Angielski bramkarz nie istnieje

Z okazji meczu Anglia – Polska na Wembley, w którym nasi w przeciwieństwie do gospodarzy zagrają niestety bez presji, wynik meczu nie będzie więc w żaden sposób miarodajny ani żadnym podsumowaniem pracy Waldemara Fornalika, postanowiłem zgłębić zagadkę dlaczego Anglicy od lat nie mają dobrych bramkarzy. Oto mój tekst, który napisałem do „Tygodnika Przegląd Sportowego”.

Skoro o koszykówce w USA powstał film pod tytułem „Biali nie potrafią skakać” z Woody Harrlesonem i Wesley Snipesem, to o piłce nożnej w Europie spokojnie dałoby się nakręcić „Anglik nie potrafi stać na bramce”. Czasy, eliminacje i turnieje się zmieniają, a Anglicy wciąż zmagają się z tęsknotą za następcą Gordona Banksa, Petera Shiltona i Davida Seamana. A nie jest to grono szczególnie wybitne – dwaj ostatni nie weszli wszak do panteonu najlepszych golkiperów w historii futbolu. Ja np. mimo wielkiej sympatii do Seamana, pamiętam go głównie z goli wpuszczonych za kołnierz. Jak ten po strzale Ronaldinho na mundialu w 2002.

Po bramkarzu Arsenalu świetnie zapowiadali się, następnie mniej lub bardziej kompromitowali i wreszcie znikali Paul Robinson (m.in. przez niego Anglików zabrakło na EURO 2008), Robert Green (zawalił gola na mundialu w RPA), David James, Scott Carson, Ben Foster i Chris Kirkland. Każdy z nich błyszczał w lidze i miał być „wybrańcem”. Każdy stał się rozczarowaniem. Tą drogą podąża właśnie Joe Hart, bez którego dwa sezony temu Manchester City nie zdobyłby mistrzostwa Anglii. Rodacy Harta cieszyli się, że oto mają wreszcie bramkarza na lata. Dziś aż 66 procent z nich wolałaby w bramce reprezentacji Frasera Forstera. Taka zamiana tuż przed kluczowymi meczami eliminacji mogłaby się skończyć tak samo, jak zamiana Robinsona na Carsona przez znienawidzonego na Wyspach Steve’ea McClarena sześć lat temu.

Wielokrotnie usiłowałem zgłębić, skąd ta niemoc Anglików właśnie na tej pozycji. Frans Hoek, trener bramkarzy reprezentacji Polski w czasach Leo Beenhakkera, który pracował m.in. z Johanem Cruyffem w Ajaksie i Luisem van Gaalem w Barcelonie, tłumaczył mi, że źródłem angielskich kłopotów jest brak dobrych nauczycieli. Na Wyspach jeszcze do niedawna bramkarze zawsze trenowali obok drużyny, a nie z nią. Prowadził ich zwykle były bramkarz klubu. Nie było co zrobić z kończącą karierę legendą, to się ją zwykle mianowało trenerem bramkarzy. No i ten szkolił swych następców według tych samych, archaicznych metod, którymi sam przez lata był szkolony.

Doprowadziło to do tego, że Premier League zalali świetni bramkarze z kontynentu (od Schmeichela, przez Čecha i van der Sara, po Szczęsnego, Boruca i Mignoleta) oraz z USA. Młodzi, nawet jeśli mieli talent, a szkolił ich już przyzwoity trener, jak Jose Manuel Ochoterna w Liverpoolu, nie mogli się przebić. Zupełnie inaczej niż w Hiszpanii, Holandii czy Niemczech, gdzie młodzi golkiperzy dostają mnóstwo okazji do wykazania się. W La Liga w minionym sezonie grało ich aż 15, w tym w Realu i Barcelonie. A byłoby ich więcej, gdyby Manchester United nie capnął Davida de Gei. Golkiperem Bayernu z zasady jest bramkarz reprezentacji Niemiec. Hart wchodząc do pierwszej drużyny City w wieku 22 lat, a potem zdobywając mistrzostwo, stał się wyjątkiem potwierdzającym regułę.

Inną ciekawą teorię wyczytałem w oficjalnym magazynie Ligi Mistrzów „Champions”, który zamieścił raport samych Anglików na temat swej bramkarskiej impotencji. Z badań wynikało, że najlepszych potencjalnie golkiperów na świecie produkuje się dziś w Polsce, Czechach, USA, Hiszpanii i Brazylii. Dlaczego? Bo we wszystkich tych krajach na wuefie dzieciaki uprawiają sporty wymagające skoordynowanej współpracy oczu i rąk. Czyli podstawy koszykówki, siatkówki, piłki ręcznej, a w Stanach dodatkowo baseballa. Przy okazji była to pierwsza publiczna pochwała polskich wuefistów, jaką przeczytałem w światowych mediach. Coś w tym musi być, skoro w Arsenalu nawet zmiennikiem polskiego bramkarza jest inny Polak.

Efektem raportu było to, że kilka szkół w Londynie wprowadziło do zajęć szkolnych piłkę ręczną na podstawie przetłumaczonego z polskiego podręcznika. Polacy stanowią dziś na Wyspach najliczniejszą emigrację i Anglikom pozostaje liczyć, że nie wszystkie dzieciaki postanowią w przyszłości reprezentować dawną ojczyznę. Trafią się im wówczas bramkarskie odpowiedniki Podolskiego i Klose.

3 komentarze

  1. ~Łukasz Wojnicki

    14 października 2013 at 18:42

    Ja bym tak szybko Harta nie skreślał. Owszem w tym sezonie daje ciała na całej lini, ale przecież jego umiejętności są niepodważalne. Wydaję mi się, że stawianie go w szeregu z Robinsonem, Greenem czy Fosterem jest delikatnie mówiąc nie na miejscu. Hart wcześniej czy później wróci do dyspozycji sprzed dwóch lat.

  2. ~janbezziemi

    14 października 2013 at 23:31

    Uważam, że wbrew pozorom, nie jest to najlepszy czas na pisanie o niedoborze solidnych angielskich bramkarzy. Faktycznie Hart ostatnio się nie popisuje, ale nawet Casillas czy Buffon mają przestoje. Zwłaszcza jest to wytłumaczalne, kiedy bramkarz osiągnie niepodważalną pozycję w klubie i reprezentacji. W przypadku Harta właśnie mamy taką sytuację, więc można zrozumieć to rozluźnienie.
    Niemniej jednak ja stawiam Anglika nawet w czołowej piątce bramkarzy globu (Casillas, Cech, Buffon, Neuer lepsi. A poza nimi kto?). Do tego dołóżmy Forstera, który umiejętności naprawdę ma niebanalne (zdaje się, że Milan się nim interesuje) plus Ruddy, który nie raz w pojedynkę ratował wynik Norwich i wychodzi nam przyzwoity obraz bramkarstwa angielskiego.

  3. ~mrk

    15 października 2013 at 20:20

    Klosego, nazwiska obcojęzyczne, zakończone -e, są odmienne.

Zostaw odpowiedź