Wielki „niepolski” triumf Kamila Stocha

Triumf olimpijski każdego sportowca wzbudza mój wielki szacunek, ale dla Kamila Stocha za jego wielki sukces w Soczi czuję podziw podwójny. Po pierwsze uważam, że miał o wiele trudniej niż ktokolwiek inny, ponieważ wkroczył w swą zawodniczą dorosłość jednocześnie z zejściem ze sceny Adama Małysza. Z jednej strony Małysz absolutny idol mass i wielki sportowiec przetarł skokom narciarskim drogę, sprawił, że musiano poważnie podejść do stworzenia systemu szkolenia i zagospodarowania entuzjazmu setek dzieciaków, które pod wpływem sukcesów Małysza ruszyły na skocznie. Z drugiej jednak przed Kamilem stanęła misja niemal niemożliwa – wejść w buty po ukochanym przez wszystkich „Adasiu”, który sprawiał, że konkursy Pucharu Świata w Zakopanem przychodziły pod Wielką Krokiew 50-tysięczne tłumy, traktujące się nawzajem i traktujące skoczka z Wisły jak jednego z Beatelsów (wolę to porównanie niż np. do Justina Biebera). Gdy Kamil zaczął skakać i mozolnie wspinać na szczyt, wielu „miało do niego pretensje”, że nie jest Małyszem, że to co było już „se ne vrati” – sam nagrywałem takie wypowiedzi kibiców w Zakopanem i górali, zmartwionych, że ludzie przestaną przyjeżdżać „na skoki”.

A jednak Kamil doskonale poradził sobie z tym ogromnym balastem oczekiwań i presją jakiej Adam nigdy nie zaznał, ponieważ wdarł się na scenę jako absolutny fenomen i ludzie byli mu wdzięczni już za to tylko, że jest. Byli z nim na dobre i złe, gotowi zrozumieć i wybaczyć każde niepowodzenie. Od Kamila tymczasem wymagali tylko „dobrego” – by dał im tę samą dumę i radość z sukcesów jakie dawał im Małysz. Wielu ta presja przygniotła by do ziemi – byliśmy świadkami tego w szeregu innych dyscyplin. Powiedzieć, że Kamil „dał radę”, to nie powiedzieć nic.

Dlaczego triumf Stocha uważam za „niepolski”

Jego triumf w Soczi był według mnie bardzo „niepolski” i już wyjaśniam o co chodzi wszystkim tym, którzy nie zrozumieli mojej wypowiedzi w Studio Soczi z Januszem Pinderą, być może dlatego, że nie miałem czasu by rozwinąć myśl. Otóż na pięciu igrzyskach olimpijskich (od Atlanty, przez Sydney, Salt Lake City, Ateny i ostatnie w Londynie) napatrzyłem się na wystarczająco dużo klęsk naszych faworytów i przeżyłem tyle nieoczekiwanych triumfów polskich czarnych koni, by nabrać pewności, że rola faworyta naszym sportowcom nie leży, deprymuje ich, podcina skrzydła, ściąga na dół, albo dopada pech w postaci nieoczekiwanej eksplozji formy Simona Ammanna, który czterokrotnie sprzątnął Małyszowi złoty medal igrzysk sprzed nosa. Nasi faworyci zawsze mieli wiatr w oczy. Parafrazując prawo Murphy’ego „gdy musi się udać, nie uda się na pewno”. Pamiętam radość z nieoczekiwanego złotego medalu Pawła Nastuli w judo w Atlancie, pierwszego dnia igrzysk i jego łzy, gdy niepokonany przez niemal cztery lata przegrał pierwszą walkę na igrzyskach w Sydney. Podobnych przykładów mógłbym podać zatrzęsienie, jeszcze dziś siedzi we mnie klęska Marcina Dołęgi z Londynu, który nie miał tam rywala, wystarczyło, że raz dźwignie to co codziennie dla rozgrzewki na treningu. Nie dźwignął ani razu i lata katorżniczej harówki na marne. Polacy, którzy „mieli wygrać i wygrali”, pojechali na igrzyska „po swoje” to wyjątki potwierdzające regułę: tak startował Robert Korzeniowski, Otylia Jędrzejczak, tak w Londynie zachował się Tomasz Majewski.

Kamil Stoch nie tylko wytrzymał w Soczi rolę faworyta, którym był jako lider Pucharu Świata (a przecież ilu liderów w przeszłości poległo w olimpijskich konkursach!), ale do tego znokautował rywali! Pokazał wszystkie cechy największych mistrzów: wielkie umiejętności wsparte wyjątkową odpornością psychiczną i wiarą, że to co robi jest dobre. Nie wyczyniał wygibasów jak Gregor Schlierenzauer, który tuż przed igrzyskami poleciał na parę dni Dubaju, żeby się wyluzować. Perfekcjonizm i zimna głowa pozwoliły mu uniknąć błędów Thomasa Morgensterna. Zrobił swoje najlepiej jak umiał i dostał noty marzeń. Pierwszy skok był znakomity, drugi – jeszcze lepszy. Zwycięstwo okazało się dla niego formalnością. Miał taki okres w karierze Adam Małysz, kiedy podobnie nokautował rywali, przeskakując skocznie, ale nie udało mu się ani razu na tej najważniejszej w życiu sportowca imprezie.

Broń Boże nie sugeruję, że sukces to coś niepolskiego, że nie leży w naszej naturze i bardziej pasują do nas klęski. To zupełnie nie tak. Po prostu TAKI sukces polskiego sportowca to rzadkość. Oczywiście niespodziewane sukcesy, jak złoto Adriana Zielińskiego na igrzyskach w Londynie w podnoszeniu ciężarów czy srebro Sylwii Bogackiej w strzelectwie. Przyznajcie jednak, że kiedy cała Polska (w tym i my w mediach – przyznaję) napompujemy balon oczekiwań do granic możliwości, zwykle pęka on później jak bańka mydlana zostawiając po sobie przykrego kaca. Nie będę już nawet przywoływać klęskę piłkarzy na Euro 2012, gdzie sukcesem byłoby wyjście z grupy, ale choćby występ siatkarzy na igrzyskach w Londynie, triumfatorów Lig Światowej przecież.

Kamil nie wygrał dlatego, że sędziowie skrzywdzili jego rywali, wiatr farciarsko powiał mu pod narty jak Wojtkowi Fortunie 42 lata temu w Saporro, główny rywal miał pecha i wywrócił się przy lądowaniu. Wygrał bo od początku do końca był najlepszy, miał tego świadomość i potrafił to wykorzystać. Miał dobrego trenera, którego rady okazały się pomocne i życzliwych kolegów, którzy go wspierali. I za taki, dominujący, nokautujący, w najmniejszym stopniu nieprzypadkowy, czyli „niepolski” sukces kłaniam się Kamilowi i trenerowi Kruczkowi czapką do samej ziemi! 🙂

27 komentarzy

  1. ~@kubabiel

    10 lutego 2014 at 10:57

    Panie Michale,
    błąd wkradł się do tekstu, w akapicie
    „Dlaczego triumf Stocha uważam za „niepolski”
    Zgubił Pan literkę Ł, cytuję:
    „Nie dźwigną ani razu”

    A tekst bardzo dobry.
    Pozdrawiam!

  2. ~scv78

    10 lutego 2014 at 10:59

    A co takiego osiągnęli ci Beatelsi w porównaniu z Jastinem Biberem, że wzdrygujesz się przed porównaniem Małyszomanii do Jastinobiberomani? Ile płyt sprzedali, ile ich teledysków puszczało MTV pod rząd, wystarczy porównać choćby ilość nagród Grammy, MTV, Music Award i Eska Music Award, o mniejh prestiżowych nie wspominając. Ludzie mu zazdroszczą bo jest przystojny, zdolny i popularny, dlatego wolą porównywać ich do jakichś brytyjskich zespołów drugoligowych!

    1. ~antyfan jb

      10 lutego 2014 at 12:31

      drugoligowy?
      Tylko kto wyprowadził muzykę na taki poziom na którym jest?
      JB? tak jasne
      Co do samego jb to uwierz połowa swiata potrafiła by śpiewać tak jak on, jest przystojny? absurd każdy kto ma kase potrafi się odwalić
      a moze napisał byś jest mądry i inteligentny? a … sory to tylko jb
      Na świecie jest wielu pseudopiosenkarzy, a niewielu takich którzy nadają muzyce sens
      muzyka pop jest dla tępej masówki każdemu wpada w ucho ale mądry dostrzeże coś lepszego w muzyce

    2. ~kibic

      10 lutego 2014 at 13:05

      Ty tak serio? W ogóle wiesz jaki zespół wyśmiewasz? Pierwsze z brzegu, kiedy powstało MTV, a kiedy grali Beatles że mieli dostać nagrodę MTV czy mieli puszczać ich teledyski? O sprzedaży płyt nie wspominając bo w czasach kiedy Oni grali kupno takiej płyty np w PL graniczył z cudem. Teraz nie wychodząc z domu możesz kupić wszystko, w każdym markecie są płyty. Porównać tego się nie da bo czasy były zupełnie inne i dla muzyków dużo cięższe. Żeby zespół wypromował się w takim stopniu jak Oni to trzeba było naprawdę wylać dużo potu. Dziś wystarczy nagrać jakiś cover w domu, wrzucić to na youtube i już można trafić do każdego zakątka świata. Do tego wtedy gwiazdy mimo tego że szalały i to bardziej niż obecne znani byli głównie z muzyki, a nie z tego że są znani i dobrze wypromowani. Osobiście nie jestem fanem ani Beatlesów ani Biebera, jednak The Beatles potrafię z marszu zanucić kilka piosenek, natomiast Biebera żadnej, a nie może bejbe bejbe bejbe gdzies o ucho mi się obiło ale to by było na tyle. Do tego zawsze bardziej będę cenił zespoły które same komponują piosenki, stylizują się itp niż „artystę” który tylko jest, a nad całą resztą czuwają marketingowcy, styliści itp

      1. ~scv78

        10 lutego 2014 at 13:44

        Nie wiecie o czym mówicie – czytałem biografie Jastina Bibera i wiem, że nikt nie doszedł na szczyt pomimo że los mu rzucał kłody pod nogi na każdym kroku. Wychowywał się w rodzinie w której się nie przelewało do tego stopnia, że musieli w lodówce zamontować mechanizm gaszący w niej światło przy zamykaniu! Wszedłem na profil Beatelsów na wiki – i cóż widzę? Od najmłodszych lat tournee po zagranicy. Ich pierwszy basista był wziętym malarzem, dziś jego obrazy chodzą po setki tysięcy martwych prezydentów. A Jastin uczył się grać na gitarze własnoręcznie zrobionej z deski i sprężyn wyciągniętych z motoru! Palce mu krwawiły od ćwiczeń. Beatelsi byli sławni w czasach gdy w samej anglii było niewiele zespołów – praktycznie każdy kto wtedy debiutował stawał się sławny. Jastin miał 100 razy trudniej, ale pozamiatał angoli tak jak Stoch wczoraj konkurencje.

        1. ~kibic

          10 lutego 2014 at 14:13

          No tak 20 latek i już biografia. Zapewne wydana na polecenie speców od marketingu… Faktycznie miał ciężko bo mu się światełko w lodówce nie gasiło 😉 Czytasz to co piszesz? Założyli zespól i od razu koncerty za granicą? Tylko nie wspominasz o tym jak doszli do tego miejsca w którym mogli założyć zespół. Polecam przeczytanie biografii prawdziwych muzyków jak Eric Clapton czy Keith Richards. Ich historie przewijają się z Beatlesami, z niektórymi z nich wspólnie grali, spotykali się prywatnie czy jak Eric odbił kobietę Harrisonowi. Poczujesz klimat tamtych czasów i jak się uczyło gry na gitarze czy jak zdobywało się instrumenty, płyty. Po jakich spelunach się nocowało z zespołem itp. Wtedy napisz kto jednak miał dużo łatwiej coś osiągnąć. Justinowi było tak ciężko, a jednak dostęp do Internetu miał gdzie został zauważony. Tak jak myślałem na youtube 😉 Ma chłopak spore grono fanek i za to gratulacje dla ludzi którzy go stworzyli i wykreowali w ten sposób. Tylko o jego wielkości porozmawiamy za kilka/kilkanaście lat kiedy nikt nie będzie pamiętał jego „hitów” które teraz „puszczają kilka pod rząd”, natomiast The Beatles nadal będzie się uważać za wielki zespół legendę których kawałki znają miliony. Chociaż też byli pewnego rodzaju wytworem marketingu, ubiory, fryzury, kreowani na grzecznych chłopców, a „po godzinach” narkomani/alkoholicy. Jednak bronili i nadal bronią się muzyką.

          1. ~scv78

            10 lutego 2014 at 14:27

            Przecież zartowałem:) 78 to moja data urodzin, Beatelsów wielbię co najmniej od dekady, zaś co do Jastina Biebra – cóż, mogę powtórzyć za Ozzym Osbournem: http://www.youtube.com/watch?v=qf4HmhWJ_uo
            pzdr i mam nadzieję, że bez urazy;)

          2. ~kibic

            10 lutego 2014 at 14:41

            Żadnej urazy nie mam. Jak pisałem nie jestem fanem ani jednych ani drugiego. Każdy może słuchać czego chce i co mu sprawia przyjemność. Bo w końcu po to jest muzyka, żeby słuchając zamknąć oczy i oderwać się od rzeczywistości. Tylko po prostu nie lubię jak w obecnych czasach kreuje się gwiazdy. Kompletne beztalencie (nie piję konkretnie do Biebera) wydaje kawałek który w studio był komputerowo poprawiany, radio dostaje kasę żeby raz na godzinę to grali i siłą rzeczy trafia to do ludzi. I już mamy celebry tę który zarabia miliony. Natomiast zespoły/artyści którzy naprawdę robią kawał dobrej muzyki nie mogą znaleźć wydawcy bo nie są medialne. Szkoda że dziś bardziej od muzyki liczy się to z kim artysta śpi, jaki ma samochód, czy za co trafił za kratki…

  3. ~scv78

    10 lutego 2014 at 11:01

    Tfu, nie „ich”, a ważne zjawiska o wielkiej doniosłości społecznej, jak Małyszomania, Justynokowalczykmania i Papieżofranciszekmania.

  4. ~stinson87

    10 lutego 2014 at 11:14

    Małe sprostowanie – Nastula był niepokonany w latach 1994-1998 i jako zdecydowany faworyt w Atlancie zmiótł rywali z tatami, podobnie jak wczoraj Stoch pozostałych skoczków. W 2000 był już tylko cieniem dawnego mistrza.

    1. ~Klemens

      10 lutego 2014 at 16:20

      Dokładnie! Chciałem sprawdzić, czy ktoś napisał to wcześniej:) Nastula był absolutnym faworytem w Atlancie i tego dowiódł. Trochę męczył się w półfinale (chyba z Brazylijczykiem), ale w finale zrobił już rywalowi jesień średniowiecza.

      Nota bene, nie wygrał on pierwszego dnia igrzysk (to zrobiła Renata Mauer – która faktycznie później w Sydney jako faworytka zawiodła w swej koronnej konkurencji, odbijając to sobie później w innej), lecz pięknego drugiego, gdy złota zdobyli także Wroński i Wolny i z czterema złotymi medalami prowadziliśmy w klasyfikacji.

  5. ~Jack Wolf

    10 lutego 2014 at 12:38

    Ja wczoraj,kiedy już opadly emocje,pomyślalem o dwoch wielkich zawodnikach. Adam Małysz w studio TVP, który musiał pomyśleć „tego już nie osiągnę”. Oraz Janne Ahonen gdzieś w Soczi, ktory chyba tylko zadal sobie dziegciu tymi igrzyskami. A wierzyłem gdzieś cichaczem w mega-sensację. Ale, dopóki pilka w grze,futbolowo określając……

    1. ~Michal Pol

      10 lutego 2014 at 13:19

      Małysz przynajmniej odszedł będąc na szczycie, po fantastycznym sezonie. I świetnie realizuje się w innej dziedzinie życia/sportu. Janne – przykro to stwierdzić – kompletnie się rozmienił na drobne :/

  6. ~kibic

    10 lutego 2014 at 12:49

    Sukces ogromny. Tylko nie rozumiem tego zachwytu nad medalem olimpijskim. Fajnie mieć go w kolekcji bo jest rzadki do zdobycia, ale jak dla mnie bardziej wartościowy jest triumf w całym cyklu Pucharu Świata. Tam trzeba przez cały sezon być w czołówce i zbierać punkty. Na IO czasem wystarczy mieć trochę szczęścia jak wspomniany Fortuna. Czy np. Ammann jest lepszy od Małysza bo zgarnął 4 złota IO? Nie sądzę, Małysz przez 3 sezony pod rząd był na samym szczycie, do tego dorzucił jeszcze jedną Kryształową Kulę kiedy już ludzie zaczynali w niego wątpić. Ammann wielki sportowiec z licznymi sukcesami, ale jak dla mnie bardziej wartościowym skoczkiem był Małysz.

    1. ~Michal Pol

      10 lutego 2014 at 13:21

      Sęk w tym, że Kamil nie potrzebował szczęścia na igrzyskach – zero przypadku. A złoto igrzysk ma swoją magię bo takie rzadkie. PS jest co rok, pamiętasz kto dwa, cztery, sześć lat temu zdobył Kryształową Kulę? Ja zapomniałem. Pomyśl o gigantach jak Małysz czy Ahonnen, którzy nie zdobyli złota na igrzyskach…

      1. ~kibic

        10 lutego 2014 at 14:31

        Ja nie twierdzę że Kamil to złoto wywalczył przypadkiem. Wręcz przeciwnie, jest liderem PŚ więc był głównym faworytem do tego medalu. Nie pamiętam kto kiedy zdobył PŚ podobnie jak nie pamiętam kto zdobył złoto IO przed Ammannem 😉 Potwierdzasz moje stwierdzenie o rzadkości i tylko i wyłącznie dlatego wyjątkowości tego medalu. Jak pisałem magię medal IO ma, ale czysto sportowo ciężej jest zdobyć PŚ, którego przez przypadek nikt nie wygra. Natomiast medal IO można (nie tyczy się przypadek Kamila). Pamiętam jak w Short Tracku w 2002r złoto zdobył Australijczyk, który do półfinału wszedł tylko dlatego że kogoś zdyskwalifikowali, w półfinale jechał na końcu ale dzięki kraksie awansował do finału, w którym sytuacja z półfinału się powtórzyła i leżących zawodników ominął i jako pierwszy przekroczył kreskę. Szybciej (1994) zdobył brąz w drużynówce i na tym kończą się sukcesy tego pana, ale złoto IO ma. Super bo Kamil ma okazję być sportowcem kompletnym. MŚ ma, złoto IO wygrał wczoraj, jest na dobrej drodze żeby wygrać PŚ. W przyszłym sezonie jeszcze TCS i może kończyć karierę hehe

        1. ~Michał Gurkowski

          10 lutego 2014 at 16:00

          Nie zapominaj jeszcze o mistrzostwach świata w lotach. To również liczące się zawody w świecie skoków. W tym sezonie odbywają się w Harrachovie więc przy formie Kamila jego zwycięstwo także jest możliwe.

          Tak jak napisałeś wyżej, Stoch ma szansę zostać sportowcem/skoczkiem kompletnym i to w wieku 27 lat.

      2. ~Krzysztof Kafel

        10 lutego 2014 at 20:07

        Wiesz Michale, ja z kolei bez problemu wymienię ci wszystkich zdobywców Kryształowej Kuli z pamięci, a z mistrzem olimpijskim z, powiedzmy, 1976 roku na dużej skoczni miałbym już kłopoty…To chyba kwestia spojrzenia maniaka dyscypliny – śledząc wszystkie konkursy skoków od piętnastu lat trudno jest w sobie wykrzesać entuzjazm do wyników jednego, choćby najbardziej prestiżowego i sprawiedliwego konkursu, nawet w przypadku tak bezdyskusyjnego triumfu, jaki wczoraj zafundował nam Stoch. Śledząc wyniki dziesiątków zawodów, nie tylko pierwszoligowych, ale też np. słoweńskiego odpowiednika LOTOS Cup widzi się tyle fartownych wyników, które nie oszczędziły nawet tak wielkich imprez jak Mistrzostwa Świata czy Igrzyska, że zaczyna się doceniać wartość cyklu konkursów.
        Nie jestem w stanie spojrzeć na, powiedzmy, Andreasa Koflera jak na kandydata do skoczka kompletnego. A przecież mowa tu o zawodniku, który przy dniu konia jest w stanie utrzeć nosa wszystkim największym tej dyscypliny. Większe wrażenie robi na mnie regularny jak szwajcarski zegarek Bardal – nie tak spektakularny w swych wiktoriach, ale zawsze groźny dla rywali, ci, którzy „cicho jadą, ale dalej zajadą” budzą we mnie większy szacunek.
        Suma summarum – cieszyłem się bardzo z wczorajszego zwycięstwa Kamila, wiem, że było to jego największe sportowe marzenie, ale z Kryształowej Kuli ucieszę się jeszcze bardziej.

  7. ~Tomas_h

    10 lutego 2014 at 16:12

    Skoki skokami, ale – gdzie cykliczny cotygodniowy powod do zalamania sie zenujacym stanem swej wiedzy o futbolu????

    Whre is the quiz?

  8. ~player698

    10 lutego 2014 at 19:44

    Z tego, co się orientuję, jest Pan dziennikarzem sportowym, który zajmuje się przede wszystkim piłką nożną. Dlatego też dziwią mnie takie wpisy, które unikają prawdy:
    1. Dlaczego Pan pisze „niepolski”? Triumf jest jak najbardziej „polski”, w końcu medal zdobył Polak. Styl, w jakim tego dokonał, nie był „niepolski”, ani „polski”, był on przede wszystkim zdecydowany. (Podejrzewam, że stwierdzeniem „triumf był niepolski”, stworzył Pan kolejną odmianę stworka językowego)
    2. Jak już wcześniej było wspomniane – Paweł Nastula w Atlancie (1998) był zdecydowanym faworytem do złota.
    3. Adrian Zieliński przed zawodami również był zdecydowanym kandydatem wg światowych mediów, ale w Polsce dziwnym trafem zapomniano o Nim. (Oczywiście, większość już pewnie zapomniała, jak ówczesny prezes związku zapatrywał się na Zielińskiego, a potem przypisał część zasług sobie, że niespodziewanie udało mu się wygrać)
    4. Z kolei Tomasz Majewski miał obok siebie kilku faworytów, nie był jedynym – ani w Pekinie, ani w Londynie. Pisanie, że „zachował się w Londynie” jest nieco na wyrost.
    5. Historia polskich startów uczy, że było wręcz przeciwnie – tam, gdzie Polacy byli faworytami, wygrywali (lata 56′-80′ – chyba tylko Teodor Kocerka i Janusz Sidło nie byli w stanie wygrać swoich konkurencji, choć byli zdecydowanymi faworytami). Czy tamte zwycięstwa (Baszanowski, Szmidt, Szewińska) były „niepolskie”?
    Aby było jasne – nie mam na celu dyskredytacji pańskich kompetencji, ale proszę także zwracać uwagę na treść tego, co Pan pisze. Jedynie zwracam uwagę, że część informacji podanych w wpisie mija się z prawdą. Pozdrawiam.

  9. ~j.s.Lesiak

    16 lutego 2014 at 08:57

    drodzy Państwo, wczoraj[ sobota wieczór,15-02-2014 r.] opanował moje serce czarny niepokój- przed skokiem ,przed pierwszym skokiem Kamila-bo D>T>wypowiedział publicznie ” nie zapeszajmy”.obecność płatnych nierobów[Kwach, Buzek, Miller, kaczy,,nski, TUSK] na takich imprezach, to zawsze koniec zabawy. W takich momentach powinni zaszywać się w jakąś dziurę. uWAŻAJCIE co zrobiłem wczoraj: poszedlem w ciemny kąt i modliłem się na Różańcu, do końca!! Zawsze to robię, gdy chodzi o coś naprawdę ważnego-ale nigdy dla futbolistów.

  10. ~John

    17 lutego 2014 at 02:31

    Kamil Stoch jest fenomenem, ale pamiętajmy o tym co powiedział Amman – nie byłoby Stocha gdyby nie Małysz. Tak, Adam ma część tego medalu i każdego kolejnego naszych skoczków.

  11. ~rocky

    18 lutego 2014 at 14:52

    Kamil Stoch osiągnął prawie wszystko w skokach jeszcze musi zdobyć puchar świata. Wielki szacunek dla niego.

  12. ~Paulina

    21 maja 2014 at 20:53

    SKOKInews.com – Skoki narciarskie – Nasza i Wasza Pasja!

Zostaw odpowiedź