to on jest charakterem numer jeden

Guardiola jest kapitanem statku. Tak, kapitanem – człowiekiem.
Cały czas znajduje się na pokładzie. Dba o poddanych, nie unosi się. Gdy nie ma wiatru, jest sobą. Chwyta za wiosło i wiosłuje! Ważna jest załoga, a nie żagiel!

„””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””

Spójrz, taka prawda. To małe porównanie do morskich aspektów działa! Mourinho w gruncie rzeczy nie przebywa z piłkarzami. Pokazuje im jedynie jak grać. Ci narzekają na niego, kiedy nie zasiada już na ławce trenerskiej. Pep jest blisko zawodników. Gdy coś zaczyna się psuć, podchodzi do nich niczym przyjaciel. Mourinho to wyniosłość. Sam określił się The Special One. Co z tego, iż zdobywa trofea, jak za każdym razem kończy współpracę aferą? Guardiola to człowieczeństwo. Prawdziwy kompan.

Futbol to nie tylko wyniki.
Prawdziwie kocham futbol, więc wybieram..
Wybieram człowieczeństwo. Wybieram Pepa Guardiolę.

Jakub Sośnicki

Mourinho, bo… zdobywał puchary w czterech krajach, w czterech ligach, który ewidentnie różnią się od siebie stylem i działają w inny sposób. Już na początku swojej samodzielnej kariery pokazał, że potrafi wyciągnąć ze swoich piłkarzy 200%. Co prawda – w Porto spędził zaledwie dwa lata, jednak później dołączył do Chelsea i od razu potrafił z nią zdobywać kolejne trofea. A jak wiemy nie jest to wcale taka łatwa rzecz – na przykładzie Andre Villasa-Boasa, który pobijał w Portugalii rekordy „The Happy One”, a mimo to nie poradził sobie w drużynie Romana Abramowicza. Jest mistrzem gierek słownych, w których ukryta jest przede wszystkim motywacja. Zawsze broni swoich podopiecznych (nawet w kontrowersyjny sposób). Stał się piłkarską ikoną, a jego cytaty przeszły do historii. Wszyscy pamiętaj, jak przed meczem Ligi Mistrzów z Barceloną Jose Mourinho na konferencji prasowej wymienił skład obu drużyn. Wszyscy pamiętają słynne „por que?” i żale na UEFĘ. I w końcu wszyscy zapamiętają pierwsze słowa Mou, kiedy powrócić do Anglii – Dziennikarz powiedział: „W Premier League dużo się zmieniło”, na to Portugalczyk odpowiedział: „Nie, Arsenal nadal nie zdobył żadnego pucharu”. Geniusz, geniusz taktyczny, motywacyjny, ojciec sukcesu i drużyny. Za Mourinho murem stoją nawet sami piłkarze. To oni wracają do niego, chcą z nim współpracować w innych zespołach – Carvalho, Ferreira, Essien czy Eto’o. Wiedzą, jak wygląda praca z takim człowiekiem i bez chwili zwątpienia przenoszą się do klubów, które prowadzi Jose. Jego wielka osobowość i styl przekazywania informacji powoduje, że przez cały czas chce się go słuchać i oglądać. Przyciąga masę ludzi i potrafi zarazem – kolokwialnie mówiąc- zagiąć każdego. Żywa gestykulacja i ciągłe komentarze adresowane do arbitrów sprawiają, że jego piłkarze czują się pewniej. Czują, że tuż przy linii stoi Pan, który ich obroni. I w końcu wiedzą, że w jego głowie kryje się gama wszelkiego rodzaju pomysłów i schematów, który można wykorzystać podczas meczów. Dlatego właśnie moim zdaniem Jose Mourinho jest najlepszym menedżerem świata.

ucan

Mourihno, bo jest pierwszej klasy jajkiem na twardo (pamiętna konferencja), czyli Gombrowiczem wśród trenerów. Pokonując futbolowe sinusoidy, od portugalskiego outsidera União Leiria po K2 klubów świata – Real Madryt, przyklejał sobie nieustępliwie tysiące gombrowiczowskich gęb. Mozolne acz heroiczne próby uzyskania rzeczowych informacji na konferencjach The Special One nonszalancko zbywa festiwalem min i metafor.

Podobnie jak literackie alter ego, Jose jest nazbyt często posądzany o przerost formy nad treścią. Nonsens. Uczuleni na piękno obu kunsztów winni raczej błogosławić tą tendencję, która dopiero w symbiozie jest w stanie przedstawić ogrom geniuszu całości. Czym byłoby sportowo pieczołowicie wykute na ideał spotkanie Chelsea – Barcelona bez pamiętnego „Fucking disgrace” Drogby i kanonady mistrzostwa negatywnej ekspresji The Special One? Pięknem zapomnianym, mgnieniem oka wśród boiskowej magii.

Mourinho, bo poparty spektakularnymi, choć czasami tak ostentacyjnie zdobywanymi trofeami o niemal idealnej amplitudzie trudności. Od zwycięstwa w lidze portugalskiej po Ligę Mistrzów, a przecież zdołał także rozbroić hegemoniczną Barcelonę. Co jednak istotniejsze poparty szeregiem druzgocących porażek (0:5 w Gran Derbi), z których powstawał samotnie otrzepując kurz błędów, a skrzętnie zbierając z ziemi nawet najmniejsze ziarenko nauki z nich wynikającej.

Wreszcie dlatego, że jest jajkiem na twardo; a przeznaczeniem trenera klasy godnej literackiemu Gombrowiczowi jest uniesienie się ponad jajka na miękko czy inne omlety. Mou właśnie taki jest – unikatowy, nieprzejednany, buńczuczny, ale najlepszy. Doskonałość daje mu prawo do bycia bezwzględnym.

Grmli

Mourinho bo jest zły. To jego mózg wykuto w czeluściach Mordoru. On jest tym demonicznym manipulatorem od gierek psychologicznych. Człowiekiem, któremu nie wystarcza bycie solą w oku przeciwnika. On jest w tym oku wrednym paluchem.
Mourinho bo jest gorszy. W trakcie czterech lat jego pobytu w Barcelonie zespół wywalczył ledwie 5 tytułów. Reszta trofeów, które wygrywał w z klubikiem z Portugalii i w trzech, do niedawna, najbardziej wymagających ligach świat jest raczej nieistotna. Poza tym zostały zdobyte z dużą dozą szczęścia i wody ze zraszaczy na Camp Nou.
Mourinho bo jest obieżyświatem. Facet nie umie wytrzymać na jednym miejscu. Mówi się, że jest wampirem bo wysysa ze swoich drużyn to co najlepsze a potem nie mają siły na dalszą grę pod inną batutą. Nie są w stanie dowlec się choćby do finału Ligi Mistrzów. No chyba, że to Avram Grant ( daj Boże by gracze Realu też byli po nim tak wycieńczeni).
Mourinho bo nie liczy się z piłkarzami. Kto sadza najlepszego bramkarza na świecie ławce ? Kto nie liczy się z klasą, pozycją i jakością tak świetnego piłkarza! Może gdyby dorzucił trochę pieniędzy i wymienił Ikera na Ibrahimovicia krytyka byłaby ciut mniejsza. Jose nie liczy się nawet z emocjami swoich podopiecznych. Większość w sobie rozkochuje by następnie porzucić. Robi im wodę z mózgu tak, że niemal nie dorobił się swojej sekty. Dobrze, że w Madrycie pracują ludzie o tak kamiennych sercach. Też musieliby wylewać morze łez pod Santiago Bernabeu.
Mourinho bo żongluje taktyką. Kto słyszał, żeby robić jakieś taktyczne roszady? Tak robią tylko małe klubiki. Pewnie z Porto wyniósł takie nawyki. Nie przystoi wygrywać w ten sposób Pucharu z Wielkimi Uszami. Moratti pewnie musiał się ze wstydu zapaść pod ziemię kiedy wygrywali 2-0 z Bayernem.
Mourinho bo mówi prawdę. Jak można wytknąć błędy sędziemu co do popełnienia ,których nikt nie ma wątpliwości? I to w lidze, w której w każdej kolejce wynik jakiegoś meczu jest przez sędziego wypaczany. Sprawa rozwiąże się sama a medialny szum nakłada tylko presję na ludzi, którzy pod presją mogą się tylko więcej mylić. Jakby w piłce nikt nie musiał sobie z tą presją radzić.
Mourinho bo to on „ stał się kimś pomiędzy Machiavellim a Atyllą i poszedł tam gdzie już nie rośnie trawa”. Ciężko musi być kimś takim. Zwłaszcza gdy walczy się ze Świętym.

Zostaw odpowiedź