Dlaczego Kozakiewicz został tyczkarzem, a nie trębaczem

Tworząc jakiś czas temu na blogu kategorię ‚Co się wydaje’ nie sadziłem, że przyjdzie dzień, w którym będę mógł Wam przedstawić własną książkę. Z przyjemnością tłumaczyłem biografie legend angielskiego futbolu – świetną „Football, bloody hell” Aleksa Fergusona, obie Wayne Rooney’a, czy jedną z lepszych książek o futbolu jakie czytałem: „Barca. Za kulisami najlepszej drużyny świata” Grahama Huntera. Ale własna książka? Do tego trzeba nie tylko pomysłu, ale przede wszystkim właściwego bohatera. Gotowego rozliczyć z całym swoim życiem i otworzyć przed autorem tak bardzo Andrzej Iwan otworzył się przed Krzysztofem Stanowskim. Po przeczytaniu „Spalonego”, którego cholernie – choć oczywiście w pozytywnym znaczeniu – zazdrościłem Krzyśkowi, wszystkie pomysły jakie mi przychodziły do głowy, wydawały mi się miałkie. Marzyłem o takim rozmówcy jak Iwan, ale uważając, że sprawa jest beznadziejna – żadnego z potencjalnych sportowców nie znam na tyle dobrze osobiście, żeby „zasłużyć” na zostanie powiernikiem życiowego – wcale go nie szukałem.

Aż tu ni stąd ni zowąd sam zgłosił się do mnie Władysław Kozakiewicz i zaproponował wspólną pracę nad jego biografią. Oczywiście wiedziałem kim jest. Kto nie słyszał historii słynnego gestu podczas moskiewskich igrzysk czy o kontrowersyjnej „ucieczce” do Niemiec? Wiedziałem, że przez 15 lat utrzymywał się w ścisłej światowej lekkoatletycznej czołówce, bił rekordy świata w skoku o tyczce. Wraz z Ireną Szewińską, Jackiem Wszołą, Władysławem Komarem, Marianem Woroninem, Tadeuszem Ślusarskim, Bronisławem Malinowskim i innymi tworzyli elitę sportowców, o statusie jaki dziś ma Usain Bolt (choć oczywiście nie takie pieniądze). Pomyślałem, że może wyjdzie z tego ciekawa opowieść z PRL-em.

Nie miałem pojęcia, że Władek, który w grudniu kończy 60. lat chce z siebie zrzucić potężne brzemię, które nosił od dziecka – rozliczyć z ojcem, który dla całej rodziny, mamy i dwójki rodzeństwa był prawdziwym psychopatycznym katem, alkoholikiem czerpiącym sadystyczną satysfakcję z lania swoich najbliższych do krwi i wymyślania dla nich upokarzających rytuałów jak np. całowanie w rękę przychodzących do domu na libację pijaczków czy obsesyjne ukrywanie jedzenia. Z ojcem, który żadnemu z dzieci nigdy nie kupił żadnej zabawki, ani roweru, sanek, piłki czy choćby słodyczy, czyli normalnych rzeczy w domach rówieśników nawet w okresie peerelowskiej bidy. Ojcem, który NIGDY, nawet w okresie największych sukcesów Władka nie przyszedł obejrzeć jego zawody na żywo. Mało tego, który nawet nie interesował się, że ten coś trenuje i zbywał, gdy ten przybiegał do domu promieniejąc, że pobił rekord Polski. Ojcem, od którego usłyszał, że nie jest jego synem i którego grobu, po śmierci w 1987, on z kolei nigdy nie odwiedził.

Kozakiewiczowie, repatrianci z Wileńszczyzny mieszkali w Gdyni w jednym, 18-metrowym pokoju, w którym nie było się gdzie skryć przed ojcem, ten zaś od małego traktował dzieci i żonę pasem ze sprzączką, łamał na nich krzesła i deski do prasowania. Toteż mały Władek codziennie wychodził z domu z myślą, żeby po powrocie mama była cała i zdrowa, a nie – jak się często zdarzało – wylądowała na pogotowiu. A kiedy już odkrył sport i zaczął trenować, robił to tak długo i intensywnie, żeby po powrocie do domu zwalić się do łóżka i od razu usnąć.

To wszystko siedziało we Władku przez te wszystkie lata tak bardzo, że eksplodowało już na naszym drugim spotkaniu. Żadna w tym była moja zasługa, milczącego, wstrząśniętego słuchacza. Nie zdążyłem zaskarbić sobie jego zaufania. Nie musiałem żadnymi zabiegami skłaniać go do sięgnięcia po najstraszniejsze wspomnienia. On już z nimi na mnie czekał. Uznał, że skoro znalazł autora, z miejsca wykrzyczy mu to co najważniejsze. Spisując później jego często bardzo zabawne i radosne opowieści o awanturniczym życiu sportowców w PRL, przemycie podczas wyjazdów zagranicznych, anegdot o podróżowaniu po całym świecie z pięciometrowymi tyczkami, rywalizacji sportowej z najlepszymi, zastanawiałem się jak to możliwe, że mimo takiej traumy z dzieciństwa pozostał tak wielkim życiowym optymistą, tak życzliwie nastawionym do świata i ciepłym człowiekiem? Jak to możliwe, że te doświadczenia nie spaprały mu psychiki, ale wzmocniły, a wręcz zaprowadziły na szczyt? Sam Władek odpowiada, że najbanalniej w świecie po prostu wdał się w matkę. Która gdyby nie była życiową optymistką, widzącej jasne strony każdej sytuacji, nigdy nie wytrzymałaby z ojcem tylu lat katorgi.

Nie wiem, co jeszcze mógłbym napisać w tej nitorecenzji swego literackiego debiutu. Może zostawię Was z fragmentem z pierwszego rozdziału, z którego dowiecie się dlaczego mały Władek nie został muzykiem…

(…) Pamiętam, że kilka razy odważyłem się poprosić ojca o kupienie tego czy tamtego. Ale zawsze kończyło się pytaniem: „Ale na cholerę ci to gówno?”.
I to kończyło sprawę. Moje odpowiedzi nigdy nie były przekonujące. Edek z Karoliną ze smutkiem słuchali tych starań; sami już dawno stracili wszelkie złudzenia. Z czasem i ja odpuściłem. Dopiero po latach, już dawno po przeprowadzce do Gdyni, gdy miałem ze 14-15 lat, przełamałem się i poprosiłem ojca o trąbkę. Zauroczył mnie dźwięk trąbki Louisa Armstronga, którego muzykę często puszczano w radiu. Nie miałem złudzeń, że mógłbym śpiewać jak on, ale już grać na trąbce – czemu nie? Odważyłem się poprosić podczas kolacji. Ojciec się zastanowił: „Może to i nie takie głupie? Byłby muzyk w rodzinie”.
I zapowiedział, że następnego dnia pójdziemy do sklepu muzycznego na Świętojańską, dosłownie pięć minut od naszego mieszkania. Długo nie mogłem zasnąć, bo już wielokrotnie tam zachodziłem pogładzić z namaszczeniem złote trąbki, popróbować palcami klawiszy… Bałem się, że ojciec może do rana zapomni o obietnicy, ale nie. Poszliśmy. Wchodzimy, ja od razu pędzę do trąbek. W pewnym momencie ojciec mnie woła. Patrzę, a on stoi przy kasie z… akordeonem. Zapłacił i wyszliśmy. Kupił mi akordeon! W domu wepchnął mi go w ręce i kazał grać.
– Ale ja chciałem trąbkę…
– Zamknij się i graj! Jaka trąbka, kiedy akordeon najlepszy do przygrywania na biesiadach? Czastuszki będziemy śpiewać.
Usiadłem zszokowany na krześle. Ciężki ten akordeon jak cholera. Wielki taki, harmonia sięgała mi od brody do kolan. Czarny, błyszczący, z jednej strony klawiatura jak w pianinie, z drugiej ze 120 przycisków. Trąbka miała tylko trzy… I tak siedziałem bezradny, nie wiedząc, co robić.
– Czemu nie grasz?
– No przecież nie umiem.
– Co nie umiem? Musisz dusić harmonię wte i wewte i przebierać palcami.
No to zacząłem przebierać, ale nie wiedziałem, co, jak i w którą stronę. Jak naciskałem na basy, to w ogóle żaden dźwięk się nie wydobywał. Wyszedł z tego jeden wielki kociokwik.
– I na cholerę kupiłem gówniarzowi akordeon, jak on nie potrafi grać?
Wściekł się, dostałem w łeb, zabrał mi akordeon i wrzucił do szafy. I tak skończyło się moje muzykowanie. Parę razy nawet zajrzałem do szafy, żeby popróbować, jak go nie było w domu. Ale wkrótce zabrakło mu pieniędzy na wódkę, zabrał akordeon i komuś go sprzedał (…)

Fot. Joanna Brzozowska

58 komentarzy

  1. ~Alba

    2 listopada 2013 at 12:47

    A zatem p. Kozakiewicz jest żywym dowodem na to, że można „być na samym dnie” i się od niego odbić dzięki własnej pracy, talentowi i determinacji. Ciekawe, czy ktoś pokusił się kiedyś o statystyki, ilu wybitnych sportowców pochodzi z „trudnych” (a przynajmniej biednych – jak Jadwiga Jędrzejowska) rodzin, a ilu z tzw. „dobrych domów”?

    1. ~Jolanta J

      3 listopada 2013 at 15:09

      ,że ktoś jest DDA to nie znaczy ,że ”na dnie”,natomiast może mieć trudności interpersonalne związane z niskim poczuciem wartości z nie umiętnąścią ”przebicia się”

      1. ~Gosia

        3 listopada 2013 at 16:24

        Mój prawie zięć też jest DDA a na żadnym dnie nie był.

    2. ~Arex

      3 listopada 2013 at 15:10

      Moze i tak, ale tacy ludzie to wyjatki, sam znam taki przypadek z mojego miasta, nie bede pisal o kogo chodzi bo niektorzy skojarza, a dna niestety udaje sie odbic tylko nielicznym.

    3. ~Jest roznica

      3 listopada 2013 at 15:20

      Pan Kozakiewicz nigdy nie byl na dnie.Mial tylko patologicznego ojca.

      1. ~miro

        3 listopada 2013 at 21:34

        A co Ty możesz tym wiedzieć, zgadujesz czy jak? Czy może mógł przeżyć totalną traumę, dno emocjonalne, co niekonieczne będzie widać na zewnątrz…

    4. ~Alosza

      3 listopada 2013 at 15:41

      Dobrze, że oprucz pracy i determinacji wymieniłaś też TALENT. Talent z definicji, to nadzwyczajne zdolności w jakiejś dziedzinie. Nadzwyczajne czyli powiedzmy lepsze niż 5000 rówieśników. Ponieważ można mieć różny talen, sportowy, muzyczny, matematyczny itp, a wystarczy , że osoba ma w jednej dziedzinie, to podzielmy na 10. Wychodzi nam 1 osoba na 500. Talent , nie super talent. To jaka jest rzeczywistość?? Osoba wyrastająca w trudnej rodzinie, dzieki swej pracy , uporowi, determinacji, mądrości, ma szanse się przebić jeśli dodatkowo ma talent. Czyli jeden na 500, a ci inni 499 bez talentu mają poprostu przes..ne.Co najwyżej mogli skończyć na zawodówce( wtamtych czasach), pójśc do milicji i być komunistycznym psem, lub iśc do wojska i dochrapać się sierżanta. Jak bardzo uparty, to powoli matura na wieczrówce i może praca jako kierownik zmiany. Pomijam tych, co dla kariery i awansu zostawali aktywistami komunistycznej władzy, bo de fakto byli kryminalistami. Oczywiście w dzisiejszej Polsce byli komuniści i ich potomkowie mają zbyt mocna pozycje, aby w świadomości społecznej funkcjonowało przekonanie, że wszyscy aktywiści partyjni w PRLu, to byli kryminaliści, jednak śmiało można tak powiedzieć.

  2. ~Sebastian Czapliński

    2 listopada 2013 at 15:24

    I dlatego uwielbiam autobiografie, bądź dobre biografie. Pokazują jak to wszystko wygląda „od środka”. Te książki są „prawdziwe”.
    http://sebastianczaplinski.blogspot.com

  3. ~ania

    3 listopada 2013 at 15:19

    Co za siła i mocny charakter! Podziwiam teraz pana Kozakiewicza jeszcze bardziej.

  4. ~Alosza

    3 listopada 2013 at 15:21

    A mnie tu coś zaciekawiło. Ojciec pijak i awanturnik, zamordysta, OK , rozumiem to i szkoda , że Władek miał takie dzieciństwo. Ale co innego mnie udeżyło. Władek miał 14-15lat, czyli był rok 1968. Niestety nie mam pojęcia ile wtedy w slepie kosztował akordeon. Sklepy były państwowe, czyli instrument nowy, nie z odzysku. Myśle, że nowy akordeon kosztował przynajmniej 5tys. złotych. To kim był jego ojciec, jaka miał prace, że tak z dnia na dzień, bez oszczędzania, miał w kieszeni 5000zł. w 1968r.???W dodatku gdy pił alkohol. W 1968r. moja mama jako nauczycielka zarabiała 1800zl. na miesiąc. Pozdrowienia dla Władka !! Nigdy go osobiście nie znałem, ale był mi bliski. Ja też skakałem.

    1. ~Dorota

      3 listopada 2013 at 16:05

      Nie mam pojęcia ile w tamtych czasach kosztował akordeon,byłam za mała ,ale moje cioteczne rodzeństwo miało dwa akordeony .Była ich czwórka rodzeństwa,wszyscy grali , Wujek więc kupił dwa. W domu im się nie przelewało,mieli to co wszyscy normalni ludzie w tamtych czasach.Może jednak nie było to takie drogie.

      1. ~Alosza

        3 listopada 2013 at 20:44

        Może nie było takie drogie (akordeon) telewizor czarno-biały w 1968r też większość rodzin w mieście już miała, ale jednak był to spory wydatek (telewizor) i tak z dnia na dzień tv. nikt nie kupował, trzeba było zaplanować, troche oszczędzać. Pamiętam adapter (gramofon) Bambino kupiony w 1962r za xx?zl. Był to duży zakup i spore wydarzenie.

    2. ~Gosia

      3 listopada 2013 at 16:22

      Ktos ci jakies bajki naopowiadał. Moja ciotka tez była nauczycielka i to w szkole specjalnej nie na pełnym etacie a jej syn (rocznik 1950) w tamtych latach chodził do szkoły muzycznej i miał akordeon. I jeszcze jedno – UDERZYłO

  5. ~ZIBI

    3 listopada 2013 at 16:01

    DLACZEGO POZNIEJ CZY WCZESNIAJ KAZDY POLAK SIE WLASNIE TAK ZESZMACI,CHYBA NIE DLA PIENIEDZY?,PRZYNAJMNIEJ NIE KOZAKIEWICZ,ZE WYCIAGA BRUDY PO TYLU LATACH!,NIE ON JEDZEN,OSTATNIO TO ROBI DOWBOR,NA TA CHCE ZYSKAC NOWA PRACE MOZE,CZY TA BYLA MIS AKTORKA ZAPOMNIALEM JEJ NAZWISKA,MOZE DLATEGO,CO JA NIBY MAZ TAK MALTRETOWAL,DLA MNIE TO LUDZIE PSYCHICZNIE CHORZY,POWINNI TO ZROBIC ODRAZU A NIE PO LATACH,WIDZ ZE IM SIE PALI GRUNT POD NOGAMI TO I ZESZMACA SIEBIE I RODZINE ABY TYLKO NIE PRACOWAC!

    1. ~dziecko

      3 listopada 2013 at 16:42

      ZIBI polecam Tobie także list do swych rodziców. Nawet jak nie żyją. Napisz go a później zniszcz. Zdziwisz się ile będziesz odkrywał emocji.

      1. ~ZIBI

        3 listopada 2013 at 17:18

        OJ DZIECKO,DZIECKO!MASZ MOZG JAK DZIECKO!

        1. ~nika

          3 listopada 2013 at 19:03

          Ma rację z tym listem . To znany psychologiczny sposób na wyrzucenie emocji, a nawet przebaczenie.

  6. ~katolik

    3 listopada 2013 at 16:45

    Życie na ziemi to nieustanna walka. Walka z diabłem, pokusami, z lenistwem i wadami.
    Koniec świata może być w każdej chwili. Pomyśl o wieczności. Masz do wyboru niebo albo piekło.
    Nie dbasz o zbawienie duszy?
    http://tradycja-2007.blog.onet.pl/

    1. ~katolik niewierzacy

      3 listopada 2013 at 17:52

      XXI wiek przemija era atomu, a ty dalej wierzysz w bajki wymyslone 2 tys. lat temu? Jaka dusza, jakie zbawienie czlowieku zastanow sie. Nie ma piekla i nie ma zadnego nieba, staraj sie o swoje zdrowie i zyj jak najdluzej, bo po smierci juz nie ma nic, gleba i zgnilizna, tyle.

  7. ~tabro

    3 listopada 2013 at 16:49

    Biografie mają to do siebie że można je napisać pod modny trend,atmosferę polityczną,pod obroty Ziemi,pod konkretnego czytelnika ,pod wschód i zachód słońca jak również pod zaćmienie księżyca etc. i nikt za autobiografię do kryminału nie pójdzie .

  8. ~Jur

    3 listopada 2013 at 16:54

    no jak miał odwiedzić…kiedy mieszka w Niemczech?…patriota!

  9. ~Baśka

    3 listopada 2013 at 16:57

    A ja słuchałam niedawno wywiadu z panem Kozakiewiczem, opowiadał o tym jak został z niczym, jak władze PRL -owskie pozbawiły go mieszkania, nie wpuściły do kraju, kiedy razem z żoną z podręcznym bagażem wracali z zagranicy, skazany na tułaczkę… a ten słynny gest był tego powodem. Zaciekawił mnie tymi opowieściami, na pewno przeczytam jego autobiografię.

  10. ~Jagoda

    3 listopada 2013 at 17:20

    Jeszcze więcej go podziwiam i mam okazję mu to powiedzieć, trzymaj się i nie daj się. Żaden ojciec tego typu nie zasługuje na miano ojca. To, że zapłodnił kobietę, nie jest jednoznaczne z nazwaniem go OJCEM.

  11. ~ignacy

    3 listopada 2013 at 17:28

    Być uzależnionym od psychopaty i skazanym na życie z nim to koszmar. Najbiedniejsze są w tym zawsze dzieci, bo ich sytuacja jest naprawdę bez wyjścia. Zresztą nie tylko o wiek tu chodzi, a o szczególny rodzaj ubezwłasnowolnienia ofiary. Pozdrawiam Panie Władku i gratuluję siły, woli i tego, że dał Pan radę.

  12. ~Karolina874

    3 listopada 2013 at 17:37

    Chłop jak dąb, a nie mógł obronić własnej matki przed ojcem sadystą, tylko patrzył jak ją okłada równo i teraz te swoje wrażenia próbuje spieniężyć. Nie kupię tej książki chociażby dlatego.

    1. ~Andrzej

      3 listopada 2013 at 18:18

      kochani, uwierzcie – ja znalem Wladka Kozakiewicza on zaczal przychodzic na nasze treningi na sale na Witominie w Gdyni
      On mial wtedy 14/15 lat a wygladal na 10/11 lat. byl niski i bardzo bardzo chudy , wiem ze wielu lekkoatletow nasmiewalo sie z niego.Zastanawialem sie dlaczego takie dziecko przychodzi do nas i razem trenuje z nami. Ale widzialem po dluzszym okresie ze byl bardzo uparty. Lubil bardzo wlazic na liny gimnastyczne. W tym czasie sala na witominie byla miejscem treningu dla Baltyku Gdynia sala byla rowniez dobra do traningu tyczkarzy.

      Pozdrawiam, Andrzej Szelagowicz

    2. ~Zbyszek z Nikiszu

      3 listopada 2013 at 18:38

      Jesteś środek z kapusty…

    3. ~Anna

      3 listopada 2013 at 20:31

      Kobieto czy ty w ogóle rozumiesz co piszesz?chłop jak dąb,a nie mógł obronić swojej matki?jak miał 5,albo 7 ,albo 10 lat,tez był chłop jak dąb,od razu sie taki urodził duży jak jest dziś?szkoda słów co do twojej wyobraźni.Ten facet,ojciec,nie bił ich normalnie,tzn,nie tak ze po prostu bił,tylko katował,walił pasem do krwi,rozwalał krzesła na głowach,czytałam kawałek wywiadu gdzis na onecie,ze krowie rogi połamał jakąś deską,tak ja walił po głowie,bo sie wsciekł,ze sie z łańcucha urwała..I ty kobieto piszesz,ze nie rozumiesz,ze nie mógł obronić matki.Dzieci są na ogół bezsilne wobec przemocy w rodzinie,bo są własnie mniejsze,słabsze i nie mogą sie przeciwstawić dorosłemu oprawcy.gdyby mogli,to oczywiscie nie dali by sie bic,ani swojej matki…A pisanie ksiazki po latach,jest własnie zrzucaniem z siebie tej traumy którą sie nosiło tyle lat,rozliczeniem przeszłosci.Nie kupuj tej ksiażki,bo napewno jej nie zrozumiesz.

    4. ~Wirone

      7 listopada 2013 at 08:36

      Poprzedni komentujący już wypunktowali częściowo Twoje wypociny (p. Władek jako dziecko), ale dodam jeszcze jedno: gdy już był dorosłym mężczyzną też nie podniósł ręki na ojca ze względu na swoją mamę, która nigdy od męża-pijaka nie odeszła i na której tenże sadysta by się po prostu „odegrał”. O tym też jest w książce prawdopodobnie (jeszcze nie czytałem), ale na pewno było gdzieś po drodze w wywiadach czy recenzjach.

      Przed pisaniem głupot warto się zastanowić 2 razy. Myślenie naprawdę nie jest trudne.

  13. ~JJS

    3 listopada 2013 at 17:51

    Mój ojciec mnie nie bił, ale w sumie go w ogóle nie było.

  14. ~marugo

    3 listopada 2013 at 17:55

    Nie lubię jak ktoś epatuje publikę swoim trudnym dzieciństwem,przeżyciami itp.Pan Władysław wybrał sobie już dawno nową ojczyznę,jest obywatelem niemieckim,tam mieszka i tam mieszka jego rodzina.Może właściwszym by było tam,za Odrą powspominać swoje dzieciństwo?Tylko kogo by to tam interesowało?Tu ,w Polsce Pan Władysław od pewnego czasu usiłuje być celebrytą i chyba niestety tylko temu służy to wspomnienie.”……sam zgłosił się do mnie .”Przepraszam to już zapomniał jak się pisze po polsku?Skoro tak go to uwierało to nikt mu nie zabraniał spisać wspomnień.

    1. ~Antek

      3 listopada 2013 at 20:50

      Obawiam się, że masz rację…myślę podobnie…

  15. ~Zbig

    3 listopada 2013 at 18:11

    Chyba znowu jest na dnie. Nie lubię takich facetów. Co On oczekuje? Że będę Mu współczuł? Całe dorosłe życie to Jego wybór! A skoro wybrał za Ojczyznę Niemcy to czego tu szuka?

    1. ~JerzyFan

      3 listopada 2013 at 19:21

      On pewnie robi tam za kapitana Klosa, więc uważaj z wypowiedziami, bo ta świnia Bruner stale podsłuchuje…

  16. ~dziadek

    3 listopada 2013 at 18:17

    Panie Władysławie. Jestem w stanie zrozumieć Pana cierpienie i bardzo jestem z Panem. Ale na litość Boską ! Niech Pan nie daje się wkręcać w tą „Machinę Jedynie Słusznych Mediów”. Oni tylko przez chwilę będą z Panem ! Póżniej wyplują Pana jak gumę do żucia !!!!!! Chyba za długo jest Pan za granicami naszego Kraju. Oni nie różnią się ani troche od Pańskiego tyrana z dzieciństwa !!!!!!!!!!!!!

  17. ~Joda

    3 listopada 2013 at 18:17

    … w którym nie było się gdzie skryć przed ojcem, ten zaś od małego traktował dzieci i żonę pasem ze sprzączką, łamał na nich krzesła…

    Co ciekawe ile lat miał ten ojciec jak już od małego lał żonę:)

  18. ~Maciej

    3 listopada 2013 at 18:19

    Przecież „Kozak” był wybitnym lekkoatletą. Podejrzewam, że w wieku 15 lat, mógł starego sadystę rozsmarować na podłodze i obsikać. Bał się debila?!

  19. ~POL

    3 listopada 2013 at 18:33

    dzisiaj wszyscy wielcy sa ofiarami swojego losu melestowani bici katowani a robia to tylko dla rozglosu Wladek czemu o tym nie wspomniales wczsniej? tylko teraz gdy wydales ksiazke chcesz zarobic na OJCU? daruj sobie taki chlop
    a dal sie bic !

    1. ~ONA

      6 listopada 2013 at 01:21

      Jak znam życie wzrostem i intelektem nie sięgasz mu do pięt . Brudzia z nim piłeś że zwracasz się per TY do człowieka który tyle osiągnął ?? Kim Ty jesteś że wyciągasz takie argumenty ?? co w życiu zrobiłeś dobrego dla innych ?? morał z tego że dziś ” kwiat młodzieży polskiej” to IMBECYLE .Tyle w temacie do POLskiego głupka

  20. ~Zbyszek z Nikiszu

    3 listopada 2013 at 18:36

    Pamiętam pana Władka poznałem go w 1977r. w Wrzesczu ośrodek sportu, był tam również Jacek Wszoła super chłopaki ja miałem 17 lat do dzisiaj to pamiętam,pozdrawiam ich…

  21. ~bogdan

    3 listopada 2013 at 19:33

    widocznie to wplynelo na dobro i wyniki

  22. ~qqryq

    3 listopada 2013 at 19:38

    Wzruszająca treść. Podziwiam upór i talent. Tzw. gest pozostanie na długo w mej pamięci

  23. ~marzena

    3 listopada 2013 at 20:49

    Wiem jak ,,ojciec” potrafi z dzieciństwa zrobić koszmar. Człowiek po latach ma koszmary.Ucieczka w sport to dobre rozwiązanie.Ale od tego się nie ucieknie tak do końca.

  24. ~Malik

    3 listopada 2013 at 22:27

    pamiętacie słynny „gest Kozakiewicza” ? ruscy dostali sr@czki hehehe

  25. ~grek

    4 listopada 2013 at 16:43

    Walenty Wejman odegrał bardzo ważną role w krztałtowaniu Kozaka jako sportowca

  26. ~MoOmEeN

    5 listopada 2013 at 09:55

    a ja zapytam a propos pierwszego akapitu czyli książek.
    jakie książki okołopiłkarskie polecacie?
    czytaliście wspomniane książki?

  27. ~Tadeusz

    5 listopada 2013 at 19:04

    Prawda o świecie nie jest łatwa do przyjęcia, bo nasza duma ludzka nie pozwala nam przyznać się nawet przed samym sobą do tego, że być może całe życie żyliśmy w błędzie.
    Mnie się udało wyjść z błędu, dlatego polecam prawdę objawiona przez Boga i ostrzegam przed piekłem, do którego ludzie wpadają jak rzęsisty deszcz.
    Czy wiesz w jakich czasach żyjemy?
    http://tradycja-2007.blog.onet.pl/

  28. ~ONA

    6 listopada 2013 at 01:10

    Książkę kupię i chętnie przeczytam. Co mnie tu PRZERAZIŁO , lejący się JAD ludzi którzy nawet w małym ułamku nie mają pojęcia o tamtejszych czasach ,o bierności biedzie i braku ucieczki od SADYSTY , przypomnieć chcę że nie było ” niebieskich kart” i.t.p instytucji które broniły by przed katem . Te pierdoły które wypisuje ZIBI i reszta młodocianych ,chyba mają problem z psychą albo w domciu niania podcierała zasrany tyłeczek , mamunia i tatunio zbudowali szklany klosik i to dla -tego w dupciach i główkach się poprzewracało . Więc jak ktoś nie ma bladego pojęcia o życiu niech nie wypowiada się publicznie ,bo tyłek ściska jak się czyta .

  29. Piotr K.

    8 listopada 2013 at 20:18

    Witam, Kozakiewicz to dla mnie człowiek legenda – mimo, że jestem młody ciałem to duchem żyję w czasach Kozakiewicza. Książkę zakupię.

  30. ~Binia

    25 lutego 2014 at 22:11

    Kupiłam książkę,bo szczerze mówiąc pan Kozakiewicz był mi znany głównie ze swego gestu,no oczywiście wiedziałam,że to tyczkarz.
    Wspomnienia o ojcu-mocne,powiem,że łzy lecą jak się to czyta,dobrze robi,że o tym mówi.
    Najgorsze jest zakłamanie jak o dziadziusiu mojego męża który ganiał rodzinę z nożem/mój mąż był wtedy wnusiem maleńkim/,nomen -omen też w Gdyni przy porcie pracował,a teraz opowieści w rodzinie jaki to był cacy dziadzio a tak naprawdę był pijakiem i awanturnikiem.
    Wszystkiego najlepszego p.Kozakiewicz

Zostaw odpowiedź