Kto chce wygrać Brazukę?

Pamiętacie to lekkie uczucie zawodu, gdy okazało się, że oficjalna piłka Euro 2012 ma wprawdzie na sobie barwy narodowe Polski i Ukrainy, ale jej nazywa – Tango 12 – średnio odwołuje się do naszej historii czy tradycji? Nie będą mieli tego problemu organizatorzy przyszłorocznego mundialu. Odsłonięta właśnie w Rio de Janeiro oficjalna piłka mistrzostw świata w 2014 roku nie może być już bardziej brazylijska. Już sama nazwa – Brazuca, którą w plebiscycie poparło ponad milion fanów (78 proc. głosujących) – to określenie dumnego Brazylijczyka, zadowolonego ze swego stylu życia. Ciężko mi znaleźć polski odpowiednik, ponieważ my rzadko bywamy z siebie dumni, ale byłaby to dokładne przeciwieństwo naszego „Polaczka”.

Brazuca – najbardziej chyba kolorowa ze wszystkich 12 piłek jakie Adidas przygotowuje na mistrzostwa świata od tych w Meksyku 1970 roku – oddaje koloryt i skrajności największego kraju Ameryki Południowej, różnobarwne wstęgi wiją się na piłce niczym Amazonka, a gwizdki symbolizują nie tylko te z flagi narodowej ale i pięć tytułów mistrza świata zdobytych przez piłkarzy Canarinhos.
Bo też dziś w Brazylii wszystko ma inspirować zawodników Luisa Felipe Scolariego do wygrania mundialu. Nie spotkaliśmy tu ani jednego tubylca, który twierdziłby, że to nie gospodarze zdobędą Puchar Świata. Spory dotyczą jedynie tego, kogo zwyciężą w finale 13 lipca 2014 na słynnej Maracanie. Jedni chcieliby, żeby w symboliczny sposób odebrać tytuł ustępującemu mistrzowi świata, zwłaszcza, że Brazylia pokonała Hiszpanię dopiero co w finale Pucharu Konfederacji. Innym marzy się Urugwaj, co pozwoliłoby zapomnieć o „maracanazie”, czyli haniebnej porażce w finale mundialu w 1950 na tym właśnie stadionie, która do dziś siedzi wszystkim zadrą w sercach. Jeszcze inni w pokonanych w finale najchętniej widzieliby Argentynę z „tym ich całym Messim, który jest dobry, nie przeczę, ale nasz Neymar…!”

Na Maracanie w szatni gospodarzy w szafkach wciąż wiszą koszulki drużyny, która w finale Pucharu Konfederacji rozbiła Hiszpanię 3:0. Zwiedzający – głównie brazylijskie dzieciaki, bo wycieczki szkolne bez przerwy zjeżdżają tu z całego kraju – oglądają je najpierw w nabożnym milczeniu (co ciekawe najchętniej fotografują się przy koszulce wcale nie Neymara, ale Freda – napastnika Fluminense, zdobywcy dwóch goli przeciwko Hiszpanii i Srebrnego Buta za pieć bramek na Pucharze Konfederacji). By po chwili, po wysłuchaniu z głośników hymnu Brazylii z szalonym entuzjazmem tańczyć po całym pomieszczeniu, wykrzykując „Brasil! Brasil” i nazwiska swoich ulubieńców, jakby finał właśnie się skończył, a marzenie narodu spełniło.

Czy piłkarzom pomoże im w tym najbardziej przetestowana piłka w historii Adidasa, nad którą prace trwały dwa i pół roku w 10 krajach? Którą w tajemnicy i pod innymi barwami rozegrano Puchar Konfederacji i kilka meczów towarzyskich? Gwiazda reprezentacji Brazylii i Barcelony, Dani Alves buńczucznie zapowiada, że „zdobycie mistrzostwa świata tak świetną piłką będzie prawdziwą zabawą”. Lepiej, żeby miał rację, bo jak mówią brazylijscy dziennikarze każdy inny wynik zostanie uznany za klęskę, która może zaszkodzić organizacji igrzysk w Rio w 2016 roku. Już dziś ilość pieniędzy jakie pochłaniają przygotowania do obu imprez wygania ludzi w gorących protestach na ulice, by władze nie zapomniały o edukacji czy opiece społecznej.

No dobrze, ja Brazukę mam już w rękach od wczoraj, kolej na Was. Jedna sztuka jest do wygrania w konkursie na blogu (już tradycyjnie, bo rozdawałem i Jabulani i Tango 12 i piłki Ligi Mistrzów). A dodam, że być może będę w stanie wziąć dla zwycięzcy piłki dodatkową nagrodę w postaci podpisu jakiejś gwiazdy futbolu (obecnego lub minionej) przy okazji losowania grup MŚ. Nie obiecuję tego wszakże ponieważ sytuacja jest dynamiczna: miałem pogadać z Fredem, pogadałem z Cafu, miałem z Zinedine Zidanem, a trafił się Clarence Seedorf (tys piknie).

Co trzeba zrobić, żeby wygrać Brazukę? A napisać w komentarza krótkie opowiadanko (u mnie zawsze konkursy literackie) – niech to będzie jakaś niesamowita akcja, która została Wam w pamięci, gol, parada, faul, niewykorzystana sytuacja, zagranie. Byle z wykorzystaniem następujących zwrotów: „Brazylijczyk” oraz „… i wtedy nagle piłka…” Oczywiście w dowolnej konfiguracji i deklinacji;) Do dzieła! Brazuca czeka. A ja czekam na wpisy do… wylosowania pierwszej drużyny z koszyka, czyli do 6 grudnia (13 czasu brazylijskiego).

Brazuca jeszcze w rękach autora bloga, ale już wkrótce szczęśliwego internauty;)

83 komentarze

  1. ~Dawid

    4 grudnia 2013 at 17:40

    Nieudane dośrodkowanie Królewskich. Piłkę przejmuje Marquez, podaje do Deco, który z pierwszej piłki zagrywa do Ronaldinho. Brazylijczyk przyjmuje piłkę zewnętrzną częścią stopy, z lekkością i łatwością ogrywa Sergio Ramosa, zbiega do środka, mija kolejnego defensora Realu, oddaje strzał, i wtedy nagle piłka w magiczny sposób trafia do bramki bezradnego i zdezorientowanego Casillasa, GOL! Barcelona wygrywa 3-0 z Realem Madryt!

  2. ~marcinaszek

    4 grudnia 2013 at 17:40

    Każdy Brazylijczyk pamiętam tamten moment. Hamann traci piłkę w środku pola, szybka wymiana piłki na linii Ronaldo-Rivaldo i ten drugi strzela. Wtedy naglę piłkę wypluwa Kahn do, której dobiega Ronaldo i strzela swojego siódmego gola podczas MŚ. Parę minut później dorzuca drugiego, który przesądza losy Pucharu Świata. Trofeum jedzie do kraju Kawy. Boski Ronaldo na zawsze zapisał się w historii brazylijskiego futbolu. W lato przyszłego roku trofeum znów będzie w Brazylii, ale czy jego następcy powtórzą sukces drużyny sprzed 12 lat ? Czekamy na rozstrzygnięcia.

  3. ~Aleksandroo

    4 grudnia 2013 at 17:45

    Podczas meczu Ligi Mistrzów 2012/13 , pierwszego spotkania grupowego Chelsea FC – Juventus, Brazylijczyk Oscar pięknie przyjął piłkę i uderzył i wtedy nagle piłka za grzęzła w siatce bramki bezradnego Gianluigii Buffon’a.

  4. ~Kacper Nowak

    4 grudnia 2013 at 17:52

    Mecz rewanżowy 1/2 Finału Ligi Mistrzów 2011/2012, pomiędzy FC Barceloną a Realem Madryt.

    Akcja: Di Maria nagle z zaskoczenia oddał fenomenalny strzał. Piłka uderzyła w słupek, następnie wykorzystując drugą szansę podał do Marcelo. Brazylijczyk huknął z lewej nogi nie dając żadnych szans Valdesowi i zdobywając gola.

    Kacper Nowak

  5. ~Tomek 23

    4 grudnia 2013 at 17:53

    Sytuacja, którą zaraz opiszę miała miejsce w 1997 roku w towarzyskim turnieju Tournoi de France. Szczęśliwym strzelcem był po tym wspaniałym golu a jakże Brazylijczyk – Roberto Carlos. Lewy obrońca wówczas Realu Madryt wykonywał rzut wolny. Zewnętrzną częścią swojej fenomenalnej lewej nogi kopnął piłkę z taką rotacją, że ta minęła mur Francuzów o metr. Wydawało się, że futbolówka poleci w trybuny i wtedy nagle piłka zmieniła tor lotu i tuż przy słupku wpadła to bramki Fabiena Bartheza. Niesamowita bramka z ponad 30 metrów.

  6. ~Teo

    4 grudnia 2013 at 17:53

    1997 rok, między sobą stają dwie ówczesne potęgi piłki nożnej – Francja zaś po drugiej stronie Brazylia. Każdy kibic który pojawił się na stadionie wiedział, że mecz będzie pełen polotu.. ale chyba nie sądził że stanie się świadkiem najbardziej niekonwencjonalnego oraz najpotężniejszego strzału z rzutu wolnego w historii. 21 minuta meczu, Ronaldo próbuje przedrzeć się przez dwójkę silnie naciskających pressingiem pomocników zostaje ‚sklinowany’ – FAUL – do bramki strzeżonej przez wybitnego golkipera, Fabiana Bartheza jakieś 35 metrów. Do piłki podchodzi niewysoki lewy obrońca Canarinhos – Roberto Carlos. Barthezz ustawia mur zaś Brazylijczyk cofa się, żeby wziąć długi rozbieg. Stadion zamarł. Carlos biegnie ile sił w nogach i uderza z niewyobrażalną siłą… i GOL! GOLLL! Ależ to był strzał! Wydawało się że piłka ominie francuski mur a nawet nie trafi w światło bramki… i wtedy nagle piłka zmieniła trajektorię lotu wpadła do siatki a Barthezz nawet nie drgnął. Ależ to był niewiarygodny strzał.

  7. ~Kacper Nowak

    4 grudnia 2013 at 17:53

    Mecz rewanżowy 1/2 Finału Ligi Mistrzów 2011/2012, pomiędzy FC Barceloną a Realem Madryt.

    Akcja: Di Maria nagle z zaskoczenia oddał fenomenalny strzał i wtedy nagle piłka uderzyła w słupek, następnie wykorzystując drugą szansę podał do Marcelo. Brazylijczyk huknął z lewej nogi nie dając żadnych szans Valdesowi i zdobywając gola.

    Kacper Nowak

  8. ~WojtekM

    4 grudnia 2013 at 18:02

    Wygrywamy 3:1 i mamy awans. Muszę być w 100 proc. skupiony. Przede wszystkim pamiętać o Ronaldinho. Jeśli któryś z zawodników Barcelony ma mnie pokonać, to tylko on. Po raz drugi, bo strzelił już z rzutu karnego. Cholera, mogłem to obronić, prawie sięgnąłem piłki. Skup się! Piłka leci w pole karne. John, wybij ją! Dobrze, muszę zrobić krok w tył. W gąszczu moich obrońców przedziera się chyba Iniesta… odgrywa piłkę… Cholera, nic nie widzę! I wtedy nagle piłka ląduje w siatce obok mnie. Jak to wpadło? Odwracam się. To znowu ten cholerny Brazylijczyk.

  9. ~Jasiek

    4 grudnia 2013 at 18:03

    21 Czerwca 2002 roku. Stadion Shizuoka w Japonii. Oczekiwany mecz Anglia Brazylia! 23min szał w obozie Anglików! Wyspiarze wychodzą na prowadzenie z faworytem turnieju po niesamowitym wykończeniu Owena! Tuż przed przerwą Canarinhos doprowadzają do remisu po bramce Rivaldo! Mamy Remis. Druga połowa rzut wolny dla Brazylijczyków. Piłke ustawia Ronaldinho… Krótkie spojrzenie w pole karne… podbiega i uderza piłkę, bramkarz David Seaman robi kilka kroków do przodu i wtedy nagle piłka przeleciała nad jego głowa wpadając mu za kołnierz!!! Ronaldinho rzuca się w szał radości w strone kibiców! Brazylijczyk chyba sam nie wierzy czy to był strzał czy dośrodkowanie!

  10. ~Paweł Moryc

    4 grudnia 2013 at 18:03

    Mecz Polska – Brazylia. Piłka pod nogami Szczęsnego, Polacy rozpoczynają kontratak. Piłka na skrzydło do Błaszczykowskiego, ten przebiega prawie całe boisko, dośrodkowuje, najwyżej w powietrze wyskakuje Lewandowski iiii wtedy nagle piłka zmienia tor lotu, trafia w Neymara i wpada do bramki Julio Cesara. Bezradny Brazylijczyk mógł tylko odprowadzić piłkę wzrokiem. Gol samobójczy, Polska wygyrwa 1-0!

  11. ~janusz

    4 grudnia 2013 at 18:05

    Miałem wtedy 12 lat, mieszkałem u babci naprzeciwko stadionu . To była ul. Sportowa 18-moje dzieciństwo-było ciepło i grałem jak co dzień na stadionie miejskim, bo można było na nim grać 24 h!!!!!! Na stadionie mojej ulubionej drużyny Vitcovi Witkowo .Na boisku chciałem być jak Grzegorz Lato!!!! To było kilka dni po zwycięstwie Naszych na Espanii, zwyciestwo z Peru!!!!! Duma Nas rozpierała i każdy z Nas naśladował Naszych bohaterów a w uszach brzmiała piosenka „entliczek, petliczek,co zrobi Piechniczek?” I zrobił!!!! Tego dnia grały Włochy z Brazylią-wiedziałem,że Sokrates i Zico dadzą radę więc poszedłem pograć wczasie transmisji. Z pobliskiego domu usłYszałem jednak w pewnym momencie ” Brazylijczyk nie doszedł do piłki i wtedy nagle piłka zatrzepotała w siatce Brazylii-3-2 dla Włochów!!!!! Paolo Rossii!!!!!!!!!!!!!!!!!!
    Wszyscy stanęliśmy jak wryci i pobiegliśmy sprawdzić czy to prawda-TAK,NASZA UKOCHANA BRAZYLIA ODPADŁA Z MISTRZOSTW-ALE POZOSTAŁA JESZCZE BARDZIEJ UKOCHANA POLSKA!!!!!!! To było dawno ale do dziś potrafię wymienić całą jedenastkę Włochów, wiem, że Sokrates nie był filozofem ale piłkarzem i lekarzem, pamiętam jak śp.Włodek Smolarek zatrzymał Ruskich-miałem 12 lat i mnóstwo autorytetów na boisku-a dzisiaj??? Będę kibicował znowu Brazylii!!!!!!!!!
    🙂

  12. ~Michasiuu

    4 grudnia 2013 at 18:06

    Niesamowity jak podaje słownik to : fenomenalny, nadzwyczajny, niepospolity, nieprzeciętny, niesamowity, niezwyczajny, niezwykły, ponadprzeciętny, rewelacyjny, rzadki, sensacyjny… tak dla mnie był taki jeden gol. Gol do którego bardzo często wracam na youtube i marzę zobaczyć na żywo ( takie zwykłe marzenie uzależnionego od piłki 🙂 ) Było to 1997 roku kiedy jako dziesięciolatek nie widział nic poza piłką nożną, a w głowie szał na punkcie Tottiego, Predraka Mijatovicia, Ronaldo, Alana Schillera czy Giainfranco Zolli ( piszę jak w głowie wypowiadam 🙂 )… Młody zapalony kibic nie odpuszczałem żadnego meczu dosłownie żadnego jaki mogłem znaleźć w TV … i tak znalazłem wyjaśnienie czegoś co określa się mianem „stadiony świata” coś co dziś ciągle jest kunsztem.. a było to tak … Mecz Francja – Brazylia w ramach turnieju „Tournoi de France” 21 minuta …. zostaje sfaulowany Romario … na 35 metrze ustawia piłkę Roberto Carlos … Brazylijczyk skupiony… w tle krzyki francuskiego bramkarza Fabiena Bartheza… kilkunastometrowy rozbieg Brazylijczyka… i wtedy nagle piłka… na chwilę na moment złamała każde znane prawo fizyki… każdy logiczny strzał…. uderzenie atomowe doprowadziło piłkę za kołnierz francuskiego bramkarza w ułamek sekundy wywijając kosmicznego rogala który zapisał się w historii piłki nożnej jako strzał niekonwencjonalny nietypowy… porostu niesamowity… Bramkarz stał jak wmurowany w murawę :). Uderzenie było tak nietypowe że cały stadion zamilkł, jak by pewność o tym że piłka leci gdzieś daleko od bramki była oczywistością. Nagle zmiana biegu całej trajektorii coś jakby w powietrzu wisiała niewidzialna ściana od której odbiła się piłka lecąca z niesamowitą szybkością w samo okienko bramki. I tak jedno uderzenie zawodnika z numerem 6 wpisało się w historię piłki nożnej jak i chłopca który kochał ten sport ponad życie. Minęło już ponad 16 lat a zawsze ta sytuacja powoduje ciary na plecach i wielką ekscytację … Jeśli futbol jest wielki to tylko dzięki takim chwilom, o których pamiętamy wiecznie.

  13. ~Maciej

    4 grudnia 2013 at 18:06

    Mistrzostwa Świata w 2002 roku, stadion w Jokohamie. Wielki mecz, wielki finał: Brazylia-Niemcy. W zasadzie był to występ wielu aktorów, ale gwiazda mogła być tylko jedna. Magiczny, galaktyczny Ronaldo. Przyćmił on swym blaskiem doskonałe występy nie tylko kolegów ze swojej drużyny, ale także przeciwnika. Pierwszy gol padł bo fatalnym w skutkach błędzie Olivera Kahna. Niemcy nie mogli się zbyt długo otrząsnąć po stracie pierwszego gola gdyż przy w 79 minucie, mogliśmy znów zaobserwować kunszt brazylijskiego napastnika. Rivaldo przepuszcza piłkę w okolicach pola karnego i wtedy nagle piłka dociera do Ronaldo, ten jednym zwodem mija obrońcę i pakuje piłkę w siatce tuż obok prawego słupka. Mimo że miałem wtedy tylko 8 lat, pamiętam ten mecz jakby odbywał się wczoraj. Piłka daje nam coś, co powoduje że tak ją uwielbiamy. Są to emocje, których nie da się opisać, tym bardziej ukraść.

  14. ~MaTy

    4 grudnia 2013 at 18:12

    Rok 1997… Tournoi de France… Mecz otwarcia… Francja, u siebie, mierzy się z Brazylią. 21 minuta – Romario faulowany blisko środka boiska. Piłkę ustawia kapitan – Dunga, podbiega jednak do niego mały, łysy Brazylijczyk z udami w obwodzie przypominającymi bardziej dąb niż nogę człowieka i siłą uderzenia niczym mityczny stwór. Barthez w panice ustawia mur i czeka w bezruchu na to co ma się wydarzyć. Odległość do bramki idealna do wrzutki w pole karne, jednak Roberto nawet o tym nie myśli… bierze 15-metrowy rozbieg. Małymi kroczkami zbliża się do piłki niczym baletnica, jednak kroki stają się dłuższe i dłuższe aż w końcu uderza piłkę… Uderzenie tak mocne iż wydaje się słyszeć huk fali uderzeniowej przy przekraczaniu prędkości dźwięku… i wtedy nagle piłka, niczym wystrzelona z działa dostaje rotacji tak dziwnej, tak nie z tego świata, że bardziej przypomina pijaną, wściekłą, ołowianą pszczołę lecącą na spotkanie z przeznaczeniem… omija mur i wpada przy słupku…
    „Celowałem we flagę swojego kraju, Brazylii…” powiedział Brazylijczyk…

  15. ~T-One

    4 grudnia 2013 at 18:15

    Jest 3 czerwca 1997 roku. Czyli 49 dni po moim urodzeniu. Siłą rzeczy nie mogłem tego ogladać na żywo. Mecz dwóch potęg. Naprzeciwko siebie stanęły Francja i Brazylia. Mecz z pozoru tylko towarzyski… Pierwszy gwizdek sędziego i zaczęli. Przez 20 minut utrzymywał się remis. Ale nadeszła 21 minuta spotkania. Arbiter wskazuje na rzut wolny. Roberto Carlos, niewysoki, sympatyczny Brazylijczyk ustawia sobie piłkę na 35 metrze do bramki Fabiena Bartheza. Golkiper Francuzów ustawia murek. Przez myśl zarówno jemu jak i piłkarzom z murku przeszła zapewne myśl o nieprawdopodobnej sile w nodze Brazylijczyka, który w tym samym momencie bierze rozbieg aż po samo koło środkowe… Gwizdek sędziego i… Brazylijczyk z każdą milisekundą jest coraz bliżej… kiedy wreszcie sznóruwki buta lewej nogi Roberto Carlosa uderzają w piłkę. Gdy piłka mija murek wszyscy są pewni, że poleci ona daleko od bramki Bartheza…I wtedy nagle piłka ożyła i zaczęła skręcać w stronę bramki Francuzów. Chłopiec od podawania piłek zasłonił twarz, by nie oberwać. Piłka w jednej chwili przypomniała sobie, gdzie jest jej miejsce i tuż przy słupku wpadła do bramki Fabiena Bartheza. Łysawy golikiper jest zdezorientowany, nie może pojąć jak to się stało. Tak samo reszta francuskich piłkarzy, ale również i Brazylijczycy na boisku i na trybunach nie mogą uwierzyć co się stało. Ale co z tego, teraz jest ich chwila, chwila radości z gola przeczącego prawom fizyki. Gola, który do dziś jest pamiętany przez absolutnie wszystkich fanów piłki nożnej na całej kuli ziemskiej.

  16. ~joanna

    4 grudnia 2013 at 18:16

    Przeniesmy sie w czasie do 28 maja 2003 r, Manchester, Old Trafford. Mialam wtedy dokladnie 12 lat i ogladalam final ligi mistrzow poraz pierwszy w swoim zyciu, byl to emocjonujacy wieczor, mecz po miedzy odwiecznymi rywalami juventusem turyn i fc milan. Dwoch wielkich bramkarzy bronilo swoich druzyn, Brazylijczyk Dida oraz Wloch G.Buffon. Po bardzo zacietym meczu, nastapily rzuty karne by wylonic zwyciezce tego mistrzowskiego pojedynku, ostatnim strzelcem byl Szewczenko, po silnym strzale i ku mojej rozpaczy…ptzeslaniam oczy … Wtedy nagle pilka wpadla w siatke juventusu…..wygrywa milan 3-2 W rzutach karnych. A ja z wielkim placzem zbieram sie do lozka, by oplakiwac przegrana mojego juventusu, ku smiechu mojego taty i kuzyna. Od tego dnia, zawsze ogladam finaly CL. #truestory #wzruszajace

  17. ~Przemek

    4 grudnia 2013 at 18:17

    21 czerwca, 2002 rok
    Dzień zakończenia roku szkolnego, ale w mojej szkole tego dnia, nie ma 100% frekwencji. Grupa młodych chłopaków (w tym i ja), siedzi od rana przed telewizorem. Ćwierćfinał mundialu. Brazylia – Anglia… Mając wtedy te kilkanaście lat, piłka była ważniejsza od świadectwa, czy kwiatów dla nauczycieli. Futbol był romantyczny, pociągający.. Zmuszał do czytania „Piłki Nożnej” czy „Przeglądu Sportowego” po kilka razy, aż do wykucia na pamięć. Żadna książka od historii czy matematyki nie miała takiej mocy. Kibicujemy Brazylii. Wspaniali Ronaldo – Rivaldo, którzy strzelali bramki w każdym z wcześniejszych spotkań, wedle naszych oczekiwań, mieli zgnieść Anglików. Zaczęli. Po kwadransie pierwsza akcja brazylijskiego duetu. Rivaldo biegnie z piłką przez 60 metrów, „klepka” z Ronaldo, ale strzał niestety w sam środek. Kilka minut później, Lucio wystawia piłkę na tacy Owenowi, a ten pokonuje Marcosa. Konsternacja. Pierwsza połowa trwa, a Canarinhos są bezradni. Carlos uderza z dystansu! Tuż obok. Zaraz gwizdek sygnalizujący 15 minut odpoczynku. Piłkę na środku boiska dostaje Ronaldinho.. Scholes już nie zdąży, Ashley Cole oszukany balansem ciała, piłka wędruje na prawą stronę do Rivaldo. Gol. Szał radości. Na stadionie i przed naszym telewizorem. Cieszymy się jak dzieci, patrząc na gwiazdora Barcelony, który macha koszulką i biegnie w żółtym podkoszulku do ławki rezerwowych. Wreszcie przerwa. Wymieniamy luźne uwagi, stwierdzając że teraz czas na gola Ronaldo, bo przecież w każdym ze spotkań strzelali obaj. Los chce inaczej, bohaterem ma być kto inny.. W 50 minucie sędzia z Meksyku dyktuje rzut wolny. Do bramki 35, może 40 metrów. Nawet Roberto Carlos nie chce strzelać. Przy piłce zostaje sam Ronaldinho… W ciągu kolejnych kilku sekund dzieje się coś, co zapewne było już opisywane miliard razy, przez milion dziennikarzy. Akcja, która jest meritum tego opowiadania. Brazylijczyk kopie piłkę w pole karne, a David Seaman robi krok do przodu… O jeden za dużo. Już wie że to nie jest dośrodkowanie. Patrzy przerażony, desperacko zaczyna się cofać i wtedy nagle piłka, ku niedowierzaniu wszystkich wpada w okienko bramki. Co za bramka! Co za strzał! Ronaldinho bohaterem! Mimo czerwonej kartki, partnerzy utrzymują prowadzenie, by później pokonać Turcję oraz Niemców i zdobyć 5 tytuł dla najlepszej drużyny świata. Po szalonym strzale „Królika” jakiego świat jeszcze nie widział, i pewnie już nigdy nie zobaczy.

  18. ~tomassino_1

    4 grudnia 2013 at 18:17

    Był 21 czerwca 2002 roku. Na Shizouka Stadium w japońskim Fukuroi trwał prestiżowy pojedynek pomiędzy Anglią a Brazylią. Stawka była nie byle jaka, wszak wejście do półfinału XVII Mistrzostw Świata w piłce nożnej, pozwalało postawić już jedną nogę na mundialowym podium.

    W doliczonym czasie pierwszej połowy spotkania wyśmienitą, indywidualną akcję przeprowadził Ronaldinho. Ówczesnej „dziesiątce” Brazylijczyków, wielkiemu Rivaldo, wystarczyło tylko umiejętne uderzenie piłki, aby pokonać Davida Seamana i tym samym zwieńczyć dzieło młodszego kolegi. Nikt nie przypuszczał, że asystujący przy tej bramce młodzian, popisze się za moment czymś tak urzekającym i niekonwencjonalnym jak to…

    …czego ponad 47 tys. widzów na stadionie i dziesiątki milionów przed telewizorami, było świadkami w 50 minucie meczu. Piłkarze z „Kraju Kawy” mieli do wykonania stały fragment gry. Nikt nie przypuszczał, że mogłoby z niego wyniknąć realne zagrożenie dla angielskiej defensywy. Około 35 metrów od bramki i „Fevernova” znajdująca się prawie przy linii bocznej. Wszyscy, ze względnym spokojem oczekiwali na dalszy rozwój wydarzeń.

    Do futbolówki podszedł wspominany już Ronaldinho. Nie zwlekał długo. Brazylijczyk natychmiast po gwizdku sędziego wziął krótki rozbieg i mocno uderzył w stronę pola karnego, nadając piłce niesamowitej rotacji. „Fevernova” zakreśliła w powietrzu łuk, była na tyle wysoko, iż przez ten ułamek sekundy można było przypuszczać, że wyjdzie daleko poza boisko. I wtedy piłka nagle opadła w dół! Tuż przed samą poprzeczką! Seaman, który wyszedł kilka metrów za daleko, nie miał jakichkolwiek szans na skuteczną interwencję. Wszyscy, znajdujący się na stadionie przybysze z Wysp byli autentycznie zszokowani, natomiast rodacy zdobywcy niebywałego gola wpadli w euforię, śpiewali i tańczyli olśnieni odrobiną magii, której wszyscy byliśmy świadkiem, a której nikt nie miał prawa kwestionować. Nie trzeba długo przyglądać się nagraniom z tym golem, to nie przypadek, Ronaldinho nie próbował dośrodkowywać, on przymierzał! To było więcej niż perfekcja!

    Jak było dalej, doskonale wiemy – Brazylia zdobyła piąte mistrzostwo świata, a Ronaldinho już 2 lata po azjatyckim czempionacie stał się najlepszym piłkarzem globu. Czasem na szczyt wchodzi się powoli i bez rozgłosu, a czasem, zupełnie jak u Hitchcocka – zaczyna się trzęsieniem ziemi.

  19. ~mateusz_t

    4 grudnia 2013 at 18:21

    Nie był to żaden finał, żaden ważny mecz, który decydował o grze w europejskich pucharach czy też nie. Było to jedno z wielu, zwykłych ligowych spotkań, ale dzięki jednej z bramek, która w tym spotkaniu padła futbol na zawsze zagościł w moim sercu. Ronaldinho grający wówczas w barwach PSG podejmował wraz z kolegami Guingamp. Sezon 2002/2003, byłem młodym chłopakiem, który dopiero „łykał” tzw. futbolowego bakcyla, bez wątpienia ten gol miał na to ogromny wpływ. Rozpędzony Brazylijczyk dostaje piłkę na mniej więcej 20-25 metrze, obrońca próbujący ratować się wślizgiem zostaje minięty piękną podcinką. Byłem przekonany, że w końcu któryś z defensorów musi przerwać ten rajd i wtedy nagle piłka razem z niesamowitym Brazylijczykiem rozpoczęła swój kilkunastometrowy rajd między obrońcami zwieńczony strzałem na bramkę, strzałem, który oczywiście technicznie i wizualnie w żaden sposób nie odstawał od całej akcji. Zwykły gol, który zaszczepił we mnie miłość do piłki, do brazylijskiej piłki, która trwa do dziś.

  20. ~Łukasz Sztorc

    4 grudnia 2013 at 18:22

    Niedziela, zimny jesienny poranek, słońce nieśmiało przebija się przez ogrodzenie osiedlowego orlika. Spotkanie na szczycie, 2 liga Amatorów Piłki Nożnej, po jednej ze stron – FC Brzuchale – panowie, którzy pamiętają sukcesy Polskiej reprezentacji, a po drugiej – Canarinhos – studenci, których kariera piłkarska zakończyła się na juniorach młodszych. Pierwszy gwizdek taktyka Canarinhos była prosta – zabiegać „chłopów z brzuchami” i grać swoje „Brazylię na wczasach”. W ataku mieli Cubasę i Brazylijczyka nie obawiali się więc o efekty w postaci bramek, ten duet słyną z zabójczej skuteczności. Solidna obrona i krótkie krycie (brzuchami) nie ułatwiało zabawy napastnikom. Kolejne próby wejścia z piłką do bramki kończyły się fiaskiem. Wtedy nagle piłka, po kolejnym rozpaczliwym wybiciu ociężałego bramkarza, trafiła pod nogi obrońcy Canarinhos. „Długi” nie myśląc zbyt intensywnie nad plusami i minusami zagrania postanowił wykorzystać swoje rozbudowane uda i z nieprawdopodobną siłą uderzył w kierunku bramki. Strzał okazał się nie tylko silny, ale również na tyle precyzyjny, że trafił w poprzeczkę, która była tylko przystankiem w drodze do bramki. Mecz zakończył się wynikiem 1-0 dla Canarinhos, a słynne „Najlepsza obroną jest atak”, musiało ustąpić „Najlepszym atakiem jest obrona”.

  21. ~Matt

    4 grudnia 2013 at 18:28

    Pamiętam to, jakby to było wczoraj. Wydawało się, że będzie to mecz jakich wiele w naszej Ekstraklasie. Był dość chłodny listopadowy wieczór w Warszawie. Naprzeciw siebie stanęły drużyny Legii Warszawa i Lechii Gdańsk. Pomimo niskiej temperatury warto było się tego dnia pojawić na stadionie choćby dla tego jednego piłkarza, dla tego jednego zagrania. 55 minuta meczu, moment w którym z boiska wiało nudą i wtedy nagle piłka trafiła na trzydziestym metrze do młodego, mającego zaledwie kilka występów w lidze Rafała Wolskiego. Cała akcja to były zaledwie trzy kontakty z piłką, ale każdy z nich był tak magiczny jakby w białej koszulce z „eLką” na piersi biegał Brazylijczyk wyciągnięty prosto z Copacabany. Opanowanie piłki, genialne, niespotykane na naszych stadionach minięcie obrońcy i mocny strzał z półwoleja, piłka odbija się od poprzeczki i wpada do bramki. Bramkarz nie miał żadnych szans. Po tym zagraniu temperatura na trybunach wzrosła do tej w Rio de Janeiro. Euforia i niedowierzanie. Fantastyczny gol, młodego piłkarza.

  22. ~Amadeusz

    4 grudnia 2013 at 18:36

    8 czerwca 2012 roku. Dzień, na który każdy kibic futbolu czekał długie 5 lat. Dzień w którym EURO 2012 z obiektu dalekiej przyszłości staje się faktem dokonanym,namacalnym. Biało-czerwone morze na Stadionie Narodowym i ja, stojący w stutysięcznym tłumie w Strefie Kibica na Placu Defilad. Godziny oczekiwania. W końcu na gigantycznym ekranie pojawia się Kuba Błaszczykowski, wyprowadzający polską reprezentację z szatni. Zdaję sobie sprawę , że to na co czekałem tak długi okres czasu,właśnie ma swoje miejsce . Zawodnicy wychodzą z tunelu. W tle Hearts of Courage przysparza mnie o kolejne ciarki. W końcu Mazurek Dąbrowskiego. Szalik w górę i ta niesamowita duma z bycia Polakiem , ekscytacja sięgająca zenitu. Gardło już prawie zdarte, a sędzia jeszcze nawet nie gwizdnął. W końcu nadeszła 17 minuta meczu. Piłka do Błaszczykowskiego na prawe skrzydło. Dośrodkowanie w pole karne . Do piłki idealnie dochodzi Robert Lewandowski, który trafia głową idealnie pod poprzeczkę. OSZALAŁEM . Moja radość była nie do opisania. Wszyscy dookoła mnie krzyczą, ściskają się , niewiarygodna euforia. Uczucie jakie wtedy mi towarzyszyło było fenomenalne. Z pewnością niezapomne go do końca mojego życia.

  23. ~Kuba

    4 grudnia 2013 at 18:38

    Towarzyski mecz pomiędzy Francją a Brazylią w 1997 roku.

    Rzut wolny dla gości. Brazylijczyk Roberto Carlos przygotowuje się do oddania strzału. Już wycofał się na niemalże połowę boiska ! Wszyscy na stadionie już wiedzą że będzie to potężna bomba posłana w stronę bramki Fabiana Bartheza ale czy celna ? UWAGA ! Carlos podbiega w stronę piłki i….. GOOOOOOL ! GOL ! GOL ! GOL ! Niesamowita bramka ! To nieprawdopodobne ! Jak to się stało ?! Carlos uderzył piłkę z niesamowitą mocą i minęła ona francuski mur w taki sposób że wszyscy patrzący na ten strzał myśleli że piłka trafi w banery reklamowe ! I wtedy nagle piłka kompletnie zmieniła tor swojego lotu tak że wpadła do bramki a bezradny Barthez mógł tylko patrzeć ze zdumieniem jak pada najbardziej nieprawdopodobna bramka w historii futbolu ! Brawa dla brazylijskiego mistrza !

  24. ~Paweł

    4 grudnia 2013 at 18:42

    4 kolejka Ligi Mistrzów, mecz na Estadio Anoeta w San Sebastian. Rozczarowujące widowisko, zegar pokazuje właśnie 63 minutę meczu. Szkoleniowiec Manchesteru United David Moyes decyduje się na podwójną zmianę. Ściąga z boiska Chicharito i Wayne’a Rooneya, których zastępują odpowiednio Ashley Young i Robin van Persie. Shinji Kagawa zostaje przesunięty na pozycję środkowego ofensywnego pomocnika. Mecz zaczyna nabierać tempa. „The Chosen One” znowu wydaje się zyskiwać respekt w oczach kibiców Czerwonych Diabłów dokonując dobrych zmian, odpowiednio reagując na boiskowe wydarzenia.

    Zaledwie 8 minut później większość kibiców wstaje z miejsc, energicznie reagując na akcję Manchesteru United. Young z lewej strony boiska zagrywa futbolówkę w pole karne do Kagawy, który inteligetnie odgrywa piętą i wtedy nagle piłka… Ashley Young pada w polu karnym Realu San Sebastian jakby rażony piorunem, niczym Brazylijczyk Rivaldo na Mistrzostwach Świata w Korei i Japonii trafiony piłką przez jednego z tureckich zawodników.

    Young właściwie rozpuszcza się w tym polu karnym Realu Sociedad. A w sumie może powinniśmy iść dalej? Zalicza spektakularną glebę, jak autor tego tekstu w pewien piękny, lipcowy wieczór po uprzednim obaleniu trzech butelek Golden Locha z kumplami.

  25. ~Marcin

    4 grudnia 2013 at 18:50

    To ja Panie Michale krótko i zwięźle:) Zlatan Ibrahimovic przeciw włochom.Tej bramki nie można nazwać inaczej niż braziliana(patrz falcao,ten od futsalu).Każdy gdy zobaczy tą bramkę może tylko zakrzyknąc,a jezus maria,ewentualnie ja p….,geniusz :)pozdrawiam

  26. ~Manisz

    4 grudnia 2013 at 18:55

    Jest rok 2018. Mistrzostwa Świata w piłce nożnej odbywające się w Rosji. Nieoczekiwanie do półfinału turnieju awansowała reprezentacja Polski (uważana przez bukmacherów za czarnego konia rozgrywek), mająca w swoim składzie Roberta Lewandowskiego, snajpera, który z Bayernem Monachium sięgnął po potrójną koronę. Ponadto sam „Lewy” został królem strzelców Bundesligi i Ligi Mistrzów. Ale przejdźmy do rzeczy. W półfinale rozgrywek Polakom przyszło się zmierzyć z zawodnikami Brazylii, którzy swoimi niekonwencjonalnymi zagraniami i ponadprzeciętną techniką oczarowali kibiców przybyłych do Rosji na mecze z ich udziałem. Spotkanie półfinałowe z Polską miało być dla nich tylko spacerkiem. I rzeczywiście tak było, gładkie 3-0… ale tylko do przerwy. Doświadczony już Brazylijczyk Neymar rozegrał kapitalną partię w pierwszej połowie meczu zdobywając klasycznego hat-tricka. Jego fenomenalne uderzenie z przewrotki prawdopodobnie zostanie okraszone golem turnieju. Od początku drugiej połowy na placu boju pojawiają się dwaj zmiennicy w Polskiej drużynie, a mianowicie Arkadiusz Milik oraz Dominik Furman. Już pierwsza akcja drugiej odsłony nieoczekiwanie przynosi gola Polakom, a jego strzelcem został Arkadiusz Milik. Kolejne minuty to ciągła gra Brazylijczyków na połowie Polaków, którzy momentami wychodzą z nielicznymi kontratakami. I tak po jednym z nich zdobywają bramkę kontaktową, którą strzela nie kto inny jak Robert Lewandowski, mający już wtedy na swoim koncie 4 bramki w turnieju. „Golleador” wykrzykiwali brazylijscy komentatorzy. Nieubłaganie dla Polaków czas zmierza ku końcowi. Wtedy nadchodzi 90 minuta meczu. Polacy wychodzą z kontrą, po prawej stronie z piłką mknie Piotr Zieliński, podaje do nieobstawionego Arkadiusza Milika, który mija Henrique i zewnętrznym podbiciem decyduje się na strzał. Potężna „bomba” zmierza do rękawic brazylijskiego bramkarza i wtedy nagle piłka zmienia kierunek lotu lądując w samym okienku bramki. Co za strzał, co za bramka, niezmierna radość w Polskiej ekipie, szał na trybunach, coś pięknego. Miliony Polaków na całym świecie oszalały z radości. Jednak to co zdarzyło się w ostatniej minucie doliczonego czasu przeszło najśmielsze oczekiwania, wręcz przypomniało nam finał Ligi Mistrzów z roku 1999, gdzie na Camp Nou Manchester United wygrał batalię z Bayernem Monachium strzelając 2 bramki w doliczonym czasie gry. I tak też stało się w tym pojedynku. Ostatnia minuta, można rzecz, że ostatnie sekundy, zamieszanie w polu karnym Brazylijczyków, piłka wyekspediowana przed 16stkę, Dominik Furman decyduje się na strzał z pierwszej piłki, ta odbija się najpierw od jednego słupka potem od drugiego i wpada do siatki ku rozpaczy Brazylijczyków. Goooool, gooool, goooool zdaje się krzyczeć Tomasz Zimoch, maaamy finaaaaaał. Jest, jest, jest. Cud na Łużnikach. Ten mecz zapamiętamy na długo, to jest niepojęte. Biaaaałooo-Czerwooooni.

  27. ~Tomczi

    4 grudnia 2013 at 18:59

    Dwa sezony temu grał jeszcze w skierniewickim klubie z wielkim, jak na te warunki, sponsorem, mającym ogromne aspiracje. Atmosfera była wspaniała, podobnie obozy, które organizował sztab trenerski – to dotyczyło każdego rocznika. Tomek grał tam w trampkarzach. Wysoki jak na swój wiek, przy tym bardzo szczupły, blondyn z ogromnym zapałem do walki o każdą piłkę. Wszędzie było go pełno – we własnym polu karnym, w polu karnym przeciwnika, a także w środku pola. Nic więc dziwnego, że sprawdzany był na każdej możliwej pozycji, choć sam uwielbiał robić sprinty na prawej flance. Jak to możliwe, że ten dzieciak ma w sobie tyle energii, żeby jeszcze w domu stawać na głowie – zadawała sobie pytania jego mama, kręcąc głową – może ma ADHD? – chichotała pod nosem. Młodzian był zawodnikiem skierniewickiego klubu judo, chodził na lekcje ping-ponga, uczył się tańca, grał w piłkę w klubie, a kiedy wracał ze szkoły, pierwsze co robił, to rzucał tornister w kąt i zwoływał się z kolegami na baseballa lub kopanie pod blokiem.
    Pewnego razu, w meczu przeciwko łódzkiemu ŁKS-owi, trener wystawił go od pierwszej minuty, ale na nietypowej dla niego pozycji – lewego obrońcy. Chłopak nie wiedział, czy się cieszyć, czy też nie. Mecz należał do tych najważniejszych – w końcu grali przeciwko trampkarzom ekipy, która gra w 1 lidze i to na ich terenie! Z początku niezadowolony wyborem trenera, rozegrał fantastyczny mecz (prawdopodobnie najlepszy w jego amatorskiej przygodzie z piłką), a jego klub zwyciężył 2:0! Nikt nie zdołał przedrzeć się lewą stroną! – chwalił się mamie po meczu. Ale co też się stało, że nie wrócił już na tę pozycję? Do dziś nie wiadomo. Pewnie ciężko mu było pogodzić się z ograniczeniem udziału w akcjach ofensywnych i pożegnaniem z ukochaną prawą stroną boiska.
    Teraz jest inaczej. Inny klub, inne otoczenie, trochę inne podejście do zawodnika, ale takie same aspiracje i pamięć o historii, jaką tworzyli tu przed laty jego poprzednicy. Stoi w zielono-białym stroju, który zawsze z taką samą starannością pielęgnował. Korki już mocno znoszone, musiały przetrwać długi i ciężki sezon, a przede wszystkim morderczy obóz w Kozienicach. Morderczy głównie ze względu na dużą ilość treningów i spotkań na nim rozegranych, przy czym te pierwsze zmęczyły go fizycznie, a te drugie psychicznie, ponieważ większość sparingów przesiedział na ławce. To nie była jego rola – on jest przecież polskim Beckhamem! To nowy „Brazylijczyk” na naszych stadionach! Młodzieńcze marzenia… Otrząsnął się dopiero kiedy kapitan drużyny klepnął go w ramię i coś zażartował. Pozostało kilka minut do meczu. Trener ze śmiesznym akcentem wyrecytował całą listę tych, którzy zagrają w pierwszej jedenastce, po czym przypisał ich nazwiska do krzyżyków na starej, zielonej tablicy. Pisk kredy brzęczał im w uszach jeszcze kilka chwil po wyjściu z szatni. Jest! Gram na prawej! – ucieszył się Tomek. Wszystkie dośrrrodkowania mają iść przez prrrawą pomoc, wszystkie rzuty rrrożne wykonuje Tomek, czy to jest jasne? – ryknął trener. Tak jest! – odpowiedziała jednym głosem drużyna. Wszystko zapowiadało się pięknie. Prawa strona boiska, moje dośrodkowania, moje rożne, które tak ćwiczyłem na treningach, musi się udać… – mówił sam do siebie, teraz już osamotniony w szatni blondyn. Idziesz?! – podbiegł któryś z kolegów – zaraz zaczynamy! Idę, jasne, że idę! – odpowiedział i popędził za kumplem wywracając krzesło na którym siedział i rozkopując buty po drodze.
    Mecz rozpoczął się od kilku rwanych akcji, obustronnych ataków bez powodzenia. Paliło wiszące wysoko nad głowami słońce. Wszystko było okay. Do czasu. Jedna z akcji gospodarzy zakończyła się rzutem rożnym. Miał kryć jednego z roślejszych zawodników. Wrzutka, mała przepychanka w polu karnym, zerknięcie na piłkę… oślepiające słońce – nie było sprzymierzeńcem… Dryblas wygrał walkę bark w bark i wybitą w górę wcześniej przez Tomka piłkę, umieścił w siatce zielonych. Katastrrrofa! Porywczy trener już szykował za niego zmianę. To koniec! Minęły dopiero 3 minuty meczu, a on już chce mnie zmienić. Niech to szlag! – warczał pod nosem. Wkurzony na siebie, na przeciwnika, a teraz jeszcze na trenera „młody Beckham” uwierzył jednak w siebie. Jak nie teraz, to kiedy? Podbiegł to kolegi i umówił się z nim, że ten zagra mu, zaraz po rozpoczęciu, piłkę w okolice środkowego koła, a on coś wymyśli. Tak też zrobili. Co mam do stracenia? I tak mnie zaraz zdejmie ten wariat? – kipiał ze złości. Rozległ się głośny gwizdek sędziego. Zaczęli. Wszyscy ustawieni na swoich miejscach, jakby przerysowani z zielonej tablicy. Wszyscy tylko nie on. Zszedł do środka i czekał na podanie. Piłka po lekkim dotknięciu kapitana potoczyła się do niskiego bruneta, z którym Tomek właśnie zawarł umowę. Zaufaj mi – szepnął mu zanim rozpoczęli. Napastnik spojrzał na Tomka i posłał mu idealną krótką piłkę na prawą nogę. Zanim doleciała do wewnętrznej części już prawie rozpadającego się prawego buta, „Brazylijczyk” już był w pełni rozpędzony. Krok, zamach i… futbolówka uderzona z impetem, na jaki stać było nastolatka, poszybowała ponad głowami najpierw napastników, potem pomocników, obrońców… i wtedy nagle piłka, mijając linię 16 metrów, zaczęła dziwnie skręcać w lewo. Zaskoczony bramkarz zaczął się cofać, wyskoczył ile sił w nogach, ale nie zdołał jej dosięgnąć. Gol! Gol! Gol! Goool z połowy boiska! Co za brrramka! W samo okienko! – krzyczał trener gości. Koledzy rzucili się z radości na rosłego blondyna. 1:1. Dobrrra grrramy! – krzyknął jeszcze raz trener, cofając swoją decyzję o zmianie, co zauważył zdobywca najlepszej bramki dla gości, w tym sezonie. Od razu się odprężył i uśmiechnął. To był jego ostatni mecz w barwach tej drużyny. Wrócił do niej po roku trenowania w innej ekipie. Wrócił, bo drużyna nie miała zawodników. Każdego dosięgła albo choroba albo mieli inne obowiązki, a tutaj ważył się awans do wyższej klasy rozgrywkowej. Ta myśl towarzyszyła mu przez następne kilkadziesiąt minut meczu. Meczu wspaniałego dla niego i całej drużyny zielonych, bo jak później przeczyta w lokalnej gazecie jego mama – Tomek strzelił 3 bramki i dwa razy asystował. Wygrali 5:1 i awansowali. To był ostatni mecz, średniej klasy zawodnika, zawodnika, który kocha sport i kocha życie, który wziął się kilka lat później za organizację turniejów, w których biorą udział setki innych zawodników i który już zawsze będzie się zastanawiał – a co by było, gdybym posłuchał trenera w Skierniewicach i został na lewej obronie?
    A może spróbowałbym rozegrać taki mecz na jednym ze swoich turniejów, piłką od Michała Pola? Hmmm…

  28. ~Mateusz Owczarzak

    4 grudnia 2013 at 19:10

    Nie zapomnę momentu, gdy na Stamford Bridge Barcelone dzielił doliczony czas, aby odpaść z walki o finał Ligi Mistrzów. Blaugrana przegrywała 1-0, grali w osłabieniu… Już w drugiej minucie doliczonego czasu Samuel Eto’o zrobił coś co można nazwać „przyjecio-podanie”, które tylko musnał niefortunnie Essien, zamiast wybić najdalej jak tylko potrafi, po czym trafiła do Leo Messiego. Kamera nie nadążyła z tym, co zrobił Messi, który podał piłkę na linie przed pola karnego. Czy piłka trafi do Brazylijczyka Eto’o? Oby tak! Zaraz, Eto’o jest na lewej stronie, nie mogł się znaleźć przed środkiem lini pola karnego. Może jego rodak, Dani Alves? Albo Xavi, niech to będzie Xavi! I wtedy nagle piłka odnajduje swojego adresata: jest to Andres Iniesta, ten skromny, genialny Iniesta, który potrafi z piłką działać cuda, ale strzał to nie jego mocna strona.
    Dlaczego on stoi, dla czego nie ruszył! A tak było: Iniesta stał w miejscu, dosłownie jak ja, zamurowany na to co patrze, bliski palpitacji serca. Skupiłem się z całych sił na tym, co się wydarzy. Jestem przekonany, ze Don Andres zrobił to samo (chwała mu za to!). Do dziś mam własny scenariusz tego, co działo się w jego głowie: Iniesta skupił kazdą cząsteczke ciała na tym, co sobie założyl-musze kopnąc ta piłkę nie do obrony, musze strzelić, musze tego chcieć całym sobą, każdą cząsteczką, każdym atomem swojego ciała. Niemal z miejsca oddał strzał wewnętrzną częścią stopy, bez kompinowania, bez bombardowania, nic na siłe. Piłka zatrzepotała w siatce na wysokości okienka tuż obok genialnie dysponowanego tego dnia Petra Cecha. Ciężko mówić o okrzyku radości, to była eksplozja 🙂

  29. ~Franek

    4 grudnia 2013 at 19:11

    „Mistrzostwa Świata w Monachium 1974 – mecz o 3 miejsce”

    6 Lipca 1974 roku, godzina 15:00 – Polacy rozpoczynają mecz o 3 miejsce na Mistrzostwach Świata w Monachium. Ciężkie warunki do swobodnego oddychania, a co dopiero do rozgrywania meczu. Temperatura przekracza 30 stopni Celsjusza, żar leje się z nieba, ponadto Polacy są już zmęczeni trudami turnieju. Brazylijczycy początkowo przeważają – najpierw niebezpieczny strzał oddaje Valdomiro, później Brazylijczyk z „dziewiętnastką” na plecach ucieka polskim obrońcom, lecz zostaje zatrzymany faulem przez Henryka Kasperczaka. Polski zawodnik zostaje ukarany żółtą kartką za to przewinienie. Polacy liczą dziś na kontrataki. Mamy 76 minutę, Zygmunt Maszczyk przechwytuje piłkę w środku pola i wtedy nagle piłka trafia do Grzegorza Lato, który mija obrońcę Reprezentacji Brazylii na czterdziestym metrze i mknie w pole karne przeciwników, staje sam na sam z bramkarzem i mierzonym strzałem w okolice lewego słupka daje prowadzenie Polakom – wspaniała akcja Polskiej Reprezentacji. Do końca meczu piłkarze z orzełkiem na piersi odpierają ataki Canarinhos i w ten sposób zdobywają 3 miejsce Mistrzostw Świata. Jest to jeden z największych sukcesów w historii polskiego futbolu.

  30. ~scovron

    4 grudnia 2013 at 19:12

    Naprawdę, do tamtego momentu graliśmy nieźle! Najpierw słupek, a chwilę później niefrasobliwe wybicie naszych rywali i ta niesamowita sekunda, bodaj jedyna, gdy uwierzyłem że cuda są możliwe, a Bóg wyprzedził tamten czas o dwie dekady i niczym ligowy grajek zmienił paszport, z Brazylijczyka stając się Polakiem. Karaś uderzył idealnie, z prostego podbicia, prawą nogą. Piłka leciała jak kometa – była w tym potęga i nieuchronna nieomylność, niemal słyszałem furkot powietrza roztrącanego białym pociskiem. Kurcze, to była naprawdę długa sekunda, wystarczająco długa, by zdążyć uwierzyć, że wygrywamy z najlepszą drużyną świata i że strzeliliśmy najpiękniejszą bramkę w dziejach polskiego futbolu. Bramkarz rywali wzbił się w powietrze, ale tylko po to, by znaleźć się jak najbliżej szybującego w jego kierunku absolutu.

    …i wtedy właśnie piłka jakby potknęła się na jakiejś złośliwie nieforemnej cząsteczce powietrza i skręciła odrobinę za bardzo w stronę nieba… Ja nie wiem, jakim cudem poprzeczka bramki przetrwała ten strzał, ale wtedy już wiedziałem, że ten mecz przegraliśmy. Bo gdyby fortuna była po naszej stronie, to pozwoliłaby rozerwać tej piłce siatkę, co zrodziłoby jedną z najpiękniejszych futbolowych legend. A tak? Kto pamięta, że ten mecz naprawdę nieźle się dla nas zaczął?

  31. ~krisowy

    4 grudnia 2013 at 19:32

    17 czerwca 1970 na Mistrzostwach Świata w Meksyku w półfinałowym meczu przy obecności 51261 widzów, Brazylia podejmowała Urugwaj. Cała akcja o której chcę wspomnieć, zaczyna się w środkowej strefie boiska. Grający z numerem 7 w reprezentacji Canarinhos, Jairzinho odbiera piłkę graczowi Urugwaju, który pogubił się dryblując. Podaje piłkę do Tostao, który wykłada najpiękniejsze podanie jakie w życiu widziałem. Futbolówka szybko toczy się po ziemi mijając dwóch obrońców przeciwnika. Biegnie w jej kierunku rozpędzony Pele, znajdujący się w tym momencie sam na sam z bramkarzem. Wszyscy widzą już oczami wyobraźni, pięknego gola po niezwykle składnej akcji… i wtedy piłka mija zarówno Pelego jak i golkipera Urugwaju. Nie był to jednak przypadek. Największy czarodziej futbolu chciał zdobyć najpiękniejszą bramkę w historii tej dyscypliny. Po ominięciu bramkarza, napastnik co sił biegnie w stronę futbolówki, która coraz leniwiej zmierza w stronę linii oznaczającej aut bramowy. Dopadając do niej bez namysłu oddaje strzał z niezwykle ostrego konta. Piłka leci w stronę bramki, komentator brytyjskiej stacji zamilkł na sekundę, jakby czując, że na jego oczach może tworzyć się historia. Niestety… Pele chybił o centymetry, piłka jakby z żalu, że zamiast być właśnie tą dzięki której padła najpiękniejszy gol w historii futbolu, stała się tą przez którą padło najbardziej spektakularne pudło, przelatuje milimetry obok prawego słupka, próbując choć lekko go pocałować… Nieudanie…

    Na niezwykłe wyrazy uznania, zasługuje tu nie tylko geniusz Pelego ale także zmysł optyczny Tostao. I choć urodziłem się niecałe 23 lata po tym meczu, nigdy nie widziałem takiej akcji i takiego pięknego podania do napastnika.

  32. ~Chris

    4 grudnia 2013 at 19:33

    Źle przeczytałem polecenie, ale już się tyle napisałem, że żal mi tego nie wstawiać. Niech Pan zrobi, co Pan uważa. Pozdrawiam!

    Ponury, listopadowy wieczór w Londynie. Trwa mecz 5 kolejki Ligi Mistrzów pomiędzy gospodarzami – drużyną Chelsea i przyjezdnymi – Barceloną z niesamowitym Neymarem w składzie. Sprawdźmy, jak radzą sobie Katalończycy, którym potrzebne są 3 punkty, gdyż 2 tygodnie wcześniej ponieśli pechową porażkę z zespołem Schalke Gelsenrkirchen. Po 85 minutach na tablicy wyników widnieje niekorzystny rezultat – 1:1, Barcelona pilnie potrzebuje bramki! Czy uda się jej strzelić? Przenieśmy się zatem do naszego komentatora – Jacka Laskowskiego, który specjalnie dla państwa relacjonuje to spotkanie z deszczowego Londynu: „Dalekie, dokładne wybicie Valdesa, nie powinno to Państwa dziwić, ten bramkarz grę nogami ma opanowaną do perfekcji. Piłkę otrzymuje A. Iniesta, zgrywa ją szybko do Messiego, który włącza piąty bieg i rozpoczyna slalom pomiędzy obrońcami. David Luiz -minięty, mały Argentyńczyk ma przed sobą tylko bramkarza – już szykuje sie do oddanie strzału i wtedy nagle piłka zostaje brutalnie wybita spod nóg Messiego. To był John Terry. Co prawda trafił w piłkę, ale zahaczył o nogi „Atomowej Pchły”. Sędzia sięga po czerwoną kartkę. 18 metrów do bramki, do piłki podchodzi sam poszkodowany oraz Neymar. Krótka rozmowa pomiędzy dwoma piłkarzami, widać grymas na twarzy Messiego – być może mocno odczuł wślizg Terry’ego. Czterokrotny zdobywca Złotej Piłki zostawia piłkę Neymarowi. Brazylijczyk poprawia ustawienie futbolówki, kątem oka dostrzega P.Cecha pokrzykującego na swoich obrońców. Słychać przeraźliwe gwizdy na trybunach. Neymar nie zwraca na nie uwagi, bierze rozbieg i z wielkim impetem uderza piłkę! Proszę Państwa, to niemożliwe!!! Ależ gol!!! Co za strzał! Niczym Juninho Pernambucano za najlepszych lat! Kibice wyraźnie ucichli, ta bramka komplikuje sytuację drużyny z Londynu. Ale proszę popatrzeć na cieszącą się grupkę kibiców Barcelony, z pewnością nie położą się dziś prędko spać”… Mecz kończy się zwycięstwem Barcelony 2:1, to powoduje przeskoczenie w tabeli na 2. miejsce i uspokojenie serc wiernych kibiców Blaugrany.

  33. ~krisowy

    4 grudnia 2013 at 19:36

    17 czerwca 1970 na Mistrzostwach Świata w Meksyku w półfinałowym meczu przy obecności 51261 widzów, Brazylia podejmowała Urugwaj. Cała akcja o której chcę wspomnieć, zaczyna się w środkowej strefie boiska. Grający z numerem 7 w reprezentacji Canarinhos, Jairzinho odbiera piłkę graczowi Urugwaju, który pogubił się dryblując. Podaje piłkę do Tostao, który wykłada najpiękniejsze podanie jakie w życiu widziałem. Futbolówka szybko toczy się po ziemi mijając dwóch obrońców przeciwnika. Biegnie w jej kierunku rozpędzony Pele, znajdujący się w tym momencie sam na sam z bramkarzem. Wszyscy widzą już oczami wyobraźni, pięknego gola po niezwykle składnej akcji… i wtedy piłka mija zarówno Pelego jak i golkipera Urugwaju. Nie był to jednak przypadek. Największy czarodziej futbolu chciał zdobyć najpiękniejszą bramkę w historii tej dyscypliny. Po ominięciu bramkarza, napastnik co sił biegnie w stronę futbolówki, która coraz leniwiej zmierza w stronę linii oznaczającej aut bramowy. Dopadając do niej bez namysłu oddaje strzał z niezwykle ostrego konta. Piłka leci w stronę bramki, komentator brytyjskiej stacji zamilkł na sekundę, jakby czując, że na jego oczach może tworzyć się historia. Niestety… Brazylijczyk chybił o centymetry, piłka jakby z żalu, że zamiast być właśnie tą dzięki której padła najpiękniejszy gol w historii futbolu, stała się tą przez którą padło najbardziej spektakularne pudło, przelatuje milimetry obok prawego słupka, próbując choć lekko go pocałować… Nieudanie…

    Na niezwykłe wyrazy uznania, zasługuje tu nie tylko geniusz Pelego ale także zmysł optyczny Tostao. I choć urodziłem się niecałe 23 lata po tym meczu, nigdy nie widziałem takiej akcji i takiego pięknego podania do napastnika.

  34. ~SeboMC92

    4 grudnia 2013 at 20:27

    14 kolejka La Liga. Rok 2013.Vicente Calderon. Atletico-Getafe. Gospodarze prowadzą już 5:0. Czy bombardowanie się skończyło? Nie… Z prawej strony futbolówkę w pole karne wrzuca Gabi. Obrońcy biernie obserwują sytaucję i wtedy nagle piłka trzepoce w światce! Ależ to ten Hiszpan, Diego Costa! Fantastyczny gol przewrotką! Golazo godne Derbów Europy. Ale zaraz, zaraz… Możecie mu dać hiszpańskie obywatelstwo, założyć hiszpańską koszulkę, lecz brazylijskie geny przemawiają na boisku silniej. To Brazylijczyk z krwi i kości, który na boisku czuje się jak ryba w wodzie. Bycie Brazylijczykiem to coś więcej niż brazylijski paszport. Coś nie do podrobienia. Dar od Boga.

  35. ~jarekFTW

    4 grudnia 2013 at 20:28

    Manchester, jego czerwona strona, a bardziej szczegółowo mówiąc – Old Trafford, miejsce święte dla kibiców drużyny Sir Alexa Fergusona. Wielkie derby pomiędzy historycznym, utytuowanym United, a napompowanym petrodolarami City. Dramatyczny, emocjonujący i wyrównany mecz, który mógłby stać się wizytówką angielskiej Barclays Premier League. Końcówka spotkania, wszyscy powoli godzili się z remisem. Dośrodkowanie z prawej strony Naniego, piłka otarła się jeszcze o obrońcę i nagle stało się. Wayne Rooney, piłkarz z (O, ironio!) niebieskiej części Liverpoolu, niegrzeczny chłopiec, stał się legendą. Złożył się z pierwszej piłki do niepradopodobnych nożyc I WTEDY NAGLE PIŁKA znalazła się w siatce, koło zszokowanego Joe Hart’a. „O Matko Boska !!! Co za bramka, przecież to jest w ogóle niepojęte!” krzyknął Andrzej Twarowski. Nic dodać nic ująć, jego komentarz oddaje w stu procentach to, co myślał każdy kibic, nie tylko United, lecz każdej innej drużyny na całym świecie oglądający ten mecz.. Z trybun Stretford End zabrzmiało „I saw my mate the other day, He said to me he saw the white Pele, So I asked, who is he? He goes by the name of Wayne Rooney!” I jestem pewien, że nawet BRAZYLIJCZYK pozazdrościł Anglikowi tego gola. Gola marzeń strzelonego w największej świątyni futbolu, jakim jest Teatr Marzeń. Manchester tego dnia znów stał się czerwony.

  36. ~Tomko94

    4 grudnia 2013 at 20:30

    Był rok 2010. Jako kibic Bayernu byłem bardzo zirytowany hegemonią Barcelony i docinkami kolegów – kibiców Blaugany, którzy chwalili się osiągnięciami Katalońskiego klubu. Chciałem, żeby Bayern też coś ugrał w Lidze Mistrzów, choć zdawałem sobie sprawę, że to nie będzie takie łatwe, bo wtedy w Champions Ligue grało wiele silniejszych klubów niż ówczesny Bayern. W ćwierćfinale los skojarzył Bawarczyków z Manchesterem United, który był faworytem tego dwumeczu, ale to Bayern okazał się zwycięski w pierwszym meczu zwyciężając 2;1 Gwiazda południa jechała na Old Traford z optymistycznym nastawieniem. 7 Kwietnia roku 2010 zapadł mi bardzo mocno w pamięć. Była godzina 20:45 i zaczął się wielki spektakl. Od początku bardzo źle grała obrona Bayern jakby ktoś związał im nogi i zakazał biegać, a Manchester grał koncertowo niczym się nie przejmowali, widać było, że są dojrzalszą. lepszą drużyną. Pach! Pach! Pach! i na tablicy świetlnej widniał wynik 3:0 dla podopiecznych ser Alexa Fergusona. Wtedy tylko nieliczni wierzyli, że Bawarczycy grający słabo awansują. Sygnał do ataku w 43 minucie dał Ivica Olić, który strzelił gola kontaktowego i wlał w serca kibiców Bayernu (także moje) nadzieję na wywalczenie awansu. Na początku drugiej połowy meczu Brazylijczyk Rafael da Silva brutalnie sfaulował Franka Ribery’ego i został wyrzucony z boiska, a Bayernowi brakował tylko jeden gol, by awansować. Po tym Faulu monachijski zespół napierał na bramkę Czerwonych diabłów, wchodził w nią jak nóż w masło. W minucie 66 do rzutu rożnego podszedł Frank Ribery, a wszyscy myśleli, ze Francuz pośle piłkę gdzieś głąb w pola karnego, ale on zaplanował coś innego rozejrzał się, spojrzał na piłkę i kopnął, a wtedy nagle piłka trafiła do Arjena Robbena ustawionego przed polem karnym , a ten (cudownym!) strzałem z Voleja wpakował ją do bramki. Nigdy nie zapomnę tej akcji, nigdy nie zapomnę jak bardzo cieszyłem się z tego gola, nigdy nie zapomnę co ta bramka dała Bayernowi, nigdy euforii zawodników. To był jeden z najszczęśliwszych wieczorów w moim życiu.

  37. ~Maciej F.

    4 grudnia 2013 at 20:33

    Nigdy nie zapomnę bramki strzelonej przez Roberto Carlosa. Było to w 1998 roku, miałem wtedy 17 lat (mecz Tenerife – Real Madryt). Sam wtedy grałem w klubie piłkarskim, marzyło się o takich bramkach.. skończyło się na awansie do A-klasy. W każdym razie Brazylijczyk strzelił gola niemal z końcowej linii boiska. Dobiegł do piłki w ostatniej chwili, uderzył z pierwszej. Wszyscy myśleli że to wrzutka i wtedy nagle piłka skręciła w światło bramki, totalnie zaskakując bramkarza. To było niesamowite.

  38. ~DanielH

    4 grudnia 2013 at 20:36

    Vicotr Valdes, wówczas przyozdobiony bujną czupryną, z kłopotami wybronił uderzenie Jose Antonio Reyesa i błyskawicznie wprowadził piłkę do gry. Ta trafiła wprost pod nogi świeżego nabytku Blaugrany, sprowadzonego przed sezonem młokosa z PSG. Cules nienawidzili tego gościa – jeszcze kilka tygodni temu na łamach prasy fantazjował o grze w Galaktycznym Realu, a dziś z niezbywalnym uśmiechem biegał po boisku w bordowo-granatowych barwach.

    Młody Brazylijczyk, ustawiony na około 25 metrze, dopadł do futbolówki i niewiele myśląc ruszył w kierunku bronionej przez Notario bramki. Kiedy miał już za sobą linię środkową wydawało się, że skorzysta z pomocy któregoś z kolegów – wszak w ataku wspierały go nazwiska takie jak Sergio Garcia, Luis Enriquez czy Ricardo Quaresma. Jak to zwykle jednak bywa, młokosa poniosła fantazja i nie zważając na okoliczności (jego drużyna przegrywała 0:1, a mijał już kwadrans drugiej połowy) kontynuował swój szczeniacki rajd. Najpierw bez oporów zostawił za plecami, próbującego interwencji, Jose Luisa Martiego. Potem zabawę starał się zakończyć niezmordowany Javier Casquero – wyszło mu to jednak z podobnym skutkiem, co Martiemu. Wesoły Brazylijczyk wciąż miał do bramki dobre 30 metrów, a przed sobą czterech wściekłych obrońców przeciwnika. I wtedy nagle piłka, niczym zaklęta iście potężną magią, z niebywałą mocą poszybowała wprost pod poprzeczkę bramki bronionej przez Notario, po drodze od tej poprzeczki jeszcze się odbijając. Najpierw oszalał stadion – kibice zapomnieli o swoich pretensjach. Potem oszaleli piłkarze, Frank Rijkard ze swym sztabem, no i sam strzelec.

    Wkrótce na jego punkcie oszalał cały świat, wszechświat, a może i nawet wszechrzecz. Narodziła się legenda, bóg futbolu, historia zapisana pamiętnym uśmiechem, niezmierzoną miłością do piłki i jej kwintesencją – Joga Bonito, „Graj Pięknie”. Panie i panowie, przed wami Ronaldo de Assis Moreira. Dla kibiców – Ronaldinho.

  39. ~Aluminas

    4 grudnia 2013 at 20:38

    21 luty, rok 1998, Teneryfa – ligowy średniak spotyka się z Realem Madryt. Wydawałoby się, że potyczka ta powinna być kolejnym spacerkiem dla drużyny Królewskich. Nikt nie przewidział wielkich emocji, pięknych goli i, przede wszystkim, ich ilości. Na największą uwagę zasługuje bramka lewego obrońcy Królewskich – Roberto Carlosa. Brazylijczyk otrzymał podanie na lewe skrzydło, wydaje się, że nie ma szans dopaść piłki, a jednak ją dogonił i zrobił coś zupełnie niespodziewanego, niecodziennego. Wszyscy spodziewają się wrzutki, lecz on uderza. I wtedy nagle piłka, posłana z niesamowitą siłą, z niemal zerowego kąta zaczyna oddalać się od bramki, jednak niesamowita rotacja kieruje ją z powrotem w jej światło… Był to spektakularny gol, jeden z najpiękniejszych zdobytych kiedykolwiek w futbolu. Spotkanie zakończyło się porażką Realu 4:3. Sam mecz, jak i jego wynik pokazał, że Realowi zdarza się potykać w lidze. Na koniec sezonu zajęli przecież 4 miejsce, jednak bramki takie jak ta, pełne finezji i polotu, wskazywały na to, że sezon nie będzie przegrany na wszystkich frontach. I nie był – Los Blancos zdobyli Puchar Mistrzów, udało im się to po 32 latach przerwy.

  40. ~Andrzej Hurny

    4 grudnia 2013 at 20:41

    Był to półfinał Ligi Mistrzów pomiędzy niepokonaną, dominującą w każdym meczu, w każdym sektorze boiska, w każdej statystyce Barceloną prowadzoną przez Pepa Guardiolę, a londyńską Chelsea, która była w wielkim kryzysie, jej styl gry pozostawiał wiele do życzenia, dla której puchar Ligi Mistrzów byłby trofeum, jakiego klub jeszcze nie zdobył. W pierwszym meczu Chelsea na własnym stadionie zdołała wygrać 1-0 po asyście Brazylijczyka Ramiresa i golu Drogby, ale po tym meczu i tak nikt nie stawiał na awans „The Blues”. Dla mnie, jako wiernego kibica Chelsea ten dwumecz był katorgą. Kilkukrotnie omal nie dostałem zawału serca. W rewanżu na Camp Nou wszystko toczyło się po myśli Barcelony. Wygrywała 2-0, John Terry dostał czerwoną kartkę, kontuzji doznał Gary Cahill. Mój tata, który oglądał ze mną ten mecz, powiedział że Chelsea już odpadła. Byłem zdruzgotany. Od kilku lat czekałem na tą chwilę, kiedy Chelsea wygra Ligę Mistrzów. Przed tym meczem myślałem, że to właśnie ten moment, moment kiedy mój ukochany klub zostanie najlepszą drużyną Europy. W tamtym momencie zawalił się dla mnie świat. Przypomniałem sobie finał sprzed kilku lat, pudło Terry’ego, wielki płacz. Jednak Chelsea mnie zaskoczyło, jeszcze przed przerwą Frank Lampard podał w wspaniały sposób piłkę do Ramiresa. Kiedy Brazylijczyk wychodził sam na sam z bramkarzem, serce mi stanęło. Myślałem, że będzie próbował uderzać na siłę i wtedy nagle zobaczyłem piłka przelatującą nad bezradnym bramkarzem! Byłem wniebowzięty! Skakałem ze szczęścia! Ten wynik dawał awans Chelsea. Po przerwie Blaugrana rzuciła się do szaleńczego ataku. Często ratował Londyńczyków bramkarz – Petr Cech. Kiedy Drogba sprokurował rzut karny do którego podszedł Leo Messi znów w oczach stanęły mi się poprzednie lata The Blues w Champions League, jednak wierzyłem w umiejętności Cecha. Messi trafia w poprzeczkę! Nie ma bramki! Już wtedy wiedziałem, że Chelsea musi wygrać.
    Barcelona nadal próbowała strzelić gola, ale bezskutecznie. Awans druzyny ze Stamford Bridge przypieczętowała bramka Fernando Torresa. Były to najbardziej stresujące 90 minut w moim życiu!

  41. ~taedh7

    4 grudnia 2013 at 20:43

    Rok 1994, Pasadena. Niewielkie miasto w Kalifornii, na którego stadionie zwanym Rose Bowl zgromadziło się ponad 94 tysięcy ludzi. Kolejne miliony par oczu przed telewizorami również bacznie śledzą wydarzenia z USA. Trwa finał mistrzostw świata w piłce nożnej. Grają Brazylia i Włochy. Po dogrywce utrzymuje się bezbramkowy remis. Kilka minut później w serii rzutów karnych jest 2:2. Do wykonania jedenastki podchodzi piłkarz AC Milanu, Daniele Massaro. Strzela w światło bramki, ale Brazylijczyk Taffarel wyczuwa jego intencje i broni karnego. Piłkarze z kraju kawy są o krok od pierwszego od 24 lat mistrzostwa świata. Teraz bramkarza Włochów, Gianlucę Pagliucę pokonać musi Dunga, kapitan reprezentacji. Bez problemów wykonuje swoje zadanie. Presja przechodzi na Roberto Baggio, legendę włoskiego calcio. Jeżeli Azzurri mają osiągnąć sukces musi on umieścić piłkę w siatce. Baggio bierze długi rozbieg, strzela, Taffarel rzuca się w swoje lewo i wtedy nagle piłka przelatuje ponad poprzeczką. Przez stadion przebiega fala radości. Stało się. Brazylijczycy po raz czwarty zostali mistrzami świata w piłce nożnej.

  42. ~Paulina Czaplinska

    4 grudnia 2013 at 20:46

    Często mi rymy chodzą koło nosa, ot tak jak dziś o golu Carlosa. Pamiętam jak dziś ten 97 rok, bo tamten gol, to był jakiś szok! Francja Brazylię podejmowała, o takich meczach myślisz od rana. Wielcy piłkarze, ówcześni bogowie, od których może zakręcić się w głowie. Roberto Carlos podszedł do piłki, obrońca mały, zwinny i szybki. A, że armatę miał zamiast nogi, wszyscy wiedzieli co zaraz zrobi – uderzy piłkę mocno i celnie, aż Barthez w bramce cały wnet zblednie. 35 metrów od bramki rywala, drużyna przeciwna mur ustawiała. Carlos popatrzył swym celnym okiem – może uderzy gdzieś jakimś bokiem? Lecz Brazylijczyk mocno uderzył, huk uderzenia w oddali się szerzył. Wszyscy myśleli – przestrzeli chyba, bo piłka znacząco swój tor zmieniła. I wtedy nagle piłka wróciła, na tor właściwy, na którym była. No i leciała – zaczarowana, niczym przez bramkę upolowana. Bramkarz Francuzów niczym z kamienia, aż zaniemówił, chyba z wrażenia. Piłka mu w siatce zatrzepotała, ochotę do gry też odebrała. Bramka ta padła wbrew prawom fizyki, ale to Carlos – on zna te tricki! Jeśli nie wierzysz dziś w moje słowa, odpal YouTube, a się przekonasz, o czym ta mowa.

  43. ~Wojtek - W

    4 grudnia 2013 at 20:48

    2 października 2008roku zapamięta chyba każdy kibic Poznańskiego Lecha , który miał możliwość zasiąść na trybunach światyni przy ul. Bułgarskiej . mecz zacięty pełen nerwów i emocji trzmajacy do ostatniej sekundy spotkania . zaczynają wszystko piłkarze niebiesko białej lokomotywy prowadzeni przez eks trenera kadry Fransa {Bekenbauera ] Smudy . w 10 minucie za sprawą el czarapy hernana Rengifo kolejorz wychodzi na prowadzenie z ekipą kiedy puszczam bąka mówie Jacek czyli popularną Austria Wiedeń . rezultat dający awans polskiej drużynie do fazy grupowej pucharu UEFA . Wszystko zdaje się układać , wszystko zdaje się iść po myśli poznaniaków gdy w 62 minucie Milenko Acimović wprawa w niedowierzanie poznańską publiczność jak i zawodników Lecha wyrównując stan meczu z rzutu karnego , który zabierał awans piłkarzom polskiego klubu . niedowierzanie , niepewność dodatkowo mobilizują poznańską publicznośc do jeszcze gorętszego m jeszcze bardziej żywiołowego dopingu . zegar tyka , niepewność o dalsze losy coraz bardziej wkradają się w szeregi Poznaniaków tych na boisku i tych na trybunach . nadchodzi 85 minuta niecałe 5 minut do końca , jeden z ostatnich zrywów poznańskiej husarii . Sławomir Peszko niczym Brazylijczyk Emerson , wpada w pole karne strzał i…… goooooool 2:1 dla Poznańskiego lLecha i dogrywka . dogrywka równie emocjonująca co całe 90 minut meczu 98 minuta kolejorza na prowadzenie 3:1 wyprowadza eksportowy towar obecnie Robert Lewandowski , lecz niedługo można byłosie cieszyc prowadzeniem 2 bramkowym 2 minuty później nieuwaga poznańskiej defensywy i po dośrodkowaniu w pole karne Matthias Hattenberger doprowadza do stanu 3:2 co daje awans drużynie austriackiej . kolejne nerwy , kolejny stres . zbliża się 120 minuta czy Poznań zdąży czy się uda te pytania nie schodziły z głów obserwatorów tego widowiska ? . Ostatnia szansa ostatni zryw w dogrywce dośrodkowanie piłkarze Lecha w polu karnym są pieczołowicie pilnowani przez walc wiedeński i wtedy nagle maniek arboleda upadając na murawę odbija piłke kolanem przed siebie wprost na nadbiegającego Rafała Murawskiego strzał i ………. Gooooooooool pilka zatrzepotała w siatke Austriaków jak potem powiedzą o tym komentujący spotkanie juskowiak z zawadzkim hickok nie napisał by lepszego scenariusza jak napisało to życie tego spotkania .

  44. ~sejacz

    4 grudnia 2013 at 21:05

    Wszyscy na pewno pamiętają niesamowitego gola strzelonego w 1997 roku przez reprezentanta Brazylii Roberto Carlosa w meczu z Francją. Brazylijczyk wykopał piłkę z rzutu wolnego i z odległości 35 metrów trafił do bramki. Ale jak trafił!!! Kopnięta z ogromną siłą piłka o metr minęła mur Francuzów i kiedy wszystkim wydawało się, że poleci w trybuny, skręciła i wtedy nagle piłka ocierając się o słupek, wylądowała w siatce. Bramkarz Fabien Barthez nie zdążył nawet zareagować, podczas gdy stojący 10 metrów od bramki chłopiec do podawania piłki zrobił gwałtowny unik :)))

  45. ~Lukas Frontczak

    4 grudnia 2013 at 21:08

    Lukas Frontczak „Boski turniej”

    W całym swoim życiu uczestniczyłem w wielu wspaniałych turniejach i widziałem niesamowite zdarzenia w ich trakcie. Opowiem Wam teraz o jednym z nich.

    Zdarzyło się to na skraju Starego Kontynentu w trakcie wielkiego turnieju. Stawiliśmy się tam całą drużyną Północy w jednym celu – by wygrać. Przynajmniej ja tak uważałem.

    Najpierw urządziliśmy jesień średniowiecza jakiejś drużynce piechurów. To było aż zbyt proste i los szybko nam to wyrównał. Nasi następni przeciwnicy byli legendą obronną. Pochodzili oni z krain Śródziemia i nosili błękitne zbroje. Obronili swoją bramę już wiele razy.

    Postanowiłem to zmienić. Już nie mogłem się doczekać spotkania z ich najlepszym obrońcą, który strzegł bramy. Wierzyłem, że to będzie ten dzień, gdy dokonam wielkich czynów.

    Otrzymaliśmy jednak już w pierwszej rundzie potężny cios – rywale sforsowali naszą bramę i ponieśliśmy stratę, którą niezwykle ciężko było odrobić. Próbowaliśmy przez całą drugą rundę, ale to nie było zbyt łatwe.

    W samym końcu pojedynku pomocnik Kim chwycił piłkę w rogu areny. Wtedy ruszyliśmy do ataku. To było szaleństwo. Przed bramą przeciwnika znalazło się kilkunastu zbrojnych – sam już nie wiedziałem kto jest kim. I nikt nie był pewien komu przyjdzie pokonać obrońcę bramy.

    AŻ NAGLE PIŁKA, która krążyła w chaosie z rąk do rąk, spadła mi wprost z nieba. Obrońca też chciał ją chwycić. Zastosowałem jednak wspaniały fortel. Byłem odwrócony do niego plecami i tego manewru nie mógł przewidzieć.

    Wyskoczyłem w górę i uniosłem nogę. Gdy tylko moja stopa znalazła się na wysokości jego głowy, zadałem mu cios piętą. Długo nie mógł się po tym pozbierać. A ja tymczasem swobodnie przepiłowałem liny i zdobyłem bramę.

    Dzięki temu wyrównaliśmy straty i choć runda wkrótce się skończyła, a żadna z drużyn nie wygrała tego pojedynku, to wciąż mieliśmy wielkie szanse, aby wygrać cały turniej.

    Wieść o mym wyczynie rozeszła się po świecie. Najlepszy w owym czasie wirtuoz miecza zwany „BRAZYLIJCZYKIEM” – najemnik w drużynie rycerskiej z Catalunyi – mógł tylko pozazdrościć tytułów, którymi obwołano mnie na Północy.

    A mówili o mnie Zlatan Boska Pięta. I choć mój ród nie pochodzi z Północy, to stałem się bohaterem tamtych stron. Pozostaje nim do dziś, choć minęło już prawie dziesięć lat od tamtych wydarzeń. Najwyraźniej bogom nie przystoi schodzić z piedestału.

  46. ~MichW

    4 grudnia 2013 at 21:22

    Pierwszego lipca 2013 r. byliśmy świadkami pasjonującego meczu finałowego o puchar konfederacji pomiędzy reprezentacją Brazylii a narodową kadrą Hiszpanii. Jedna akcja utkwiła mi mocno w pamięci. Canarinhos rozgrywali piłkę w prawej części boiska na połowie Hiszpanii kiedy to nagle Brazylijczyk dośrodkował futbolówkę w pole karne. Bramkarz rzucił się do interwencji i wtedy nagle piłka kopnięta przez napastnika Fluminense Freda znalazła się w siatce gości. To był początek strzeleckiego teatru na Maracanie zakończonego wielkim zwycięstwem Brazylii 3-0.

  47. ~zawszechcialembyczidanem

    4 grudnia 2013 at 22:18

    Jest taki piękny okres raz na cztery lata,
    gdy każdego kibica szaleństwo dopada.
    Kto nigdy nie marzył kopiąc piłkę za młodu,
    by stać się w przyszłości dumą swego narodu.
    W tym roku wreszcie mundial do Brazylii wraca,
    stolicy futbolu tanecznego jak cha-cha.
    Z uśmiechem warto się cofnąć o dwanaście lat,
    I przypomnieć jak wtedy zadziwiali nasz świat.
    Brazylijczyk, że piłką zakręcić potrafi,
    Potwierdzi David Seaman choć go to nie bawi.
    Osiem bramek Ronaldo na tamtym turnieju,
    Po których każdy krzyczał – Dzięki czarodzieju!
    Impreza ta choć była w Azji rozegrana,
    To rządziła nią Samba do białego rana.
    Lecz kac po tej balandze brazylijskiej piłki,
    Niwelował następnych mundiali wysiłki.
    I wtedy nagle piłka koło swe zatacza,
    Dając z nieba Neymara – genialnego gracza.
    Tylko głupiec by już dzisiaj wieszał medale,
    Wiedząc jakie siły posiadają rywale.
    Choćby i Argentyna sąsiad z kontynentu,
    Używa Messiego jako kontrargumentu.
    Obronić tytułu zamierzają Hiszpanie,
    Każdy będzie La Roja utrudniał zadanie.
    Na ironię w Brazylii może wywołać łzy,
    Ronaldo – lecz portugalski jak pokaże kły.
    Wśród wszystkich drużyn trzeba szukać kandydata,
    Bo kto nie ma ambicji wygrać Puchar Świata?
    Niemcy, Belgia, Holandia, Włochy bądź Chorwacja,
    Niejedna nas zachwycić spróbuje znów nacja.
    Piłko, Miłości nasza! Odbierasz nam zdrowie,
    Chcemy umrzeć z emocji niech każdy się dowie!

  48. ~Kuba Machowina

    4 grudnia 2013 at 22:26

    Realizm magiczny

    Książę życia umierał parę razy, za każdym razem rozdzierany przez drążące jego duszę demony – zazdrość, odrzucenie, zapomnienie. Kiedy 29 czerwca 1958 roku na stadionie Rasunda w Sztokholmie młodziutki Pele strzelił gola na 5:2, pieczętując mistrzostwo świata dla rodzącej się potęgi „Canarinhos”, „Książę Rio” wyjął wszystkie papierosy z paczki i wsadził je do ust. Odpalił je kolejno jeden po drugim, niczym lont wypalający się powoli, a zmierzający do jednego – agonii, czyli ukojenia. Innym razem zjadł wszystkie wycinki z gazet uwieczniające jego boiskowe popisy, a którymi oklejony był jego szpitalny pokój. Niestety, znowu przeżył. Życie trzymało się go niczym dawne uwielbienie, jakim darzyło go każde bijące serce w Kraju Kawy.

    Zazdrościł. Sukcesy Didiego, Vavy, Pelego i Garrinchy pożerały jego duszę – to on miał zostać bohaterem narodowym. Nie udało się. Na drodze do nieśmiertelności stanęły najpierw II wojna światowa, a w 1950 roku wybuchowy charakter i trudne relacje z ówczesnym selekcjonerem Brazylii, Flavio Costą. Kilka lat wcześniej obaj panowie pracowali razem w jednym klubie, a „Książę” przystawił swojemu trenerowi do głowy broń i… pociągnął za spust. Broń była nienaładowana. Do dziś brazylijscy dziennikarze zastanawiają się, czy gdyby pominięty przez Costę „Książę” zagrał w osławionym finale przeciwko Urugwajowi, wynik mógłby być inny, a mityczna Maracana nie zalałaby się łzami.

    Zapomniany geniusz. W 1947 roku jego Botafogo zmierzyło się z Flamengo. „Książę” stał tyłem do bramki, jak każda rasowa „dziewiątka”. Długie podanie przeszło przez pół boiska, zdawało się, że czas stanął w miejscu. Brazylijczyk – zwany nieco złośliwie „Gildą” ze względu na swój kapryśny charakter, taki sam jak miała bohaterka grana w filmie o tym samym tytule przez Ritę Hayworth – przyjął piłkę na klatkę piersiową. Reszta to legenda, która wydarzyła się naprawdę. Piłkarza od bramki dzielił prawdziwy mur obrońców, dlatego futbolówka nie mogła spaść na ziemię. Brazylijski bóg futbolu zrobił zatem coś, co do dziś zdaje się przeczyć prawom fizyki. Kiedy skórzany obiekt pożądania mężczyzn w każdym wieku wylądował na jego torsie, napastnik wygiął się głęboko do tyłu i wtedy piłka… przykleiła się niemalże do jego piersi.

    „Książę Rio”, nienaturalnie wygięty do tyłu, przebiegł z futbolówką na torsie obok wszystkich obrońców, a kiedy znalazł się w dogodnej sytuacji do strzału, wyprostował się, a piłka spadła idealnie na jego nogę. Odpalił bombę i było po wszystkim, bramkarz nawet nie drgnął. „Gilda” poprawił jedynie kołnierzyk, a obrońcy Flamengo stali niczym wryci w ziemię, nie mogli uwierzyć w to, co właśnie zobaczyli. Trybuny zamilkły, by następnie zawyć w prawdziwej ekstazie – tak grał tylko on. Był każdym – typowym everymanem – realizował senne, narkotyczne wręcz marzenie tłumu, zahipnotyzowanego w emocjach, które wyzwala ten stosunkowo prosty sport, jakim jest futbol. Brazylijczyk był zarazem unikatowy – uosobienie realizmu magicznego, tak pięknie łączącego sport oraz literaturę w Ameryce Łacińskiej. Kim zatem był „Książę Rio”?

    Był mitem, a zarazem geniuszem futbolu, dyplomowanym prawnikiem, podrywaczem, członkiem bohemy artystycznej, miał mentalność Cygana kochającego życie wraz z jego wszystkimi urokami. „Książę życia” umierał sam, wspominając swoją wielkość na łóżku szpitalnym – zapomniany przez świat idol wszystkich Brazylijczyków. Żył niepokornie, na własnych zasadach, ale taki już był, tacy są najwięksi. Futbol tak naprawdę narodził się w roku 1947, kiedy Brazylijczyk uciszył stadion Botafogo, uśmiechając się do zamurowanego bramkarza, któremu właśnie wbił gola, jaki nie miał prawa się wydarzyć.

    Po prostu cały Heleno.

  49. ~Kuba Machowina

    4 grudnia 2013 at 22:32

    Ha, once more, poprawione 🙂

    Realizm magiczny

    Książę życia umierał parę razy, za każdym razem rozdzierany przez drążące jego duszę demony – zazdrość, odrzucenie, zapomnienie. Kiedy 29 czerwca 1958 roku na stadionie Rasunda w Sztokholmie młodziutki Pele strzelił gola na 5:2, pieczętując mistrzostwo świata dla rodzącej się potęgi „Canarinhos”, „Książę Rio” wyjął wszystkie papierosy z paczki i wsadził je do ust. Odpalił je kolejno jeden po drugim, niczym lont wypalający się powoli, a zmierzający do jednego – agonii, czyli ukojenia. Innym razem zjadł wszystkie wycinki z gazet uwieczniające jego boiskowe popisy, a którymi oklejony był jego szpitalny pokój. Niestety, znowu przeżył. Życie trzymało się go niczym dawne uwielbienie, jakim darzyło go każde bijące serce w Kraju Kawy.

    Zazdrościł. Sukcesy Didiego, Vavy, Pelego i Garrinchy pożerały jego duszę – to on miał zostać bohaterem narodowym. Nie udało się. Na drodze do nieśmiertelności stanęły najpierw II wojna światowa, a w 1950 roku wybuchowy charakter i trudne relacje z ówczesnym selekcjonerem Brazylii, Flavio Costą. Kilka lat wcześniej obaj panowie pracowali razem w jednym klubie, a „Książę” przystawił swojemu trenerowi do głowy broń i… pociągnął za spust. Broń była nienaładowana. Do dziś brazylijscy dziennikarze zastanawiają się, czy gdyby pominięty przez Costę „Książę” zagrał w osławionym finale przeciwko Urugwajowi, wynik mógłby być inny, a mityczna Maracana nie zalałaby się łzami.

    Zapomniany geniusz. W 1947 roku jego Botafogo zmierzyło się z Flamengo. „Książę” stał tyłem do bramki, jak każda rasowa „dziewiątka”. Długie podanie przeszło przez pół boiska, zdawało się, że czas stanął w miejscu. Brazylijczyk – zwany nieco złośliwie „Gildą” ze względu na swój kapryśny charakter, taki sam jak miała bohaterka grana w filmie o tym samym tytule przez Ritę Hayworth – przyjął piłkę na klatkę piersiową. Reszta to legenda, która wydarzyła się naprawdę. Piłkarza od bramki dzielił prawdziwy mur obrońców, dlatego futbolówka nie mogła spaść na ziemię. Brazylijski bóg futbolu zrobił zatem coś, co do dziś zdaje się przeczyć prawom fizyki. Kiedy skórzany obiekt pożądania mężczyzn w każdym wieku wylądował na jego torsie, napastnik wygiął się głęboko do tyłu i wtedy nagle piłka… przykleiła się niemalże do jego piersi.

    „Książę Rio”, nienaturalnie wygięty do tyłu, przebiegł z futbolówką na torsie obok wszystkich obrońców, a kiedy znalazł się w dogodnej sytuacji do strzału, wyprostował się, a piłka spadła idealnie na jego nogę. Odpalił bombę i było po wszystkim, bramkarz nawet nie drgnął. „Gilda” poprawił jedynie kołnierzyk, a obrońcy Flamengo stali niczym wryci w ziemię, nie mogli uwierzyć w to, co właśnie zobaczyli. Trybuny zamilkły, by następnie zawyć w prawdziwej ekstazie – tak grał tylko on. Był każdym – typowym everymanem – realizował senne, narkotyczne wręcz marzenie tłumu, zahipnotyzowanego w emocjach, które wyzwala ten stosunkowo prosty sport, jakim jest futbol. Brazylijczyk był zarazem unikatowy – uosobienie realizmu magicznego, tak pięknie łączącego sport oraz literaturę w Ameryce Łacińskiej. Kim zatem był „Książę Rio”?

    Był mitem, a zarazem geniuszem futbolu, dyplomowanym prawnikiem, podrywaczem, członkiem bohemy artystycznej, miał mentalność Cygana kochającego życie wraz z jego wszystkimi urokami. „Książę życia” umierał sam, wspominając swoją wielkość na łóżku szpitalnym – zapomniany przez świat idol wszystkich Brazylijczyków. Żył niepokornie, na własnych zasadach, ale taki już był, tacy są najwięksi. Futbol tak naprawdę narodził się w roku 1947, kiedy Brazylijczyk uciszył stadion Botafogo, uśmiechając się do zamurowanego bramkarza, któremu właśnie wbił gola, jaki nie miał prawa się wydarzyć.

    Po prostu cały Heleno.

    Zapraszam na bloga.

    Bloody Football!

  50. ~Pan Potocki

    5 grudnia 2013 at 00:02

    Na początku Sędzia odgwizdał przewinienie i wskazał na rzut wolny. Wynik zaś był bezbramkowy, a żądne emocji spojrzenia kibiców unosiły się z trybun.
    Wtedy Roberto Carlos rzekł: „Niechaj to ja wykonam stały fragment gry!”. I odsunął się Dunga opodal. A potem Sędzia rzekł: „Niechaj powstanie sklepienie dziewięciometrowe i niechaj oddzieli ono futbolówkę od muru”. I nakazał Sędzia wznowić grę, i rozległ się dźwięk gwizdka.
    I uderzył potężnie piłkę gracz z szóstką na plecach. A stało się to w mgnieniu oka i nikt nie zdążył zareagować. Okrągłokształtność poszybowała opodal muru, i opodal bramki również – jak zdawały się podpowiadać prawa fizyki. I wtedy nagle piłka zatrzepotała w siatce – i spostrzegli Wierni, że futbol prawom fizyki się nie ima. Uczyniwszy tę bramkę, wywołał Wykonawca eksplozję radości. I wiedział Brazylijczyk, że to co kopnął, było dobre.

  51. ~Mateusz

    5 grudnia 2013 at 03:57

    Tak na piłce mi zależy, że dziś będę pisał wierszem,choć poetą słabym jestem, braki zatuszuję sercem.

    Gdy mowa o pięknych bramkach,przed nami reprezentacja Brazyli wyrasta. Wiele bramek to autentyki, lecz ja przypomnę jak Roberto Carlos oszukał prawa fizyki.
    Pięknie uderzył Brazylijczyk, nie ma co się spierać, ciężko pewnie było Barthezowi po tym się pozbierać.
    Huknął obok z całej siły,
    nagle piłka zaczęła skręcać, 35metrów do bramki, dla Roberto Carlosa to w sumie jak karny, a przyczyna tej dziwnej rotacji była prosta- we Francji zawiał Halny.

    Wszyscy byli w szoku, pytali jak on to zrobił, lecz nie ma co pytać trzeba brać los we własne nogi.

  52. ~R.Bates

    5 grudnia 2013 at 08:56

    Z czterdziestu tysięcy gardeł wydobył się jęk zachwytu, gdy Brazylijczyk minął kolejnych dwóch rywali. Mistrzowie świata robili wszystko by przejąć inicjatywę, by odebrać futbolówkę hasającym w środku pola Canarinhos. Kolejna wymiana podań, dośrodkowanie w uliczkę… i wtedy nagle piłka wylądowała pod nogami Juniora, który posłał ją wprost do siatki, pieczętując wygraną. Zatańczył sambę, której widok odebrał Maradonie i spółce wszelkie nadzieje. Brazylia wygrała trzy do jednego, a takiego scenariusza nie przewidzieli nawet greccy filozofowie. Choć jeden z nich – Socrates – był jednym z najbardziej pomysłowych scenarzystów pamiętnego meczu…

  53. ~Popi

    5 grudnia 2013 at 09:18

    Zdarzenie miało miejsce 2 lipca 2010 roku. Ćwierćfinał Mistrzostw Świata w RPA. Na stadionie Nelson Mandela Bay w Port Elizabeth zasiadło ponad 40 tyś. kibiców oczekujących na fantastyczne widowisko. W rolach głównych reprezentanci Holandii i Brazylii. Mecz rozpoczął się od bramki dla Brazylijczyków już w 10 minucie. W 53 minucie piłkę do własnej bramki wpakował Felipe Melo. Mimo tego, żaden Brazylijczyk nie wyobrażał sobie innego finału tego spotkania niż zwycięstwo Canarinhos. Przyszła jednak 68 minuta. Z rzutu rożnego dośrodkowywał Arjen Robben i wtedy nagle piłka zatrzepotała w siatce zaskoczonego Julio Cesara. Strzelcem gola Wesley Sneijder. Brazylijczycy na trybunach zaskoczeni i zrozpaczeni. Ja jako kibic Oranje w ekstazie i w siódmym niebie bo moi ulubieńcy o krok od najlepszej czwórki mundialu. Wynik utrzymał się do końca spotkania. Brazylijczycy za burtą, a Holandia w kontynuuję marsz po srebrny medal Mistrzostw Świata.

  54. ~Owczar

    5 grudnia 2013 at 09:45

    Pamiętam, że ten mecz oglądałem ze znajomymi w barze „Brazylijczyk” przy Puławskiej. Byli ze mną moi znajomi – Czacha, Benny i Piłka. Byłem świeżo po pracy, więc kiedy tylko pojawiłem się w lokalu wypiłem jednym chełstem pół litra piwa, po czym zasiadłem do stołu.
    Minęło zaledwie kilka minut zanim osuszyłem do cna drugi kufel piwa. Ponownie zatem udałem się w kierunku baru, jednocześnie zostawiając za plecami ekran, na którym oglądaliśmy mecz. I wtedy nagle Piłka wydarła się na cały Mokotów głośnym i przeciągłym GOOOOOOOOOL! Aż mną coś trzepnęło! Odwróciłem się żeby sprawdzić czy przypadkiem ktoś nie robi sobie ze mnie jaj. Ale nie! Na ekranie wynik 0:1, Radosław Matusiak podnosi ręce w geście triumfu, a gdzieś w tle z murawy zbiera się Van Buyten.
    Ten wieczór trwał w najlepsze do rana. Dobrze, że pracowałem wówczas po drugiej stronie ulicy. Następnego dnia nie byłem w pracy wypoczęty, ale też nie byłem spóźniony…

  55. ~kogut

    5 grudnia 2013 at 11:12

    Kiedy byłem mały uwielbiałem oglądać mecze, a najbardziej „FC Barcelony”.Uwielbiałem ich grę, a szczególnie Brazylijczyka Ronaldinho. Pamiętam kiedy drużyna przeciwnika wykonywała korner. Viktor Valdes przechwycił ją, i wyrzucił ją do Ronaldinho. I wtedy nagle Brazylijczyk przyjął piłkę na klatę. I jak ją przyjął, to z całych sił biegł pod bramkę przeciwnika. Ale jeden obrońca go dogonił, choć jak to Ronaldinho umiał sambę, przystanął i zrobił tak zwaną „Ruletę Zidane”. Przeciwnik nic nie mógł na to poradzić i wtedy było już wszystko jasne. Brazylijczyki strzelił bramkę, a potem utonął w obięciach kolegów.

  56. ~Darek

    5 grudnia 2013 at 12:25

    1986 rok. Mundial w Meksyku. Polska reprezentacja po niecodziennym wyjściu z grupy zamierza wygrać z Brazylią. Brazylia wygrywa swoją grupę w cuglach, strzela pięć bramek. Nasi piłkarze też strzelili gola i to samej Portugalii. Od początku spotkania nacieramy całą drużyną, kibice nie dowierzają. Atak na bramkę Brazylijską nieustannie trwa. Szok, Brazylijczycy nie dowierzają. Tarasiewicz i .. gola nie ma, tylko słupek. Po chwili Karaś i bramkarz nie miałby żadnych szans. Brazylijczyk tylko odprowadził piłkę wzrokiem i wtedy nagle piłka trafiła w poprzeczkę. Jeszcze nasi nacierali na brazylijską bramkę, gola chciał też zdobyć Boniek, ale się nie udało. Zamiast 3:0, było 0:4. Nasi strzelali, a bramki zdobywali tylko Brazylijczycy.

  57. ~tymianek

    5 grudnia 2013 at 13:54

    Na początku był Brazylijczyk.
    I Brazylijczyk był u Boga i Bogiem był Brazylijczyk.
    I wszystko przez Niego się stało.
    A bez Niego nic się nie stało, co się stało.
    W Nim było życie.
    A życie było światłością ludzi.
    A światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła.
    I wtedy nagle…
    Piłka.
    I była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi.
    A Brazylijczyk stał się ciałem i zamieszkał wśród nas.
    I oglądaliśmy jego chwałę.

  58. ~Paweł

    5 grudnia 2013 at 15:26

    Ostatni rok nie był udany dla niego udany. Wielki Luis Nazario de Lima Ronaldo – do niedawna najdroższy i najlepszy piłkarz świata. „Il Fenomeno” jak nazywała go włoska prasa, spędził minione 12 miesięcy na leczenie powracających kontuzji. Szczególnie prawe kolano cały czas dawało się we znaki, nie pozwalając na pokazanie pełni umiejętności. Ale te złe chwile są już przeszłością. Profesor Gérard Saillant, z paryskiej kliniki Pitié-Salpêtrière, zapewnił go, że nie ma już śladu po naderwanych wiązadłach i może wrócić do maksymalnych obciążeń. Droga Ronaldo na szczyt jest znów szeroka i jasna, żaden z przeciwników nie może go zatrzymać. Ogranicza go tylko własny organizm…

    Wiosna, 2000 rok, finał Pucharu Włoch między Interem i Lazio. Na szybko strzeloną bramkę dla Interu odpowiedzieli Nedved i Simeone. Rzymianie prowadzili 2-1. Marcello Lippi, stawia wszystko na jedną kartę – w 58 minucie wchodzi dwóch rezerwowych – Zamorano i Ronaldo. Oczy całego świata są jednak zwrócone tylko na drugiego z nich. Dla Brazylijczyka idealny moment, by odwrócić losy meczu i udowodnić, że znów jest najlepszy, „Il Fenomeno”. Kamera śledzi jego każdy ruch, to jak przekracza linię boczną, trzykrotnie wykonuje znak krzyża i ustawia się na boisku, czekając na wznowienie gry. Po gwizdku sędziego piłka obija się od głowy pomocnika Interu i wtedy nagle trafia do Ronaldo. Brazylijczyk w końcu jest w swoim żywiole. Głodny gry, głodny zwycięstwa. Już wie co z nią zrobić i swoim stylu rusza pod pole karne przeciwnika. Jest już bardzo blisko, wykonuje zwód i nieatakowany przez nikogo… pada na murawę. Stadion zamilkł. Nie była to jednak chwilowa cisza, jak ta po straconej bramce. W tej ciszy rozchodził się okrzyk strasznego bólu, który niemal odbiera zmysły i zmienia człowieka na zawsze. Diagnoza jest jak wyrok – zerwane więzadła krzyżowe. Kontuzja, która zostawia ślad w psychice prawie każdego piłkarza. Nie inaczej jest z Ronaldo, bo okres rekonwalescencji to kolejne kilkanaście miesięcy spędzone na walce z własnym ciałem a nie przeciwnikami na boisku.

    Wielu piłkarzy nie wraca po takim urazie do zawodowego grania, niewielu potrafi wrócić do wcześniejszej formy. Tylko Ronaldo potrafił podnieść się po tylu niepowodzeniach i sięgnąć należne mu trofea. Lista jego sukcesów jest bardzo długa, każdy fan jednym tchem wymieni przynajmniej najważniejsze z nich. Można tylko się zastanawiać, jakby wyglądała jego kariera, gdyby nie notoryczne kontuzje. Osiadłby na laurach po fantastycznym dla niego roku 1998 czy śrubowałby kolejne rekordy w lidze i w reprezentacji? Tej zagadki już nie rozstrzygniemy, możemy być tylko szczęśliwi, że przyszło nam oglądać takiego wirtuoza w akcji przez tyle lat. Prawdziwego ‚brasileiro’.

    Opisuję tą historię, ponieważ jednym z moich pierwszych meczy, dzięki którym zafascynowałem się piłką nożną, był właśnie ten feralny finał Pucharu Włoch. Jako 10 letni fan Ronaldo miałem łzy w oczach widząc jak mój idol jest ściągany z boiska na noszach, a komentatorzy zastanawiali się czy to nie jest już koniec jego kariery. Na szczęście wszystko zakończyło się dobrze, jednak już zawsze widząc Ronaldo przy piłce bałem się, że kontuzja może się odnowić. Dlatego tak mocno zapamiętałem jego akcje i bramki – dzięki mieszance euforii i lęku.

  59. ~Banita

    5 grudnia 2013 at 16:26

    Jeden-dziewięć-dziewięć-osiem,
    Kto „Kanarkom” grał na nosie?
    Cafu, Dunga i Rivaldo,
    A w ataku sam Ronaldo,
    Brazylijczyk wtedy słynny,
    Strzelał, kiwał jak nikt inny,
    W końcu mecz się rozpoczyna,
    Gościom szybko rzednie mina,
    Tak, to Francja rusza w tan,
    Bramkę strzela sam Zidane,
    Szybka gra i masa akcji,
    Dziś nie braknie nam atrakcji,
    I wtedy nagle piłka wpada,
    Tak bić mistrza nie wypada,
    I morale leci w dół,
    Tak! 2:0! Znów Zizou,
    Dziś nastaje nowa era,
    „Tricolores” trzy do zera,
    Choć minęły długie lata,
    Francja była mistrzem świata,
    Oto koniec opowieści,
    Futbol z nikim się nie pieści,
    Za pół roku – tak dziś marzę,
    Znów zwyciężą gospodarze!

  60. ~Jakub Wysocki

    5 grudnia 2013 at 17:36

    „Perfekcja Zinedine’a.”
    Ach, cóż to był za dzień… 15 maja anno Domini 2002, szkockie Glasgow, a w nim jedno z najistotniejszych miejsc dla całego światowego futbolu- mityczny Hampden Park, bo o nim mowa, pękał w szwach jeszcze długo przed rozpoczęciem spotkania. I to jakiego spotkania! Finał Ligi Mistrzów, galaktyczny Real Madryt versus niedoceniane, ale jakże waleczne „Aspirynki” z Leverkusen. Hiszpanie wrócili na ten trawiasty szkocki prostokąt po czterdziestu dwóch latach. Wówczas byli uczestnikiem jednego z najbardziej szalonych wydarzeń
    w historii całego sportu. 135 tysięcy osób obejrzało 10 bramek w spotkaniu „Królewskich” z Eintrachtem Frankfurt. 7:3 dla Madrytu, recital di Stefano i Puskasa, jedno z ostatnich wielkich spotkań przed chilijskim Mundialem, na którym rozpoczęto „murowanie bramek”, piąty PEMK w gablocie… Kto by się spodziewał, że po tak wielu latach Real powalczy na Hampden dopiero o La Novenę? Pewnie nikt, ale to nieistotne. O 20:45, gdy Szwajcar Urs Meier dmuchnął w swój gwizdek, rozpoczął się wielki spektakl. Real w składzie z Roberto Carlosem, Zidane’em, Figo, Raulem oraz, co istotne, z Cesarem między słupkami przeciwko Bayerowi z Lucio, Ballackiem, Schneiderem, Placente oraz bramkostrzelnym Buttem. Już w 7 minucie „El Siete” wykorzystał nieporadność stoperów Bayeru i wyprowadził „Galacticos” na prowadzenie. Po kilku minutach Lucio znakomicie główkował po dośrodkowaniu z rzutu wolnego Bernda Schneidera i już mieliśmy remis. Gdy wydawało się, że pierwsza część finału zakończy się wynikiem 1:1 doszło do nieprawdopodobnej sytuacji. Santiago Solari posłał górną piłkę do wybiegającego na lewe skrzydło Roberto Carlosa. BRAZYLIJCZYK dośrodkował na 15 metr do wchodzącego w pole karne Zinedine’a Zidane’a I WTEDY NAGLE PIŁKA, po doskonałym uderzeniu z woleja, wpadła do bramki. „Gol wszech czasów!” „Stadiony świata!” „Piłkarska perfekcja!”. Z takimi tytułami można było się spotkać w prasie po tym spotkaniu. Bomba posłana przez francuskie bożyszcze przyćmiła wszystkie inne wydarzenia z tego spotkania. Ba! Nawet z całego sezonu! Mało kto pamięta dzisiaj o cudownym występie Casillasa, który wszedł w drugiej połowie za kontuzjowanego Cesara. Iker w doliczonym czasie gry sparował kilka nieprawdopodobnych strzałów rywali i jego rola w zdobyciu Ligi Mistrzów była równie wielka (a może nawet większa) jak Raula i Zidane’a, ale dzisiaj pamięta się głównie o czynie francuskiego piłkarza. Ostatecznie Real wygrał 2:1 i wsadził do gabloty z trofeami wymarzony 9 Puchar Europy.

    1. ~Grmli

      5 grudnia 2013 at 17:43

      Piłka jak szalona wyskakuje z siatki, przeskakuje nad wstającym bramkarzem , odbija się od ziemi i spada na klatkę herosa, który złotymi zgłoskami zapisuje się w historii klubu, dla którego rozegrał tyle ważnych spotkań i strzelił masę niezapomnianych bramek. Ten wbiega między robiących mu miejsce obrońców I WTEDY NAGLE PIŁKA szybuje wprost do nogi innego Brazylijczyka…
      A teraz PLAY. A teraz Ronaldo strzelaj swoją drugą bramkę dla Realu raz jeszcze. Ostatni raz. Obiecuję! Jeszcze tylko ten jeden raz…

  61. ~Mateusz Błoch

    5 grudnia 2013 at 18:29

    A było to w 2002 roku. Finał Mistrzostw Świata. Naprzecie siebie stoją Brazylia i Niemcy. Brazylia naciera, ale… Nie o tym tu chciałem powiedzieć.

    Była połowa meczu. Ronaldinho ustawiony na lewej stronie boiska czeka, czeka, czeka. Nagle dostaje podanie ze środka, główkuje w tył. Piłka wędruje do Roberto Carlosa. Brazylijczyk – znany ze swoich strzałów – strzela. Ależ to było uderzenie! Rzadko kiedy mu tak nie wychodziły… Ale wtedy nagle piłka leci do znajdującego się w polu karnym Ronaldo. Gracz z 9 już wcześniej nie wykorzystał kilku sytuacji i teraz mógł się zrehabilitować. Uderza, lewa noga i… Bramkarz broni. Do bramki było kilka metrów, On huknął potężnie, ale Kahn stał wtedy na posterunku. Piłka zatrzymuje się na nogach golkipera. Luiz Filipe Scolari szaleje. Szaleją piłkarze i kibice zgromadzenie na stadionie.

    Szkoda, że to nie weszło. Ale inne chodziły.

  62. Bartłomiej M

    5 grudnia 2013 at 18:45

    Kibice jak zwykle pełni nadziei wchodzili na trybuny stadionu światła. Po ciężkim sezonie ligowym ukończonym na miejscu nie dającym możliwości gry w Lidze Mistrzów w przyszłym sezonie, jedyną szansą na miejsce w elicie dawała wygrana z Borussią w finale europejskich rozgrywek klubowych. Zadanie niełatwe. Skazywany na wygnanie szkot z ławki trenerskiej wiedział, że tylko wygrana może rozluźnić napiętą atmosferę w szatni i na trybunach. Pierwszy gwizdek przedłużył nadzieje kibiców o 90 minut, jednak już w 15 minucie Lewandowski zaliczył hattricka. Horror! Nawet Kawaga i będący w świetnej formie Nani nie mogli przełamać świetnie grającej drugiej linii Niemców. Gdy wydawało się, że to już koniec na boisko wszedł Brazylijczyk. Spisany na straty przez wszystkich kibiców Anderson, dzięki postanowieniu noworocznemu jakim było unikanie restauracji z dużym żółtym M w logo, zmienił się nie do poznania. Zrzucenie 10kg poprawiło dynamikę Brazylijczyka, który stał się prawdziwym asem w rękawie szkockiego managera. Nawet zwód Valencii na prawą nogę nie był tak zaskakujący dla obrońców drużyny Borussii jak będący w świetnej formie Anderson. Szybkie 3 bramki w drugiej połowie dały wyrównanie. Wydawało się, że nieunikniona będzie dogrywka i wtedy nagle piłka załopotała w siatce bezradnego bramkarza niemieckiej drużyny. To było jak sen! Brazylijczyk po fenomenalnej wrzutce Valencii z lewej nogi strzelił niezwykłą bramkę z przewrotki! Tak jest! Stadion oszalał! Manchester wyszedł z 9 kręgów piekieł!

    Gdy wydawało się, że nic nie zaburzy euforii jaka opanowała moje ciało usłyszałem znajomy, jednak niezwykle irytujący i nieprzyjemny dźwięk… – Skąd ja znam tę melodię – pomyślałem. -Czyżby konferansjer na stadionie pomylił piosenki i zamiast „we are the champions” włączył „Hide you tears” Daniela Lichta? To nie może być prawda!. Proszę nie!

    Niestety, okazało się to zwykłym snem. Nic się nie zmieniło, Antonio dalej nie opanował sztuki kopania lewą nogą, a Brazylijczyk pewnie właśnie wcina pizzę. Może przynajmniej w Premier League pójdzie lepiej niż w śnie.

  63. ~Dawid

    5 grudnia 2013 at 20:03

    Ile jest takich pieknych zagran , bramek , parad czy asyst . Jednak gdy byłem mały (9-10 lat) w pamięci zapadło mi szczególnie jedna bramka . Był to mecz ligi mistrzów (półfinał(4:2) jesli dobrze pamietam ) i ten spektakl w wykonaniu Chelsea i Barcelony .W tamtym meczu zabłysnął Brazylijczyk a raczej brazylijska gwiazda Ronaldinho .Długie podanie do Brazylijczyka on przyjmuje piłkę … ma przed sobą dwóch obrońców … i wtedy nagle piłka ugrzęzła w siatce .Nikt nie wiedział co sie stało . Po chwili każda osoba na stadionie uświadomiła sobie ,że geniusz zaczarował wszystkich dookoła .Tylko on mógł to zrobić

  64. ~oleczny

    5 grudnia 2013 at 21:21

    Jako kibic Arsenalu jednym z najboleśniejszych momentów podczas wspierania Kanonierów był finał Ligi Mistrzów w roku 2006. Wtedy to drużyna Wengera podejmowała Dumę Katalonii. Cóż, miałem wtedy niecałe 11 lat, nie było powszechnego dostępu do internetu (a przynajmniej tak mi się zdaje), więc byłem zdany na telegazetę lub ewentualne mecze puszczane na antenie TVP. Arsenalowi kibicuję przez czysty przypadek od 2005 roku, nie przez to, że usłyszałem, że wygrali ligę rok wcześniej bez porażki. Pamiętam, że założyłem się z kolegą z klasy, fanem FCB, o złotówkę (majątek w tamtym wieku), że The Gunners wygrają. Mecz oglądaliśmy w składzie: ja, dziadek, tata. Wtedy zazwyczaj na takie mecze jeździliśmy do taty mojego taty, ponieważ w naszym domu jedynym kanałem była jedynka, a wtedy LM była puszczana w dwójce. Z wielki zaangażowaniem oglądałem ten mecz, nie pamiętam wielu akcji, w końcu to było parę lat temu, ale nie zapomnę nigdy tego prostopadłego podania Brazylijczyka Ronaldinho do Samuela Eto’o. Wtedy to Jens Lehmann musiał wyjść z pola karnego i sfaulować Kameruńczyka (jak na moje Niemiec mógł jeszcze chwile wyczekać). Otrzymał czerwoną kartkę, stając się pierwszym zawodnikiem, będącym zesłanym do szatni w finale Ligi Mistrzów. Wszedł rezerwowy Almunia za Roberta Piresa, a ja byłem święcie przekonany, że Ronaldinho strzeli gola z tych 18 metrów. Nie trafił. Pamiętam doskonale bramkę na 1:0. Grający w osłabieniu Arsenal strzelił gola – Sol Campbell. Cieszyłem się jak głupi. Niestety końcówka należała do Barcelony. Nie popisał się nasz rezerwowy bramkarz , który przepuścił badziewny strzał po krótkim słupku Samuela Eto’o. Kilka minut później Barca nacierała ponownie i wtedy nagle piłka znalazła się pod nogami Belettiego, który szybkim sprintem z futbolówką znalazł się na końcu boiska w polu karnym Arsenalu, uderzył na bramkę. Sądzę, iż gdyby Almunia nie odbił tej piłki (to jest od jego nogi), to wyszłaby dalej w pole. Niestety, ale Katalończycy wyszli na prowadzenie i już go nie oddali. Byłem wtedy bardzo zażenowany tym obrotem spraw, ale już w tym wieku wiedziałem, co to znaczy szacunek i obejrzałem wręczenie pucharu Puyolowi, chociaż niechętnie. Następnego dnia, rano, rozchorowałem się, zwymiotowałem dziadkowi na podłogę 🙂 Do szkoły jednak poszedłem, by również wręczyć koledze złotówkę i z podniesioną głową być dumnym, że moi ukochani Kanonierzy mimo wszystko grali w finale Ligi Mistrzów. Przez większość meczu w 10. Przez większość będąc na prowadzeniu… To jest jedno z moich wspomnień piłkarskich, którego nigdy nie zapomnę.

  65. ~romanodenebom

    5 grudnia 2013 at 21:44

    Kanada 2007, 50 000 kibiców na stadionie w Montrealu podczas inauguracyjnego spotania grupy D Młodzieżowych Mistrzostw Świata Polska-Brazylia. W składzie obu Reprezentacji wielu znaczących piłkarzy aktualnie zasilających kluby światowego topu. 21 minuta, sędzia Howard Webb dyktuje rzut wolny z okolicy 25 metra od bramki po tym jak Brazylijczyk zbyt wysoko unosi nogę. Do piłki podchodzi Grzegorz Krychowiak jeden z najmłodszych piłkarzy reprezentacyjnej jedenastki. Długo się nie zastanawiając uderza i wtedy nagle piłka wpada do siatki mijając mur oraz zdezorientowanego Cassio! 1-0!!! Reprezentacja Polski ogrywa Młodzieżową Reprezentację Brazylii !!!

  66. ~Michal1010

    5 grudnia 2013 at 22:31

    „13 lipca 2014, Maracana … na słynnym brazylijskim stadionie w finale Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej naprzeciw siebie stają reprezentacja gospodarzy – Brazylii i Argentyny. Media huczą o „gwiezdnym” pojedynku dwóch cracków Barcelony – Leo Messiego i Neymara. Stadion zapełnia się po brzegi, a na trybunie dla kibiców neutralnych zasiadam ja. Każdy Brazylijczyk, nieważne czy przed telewizorem, telebimem czy na trybunach nie przyjmuje żadnego innego wyniku niż zwycięstwo swojej reprezentacji. Zaczynamy spotkanie. Mecz jest rozgrywany w bardzo szybkim tempie. Brazuka wędruje od zawodnika do zawodnika. Po mimo kilka dogodnych sytuacji żadna z drużyn nie trafia do siatki. Po każdym złym uderzeniu Canarinhos złym słychać jęk zawodu. Kibice z kraju kawy chcą po 12 latach odzyskać mistrzostwo świata. Piłkarze wychodzą na drugą część spotkania. Luis Felipe Scolari dokuje kilku zmian w zespole licząc na pokonanie bramkarza Argentyny. W drugiej połowie piłkarze znowu są niezwykle blisko strzelenia gola z Lionelem Messim na czele, który nie wykorzystał rzutu karnego. Mam wrażenie jakby Brazuka tego dnia nie chciała wlecieć do siatki… gdy nagle nastaje doliczony czas drugiej połowy. Neymar wie, że to ostania szansa na wygranie w regulaminowym czasie gry więc uderza z 20. metra. Brazuka, po uderzeniu Brazylijczyka leci z niewiarygodną siłą … i wtedy nagle piłka wpada do bramki Argentyńczyków. Stadion szaleje! Taka radość jest bardzo rzadko spotykana. Argentyńczycy są w szoku: „Jak to mogło wpaść?!”. Sędzia ma zagwizdać po raz ostatni, a Brazylia zostać oficjalnie szósty raz mistrzem świata gdy nagle” … budzi mnie mama i mówi mi, że mam się ubierać do szkoły. Nie rozumiem co się dzieje, „przecież przed chwilą byłem na Maracanie i Brazylia miała wygrać mistrzostwa!” Wtedy nagle uświadamiam sobie, że mundial dopiero za 187 dni a kolejny ekscytujący sen czeka mnie za 24 godziny.

    Michał Gurkowski

  67. ~tino71

    5 grudnia 2013 at 23:21

    Nie wiem, czy ktoś o tym tu wspomni, a zapewne nikt tego nie pamięta „na żywo”… Był 5 czerwca 1938 roku. Polska grała w Strasbourgu swój pierwszy, historyczny mecz na mistrzostwach świata. Rywalem była wielka Brazylia z Leonidasem na czele. Niesamowity to był mecz, każdy się zgodzi, choć znamy go tylko z opowieści. Leonidas – wielki Brazylijczyk strzelił nam wówczas trzy gole, ale i tak pozostał w cieniu Ernesta Wilimowskiego, który brazylijskiego bramkarza pokonał aż czterokrotnie. Mało kto wie, że choć Brazylia prowadziła 3-1 do przerwy, a potem w dogrywce już 6-4, to bardzo niewiele brakowało do remisu. Po kolejnym golu Wilimowskiego na dwie minuty przed końcem zrobiło się 6-5. Po ataku polskiej drużyny w ostatnich sekundach meczu strzelał na bramkę Erwin Nyc i wtedy nagle zmierzająca w stronę bramki piłka uderzyła w poprzeczkę! Przegraliśmy to spotkanie, ale po pięknym meczu, który przeszedł do historii nie tylko polskiego, lecz także światowego futbolu.

  68. ~Leszek

    6 grudnia 2013 at 00:47

    Opowiadanie…z życia wzięte (oby)
    2 grudnia 2013
    Ciągle to samo..Dzień jak każdy inny, pełen szarości, udawanych uśmiechów wychowawców z bidula, bezdusznych nauczycieli, którzy dają odczuć, że jestem gorszym dzieckiem, docinków i głupich kawałów starszaków, zaczepek i poniżania. Przed snem choć na chwilę mogę uciec od codzienności w świat marzeń, o pięknych golach, pełnych stadionach, w których moja gra odgrywa główną rolę..Nie finezja Brazylijczyka, polot Argentyńczyka, tylko piękne moje zagrania…moje…chłopca z bidula..
    (…)
    15 grudnia 2013
    To było coś wspaniałego, jedno z najwspanialszych moich przeżyć w bidulu. W końcu ktoś mnie dostrzegł. Chłopaki, którzy ciągle ze mnie kpili, ciągle ze śmiechem przypominali, że nikt mnie nie zabiera na Boże Narodzenie, dziś po południu wzięli mnie na halę i pozwolili zagrać ze sobą w piłkę. Pomimo docinków cieszyłem się, że zostałem w końcu zauważony. Akcja za akcję.. trochę się denerwowałem, często miałem straty, starszacy znowu zaczynali docinki..i wtedy nagle piłka spadła mi pod nogi..stanąłem oko w oko z bramkarzem, chłopakiem, który najwięcej dawał mi się we znaki, ciągle się ze mnie naśmiewając..zwód, strzał miedzy nogami..i…udało się!!Gool!! Teraz to ja w sportowy sposób ośmieszyłem go przed jego koleżkami, budząc tym zagraniem szacunek do mnie..
    Od tej pory zaczęło mi się żyć lepiej w bidulu..Chłopcy traktują mnie przychylniej, bo udało mi się utrzeć nosa największemu cwaniakowi..
    Nie byłoby tego meczu, zaproszenia do gry, gdyby nie Brazuca, którą wygrałem w konkursie, a która dzień wcześniej dotarła do mnie pocztą. Niby to tylko piłka, a jednak potrafi zmienić życie na choć odrobinę lżejsze…

  69. ~TobbyDamitt

    6 grudnia 2013 at 00:59

    Lubię się czasem zastanawiać w jakim stopniu życiem człowieka rządzi przypadek. Zaczynając od decyzji dnia codziennego, takich jak miejsce niedzielnego spaceru, po zupełnie poważne życiowe wybory. Wracam pamięcią do tego co było, uśmiecham się i analizuję. Zawsze wtedy stwierdzam, że to zwykły pech spowodował, że nie trafiłem jeszcze 6 – tki w totka, ani nie zagrałem w reprezentacji. „Brazylijczyk” – nic nie skłania mnie do wycieczek w przeszłość równie mocno, co dźwięk tego słowa. Mimo, że brazylijczyka nie przypominam już nawet z sylwetki, to nadana mi lata temu ksywka, wciąż trzyma się mnie mocno.

    Wielokrotnie zastanawiałem się co wtedy poszło nie tak. Ułożenie ciała, stopy, moment wyskoku? Wydawało mi się, że wszystko mam opanowane i pozostaje tylko czekać na odpowiedni moment, w którym zadziwię świat, rozpoczynając wspinaczkę po szczeblach kariery, której szczyt miał być co najmniej przy Łazienkowskiej 3. Teoretycznie, nie powinienem się wspiąć nawet na jej pierwszy szczebelek, ale… wtedy tak nie uważałem. Byłem przekonany, że „drobną” nadwagę i śmieszny sposób biegania uda się wyeliminować na prawdziwych piłkarskich treningach. Skoro rodzice we mnie nie wierzyli, sugerując, że zamiast kopać piłkę, mógłbym poświęcić się nauce, musiałem wziąć sprawy w swoje ręce. Potrzebowałem tylko kogoś, kto da mi szansę. I doskonale wiedziałem kim będzie ten ktoś. Mieszkający w kamienicy naprzeciwko znajomy rodziców, trener juniorów Agrykoli, a na dodatek ojciec zjawiskowej Marysi z równoległej 4 b, której tornister miałem w planach już wkrótce nosić. Plan był prosty – wzbudzić ich zachwyt swoim repertuarem, dziś już wiem, że ubogim, piłkarskich sztuczek. Nie czekałem długo na swoją szansę. Gdy kopiąc z kolegą piłkę przy podwórkowym trzepaku, kątem oka dostrzegłem upragnioną dwójkę, wychodzącą ze swojej kamienicy, wiedziałem że to mój moment. Podbiłem piłkę, wyskoczyłem w górę, złożyłem się do strzału przewrotką i wtedy nagle piłka…
    Do dzisiaj nie wiem dlaczego nie wpadła w prawy górny róg trzepaka. Zamiast momentu tryumfu, był trzask, wrzask i kolega krzyczący żebyśmy wiali. Głośniejszy od niego był jednak tubalny głos mojego sąsiada z parteru, a jego słowa – „Ty, technik, Brazylijczyk, wybiłeś mi okno! Czekaj no tam!”, do dziś budzą mnie po nocach. Podwórko zapełniło się resztą kolegów, a roześmiany bramkarz chodził wokół nich i powtarzał pod nosem „Brazylijczyk, Brazylijczyk”. Kto wie gdzie byłbym dzisiaj, gdybym jednak trafił w piłkę tak jak zakładałem. Może w Enklawie razem z Ljuboją i Radoviciem? A może gdzieś wyżej? Wykonałem wtedy strzał przełomowy nie tylko dla swojego życia, ale i dla całego podwórka. Już wkrótce pojawiła się na nim tabliczka „zakaz gry w piłkę”, a mieszkający na parterze sąsiedzi poszli z duchem czasu i wyposażyli swoje mieszkania w plastykowe okna. Czasami myślę, że boisko, które powstało nieopodal, to też zasługa mojego strzału. Jeśli kiedyś wychowa się na nim kolejny Lewandowski, będę dumnie głosił wokół, że to moja zasługa. Namówię go wtedy, żeby w jednym z wywiadów powiedział, że miejsce w którym znajduje się obecnie, to zasługa m.in. „Brazylijczyka”.

    1. ~TobbyDamitt

      6 grudnia 2013 at 14:04

      Brak możliwości edycji komentarzy… – trochę za dużo „zasług” miał ten mój strzał ;). Jeśli można:

      „Czasami myślę, że boisko, które powstało nieopodal, to też zasługa mojego strzału. Jeśli kiedyś wychowa się na nim kolejny Lewandowski, będę dumnie głosił wokół, że to dzięki mnie. Namówię go wtedy, żeby w jednym z wywiadów powiedział, że to co osiągnął zawdzięcza m.in. „Brazylijczykowi” „.

  70. ~Arisa

    6 grudnia 2013 at 08:34

    Miał pomalowane na biało-czerwono wąsy. Człowiek musiał się na niego gapić. Spojrzeć chociaż raz. Tak ukradkiem. Nawet, jakby nie chciał. Ja nie chciałam, a się gapiłam. Autobus był pełen ludzi, ale to ten facet przyciągał uwagę. On i te jego wąsy – bo to było jak plaster na zranione kibicowskie serce.
    Wracałam z meczu Euro 2012 Polska – Czechy. Meczu obejrzanego (o, ironio!) w klubie „Cesky Sen”. Za pięć dni chciałam tak wracać (marzenie: w lepszym humorze) ze Stadionu Narodowego z „polskiego” ćwierćfinału. Wystarczyło wygrać z tymi Czechami, strzelić od nich o tę jedną, cholerną bramkę więcej, zrobić coś szalonego, desperackiego, na aferę… Wymodlić ten jeden cud, a wszyscy Polacy latami chodziliby na „gałę” jak do kościoła. A ja chyba… sama nie wiem.
    Kiedy Polska wspólnie z Ukrainą rozpoczęła starania o organizację Euro 2012, obiecałam sobie, że jeśli jakimś przedziwnym trafem zostaniemy gospodarzami tego turnieju, zobaczę na żywo chociaż jeden mecz. I stało się! Tylko pieniądze na bilet i wyjazd pozostało zebrać. Chciałam sama. Ale nie że z urodzin, imienin, świąt, kieszonkowego – to miał być tylko taki dodatek.
    Trzy wakacje z rzędu jeździłam i zbierałam truskawki. Było gorąco. Zimno. Burza. Deszcz. Wiatr. Piasek. Mnóstwo piasku. I ten zapach. Po kilku dniach duszący, zatykający, obrzydliwy. Od noszenia koszyków z owocami bolały ręce. Od codziennej jazdy rowerem na pole (podjazd pod trzy okropne górki był taki, że człowiek czuł się jak na Tour de France) – tyłek.
    Wtedy, 16 czerwca 2012 roku bolało mnie serce. Bo miałam bilet na warszawski ćwierćfinał. Ja – taka, co to nigdy w żadnej grze losowej szczęścia nie miała – zostałam cudownie wybrana przez bliżej mi nieznaną, magiczną rękę UEFA. Ta ręka dała mi 21 czerwca i Stadion Narodowy. Jakże zaskakująco blisko było, by dała mi też Polskę…
    A tak tylko te biało-czerwone wąsy z autobusu po meczu z Czechami na pociechę. Lekki uśmiech tego faceta. I mój wewnętrzny głos, że za dużo radości przecież boli.
    Mam w pamięci ten paskudny deszcz, który zalewał stolicę w dniu ćwierćfinału Czechy – Portugalia. Jakby nawet sam Bóg płakał, że nie zlitował się ten ostatni raz i cudu we Wrocławiu nie sprawił. Chodził więc po Warszawie uśmiechnięty Czech, roześmiany Portugalczyk. Chodził też Rosjanin i Holender. Niemiec się znalazł, Ukrainiec, Szwed, Anglik. O dziwo, nawet Brazylijczyk i Chińczyk.
    Ale stadion i tak zalali Polacy. W większości ubrani na biało-czerwono. Rozdarci między wspieraniem sąsiadów i pogromców z Czech a napędzanej bronią masowego rażenia w osobie CR7 Portugalii. Rozdarci między kibicowskim żalem a gospodarską radością.
    Ja tak miałam. Siedzieć chciałam jednak jak najdłużej. Do dogrywki, do karnych. Wykorzystać do ostatniego grosika swoje 320 zł wydane na bilet. A tu ktoś pod koniec meczu zaczął skandowanie „Polska, Polska”. Chwyciło. I wtedy nagle piłka przestała się liczyć. Przestało się liczyć, że Portugalia wygrywa 1:0, że Czesi nie mają już sił, że Cristiano Ronaldo wielkim piłkarzem jest i basta. Że „nasi” w tym spotkaniu nie grają.
    – Tato, pokażesz mi zdjęcia tych, co tańczyli na początku – kilkuletni chłopiec wdrapywał się na kolana siedzącego obok taty.
    – Teraz już wyłączyłem aparat. Zobaczymy w domu, na komputerku.
    – A pobawimy się w zagadki?
    Wracaliśmy z meczu tym samym tramwajem, a on opisywał ten właśnie tramwaj, nie mecz. Człowiek musiał go słuchać. Usłyszeć chociaż wycinek. Tak przypadkiem. Nawet, jakby nie chciał. Ja chciałam i słuchałam. Tramwaj był pustawy i tylko ten chłopiec przyciągał uwagę. On i ta jego zagadka. Ciekawe, czy pierwszy raz oglądał piłkę nożną na żywo. Bo ja tak.

  71. ~mateusz maslowski

    6 grudnia 2013 at 10:22

    Wiosną 2012 roku Chelsea wyeliminowała z rozgrywek Ligi Mistrzów Barcelonę, by następnie sięgnąć po trofeum po dramatycznym finale w Monachium. To jednak nie finał, a dwumecz z Dumą Katalonii stał się symbolem zwycięstwa Kopciuszka nad wredną, posiadającą wielką moc macochą. Londyńczycy piłkarsko nie mieli prawa dokonać tego, co się wówczas zdarzyło. A z Barcelony los zadrwił okrutnie.

    Wstęp ten ma tylko pokazać skalę zmian, jakie zaszły w obu drużynach przez wcześniejsze kilka lat. W 2005 roku prowadzona przez Jose Mourinho Chelsea miała świat u stóp, a jej zwycięstwa, nawet nad Barceloną, a może zwłaszcza nad Barceloną, nikogo nie dziwiły. A starły się obie drużyny wówczas niejednokrotnie. A było to tak:

    W 2005 roku na Stamford Bridge utrzymywał się dwumeczowy wynik 4-3 dla gospodarzy. Perfekcyjna maszynka do wygrywania Mourinho, odnosząca już wówczas spektakularne sukcesy na ligowym podwórku, prowadziła z kiełkującą już wówczas ideologią pięknej, hiszpańskiej gry, wtedy jeszcze w wydaniu Franka Rijkaarda. Choć na wzmożoną uwagę zasługuje całe spotkanie, to jeden moment utkwił mi w pamięci najgłębiej. Historia zaczyna się właśnie tu.

    Adres Iniesta przejmuje wybitą przez jednego z obrońców The Blues piłkę. W pierwszym momencie próbuje wykorzystać powstałą lukę i wbiec w pole karne, okraszając całą akcję niesamowitym balansem ciała. – Chyba się zapędziłem – musiał wówczas pomyśleć, bo szybko znalazło się przy nim kilku piłkarzy Chelsea. Nie mógł zrobić nic innego. Oddał piłkę do Ronaldinho. Brazylijczyk wcale nie był lepiej ustawiony, podanie to było, jak na Iniestę, słabiutkie. Ale to, co za chwilę miało nadejść, nie mieściło się w głowach nikomu. Ronaldinho przyjmuje, w odległości kilku metrów, z każdej strony, nabiegają żołnierze Mourinho. Jest ich trzech, może czterech. Najsprytniejszy, Ricardo Carvalho, stoi przed nim. Nie ma szans, żeby go minąć. Co miał więc robić? Kopnął w murawę, kilka centymetrów w prawo od piłki. Carvalho się nie rusza, kopnął z drugiej strony – nic. Jeszcze raz z prawej, lewej, krótki zamach, w końcu, jakby przypadkiem, trafia w futbolówkę. I wtedy nagle piłka, niesiona jakby jakimś niesamowitym pędem, mija wciąż skoncentrowanego na ruchach strzelającego Carvalho, mija całe pole karne, zaskoczonego Petra Cecha i wpada do siatki, jakieś pół milimetra obok słupka. Ronaldinho się cieszy, tak zwyczajnie, po golu. Gdyby mu wówczas powiedzieć, że strzelił właśnie jedną z najpiękniejszych bramek w historii, może wymyśliłby jakąś odświętną cieszynkę. A Niebiescy? Stoją, i nie wierzą.

    Zaznaczam, że historia jest trochę podkolorowana a myśli Iniesty w tamtym momencie absolutnie nie znam:)

  72. ~cheneq

    6 grudnia 2013 at 11:22

    MŚ 2002 – mecz Brazylia – Turcja. Rivaldo wykonuje rzut rożny. Turecki piłkarz kopie w jego stronę futbolówkę, która trafia Brazylijczyka w udo. Ten pada jak rażony piorunem: trzymając się za twarz, dobre kilkanaście sekund tarza się po murawie jak opętany. Oczywiście czerwona kartka dla tureckiego piłkarza….. i wtedy nagle piłka straciła dla mnie cały swój urok….. genialny piłkarz, genialna drużyna ( późniejszy mistrz świata…po raz piąty w historii) a ucieka się do takich perfidnych metod, które nie mają nic wspólnego z duchem sportowej walki. Brazylia wygrywa turniej. Ale dla mnie to zagranie Rivaldo bardziej wryło się w pamięć, niż chociażby dwie bramki Ronaldo w finale, jako charakterystyczne dla tej drużyny i tego turnieju….i wtedy nagle piłka straciła dla mnie cały swój urok…. |( na szczęście ten stan nie trwał zbyt długo i znów jestem od niej uzależniony)

  73. ~rafael

    6 grudnia 2013 at 11:59

    10 czerwca 1998 roku. Saint Denis. Stade de France. Miałem prawie siedem lat i niczym nie musiałem się przejmować, poza pogodą za oknem oraz zabawą na osiedlu. O tych francuskich nazwach nigdy nie słyszałem. Nawet nie wiedziałem, że są w języku francuskim. Mogłem biegać po podwórku i bawić się na placu zabaw. Pamiętam, jak wieczorem wróciłem na kolację, a tuż po Teleekspresie mogłem pooglądać bajki. W tym momencie jednak mój wzrok zatrzymał się na kanale Telewizji Polskiej i to było jak miłosne zauroczenie od pierwszego wejrzenia. Oto moim oczom ukazały się postacie mężczyzn w żółtych koszulkach i niebieskich spodenkach, a ci po drugiej stronie byli ubrani na niebiesko. Nie rozumiałem o co w tym wszystkim chodzi, ale to było coś pięknego.

    Ledwo rozpoczęła się ta moja miłość z nieznanym, a już byłem świadkiem czegoś niezwykłego. Oto Brazylijczyk (tak, już zdążyłem się zorientować, że Brazylia gra ze Szkocją) Cesar Sampaio pięknie uciekł spod opieki obrońców, idealnie ułożył głowę i wtedy nagle piłka wpadła do siatki… Radość Brazylijczyków była nie do opisania, a do dziś mam przed oczami kanarkową koszulkę z napisem C.SAMPAIO i numerem 5.

    Piękne to były chwile, mój pierwszy kontakt z futbolem. Oczywiście do końca mistrzostw nie opuściłem żadnego spotkania, a po kilku dniach miałem przygotowany zeszyt, gdzie wklejałem zdjęcia z Przeglądu Sportowego i Piłki Nożnej. Wszystkie wyniki skrzętnie notowałem, a strzelcom bramek obok nazwiska dopisywałem takie małe piłeczki. Jako że nie było dostępu do internetu jak dzisiaj, żółte kartki i minuty zmian notowałem w trakcie meczów. Składy uzupełniałem na początku spotkań, a jeśli coś mi ominęło, sprawdzałem na drugi dzień w gazetach.

    Taki to był mój początek z tą piękną dyscypliną, jaką jest piłka nożna. Nigdy bym się nie spodziewał, że kilkanaście lat później będę mógł być tak mocno związany z futbolem i stanie się on częścią mojego życia.

    Jedną z najważniejszych. O ile nie najważniejszą…

  74. ~mieszko

    6 grudnia 2013 at 13:58

    Już dwie godziny przed finałem MŚ 2002 usiedliśmy z rodziną, aby wspólnie analizować dotychczasowe mecze i spekulować jak potoczy się długo oczekiwany mecz. Na przeciwko siebie stanęły dwie rewelacyjne drużyny. Po jednej stronie reprezentacja Niemiec z rewelacyjnym Olivierem Khanem oraz wspinającym się na piłkarski szczyt Ballackiem. Po drugiej genialna Brazylia, z mnóstwem gwiazd, grająca radosny futbol, ciesząc się z każdej bramki tańcami rodem z Rio de Janeiro. Rozlega się pierwszy gwizdek, „pasy zapięte” i zaczynamy spektakl. Pomimo rewelacyjnie kontr podopiecznych Rudiego Voellera to Jokohama zapamiętała tylko jednego aktora – Brazylijczyka Ronaldo. W pamięci zostały dwie cudowne bramki po zespołowej grze Canarinhos. Przy każdej z nich schemat wyglądał podobnie: brazylijska tiki-taka, wtedy nagle piłka wędruje do Il Fenomeno, a ten dokonuje egzekucji na bramkarzu, który został wybrany najlepszym graczem turnieju.

  75. Przemo Kubiak

    6 grudnia 2013 at 15:27

    Akcja od 5:04 http://www.youtube.com/watch?v=sfDpOGIITS4

    Jest 21 czerwca 1978r., upalne, letnie popołudnie w położonym u stóp monumentalnych Andów mieście Mendoza, gdzie wszyscy żyją dziś futbolem. W rozgrywanych właśnie mistrzostwach świata o awans do fazy play-off walczą nie cieszący się sympatią miejscowych Brazylijczycy z przybyszami zza Wielkiej Wody, dowodzonymi przez Jacka Gmocha Polakami. Ledwie rozpoczęła się druga połowa spotkania, a do siatki Canarinhos trafił Boniek, wschodząca gwiazda polskiej piłki, dając Polakom prowadzenie 2-1, Chilijski sędzia zgasił jednak jak świeczkę wybuch euforii przed telewizorami tysiące kilometrów stąd – spalony! Zwycięzca tego meczu zawalczy o medal, przegrany zniknie w cieniach historii mundiali, a Brazylijczycy zdecydowanie nie mogą sobie na to pozwolić. Raz za razem atakują strzeżoną przez Zygmunta Kuklę bramkę, przedzierając się przez zasieki dowodzonej przez Gorgonia obrony. W ciągu 12 pierwszych minut drugiej połowy wychodzą na prowadzenie, by kilka minut później przesądzić losy spotkania. Piłka wędruje, krąży, obraca się w hipnotycznym rytmie między stopami Brazylijczyków, Polacy starają się tylko przerywać ich akcje, bez piłki nie radzą sobie z szybkim przeciwnikiem. Jest 62′ minuta spotkania kiedy na prawym skrzydle Dirceu ogrywa Maculewicza, zgrywa do Gila, ten przedłuża podanie by kolejny Brazylijczyk mógł uderzyć… w słupek! Piłka znów pod nogami Gila, uderzenie… POPRZECZKA! Futbolówka wciąż w posiadaniu Canarinhos trafia na lewe skrzydło, potem do środka, na nic starania Nawałki, Kasperczaka, co raz to nowy Brazylijczyk dopada do piłki! Dircel uderza płasko sprzed pola karnego – SŁUPEK! Całkiem zmylony Kukla rozgląda się szukając futbolówki niczym Harry Potter złotego znicza… i wtedy nagle piłka ląduje dokładnie pod nogami Roberto Dinamite, Brazylijczyk nie waha się ani sekundy, z całej swej siły, z całej miłości do kraju kawy i Samby, a może przede wszystkim futbolu, uderza piłkę, która z prędkością której pozazdrościłoby jej nie jedno PRL-owskie auto trafia pod poprzeczkę bramki odsyłając Polaków do domu, spychając ich kibiców z powrotem w objęcia czarno-białej rzeczywistości od której futbol zawsze był, tak jak powinien, słodkim oderwaniem.

  76. ~wanderlei94

    6 grudnia 2013 at 15:29

    Tournoi de France, 3 czerwca 1997. Inauguracja towarzyskiego turnieju, ktory miał być przedsmakiem dla zbliżającego się w państwie Franków turnieju. Na trybunach kibice skandują Viva la France !!!. Atmosfera piłkarskiego widowiska w głębokich obłokach unosi się nad boiskiem. Francuzi mierzą się z Brazylijczykami. Nazwiska, które znal cały piłkarski świat. Piłkarze rodem z państwa kawy atakują bardzo mocną od pierwszego gwizdka. Pod polem karnym szarżują Ronaldo i Romario. Walka odbywa się o każdy centymetr boiska. W pewnym momencie faulowany zostaje Romario. Do bramki strzeżonej przez Fabiena Bartheza około 30 metrów. Kibice bawią się w najlepsze, nie zajmując sobie głowy tym co zaraz może się stać. Do stojącej piłki podchodzi Roberto Carlos. Bierze rozbieg i strzela….. Na trybunach w mgnieniu oka zapada cisza, kibice łapią się za głowę, przecierają oczy, Patrzą się na siebie jak niewinne dzieci. Nie mogą uwierzyć w to co się stało. Piekielnie mocne uderzenie ze szpica buta lewej nogi wprawiło piłkę w kompletnie niekontrolowany lot. Futbolówka przeszywała gęste powietrze powietrze niczym nóż. Mur i bramkarz pewni, że gol nie padnie. I wtedy nagle piłka zaczęła zachowywać sie jak opętana. Jakby ktoś ją sterował. Omija swobodnie mur stworzony z Francuzów i wpada do bramki.

    PS. Miny Fabiena Bartheza do dziś nie zapomnę.

  77. ~Kamil Tracz

    6 grudnia 2013 at 15:38

    To były czasy Franka Rijkaarda jako trenera Barcelony.
    Mecz Chelsea – Barcelona, a dokładnie 37 minuta zawsze pozostanie w mej pamięci. Wynik 3-1 dla Chelsea, Barcelona w natarciu, piłkę mocno wykopuje Marquez przed pole karne Chelsea, ta trafia na głowę Terrego, który wybija ją pod nogi Deco. Wszystko dzieje się w niesamowitym tempie, Deco podaje do Ronaldinho.
    To co wtedy zrobił Brazylijczyk to majstersztyk, prawdziwy magik futbolu, geniusz…
    Pięciu zawodników przed nim i bramkarz Cech. Pamiętam pozę Carvalho, nogi lekko skulone, blisko siebie.
    Ronaldinho jak na wirtuoza przystało zatańczył, uderzył i wtedy nagle piłka wylądowała w bramce. To nie powinno się stać, tam było ciasno jak w Warszawskim metrze w godzinach szczytu. Petr Cech tylko odprowadził piłkę wzrokiem, nawet się nie ruszył.
    To był magiczny moment, wtedy Barcelona nie awansowała do ćwierćfinału, ale to co zrobił Ronaldinho to pamięta cały piłkarski Świat.
    I pomyśleć, że to było już prawie 10 lat temu.

  78. ~Maciej

    6 grudnia 2013 at 16:49

    Dawno temu miałem sen – sen, który nigdy się spełni, ale wciąż pozostaje jednym z ulubionych. Późna pora, na trybunach tabuny ludzi, a na boisku konkurs jedenastek. Wiem, że muszę zrobić wszystko, żeby którąś wybronić. Pierwsza seria obyła się bez niespodzianek – pewne strzały, boczna siatka. Druga serię zaczyna pewien Brazylijczyk. Postanowiłem pójść w ciemno w prawy róg. Wyczekałem na moment strzału i… czubkiem palca sparowałem piłkę na słupek. Zyskaliśmy przewagę. Nie obroniłem już nic ani w trzeciej, ani w czwartej serii. Ostatnia kolejka. Do piłki podchodzi piłkarz z numerem 9. Uderza bardzo mocno w lewy róg mojej bramki. Ja już leżę w prawym i wtedy nagle piłka trafia w słupek. Wygrywamy! Cóż to był za emocje…

  79. ~zbyszek27

    7 grudnia 2013 at 18:50

    Pierwsze mistrzostwa świata
    na afrykańskiej kontynencie
    w dodatku będzie zapłata
    więc grać będą zawzięcie

    Trzydzieści milionów dolarów
    zwycięzca mundialu odbierze
    oraz najcenniejszy z pucharów
    więc stawka wysoka w grze

    Już maskotka mundialowa
    oficjalnie puściła oko
    lamparta symbol zachowaj
    to kopać będą wysoko

    Szamani pobłogosławili
    im wszystkie stadiony
    świętą ofiarę złożyli
    w cztery świata strony

    O cenne trofeum na świecie
    grać będą niemal bez przerwy
    choć zimny front dopadł w lecie
    piłkarze są pełni werwy

    Trwa mundial tego lata
    kibice są w swoim żywiole
    dla nich to ważna data
    do bramki wpadają gole

    Żal tylko że nasza ekipa
    słabą jest reprezentacją
    już nikt nawet nie pyta
    i nie jest żadną atrakcją

    Kciuki więc trzymajmy
    cóż za obce narody
    i zwycięzcę powitajmy
    godnego wspaniałej nagrody

    1. ~cafu

      8 grudnia 2013 at 14:32

      fajne, ale po czasie 😀 jednakże tak poza konkursem spoko 🙂

  80. ~Tomasz Zawicki

    9 grudnia 2013 at 21:52

    Mój tato- Zico

    Odkąd tylko sięgam pamięcią, „Zico” to ksywka mojego taty. W pracy, na ulicy, wszędzie słyszałem to dziwne dla mnie słowo. Jak już trochę podrosłem, to znaczy miałem jakieś 10 lat, miałem możliwość krótkiego surfowania w sieci (Internet wtedy nie był tak wszechobecny). Pierwsze co tylko zrobiłem to wpisałem gdzieś to słynne dla mnie „Zico”. Klik i… wyskoczyły jakieś napisy, parę zdjęć i film. Zacząłem od tego ostatniego. Słaba jakaś wideo nie przeszkodziła mi by dokładnie przyjrzeć się skrótowi jakiegoś meczu, który to był właśnie tym filmem. Po częstym wymawianiu przez komentatora pseudonimu mojego taty, szybko domyśliłem się, że Zico to piłkarz. Na dodatek Brazylijczyk. Był to mecz reprezentacji, niestety nie pamiętam z jaką drużyną. Od razu co zobaczyłem to szybką akcję „Canarinhos”, po której piłka z prawej strony boiska dociera do „10”, a ten z najbliższej odległości trafia w poprzeczkę… To trwało ułamki sekund. W tym momencie spuściłem głowę i zacząłem nią kiwać na boki. Przeszła mnie myśl, że tak na prawdę to wszyscy śmieją się z mojego ojca, bo nie umiał grać w piłkę za młodu. Z tej zadumy wyciągnął mnie głos w tle, który krzyczał „golasso, golasso!” Piłka była w bramce, piłkarze w żółtych koszulkach cieszyli się. Nie wiem co się stało więc postanowiłem przewinąć film do tyłu. Okazało się, że zawodnik strzelił w poprzeczkę i wtedy nagle piłka wpadła do siatki odbijając się od niej. Byłem zaskoczony, tym bardziej, że Zico trafił jeszcze 3 razy, co jakiś czas mijając jak tyczki swoich rywali. Następnie „wszedłem” w jakąś inną stronę www, na której przeczytałem większy artykuł o tej sławie. Arthur Antunes Coimbra- były piłkarz i trener, brązowy finalista mistrzostw świata w Argentynie w 1978 roku. To mi wystarczyło. Poczułem w sobie straszną dumę, w końcu uzmysłowiłem sobie, że mój tata był najlepszym graczem na podwórku- a to w latach młodości jest przecież uczuciem bezcennym. I chyba to właśnie te wydarzenia sprawiły, że przez 7 lat reprezentowałem klub piłkarski ze swojego miasta, z mniejszymi i większymi sukcesami. Piłkarzem nie zostałem, ale nie raz gdy przy mojej nodze była futbolówka, mogłem poczuć się jak ten słynny Brazylijczyk- Zico.

Zostaw odpowiedź