Liga Mistrzów na żywo! Z mega konkursem dla Was:)

Igrzyska w Soczi igrzyskami (trzymamy kciuki za Kamila Stocha i jego kumpli w nadziei na kolejne medale), a tymczasem wraca Liga Mistrzów. I to w wielkim stylu! A zapowiada się wyjątkowo ciekawie nie tylko z powodów sportowych, czyli rywalizacji FC Barcelona z Manchesterem City czy Arsenalu z Bayernem Monachium. Zapraszam Was na wyjątkową wspólną zabawę i wspólne przeżywanie tych najbardziej wyrafinowanych piłkarskich emocji.

Tego jeszcze w polskich internetach nie było. Dzięki wspólnej akcji „Przeglądu Sportowego”, Onet Sport i globalnego sponsora Ligi Mistrzów, Heinekena będziecie mogli nie tylko obejrzeć każdy mecz Ligi Mistrzów w jakości HD za darmo (o ile znajdziecie właściwy kod pod kapslem lub zawleczką dowolnego produktu marki Heineken). Mecze będą dostępne na serwisie www.liga.heineken.pl, na którym oprócz oglądania transmisji w czasie rzeczywistym, można cofnąć akcję do dowolnego momentu meczu, obejrzeć dowolną ilość powtórek, a kontynuować oglądanie „na żywo”.

Chcemy Was też zaprosić (po raz pierwszy w polskim internecie!) do oglądania na żywo Studia Ligi Mistrzów przed wtorkowymi i środowymi meczami oraz na podsumowanie wydarzeń prosto po ostatnim gwizdku, byście mogli słuchając komentarza ekspertów, napawać się strzelonymi golami i akcjami lub rwać włosy z głowy z ich powodu;) Studio będzie streamowane na żywo na eurosport.onet.pl i przegladsportowy.pl, a stałym ekspertem będzie m.in. były bramkarz reprezentacji Polski, Maciej Szczęsny (przy okazji ojciec jednego z zawodników grających w Champions League;) Studio poprowadzi Tomek Włodarczyk na zmianę z moją skromną osobą:)

A to nie koniec atrakcji! Równolegle na www.liga.heineken.pl wystartuje konkurs, w którym codziennie będzie można wygrać zestaw Sony PlayStatation 4, 5-litrowe kegi piwa Heineken, a nagrodą główną będzie… wyjazd na majowy finał Ligi Mistrzów na Stadionie Światła w Lizbonie.

Konkurs literacki: „Mój pierwszy mecz Ligi Mistrzów”

Jednocześnie przy okazji każdej kolejki Champions League będę dla Was organizował moje ulubione (i wielu z Was chyba też) konkursy literackie, również z pękatymi piwnymi, 5-litrowymi nagrodami. A zaczynamy w tym momencie!

Na początek poproszę Was o notkę pod tytułem „Mój pierwszy mecz Ligi Mistrzów”. Czy opiszecie mecz, od którego zaczęła się Wasza miłość do tych cudownych rozgrywek, czy pierwszy, który udało Wam się obejrzeć z trybun. Czy po prostu pierwszy jaki zapadł Wam w pamięć, zachwycił, wkurzył, gole jakie w nim padły utkwiły w Was aż do dzisiaj – co sobie wybierzecie, Wasza wola. Pamiętajcie, że oceniam nie tylko wartość merytoryczną ale i literacką, czyli jakość opisu.

Umówmy się, że na Wasze notki w komentarzu tu na blogu Polsport czekam do niedzieli 16 lutego do godziny 20. Szybko ogłoszę pięciu zwycięzców i może uda się, by owi szczęśliwcy obejrzeli najbliższą kolejkę Ligi Mistrzów w towarzystwie przyjaciół oraz zgrabnej beczułki;)

Do dzieła!

A więcej informacji na temat akcji Heinekena Mecz za Piwo, oglądania meczów w HD i konkursu z wyjazdem na finał Ligi Mistrzów znajdziecie na www.liga.heineken.pl

26 komentarzy

  1. ~Tomek

    12 lutego 2014 at 10:00

    Czy w związku z nowym projektem nie zobaczymy Pana w studio ligi mistrzów w nc+ ? Czy mecze na stronie Heineken będą z komentarzem czy bez?

  2. ~Sebek

    12 lutego 2014 at 13:47

    Mój pierwszy mecz Ligi Mistrzów na żywo. To było we wrześniu 2011r. w Barcelonie. Mecz ukochanej Barcy z Milanem. Najbardziej pamiętam moment jak wychodząc z gate’u na najwyższym poziomie stadionu ukazało mi się w całej okazałości wnętrze Camp Nou. Stanąłem jak wryty i tak stałem pod wielki wrażeniem tego widoku. Fantastyczny… Sam mecz był wielkim przeżyciem. 100tys ludzi na trybunach i atmosfera nie do opisania. Trochę inna niż na naszych boiskach, unikatowa. Byłem nią tak zaabsorbowany, zwłaszcza na początku meczu, że przegapiłem jak Robinho strzelił w 15s bramkę dla mediolańczyków. Potem emocje były równie wielkie. Magiczne zagrania Messiego. Piękny gol z wolnego D.Villi. Aplauz ze względu na powrót po długiej kontuzji Puyola. Rytmiczne oklaski przed stałymi fragmentami gry. Na koniec strata bramki przez Barcę w ostatniej minucie meczu (T.Silva na 2-2). Ale ja zawiedziony wynikiem nie byłem, przeżyłem coś wyjątkowego. Po meczu tak trudno mi było opuścić Camp Nou, że ledwo zdążyłem na ostatni kurs metra do centrum miasta. To był mój mecz życia jak do tej pory.

    Ciekawostki z meczu:
    – Prawie wszyscy Katalończycy na mecz przychodzą z bagietką, którą wyciągają w przerwie. Strasznie mi było głupio, że jako jedyny w moim sektorze byłem „nieprzygotowany”:)
    – Każdy ma też schowaną „zapasową” nakrętkę na butelkę (bo ze względów bezpieczeństwa można wnosić tylko butelki bez nakrętki). Ja o tym nie wiedziałem, na wejściu zabrano mi nakrętkę z butelki i zostałem z otwartą butelką, podczas gdy wszyscy inni zaraz za bramkami wyciągali swoją nakrętkę z kieszeni i zakręcali butelki. A mówią, ze to Polacy są kombinatorami:)
    – Stadion zapełnia się w ostatniej chwili, błyskawicznie. Prawie do samego początku meczu trybuny były puste (poza kibicami z Azji i mną), a przed samym pierwszym gwizdkiem był już komplet.

  3. ~Szymon

    12 lutego 2014 at 16:08

    Panie Michale. Konkurs, jak i Nagrody bardzo fajne. Jednak system chyba nie działa jak należy bo rozwiązałem trzy zadania poniżej 2 sekund każde a wyliczyło mi łączny czas 11 sekund i dało zaledwie 175 miejsce.

    Jeśli ma Pan kontakt do Organizatora prosiłbym o interwencję bo trochę bez sensu takie współzawodnictwo 😉

    Dzięki !

  4. ~Michał

    13 lutego 2014 at 19:33

    Przygodę ze świadomą Ligą Mistrzów zacząłem z wysokiego „C”, bo od razu od finału. Mecz Borussia (jeszcze wtedy nie określana mianem „polskiej”  ) kontra Juventus. Przed telewizorem dwuosobowy skład: ja, mały chłopczyk, spędzający popołudnia na zdzieraniu kolan i pogonią za marzeniem o karierze piłkarza oraz mój starszy brat, wielki wielbiciel sportowy, interesujący się chyba każdą dyscypliną, od piłki nożnej, przez siatkówkę, po darta czy bule francuskie włącznie… Rok 1997, końcówka pierwszej klasy szkoły podstawowej, dwa dni do moich ósmych urodzin, telewizor UNITRA w drewnianej obudowie z sześcioma przyciskami do przełączania kanałów, który od czasu do czasu trzeba było stuknąć jak przestawał nadawać sygnał. To, że akurat były dwa dni do moich urodzin pamiętam doskonale, ponieważ mama raz po raz kazała mi iść już spać, bo przecież: „jutro masz na rano do szkoły!”. Bronił mnie wtedy starszy brat, który notabene namówił mnie do oglądania tego meczu, używając przeciwko mamie argumentu o zbliżających się urodzinach… Udało się przekonać mamę więc zaczynamy oglądać. Ja w łóżku, w piżamie i pod kołdrą, on w wygodnym fotelu. Nie pamiętam za kim był mój brat, ja natomiast byłem bez stronniczy. Pierwsze dwie bramki dla Dortmundu gdzieś wyparowały z biegiem czasu z mojej głowy. Dopiero włączając filmik z tego meczu, coś w głowie zaczyna wracać. Bramkę na 2:1, którą strzelił Del Piero pamiętam już jednak doskonale. Piękny, magiczny gol. Po tej bramce już chyba lekko brało mnie na sen, bo obudził mnie krzyk komentatora (nie pamiętam, nie sprawdzałem, ale jestem niemal pewien że Pana Darka) po zdobyciu gola przez Larsa Rickena. Jak otworzyłem oczy piłka była już w siatce, jednak pamiętam powtórki tego niesamowitego loba niemieckiego chuderlaka. Choć już ledwo wygrywałem walkę ze snem, co chwilę dobudzał mnie brat, żebym wytrzymał i zobaczył koronację. Warto było czekać, chwila którą pamiętam do dziś. Wznoszony puchar, który widziałem pierwszy raz. Hymn Ligi Mistrzów, który tego dnia pierwszy raz świadomie usłyszałem. Kolejne edycje Ligi Mistrzów zacząłem oglądać już samodzielnie, bez namawiania przez brata. Finał z 1997r. to też masa wspomnień dotyczących piłkarzy obu drużyn. Po jednej stronie Sammer, Moller, Chapuisat, po drugiej Peruzzi, Zidane, Vieri, Del Piero. Po jakimś czasie miałem plakaty (z Brawo Sport? ) obu drużyn sprzed finału, które dumnie wywiesiłem na drzwiach swojego pokoju. Ten mecz był początkiem mojej przygody z oglądaniem Ligi Mistrzów, która trwa do dziś, a zapewne będzie trwała do końca mojego życia. Chciałbym kiedyś dla swojego synka/bratanka (bo młodszego rodzeństwa nie mam) zapewnić takie wspomnienia dotyczące Ligi Mistrzów, jak brat zapewnił mi! I z pewnością do tego będę dążył…

  5. ~M

    13 lutego 2014 at 19:51

    Mój pierwszy a zarazem jedyny mecz Ligi Mistrzów obejrzany na żywo, wspominam z wielkim sentymentem. Może dlatego, że był pierwszy, a może dlatego, że zadałem sobie wiele trudu żeby go zobaczyć. 29 kwietnia 2009 r., półfinał Ligi Mistrzów, Old Trafford, Manchester United – Arsenal Londyn. Pierwszy problem, to jak zdobyć bilet. Manchester United miał wtedy porozumienie z platformą Viagogo. Posiadacze karnetów mogli za jej pośrednictwem sprzedać bilety żeby tacy osobnicy jak ja mieli możliwość je kupić.
    Oczywiście, łatwo się mówi, bilet nawet jeśli się na Viagogo pojawiał znikał w kilka sekund. Zatem na trzy dni przed meczem siedziałem całą niedzielę na Viagogo odświeżając stronę i czekając na szansę. W końcu po paru godzinach udało się! Należy się tu wyjaśnienie, że po pojawieniu się biletu w sprzedaży, trzeba było go kupić w ciągu 10-15 sekund, żeby ktoś nie okazał się szybszy.
    Pracowałem wtedy w Irlandii na nocną zmianę, trzy dni przed meczem nie było szansy żeby wziąć urlop. Nie zamierzałem się jednak tym przejmować. Dogadałem się ze zmiennikiem, że w środę w nocy się spóźnię dwie godziny i temat był załatwiony.
    W środę o 7.00 rano skończyłem pracę i wyruszyłem na mecz. Nie było o tej porze połączenia do Manchesteru zatem poleciałem do Londynu. Stamtąd zamierzałem pojechać pociągiem do miasta docelowego lecz uznałem, że nie ma czasu. Musiałem się przecież wyspać po całej nocy w pracy. Więc wsiadłem w samolot i po czterdziestu minutach byłem już w Manchesterze. Tam miałem zarezerwowany pokój, przespałem się i wyruszyłem na stadion. Niestety, nie przewidziałem, że będą takie korki a ja jeszcze musiałem odebrać bilet. W końcu spóźniony jakieś pięć minut wszedłem na stadion. Żałuję, że nie mogłem usłyszeć na żywo hymnu Ligi Mistrzów. Manchester miał wtedy świetną drużynę. Van der Sar, Vidić, Ferdinand, Evra, Ronaldo, Rooney, Tevez, na rezerwie Giggs i Barbatov. No i sir Alex Ferguson. W Arsenalu Fabregas, Nasri , Walcott, Adebayor, jeszcze bez Szczęsnego w bramce.W 17 minucie John O’Shea dał prowadzenie gospodarzom, udało mi się uwiecznić ten moment na filmie. Jak pamiętamy rezultat nie uległ już zmianie, ale mecz był świetnym przeżyciem.
    Po zakończeniu spotkania trzeba było szybko wracać do Irlandii do pracy. A razem ze mną wychodziło ponad 70 tysięcy osób. Biegłem w morzu ludzi by złapać taksówkę i zdążyć na samolot. Udało mi się dotrzeć na lotnisko na czas i około pierwszej w nocy byłem już pracy. W tamtym sezonie miałem jeszcze przyjemność świętować na Old Trafford zdobycie osiemnastego mistrzostwa Anglii. Również po meczu z Arsenalem tym razem zakończonym wynikiem 0-0, ale to już opowieść na inną okazję.

  6. ~Łukasz

    13 lutego 2014 at 19:58

    Od dzieciaka kibicuję Manchesterowi United, jestem po uszy zakochany w tym klubie. Miłość do „Czerwonych Diabłów” zapalił we mnie mój tata, razem obgryźliśmy chyba kilometry swoich paznokci przed telewizorem i ekranem komputera. Meczów które mi zapadły w pamięć jest mnóstwo, mógłbym rozpisywać się na temat każdego godzinami, ale sądzę, że najpiękniejszym meczem, który sprawdził mnie, jako kibica, moją wiarę i przywiązanie, był finał Champions League w Moskwie na Łużnikach w 2008 roku. Wybrałem ten mecz ponieważ do ostatniego rzutu karnego Nicolasa Anelki nic nie było wiadomo, wszystko zmieniało się jak w kalejdoskopie.
    Nigdy nie zapomnę tego dnia, ponieważ atmosfera związana ze zbliżającym się meczem, napięcie i emocje towarzyszyły mi już od rana. Gdy wstałem nie liczyło się nic innego, odliczałem godziny, minuty. Gdy przyszła pora meczu, usiedliśmy z ojcem przed telewizorem, ubrani w koszulki, szaliki (mama oczywiście nie potrafiąc zrozumieć powagi sytuacji śmiała się z nas, ale jak to z kobietami… wygrają Ci bo mają ładniejsze koszulki) i innymi akcesoriami, by dopingować drużynę z Manchesteru. Były chwile radości, gdy po dośrodkowaniu Wesa Browna piłkę do siatki skierował nie kto inny jak Cristiano Ronaldo. Były także chwile smutku, kiedy to Frank Lampard dał wyrównanie, chwile grozy, gdy piłkarze z Londynu raz po raz obijali słupki i poprzeczki. Emocji nie było końca, w dogrywce kolejny wybuch euforii po czerwonej kartce dla Didiera Drogby. I rzuty karne… Jak już mówiłem to był mecz sprawdzający mnie jako kibica, gdy Cristiano nie trafił, cisnąłem szalikiem o ścianę całkowicie wątpiąc w ostateczny sukces. Ale jednak zaraz go szybko podniosłem w myśl powiedzenia – „Dumni po zwycięstwie, wierni po porażce” i dalej siedziałem, i czekałem na końcowe rozstrzygnięcie. I wtedy stał się cud, do tej pory śmieję się, że ktoś na górze po raz pierwszy pomógł diabłu, a nawet 11-stu diabłom ;). Słupek Johna Terrego przywrócił wiarę, kolejny zwrot o 180 stopni, ostatecznie wszyscy wiemy jak mecz się sończył, Pan pewnie wie najlepiej jako, że zauważyłem, że tak jak i ja jest Pan kibicem United.
    W tym meczu było wszystko, była radość, hektolitry potu do tego łzy wzruszenia i szczęścia.
    Nigdy tego meczu nie zapomnę, było to wielkie przeżycie, choć nie mogąc siedzieć wtedy w Moskwie, dzielnie wspierałem naszych zawodników, krzycząc, gestykulując, poganiając, z nadzieją… że mnie usłyszą. 

  7. ~kris_pobieda

    13 lutego 2014 at 20:05

    Był ciepły, majowy wieczór. Dzień dwudziesty szósty. Roku Pańskiego 1999. Nic nie wskazywało na to, iż przejdzie on do historii futbolu, zapisze się złotymi zgłoskami w czerwonej części Manchesteru, zaś całą Bawarię skąpie w oceanie łez rozpaczy. O ile wcześniej futbolem interesowałem się dość incydentalnie, o tyle ów właśnie wieczór stał się początkiem fascynacji tą właśnie dyscypliną sportu.

    Po dziś dzień mam przed oczami zbiór obrazów, które raz po raz powracały do mnie, stale przemierzającego szlak futbolowego zauroczenia. Dzięki Alexowi Fergusonowi tak błaha czynność jak rzucie gumy, nabrała nowego znaczenia. Przeszywające spojrzenie Pierluigiego Colliny niosło ze sobą niemalże podobny ładunek emocjonalny, co nagie piersi Agnieszki Włodarczyk w „Sarze”. Carsten Jancker nie potrzebował wówczas płaszcza SS, by zagrać w filmie gloryfikującym III Rzeszę. Pamiętam również tępy wzrok Lathara Matthaeusa po wyrównującej bramce Teddy’ego Sheringhama.

    Na boisku zobaczyłem piłkarzy, którzy na wiele lat stali się punktami odniesienia w moim zgłębianiu futbolowej rzeczywistości. Bohaterami. Herosami. Stadion Camp Nou stał się teatrem, na którym wystawiono jedną z najznamienitszych sztuk, jakie dane mi było obejrzeć.

    Był to spektakl, który trzymał w napięciu do końca, zaś pierwszy akt stał się udziałem Mario Baslera. Spektakl, którego dramaturgia godna była najlepszych dzieł Hitchcocka, zaś w rolę mistrza wcielił się, a jakże by inaczej, Morderca o Twarzy Dziecka.

    To był wieczór dzięki któremu mogę dziś powiedzieć: Football, I love this game!

  8. ~pioremkibica.blogspot.com

    14 lutego 2014 at 16:08

    Udało mi się wytargować telewizor tylko dla siebie w jakiś środowy wieczór. Nie było to łatwe, bo w domu, w sercu zapadłej wioski, był tylko jeden. Ale mecz też był jeden od święta, bo działo się to w czasie sprzed internetu, sportowych pakietów de luxe i innych eurosportów. Jedyne, co można było zobaczyć (przynajmniej u nas) to środowe – wtedy jeszcze tylko środowe – wieczory Ligi Mistrzów z hipnotyczną liryką Darka Szpakowskiego. Traf chciał, że w mój pierwszy taki wieczór grała Barcelona. Nie pamiętam na jakim etapie, ani nawet z kim, pamiętam tylko, że Koeman nie strzelił karnego, a w przerwie w studiu Szaranowicz mówił, że on już sobie nawet minutę Koemana bramki zapisał, bo Koeman z karnych się nie myli i widzieliśmy, proszę państwa, doprawdy niebywałą rzecz. Więc, jako wybitnie nadwrażliwy dzieciak, postanowiłem temu Koemanowi kibicować, żebyś już więcej się z tych karnych nie mylił, i żeby świat wrócił do normy. I kibicowałem mu aż do finału w Atenach, gdzie ani on, ani nikt inny z jego kolegów nie strzelił gola i przerżnęła Barcelona pokazowo z Milanem 0:4. Więc wtedy, jako wybitnie nadwrażliwy dzieciak, postanowiłem całej tej Barcelonie kibicować, żeby więcej tak pokazowo nie przegrywała, i tak już zostało do dziś. Ale wszystko zaczęło się od tego wieczora z nieszczęsnym Koemanem i niewykorzystaną przez niego jedenastką. Programowo nigdy nie sprawdzałem co to był za mecz, z kim i kiedy i nawet nie wiem, czy ten mecz, ten karny i ten Szaranowicz w studiu rzeczywiście się wydarzyli 😉

  9. ~Rafał7

    14 lutego 2014 at 16:36

    „Mój pierwszy mecz Ligi Mistrzów”

    Moja przygoda z Ligą Mistrzów na dobre zaczęła się z finałem w roku 2000. Było to o na Stade de France w Paryżu czyli finałowej arenie ostatniego Mundialu. Stadion ogromny, wprawiający w osłupienie. Spotkały się tam dwie hiszpańskie ekipy co zarazem było również pierwszym Hiszpańskim finałem Champions League. Z jednej strony ekipa „Nietoperzy” z Valencii ze swoją ówczesną ikoną Gaizką Mendietą, z drugiej „Królewscy” z Madrytu z takimi tuzami jak Raul, Carlos, czy chociażby bardzo niedoceniony w późniejszym okresie przez włodarzy Realu, Fernando Morientes (wg. mnie piłkarz bardziej kompletny niż sam Raul Gonzales Blanco) . Ja oczywiście siedziałem w domu przed TV, a nie jakby się to mogło wydawać na początku artykułu, we Francji. Byłem już wtedy związany emocjonalnie z drużyną Manchesteru United i do dzisiaj im kibicuję lecz półfinału z Realem po prostu nie pamiętam, tak jak wcześniejszych meczów LM. Tak dla wiadomości przygoda z United dla mnie zaczęła się od Davida Beckhama ale to taka ciekawostka. Wracając do samego finału, całego meczu doskonale nie pamiętam ze względu na upływający czas i młody wiek. Nie chcę tutaj podawać faktów Google, staram się przedstawić mecz z mojej rzeczywistej perspektywy, jak to wszystko pamiętam teraz.

    Finał był niestety jednostronny, drużyna Realu Madryt była po prostu lepsza. Pierwszą bramkę głową strzelił właśnie wymieniony wyżej „El Moro” po małym zamieszaniu w polu karnym i dośrodkowaniu Salgado. Ahhh, ten Morientes… (Dobrze zrobił jak później skarcił Real już za czasów gry w AS Monaco, prawda panie Michale?) :). Real kontrolował mecz, prowadził 1:0 do przerwy. Rozpoczęła się druga połowa, Valencia oczywiście liczyła na wyrównanie rezultatu i wtedy do piłki dopadł anglik, Steve McManaman i pięknym strzałem z powietrza pokonał bramkarza Valencii. Chciałbym napisać Satniago Canizaresa ale nie jestem pewny czy on wtedy stał między słupkami ale na 99% tak. 2:0 dla Realu. Mendieta i spółka nie mieli nic do stracenia dlatego postawili wszystko na jedną kartę i przycisnęli Real pod ich własną bramką. Wtedy nastała 75 min… Tak, to pamiętam doskonale, jakby to było wczoraj. Wybitą piłkę z pola karnego Realu przejął Raul i popędził na bramkę Valencii.Raul biegł z piłką ok 65-70m zostawiając wszystkich za sobą, co świadczy o tym jak gracze „Nietoperzy” byli ustawieni i zdeterminowani żeby jeszcze coś wywalczyć w tym meczu. Hiszpan ich tych nadziei pozbawił mijając bramkarza i pakując piłkę do… Nie, nie do pustej bramki bo w niej już leżał jeden z graczy Valencii próbujący jeszcze desperacko ostatkami sił ocalić swoją drużynę. Ostatecznie piłka zatrzepotała w siatce, a legendarna „7” Realu pobiegła celebrować ten „gwóźdź do trumny” pomarańczowych. To był dla mnie chyba najdłuższy rajd piłkarza sam na sam z bramkarzem, może nie ze względu odległości ale raczej czasu. Ta chwila trwała i trwała, nie mogła się skończyć, a ja jako mało chłopiec zastanawiałem się: „Kiwnie bramkarza czy nie?” Real wygrał zasłużenie 3:0.

    Ostatnim wspomnieniem z tego wieczoru była ceremonia wręczenia pucharu i obrazek na którym widnieli Raul Gonazales i Fernando Morientes, trzymający za „uszy” Puchar Europy z flagą Hiszpanii. Czy przegrała, czy wygrała, w tamtym momencie Hiszpania królowała w Europie. Ja natomiast musiałem już iść spać, bo rano do szkoły wstawałem. W końcu trzeba było podzielić się emocjami z kolegami… 🙂

    Od tamtego czasu śledzę Ligę Mistrzów z zapartym tchem ale oczywiście wspieram swój Manchester United czekając ponownie… Jednak już na taki finał jaki miał miejsce w 2008 r na Łużnikach, czy w 1999r na Camp Nou.

  10. ~prem

    14 lutego 2014 at 21:49

    Swoją przygodę z Ligą Mistrzów zacząłem jeszcze w podstawówce. Byłem w piątej klasie. W przeddzień finału Real Madrid – Valencia CF, założyłem się z moim nauczycielem wychowania fizycznego kto wygra mecz. Stawką było 5 okrążeń wokół szkolnego boiska. Od momentu zafascynowania futbolem jestem kibicem Realu także z radością przyjąłem zakład  . Następnego dnia wieczorem usiadłem z tatą przed telewizorem, ubrany w koszulkę Raula zacząłem oglądać mecz. Świetny mecz Realu, fantastyczna bramka Steven’a McManaman’a i oczywiście dobijający przeciwnika gol El Siete! 3-0! Cóż za fantastyczny wynik, cóż za fantastyczna gra, cóż za fantastyczne rozgrywki! Niezapomniany wieczór z Ligą Mistrzów. Dzięki Pana konkursowi przypomniałem sobie, że mój nauczyciel nie wywiązał się z zakładu .

  11. ~scv78

    14 lutego 2014 at 23:32

    Kurcze, ale mnie ucieszyłeś tym konkursem:)
    Z tamtym majem wiązałem wielkie nadzieje. Ponieważ udało mi się załatwić piękną żaglówkę na Jeziorze Solińskim, udało się zebrać na tą łódkę fajną ekipę, udało się uzyskać tydzień urlopu, udało się wstrzelić z tym urlopem w naprawdę piękną pogodę, a przede wszystkim – udało się zwabić w to wszystko pewną Anię, dookoła której od mniej więcej dwóch miesięcy odbywałem taniec godowy, co jak dla mnie stanowiło dostateczny dowód na istnienie Boga, co z kolei prowadzi do prostej konkluzji, że ateizm to nie stan wiary, a kwestia braku endorfiny.
    Przez kolejne cztery dni – tokowałem. Uczęszczałem na dyskoteki, udawałem że interesuję się sztuką nowoczesną, teatr owszem, filharmonia – przy każdej okazji, alkohole – umiarkowanie, jeśli już to wina, z zapałem twierdziłem, że dzień bez Wisławy Szymborskiej jest dniem straconym, kłamałem, że uwielbiam patrzeć nocą w gwiazdy i że jestem prawdziwym fanatykiem długich spacerów. Jednym słowem robiłem takie rzeczy, że każdy cietrzew w trakcie rui mógłby do mnie mówić „mistrzu”. Ale warto był, gdyż owa Ania z każdym kwadransem miękła i stawała się coraz bardziej spolegliwa. Zwieńczeniem mojego bezwzględnego dążenia do zespolenia była środowa dyskoteka, w trakcie której udało się uzyskać zapewnienie iż moje starania zostały dostrzeżone, zaś anine oko stało się mi przychylne, na co wysunąłem propozycję, by może udać się wcześniej na łódkę i na ten przykład posprzątać kambuz (młodzież w tym momencie powinna robić notatki – przyp. scv). Ania się uśmiechnęła i powiedziała, żebym poszedł pierwszy, zrobił klimat, zaś ona dotrze za pół godziny gotowa na … właściwie cokolwiek tu napiszę – czy to będzie wytrzepanie dywaników, starcie kurzy, czy polerowanie kryształów – zabrzmi bardzo dwuznacznie, wiec poprzestańmy na wielokropku.
    Drogę powrotną przebyłem pół metra nad ziemią, zastanawiając się, skąd wezmę świeczki, błękitny ser pleśniowy i płyty Chrisa de Burgha (młodzież – notatki, przyp. scv), zaś oczyma wyobraźni widziałem naszą 9 metrową Sportinę noszącą dumną nazwę „Chwała Przodkom” rozkołysaną niby podczas białego szkwału, pomimo totalnej flauty.
    Ale bóg niżu demograficznego zagiął na mnie parol i postawił na mojej drodze budkę bosmanatu z wyłączonym telewizorem. Wyłączonym, ale działającym. Włączyłem – Liverpoo lwłaśnie przegrywał z Milanem 0-3 i zdawał się nie istnieć. Bardzo mnie to ucieszyło – wprawdzie kibicowałem angolom, ale wynik sugerował że bez dylematów będę mógł powrócić na kurs kolizyjny z Anią, bez zawracania sobie głowy rzeczami tak błahymi jak jakieś jednostronne widowisko. W międzyczasie pojawił się bosman, z którym wymieniłem kilka zwyczajowych uprzejmości i zaczęła się druga połowa. Doszedłem do wniosku, że łódka w gruncie rzeczy nie potrzebuje żadnych specjalnych przygotowań. Gola Smicera przyjęliśmy wprawdzie bez emocji, ale gdy chwilę później poprawił Gerrard, to wrzasnęliśmy z radości, na co przybiegło trzech kolesi grillujących na kei, zaś ja sobie pomyślałem, że świeczki można odpuścić, gdyż na jachtach zabrania się trzymania otwartego źródła ognia, a zamiast puszczać Chrisa de Burgha mogę jej zanucić „Hiszpańskie dziewczyny”. Chłopaki od grilla zobaczyli, że jest mecz, więc pobiegli po piwo i kiełbaski, na co Xabi Alonso strzelił trzeciej bramkę dla Liverpoolu, na co ja z bosmanem wrzasnęliśmy z radości, na co chłopaki od grilla szybko wrócili bez kiełbasek i piwa, po czym wściekli się i powiedzieli, że możemy sami iść po kiełbaski i piwo, gdyż jak tylko oni spuszczają oko z telewizora, to się dzieją rzeczy epokowe. No to poszliśmy po te kiełbaski i piwo, przy czym ja sobie pomyślałem, że opędzluję swoją Anię ciepłą herbatą i że skoro babki będące przedmiotem zakochania tak bardzo lubią ser z pleśnią, to być może uda mi się znaleźć coś zepsutego do jedzenia.
    Gdy wróciliśmy do bosmanki, to okazało się, że nikt w międzyczasie nie dokonał rzeczy epokowych, ale za to przybyła tam już cała masa chłopów, zaś przyniesione przez nas piwo i kiełbaski są ledwo jednymi z licznych. Gdybym się chciał wtedy nad tym zastanawiać, to pewnie pomyślałbym, że znamy się z Anią stanowczo zbyt krótko, aby decydować się na pochopne pożycie pod pokładem „Chwały Przodkom” (młodzież notuje i podkreśla na czerwono!), ale się nie zastanawiałem – bez jaj, na ekranie działy się rzeczy epokowe, a Ani biust kwalifikował się ledwo do kategorii bardzo ładny, bez ambicji na „monumentalny” czy przynajmniej „epicki”.
    O meczu mówił nie będę – jeśli na tym blogu są tacy, którzy nie wiedzą co było dalej, to znaczy że się pomylili i żeby trafić na blogi modowe to trzeba w guglach wklepać „Kasia Tusk”. Grunt, że wypiłem ocean piwa, zjadłem kontynent kiełbasek i ściskałem się z obcymi, spoconymi facetami, gdyż okazało się, że każdy od początku kibicował Liverpoolowi i nikt ani przez chwilę nie dopuszczał do siebie myśli że 0-3 to koniec ścieżki.
    Chwiejąc się jak te maszty co miały się chwiać ugięte siłą mojego zaniązespolenia, dotarłem na naszą Sportinę, rozgarnąłem na boki obydwie pikujące ku mnie burty i szturchnąłem śpiącą Anię na znak że już jestem. Potem jeszcze streściłem jej przebieg drugiej połowy, pokazując jak – autocytuję – „Dudek wygrał, bo kręcił dupką”, swoje słowa obrazując układem choreograficznym, równie dobrze mogącym stanowić brawurowe odegranie scenki „Mężczyzna operuje sześcioma hula-hop jednocześnie”, oczekując że Ania ze zrozumieniem się uśmiechnie i powie „Ach, to stąd to spóźnienie! Ale nieważne, powiedz mi tylko jeszcze jak zagrał Maldini i obejmij mnie, na objęciu nie poprzestając, ach”.
    Ania nie sprostała oczekiwaniom. W prostych, żołnierskich słowach wyraziła rozczarowanie okruszkami na pokładzie, brakiem świeczek, brakiem wina, brakiem sera pleśniowego, brakiem Chrisa de Burgha i brakiem mnie, przy czym to ostatnie jest najmniej istotne, gdyż jestem – i tu znów powracamy do nomenklatury kojarzącej się z zasadniczą służbą wojskową i problemami finansowymi polskiej armii, sprawiającymi, że żołnierze zamiast na poligonie, czas trawili na czyszczeniu toalet w koszarach.
    Wyjazd ten uświadomił mi, że nie powinienem się wiązać z Anią. Różnił nas cały system wartości, ja byłem dobry, a ona zła.

  12. ~chitek10

    15 lutego 2014 at 00:29

    Doszedłem do wniosku, że nie opiszę mojego pierwszego meczu LM, bo zbytnio go już nie pamiętam. Opiszę zatem mecz dość świeży, bo z początku marca ubiegłego roku. Chyba wiadomo już o którym.

    Chodzi mianowicie o pojedynek Manchesteru United a Realem Madryt. Oczekiwałem na ten mecz niebywale. Nie poszedłem na zajęcia, nie potrafiąc po prostu skupić się na czym innym. Wiedziałem, że tuż po 19 muszę włączyć nSport i w pełni skupiony oglądać studio. Gdy zobaczyłem składy, byłem zmieszany. Z jednej strony fantastyczny duet stoperów – Vidić oraz Ferdinand. Z drugiej strony brak Wayne’a Rooney’a – mojego ulubionego piłkarza, wzoru poruszania się po boisku.

    Zaczęło się dobrze, „Czerwone Diabły” kontrolowały mecz, widać było, że sir Alex Ferguson wymyślił genialny plan, który dla Mourinho był nie do wyeliminowania. Tę kontrolę trzeba było potwierdzić tylko golem, którego jednak pierwsza połowa nie przeniosła. Wiadome było, że to United są bliżej awansu do ćwierćfinału Ligi Mistrzów.

    Wreszcie! Na początku drugiej części spotkania gospodarze przycisnęli i mieliśmy 1-0! Sergio Ramos zaliczył samobójcze trafienie. Płakałem wtedy. Autentycznie zacząłem płakać ze szczęścia. To było niezwykłe uczucie. Gardło bolało mnie od krzyku przez długi czas (niestety nawet po tym meczu). Awans wydawał się niemalże pewny, a zwycięstwo Realu w tym meczu w regulaminowych 90. minutach graniczyło z cudem. Ale jednak. Sędzia musiał się wmieszać. Niesłuszna czerwona kartka dla Naniego, zepsuła wszystko. Niezwykle podobna sytuacja do tej, która miała miejsce w pojedynku z Bayernem w ćwierćfinale LM w 2010 roku. Wtedy Rafael dostał czerwoną kartkę (wtedy już nie tyle dyskusyjną, co bezsensowną) i z pewnego raczej awansu zrobiła się tylko wygrana bitwa, a nie wojna. Pamiętam słowa Pana, Panie Michale, które wypowiedziane zostały w studiu. „On w ogóle nie widzi faceta!”. No i nie widział! Tylko Cakir musiał to zepsuć. Wtedy przyszedł szczęśliwy gol Modrica, który lekko mnie przyłamał, ale na pewno nie aż tak bardzo. Wtedy trafienie Ronaldo, przekreślające już szanse na awans. Szkoda nieodgwizdanych dwóch karnych, sytuacji van Persiego z pierwszego spotkanie, dokładnie z jego końcówki. Wszystko mogło potoczyć się inaczej. No ale sport nie lubi gdybania, dlatego nie będę tego roztrząsał, lecz ilekroć pomyślę o tym spotkaniu, to jest mi niedobrze. Ale cóż, taki futbol, niekiedy brutalny, niekiedy piękny, jak w 1999 roku.

  13. ~Matt

    15 lutego 2014 at 12:29

    25 maja 2005 roku
    Transmisja ze Stambułu, a ja jako jeszcze 12-letni dzieciak odpalam kanał w czarno-białym telewizorze. Nie będę ukrywał, że właśnie fakt oglądania w tych warunkach pozwolił ten wieczór i mecz zapamiętać na bardzo długo. Już sama data doskonale wskazuje spotkanie, wielki finał Champions League pomiędzy Liverpoolem, a Milanem.
    Nie był to mój pierwszy mecz tych rozgrywek, ale na pewno najlepiej zapamiętany pomimo, że nie grał żaden z moich ulubionych klubów.

    Już od startu spotkania głęboko w sercu rwały się emocje, szybko strzelane bramki przez Milan powodowały radość, bo przecież nic bardziej niż gole w futbolu widza nie raduje. Pod koniec pierwszej połowy wyczuwać było jednak u mnie nieznaczne znudzenie i obawę o to, że mecz zwyczajnie się już skończył, na szczęście te obawy poszły w ekspresowym tempie w cień.
    Liverpool po przerwie uderzył błyskawicznie i w sześć minut odrobił straty, co mnie jako dzieciaka nieźle zaskoczyło.

    Zaczęła się batalia jak równy z równym, a interwencja Dudka po strzale Szewczenki doprowadziła niemal do pobicia żyrandolu i połamania łóżka. To przecież nie był jeszcze koniec emocji. Każdy karny w serii jedenastek kwitowałem tylko głośnym okrzykiem i podskakiwaniem pozostawiając w tle obawy, że kogokolwiek w bloku obudzę. Ostatecznie wygrał Liverpool, ale nie miało to dla mnie zbytniego znaczenia. Liczyło się natomiast to, że rozegrane widowisko okazało się jednym z najlepszych jakie obserwowałem.

    Po tym spotkaniu długo jeszcze nosiły mnie emocje, nie mogłem zasnąć, a na drugi dzień w szkole nie znalazła się minuta, żebym o tym widowisku nie wspomniał innym.
    Ten finał wygrał piękny futbol, który miał niebagatelny wpływ na moją miłość do tego sportu po dzień dzisiejszy.

  14. ~Grmli

    15 lutego 2014 at 16:17

    „Mój pierwszy mecz Ligi Mistrzów”. Brzmi dumnie, co? W waszych czasach pewnie nawet miało to rację bytu ale co wy możecie wiedzieć o dumie? Piszę do was tylko dla tego, że łudzę się, że możecie jeszcze coś zmienić.
    Stary Bill powiedział kiedyś ,że piłka to nie jest kwestia życia i śmierci, a coś znacznie istotniejszego. Nie mylił się wtedy i nie myli się dziś. Zmienił się tylko stopień dosłowności tej pierwszej części. Pamiętacie reklamówkę z Cantoną gdzie piłkarze grają w klatce? Kiedyś to bawiło, nie?
    Minęło już trochę czasu odkąd okazało się, że gdy mówili o Cristiano „maszyna” to byli bliżej prawdy niż można by się spodziewać. Później poszło już z górki. Tam, w zamkniętych rezerwatach sport nie jest już dla ludzi. Przynajmniej nie w pełnym tego słowa znaczeniu. Ludzie, moi drodzy, w piłkę walczą. Tu, na zgliszczach. I słowo „walczą” nie jest tu użyte przez przypadek. Bogacze zrobili sobie igrzyska, patrząc jak gladiatorzy już nie tyle idą na śmierć co biegają w pogoni za życiem . Wygrywasz – Twoja rodzina przeżyje, przynajmniej do następnego meczu. Przegrywasz …, cóż, słyszeliście o umieraniu na boisku? To jest teraz Liga Mistrzów. Mistrzów przetrwania. Nie zostało wiele czasu. Migająca tablica odmierza czas do pierwszego gwizdka a mnie czeka jeszcze modlitwa do Sprawiedliwego Luigiego, by przeciwnicy mieli choć trochę sentymentu do starych przepisów. Dziś mecz na gruzach Bernabeu. Finał bloody hell ! Czerwone diabły. Teraz to dopiero im to pasuje. Nieważne. Skupcie się: co wiecie o Hawk-Eye?

  15. ~Tarzan

    15 lutego 2014 at 17:38

    „Mój pierwszy mecz Ligi Mistrzów”.
    Kiedy byłem jeszcze małym draniem
    Przed telewizorem w maju siedziałem.
    Po wieczorynce już spać mi się chciało,
    Lecz z dziadkiem dalej siedziałem śmiało.
    Dziadek więc rzecze – mecz się zaczyna,
    Patrzę i widzę – Pierluigi Collina.
    Naprzeciw siebie dwa wielkie kluby,
    United i Bayern – to nie będą nudy.
    Zacni piłkarze, zacni trenerzy,
    Aż włos na głowie się jeży!
    Zapatrzony w bramkarzy – Schmeichel’a i Kahn’a,
    Tak naprawdę chciałbym być w roli Davida Beckham’a,
    Gdy wrzucał piłki z rogu w pole karne,
    Gdzie tłok jak na zgromadzenie walne.
    Koniec meczu blisko – Bayern jest z przodu
    Lecz chłopaki z Manchester’u nie widzą powodu,
    By przestać gonić swoich rywali.
    Doliczone minuty i United wyrównali!
    Rezerwowy Sheringham strzela gola,
    A moja twarz cały czas w mecz zapatrzona.
    I gdy mecz ponownie zaczął się od zera,
    Znowu rzut rożny – Beckham i gol Solskjær’a.
    Wielkie Camp Nou oszalało,
    Bo czegoś takiego jeszcze nie widziało.
    Patrzyłem na mecz i też oszalałem,
    Bo byłem i będę zawsze United fanem.

  16. ~bond.james-bond

    15 lutego 2014 at 19:10

    Krzysztof Krawczyk. Od kiedy pamiętam w domu mojego dziadka usłyszeć można było „Parostatkiem w piękny rejs”, „Ostatni raz zatańczysz ze mną” czy „Chciałem być”. Tę ostatnią piosenkę znałem na pamięć, choć muszę przyznać, że czasem zdarzało mi się celowo zmieniać jej słowa. I tak zamiast „chciałem być marynarzem” w mojej głowie roiło się „chciałem być piłkarzem”, dalej już nawet się zgadzało, bo i „podróżować, zwiedzać świat” i „pięknie żyć, garściami życie brać” ściśle wiązały się z wizją 10-11 letniego chłopaka na temat kariery piłkarza. Dziś pewnie równie istotnymi słowami byłyby „i wiele pięknych, pięknych kobiet znać”, ale wtedy?

    Jedynymi momentami kiedy Krzysztof Krawczyk przegrywał z rzeczywistością i usuwał się w bok były mecze. Z dziadkiem oglądałem dużo piłki. Lubił ją tak samo jak Krawczyka. U mnie proporcje były trochę inne. Podśpiewywałem sobie co prawda „jak minął dzień”, ale o wiele bardziej lubiłem nucić hymn Ligi Mistrzów i czekać na Dariusza Szpakowskiego „gdy głos jego brzmiał jak szum ‚Blue Hawai'”. Akurat tak się składało, że ważniejsze mecze oglądałem razem z dziadkiem, nie mieszkał daleko, więc nie było problemu z dotarciem na miejsce. Do (naj)ważniejszych meczów zaliczam finały Ligi Mistrzów, więc z dziadkiem obejrzałem i cudownego woleja Zidane’a w 2002 roku przeciwko Bayerowi i wspaniały powrót Liverpoolu 3 lata później. Dziadek po tym meczu stwierdził, że „noc za krótka na sen” i miotał się po domu, jakby był uosobieniem słów „gdzieś by się szło, coś by się chciało, już prawie noc; a mnie wciąż mało; i nosi mnie po mieście, czort wie, gdzie…”. Jestem pewien, że tamtego dnia żyło mu się dobrze. Obejrzałem z nim 11 finałów Ligi Mistrzów, ale od kilku lat wynik ten stanął w miejscu. Na zawsze. MÓJ PIERWSZY MECZ LIGI MISTRZÓW będący finałem bez dziadka oglądałem w 2010 roku. Zabrakło jego, ale nie zabrakło Krzysztofa Krawczyka. Kto by pomyślał, że zatęsknię za panem Krzysztofem. Znałem wszystkie jego piosenki, ale przecież nigdy nie słuchałem ich sam, zawsze to dziadek włączał, a ja byłem tylko biernym słuchaczem. 22 maja 2010 roku jednak musiałem. Musiałem znów posłuchać „Rysunku na szkle”, „Byle było tak” i kilku innych klasyków gatunku. I wspomnienia ożyły.

    Na murawę Estadio Santiago Bernabeu wyprowadził piłkarzy Interu i Bayernu Howard Webb, który dla Polaków był jak ten „przyjaciel” z piosenki, który dostał gitarę, dostał samochód, ale żonę wziął sobie sam. W mecz dobrze wszedł Arjen Robben. W 10 minucie przeprowadził akcję w swoim stylu. Urwał się obrońcy na prawym skrzydle, a następnie serią trudnych do przewidzenia zwodów na zamach dośrodkował w pole karne, ale piłkę w ostatniej chwili zdołali wybić obrońcy. Inter szybko odpowiedział dwoma rzutami wolnymi Sneijdera, a mi w głowie układały się wersy „i przegoń stres i przegnaj strach; spróbuj się dopatrzyć w życiu jasnych barw”. Tak zagrał Inter już do końca. W 35 minucie piłkę z własnego pola karnego wybijał Julio Cesar, głową piłkę do Sneijdera zgrał Milito, a najlepszy piłkarz tamtego roku dobrze wiedział, co należy zrobić w takiej chwili i momentalnie trącił piłkę do rozpędzonego niczym „parostatek w piękny rejs” Diego Milito. Raz, dwa i piłka w bramce. „Zatańczysz ze mną jeszcze raz” zdawał się mówić do Martina Demichelisa jego rodak ciesząc się po strzeleniu gola. Diego słowa dotrzymał w drugiej połowie, z tym że jego kolega z reprezentacji znów pogubił kroki i mógł tylko pocieszać się nucąc pod nosem „już nie zmienisz teraz nic; nie przewidział tego nikt; że nasz niezwykły sen; jak mgła rozpłynie się.” Z tym „nie przewidział tego nikt”, to panie kolego Demichelis bym jednak nie przesadzał. Prawdziwą furorę następnego dnia robił esemes Mourinho do Marco Materazziego wysłany w odpowiedzi na pytanie Włocha „i jak Bayern, trenerze?”. Oglądający właśnie ostatnią kolejkę Bundesligi Portugalczyk odpisał „wygramy 2-0”. Toteż głupio było jeszcze coś w tym meczu strzelać. Odgryzać za to próbował się Bayern, który ewidentnie nie przyłożył się do rozpracowania przeciwnika nie znając tak kluczowych tajemnych esemesów! A tak „nadziei iskra błysła w nas i zgasła w nas, jak niepotrzebna łza”, których nie zabrakło po końcowym gwizdku. Choć zapewne tego wieczora najbardziej płakał wspomniany Materazzi, który kilka godzin później w katakumbach stadionu w Madrycie nie mógł pogodzić się z decyzją Jose Mourinho o odejściu z Interu. Trener tylko objął zapłakanego Włocha i zdaje się, że szepnął do ucha „choć nam będzie siebie brak; choć poznamy ciszy smak; nie cofnie czasu nikt; gdy w oczy zajrzy świt; podzielimy świat na pół; pogubimy resztki słów; i zanim minie dzień; zapomnieć zdążysz mnie”. I to była jedyna pomyłka „The Special One” tego dnia. Nikt nie zdołał zapomnieć o Mou w Mediolanie.

    A ja? A ja czułem lekką pustkę oglądając pierwszy finał Ligi Mistrzów w życiu bez mojego dziadka. Uczucie to łagodził Krzysztof Krawczyk. Łagodzi do dziś.

  17. ~Jacek

    15 lutego 2014 at 23:46

    To był 25 maja 2005 r. a ja byłem w piątej klasie szkoły podstawowej i Tata pozwolił mi oglądać finał Ligi Mistrzów, mimo iż następnego dnia miałem wcześnie wstawać do szkoły. Ubłagałem go, bo w końcu grała moja ulubiona drużyna, której o dziwo wcześniej nie udało mi się w tych rozgrywkach oglądać. Cóż, pierwsza połowa zabiła moją radość i nadzieję i jak to dzieciak, poszedłem spać w podłym nastroju. Już spałem, kiedy nagle obudził mnie ojciec, wołając do mnie, że zdarzył się cud. Trzy gole zostały nadrobione. Nie mogłem w to uwierzyć i szybko pobiegłem oglądać karne. Emocje były nieziemskie, a moje ukochana drużyna wygrała. Czułem się jakbym dostał gwiazdkę z nieba, a dodatkowo z racji późnej godziny dla dzieciaka w tym wieku Tata powiedział, że nie muszę iść do szkoły. Długo nie mogłem zasnąć, emocje były zbyt wielkie. Gdy teraz jako dorosła osoba na to patrzę i myślę, że było to prawie 10 lat temu, to nie mogę uwierzyć w ten niesamowity mecz.

  18. ~Krzysztof

    16 lutego 2014 at 12:29

    Mój pierwszy finał Ligi Mistrzów był zarazem pierwszym meczem piłkarskim, jaki miałem przyjemność oglądać w życiu. Jako siedmiolatek, do tego spotkania z piłką kontakt miałem jedynie na podwórku. Tego dnia, dwudziestego szóstego maja 99’ roku moi koledzy przeżywali najważniejszy mecz ówczesnego sezonu już w szkole, a potem w drodze powrotnej do domu. Ich fascynacja przed meczem zaintrygowała mnie do tego stopnia, iż postanowiłem sam w końcu usiąść przed odbiornikiem. Już sam początek, moment w którym piłkarze wchodzili na boisko przy rozbrzmiewającym hymnie po całym Camp Nou powodował, że oczy zaczęły otwierać się szerzej a na plecach pojawiły się ciarki. Nie znałem wtedy żadnego piłkarza obydwu drużyn. Nie wiedziałem, że po boisku biegają takie legendy jak Beckham, Schmeichel, Nevile, Giggs, Kahn, Matthaus, Basler i Scholl. Nie miałem pojęcia, iż zasiadający na ławce trenerskiej Alex Ferguson i Ottmar Hitzfeld to trenerzy, którzy na zawsze wpiszą się w annały futbolowej historii. Przyrzekłem sobie w trakcie meczu, iż do zostanę wiernym kibicem drużyny, która tamtego wieczoru wzniesie puchar ku niebu. Nie spodziewałem się, że mój pierwszy mecz, jaki przyjdzie mi obejrzeć będzie tak wyjątkowy z wielu względów, a chyba najbardziej istotnym dla dziejów europejskiego futbolu jest jego przebieg w ostatnich minutach. Iście diabelska końcówka, negująca wszelkie reguły tej dyscypliny sportu. Szok i niedowierzanie towarzyszyły mi w momencie, gdy arbiter zagwizdał po raz ostatni a szala zwycięstwa obróciła się o sto osiemdziesiąt stopni w zaledwie kilka minut. Ten mecz uświadomił mnie, jak ważna w życiu jest wola walki i motywacja w dążeniu do zwycięstwa. Dwa czynniki potrafiące odmienić los rywalizacji, decydujące o tym, kto zejdzie ze sceny z tarczą, a kto na tarczy. Ta niepodważalna siła i uroda futbolu spowodowała, tamten wieczór spędzony w fotelu, jest najważniejszym momentem w mojej przygodzie z piłką nożną. Związał mnie z drużyną Czerwonych Diabłów tak mocno, że dzisiaj mój pokój jest wręcz wypełniony gadżetami z logiem Manchesteru United, a każdy mecz z udziałem moich ulubieńców jest wydarzeniem dnia. Gdy wracam co jakiś czas do tego pamiętnego finału wciąż, w przeciągu tych ostatnich minut zamieram a przez moje ciało przechodzą dreszcze. W głowie natomiast słowa angielskiego komentatora, Clive’a Tuldesley’a „Manchester United have reached the promised land!” na zawsze zostaną w mej pamięci.

  19. ~Uosiu

    16 lutego 2014 at 12:52

    „Mój pierwszy mecz Ligi Mistrzów”

    Bardzo chętnie poznam jedną osobę, jeśli oczywiście spełni moje wymagania. Nie, nie jest to ogłoszenie matrymonialne, nie zaoferuję nikomu dobrze płatnej pracy i nie chodzi o intratne interesy. Mało tego, że chcę poznać. Z radością uścisnę rękę, postawię najlepsze piwo i ze współczuciem pożegnam. Spytacie: kim ma być owa, na razie tajemnicza, osoba? Otóż, musi posiadać jedną cechę i oryginalną warstwę przeżyć. W skrócie: nigdy, przenigdy nie miała ciarek podczas słuchania Hymnu Ligi Mistrzów.

    Dobrze wiem, ze nie ma takich osób, bo kogo nie poruszy podniosła melodia, wbijająca w serce igły dobitnych emocji, motywująca zawodników i kibiców do oddania wszystkich swoich sił podczas wieczornego widowiska. Chyba tylko piłka, niemy uczestnik, zdaje się być zawsze nieporuszona wibracjami nastrojów ogarniających stadion.
    Tak było również tym razem, choć po raz pierwszy mecz wydawał mi się niezmiernie ważny, wskakując w hierarchii na najwyższy stopień podium mojej osobistej klasyfikacji. To była środa. Wtedy jeszcze nikt nie myślał o reformie zmieniającej dzień finału na sobotę. Może to i lepiej, wszak wtorki i środy na zawsze wiązać się będą z Champions League. Przyznam się szczerze, nie znam konkretnej daty. Wiem tylko, że był to maj 2002 roku, a niektórzy piłkarze mieli już w głowach Mundial w Korei i Japonii. Została jednak dwudziestka dwójka (doliczyć rezerwowych!), których myśli koncentrowały się na stadionie w Glasgow.

    Wówczas moim ulubionym zawodnikiem był Brazylijczyk, Ze Roberto. Świetna technika, doskonała zwrotność i finezja. Był zawsze trochę „z boku”, jednak na mnie robił niezwykłe wrażenie. Pech chciał, że mimo gry jego drużyny z Leverkusen w finale, on musiał zostać na trybunach. Pauza za kartki. Coś takiego, w takim momencie to musi być bolesny cios dla każdego. Paradoksalnie, najbardziej bolesny dla kibiców.
    Obok drużyny Bayeru Leverkusen, na murawę wyszła ekipa „Galcticos” z Madrytu, której niekwestionowanym liderem był Zidane. Przyznaję, nigdy nie przepadałem, zarówno za Zizou, jak i jego klubem. W ten sposób, staje się jasne za kim było moje serce, które w trakcie tego spotkania przeżywało zarówno te piękne, smutne, jak i nerwowe momenty.

    Do rzeczy! Mecz rozpoczął się bramką Raula, jednak niedługo potem odpowiedź dał, nie kto inny jak rodak Ze Roberto, Lucio, który miał stać się później jedną z gwiazd Mistrzostw Świata. To było coś nie do opisania, choć zostało jeszcze wiele minut, podczas których mogło zdarzyć się naprawdę wszystko.

    Niestety, dla mnie, zdarzyło się. Do dziś pamiętam pędzącego lewym skrzydłem Roberto Carlosa (dziś powiedzielibyśmy, że jak Usain Bolt). Jego dośrodkowanie, trochę przypadkowe, nie zapowiadało jednak chwil euforii dla fanów Realu, a grozy i rozpaczy dla ich przeciwników. Jednakże piłka, a właściwie kierujący nią Zidane, sprawił, że to co jeszcze przed sekundą wyglądało na chaotyczną grę, przybrało formę eksplozji, doprowadzającej do skrajnych emocji, budzącej żywioł, nie dający się określić nawet przez najbardziej wyrafinowane badania socjologiczne. Futbolówka znalazła się na stopie Zidane’a, a ten strzelił wprost w „okienko”, nie dając szans Hans-Jörg Buttowi.

    Przeżyłem niezwykłe doznanie. Z jednej bowiem strony, dopadło mnie coś w rodzaju złości, każącej ze smutkiem spoglądać na ekran telewizora, bez szans na pozytywną reakcję. Druga strona, wydaje mi się bardziej ciekawa. Piękno bramki, piękno chwili wzbudziło we mnie zupełnie nieoczekiwaną radość, trudną do zrozumienia, gdy się jej nie przeżyło. Fantastyczna bramka „wgniotła mnie w fotel” i pozostawiła w niezwykłej, można rzec: dziwnej sytuacji, śmiesznej pozie.

    Wynik był dla mnie rozczarowaniem. 2-1 dla Realu. Smutek, ale jednocześnie bramka, którą na zawsze będę miał w pamięci. Pochodzę z, chyba ostatniego, pokolenia, które spędzało całe dnie na boisku. O tym jak bardzo miałem ją „w głowie” (bramkę), a także moi koledzy, niech świadczy fakt, że przez wiele miesięcy trenowaliśmy na podwórku „strzał Zidane’a”, udoskonalając nasze uderzenie z woleja. Majowy wieczór ze wspaniałym meczem utkwił we mnie dość głęboko. Od tamtej chwili, gdy nikt nie słyszy, często nucę nieśmiertelną i pełną uroku melodię hymnu koronacyjnego Haendela. Tylko nikomu nie mówcie!

  20. ~Rafał G.

    16 lutego 2014 at 14:19

    Miłość do rozgrywek Ligi Mistrzów wiąże się w moim przypadku z miłością do Bayernu Monachium.
    Pierwszy mecz jaki miałem przyjemność oglądać w rozgrywkach Ligi Mistrzów miał miejsce w fazie grupowej sezonu 1997/1998 pomiędzy Besiktasem Stambuł a Bayernem Monachium. Mecz który odbył się już tyle lat temu pamiętam tak jak gdyby był rozgrywany wczoraj, pamiętam dokładnie cały przebieg tego dnia i bardzo mocno wpisał się w „dysk twardy” mojej pamięci.
    Ten pamiętny listopadowy dzień 1997 roku rozpocząłem od pójścia do szkoły. O niczym innym na lekcjach nie myślałem tylko o wieczornym meczu i zastanawiałem się dlaczego te lekcje tak długo trwają. Po przyjściu do domu ze szkoły nic naprawdę już dla mnie nie istniało tylko wieczorne spotkanie Ligi Mistrzów. Ubrałem się się w koszulkę mojego ulubionego klubu i chodziłem w niej już do końca dnia. Na kartce od bloku narysowałem logo Ligi Mistrzów, Besikasu i Bayernu. Powiesiłem w pokoju na ścianie tak aby mimo to, że byłem tego dnia w domu i mecz oglądałem w telewizji chciałem poczuć się jak bym był Stambule i mecz oglądał z trybun. Gdy do meczu było coraz bliżej moje emocje sięgały zenitu, nie mogłem wręcz doczekać się pierwszego gwizdka sędziego. Wreszcie po całym dniu czekania nadeszła godzina 20:45 i sędzia rozpoczął spotkanie. Na pierwszą bramkę nie musiałem długo czekać ponieważ padła już w 5 minucie spotkania a zdobył ją Caster Jancker. Niesamowicie się cieszyłem czułem się tak jak gdybym to ja zdobył tego gola. Drużyna której kibicowałem nie zawiodła mnie bo po 30 minutach gry Bawarczycy prowadzili z Besiktasem już 2:0 po golu Helmera. Takim wynikiem zakończyła się pierwsza połowa a ja byłem w niebo wzięty. W przerwie meczu moja Mama mierzyła sobie ciśnienie i poprosiłem ja aby zmierzyła także i mnie. Wynik zdruzgotał moja Mamę- 150/90 a miałem 12 lat. Powiedziała mi wtedy, że jak jeszcze raz będę się tak denerwował to zabroni mi oglądania meczów. Druga połowa nie była już tak emocjonująca jak pierwsza. Był tylko jeden moment gdy zawodnik Bayernu dotknął specjalnie piłkę ręką. Wtedy kłóciłem się z moim Tatą, który mówił, że powinna być czerwona kartka a ja mówiłem, ze to był czysty przypadek . Po tylu latach stwierdzam, że jednak to Tata miał wtedy rację. Sędzia pokazał tylko żółta kartkę Janckerowi. Mecz zakończył się zwycięstwem Bayernu 2:0 a ja biegałem po całym mieszkaniu krzycząc BAYERN!! Gdy położyłem się spać długo nie mogłem zasnąć i cały czas myślałem o zwycięstwie Bayernu i nie mogłem się doczekać następnego dnia aby wszystkim kolegą opowiedzieć o zwycięstwie Bayernu w Lidze Mistrzów.
    Tak zapamiętałem mój pierwszy mecz Ligi Mistrzów.

  21. jaroslawwysokinski

    16 lutego 2014 at 16:04

    Moje pierwsze, poważne emocje związane z piłkarską Ligą Mistrzów, sięgają roku 2002. Co prawda, całego jej przebiegu nie pamiętam, głównie dlatego, że miałem wówczas 9 lat i dopiero zaczynałem swój wojaż z futbolem. Z tego powodu w mojej pamięci, najbardziej utkwił mi sam finał tych elitarnych rozgrywek.

    Jak pewnie wielu pamięta, 15 maja 2002 roku, stanęły naprzeciw siebie drużyny Realu Madryt i Bayeru Leverkusen. Sympatyzowałem wtedy z drużyna hiszpańską. W zespole Królewskich grali wówczas tacy zawodnicy jak Zidane, Raul, Figo, Carlos, Makelele oraz wielu innych wyśmienitych piłkarzy. Dodam, że było to pokolenie graczy, na którym ja osobiście się wychowałem. W drużynie niemieckiej natomiast, mogliśmy oglądać m.in. Lucio, Schneidera, Ballacka czy Berbatova. Wielu z nich zrobiło później wielką karierę.
    Sam przebieg meczu był bardzo interesujący i nie brakowało w nim wielu emocji. Pierwsza bramka dla Realu wpadła po dość nietypowej akcji. Długi wyrzut z autu w stronę pola karnego i sprytny strzał Raula dał Realowi prowadzenie. Tu na chwilę chciałbym się zatrzymać. Przede wszystkim dlatego, że zdobywca bramki był wtedy moim ulubionym zawodnikiem. Raul Gonzalez był dla mnie prawdziwym asem pola karnego. Pamiętam, że gdy na Dzień Dziecka odpakowałem prezent od rodziców i ujrzałem koszulkę z napisem „Teka”, wiedziałem jakie nazwisko znajduje się na tyle trykotu. Swoją drogą, przyznam się do tego, że przez długi czas myślałem, że ta firma to „ieka”. Napastnika Realu lubiłem do tego stopnia, że po strzelonej na wf-ie bramce, naśladowałem jego słynną cieszynkę. Tylko ja, w przeciwieństwie do niego, nie miałem obrączki . Nie pamiętam za to, nie wiem dlaczego, bramki strzelonej przez piłkarzy z Leverkusen. Musiałem posiłkować się YouTube’m, żeby ją sobie przypomnieć. Być może byłem wtedy bardzo zawiedziony i to sprawiło, że gol strzelony przez Lucio wyleciał mi z głowy. Nigdy za to, nie zapomnę bramki strzelonej tuż przed przerwą, przez zawodników z Madrytu. Wolej Zidane’a to było coś pięknego. Akcja ta, wyglądała wówczas jakby była rozgrywana w zwolnionym tempie. Złożenie się do strzału Francuza, a potem uderzenie w samo okienko bramki Hansa-Jorga Butta. Notabene wiąże się z tym dosyć ciekawa sytuacja. Byłem wówczas bardzo szczęśliwy i jednocześnie, paradoksalnie… zły. Moja frustracja wiązała się z tym, że na kilka chwil przed zdobyciem bramki przez Zidane’a, mój tata wyszedł z domu do klienta. Także w momencie objęcia prowadzenia przez Real, nie było go ze mną w pokoju. Jaki ja byłem wtedy rozczarowany i niepocieszony, że on nie widział tego gola… Fakt, ktoś powie, że przecież są powtórki, ale ja w tamtym momencie chciałem się cieszyć tą bramką razem z nim. Teraz wydaje mi się to zabawne, ale wierzcie mi, wtedy byłem wściekły na tego klienta.

    Co prawda w drugiej połowie meczu bramki już nie wpadły, ale na ciekawe sytuacje, nie można było narzekać. Szczególnie pod koniec spotkania wiele wyśmienitych szans zmarnowała drużyna Bayeru Leverkusen. To co wyprawiał w pewnych momentach Casillas, przechodziło ludzkie pojęcie. Warto dodać, że wyszedł on w finale w pierwszym składzie. Od pierwszej minuty w bramce Realu bronił równie znakomity, Cesar. Trzeba jednak przyznać, że Iker, godnie zastąpił kontuzjowanego kolegę. Wreszcie doczekałem się upragnionego gwizdka sędziego, a Real Madryt sięgnął po 9 tytuł najlepszej drużyny w Europie. Vincente Del Bosque mógł wtedy śmiało powiedzieć: „Veni, Vidi, Vici”. Smaczku dodaje fakt, że od tamtej pory, drużynie ze stolicy Hiszpanii, nie udało się już sięgnąć po kolejny triumf w Lidze Mistrzów.

  22. ~ucan

    16 lutego 2014 at 17:25

    24 maj 2000 rok – mój pierwszy raz z futbolem najczystszej postaci. Wspomnienie tamtego dnia żyje we mnie do dzisiaj, a przywołanie go wzbudza we mnie nadal te same emocje.
    Do ojca przyszli koledzy na mecz, mama poszła z koleżankami na damskie ploteczki. Małe brzdące miały siedzieć w swoich pokojach. Wraz z bratem postanowiliśmy tym razem nie zrezygnować z walki o możliwość obejrzenia meczu marzeń. Za dnia biegaliśmy umorusani za piłką pod blokiem. Cała chmara chłopaków z osiedla i jedna dziewczyna – ja. Ciągle powtarzali, że się nie nadaje. Do tego sportu trzeba być facetem, mieć tężyznę, siłę, inaczej nie da rady! Nieustępliwie nie rezygnowałam i biegałam na wariata w poprzek boiska, a jak już dostałam podanie to czułam się jak król życia. Dziecinne przyjemności dnia codziennego w brzydkich, podlaskich blokach.
    Uknuliśmy z bratem chytry plan i zaszantażowaliśmy tatę – albo możemy obejrzeć z Twoimi kolegami mecz, albo naskarżymy mamie, że zamiast nas pilnować piłeś z kolegami piwo! Tata się tylko uśmiechnął, pokiwał znacząco do przyjaciół i zrobił nam miejsce na kanapie. Powiedzieli nam, że trafiliśmy na mało ciekawy finał Ligi Mistrzów pomiędzy hiszpańskimi drużynami – Realem Madryt i Valencią.
    Rzeczywiście w porównaniu z oglądanymi przeze mnie później finałami ten miał obstawę dość mizerną. Pokiereszowany Real właściwie bez wielkich gwiazd w składzie. Wystarczy przypomnieć skład Królewskich na tamten mecz: Casillas – Carlos, Campo, Helguera, Karanka, Salgado – Redondo, McManaman – Raul – Anelka, Morientes. Drużyna wyjątkowo nie rozświetlająca piłkarskim bogactwem. Naprzeciwko Valencia, solidni wyjadacze. Mecz tendencyjny, wcale nie był porywający. Morientes otworzył wynik spotkania w pierwszej połowie, w drugiej wynik podwyższył świetnym strzałem ze skraju pola karnego McManaman. Ostatni gol wyrył się w pamięci do dzisiaj – ten rzut rożny dla rozbitej Valenci i natychmiastowe podanie do Raula, który gnał z piłką przez pół boiska by zakończyć spotkanie golem idealnym.
    Ojciec z kolegami pili swoje piwo i komentowali, że oprócz goli to właściwie na stadionie w Paryżu nic się szczególnego nie działo. Brat też był zrezygnowany i szybko zasnął. A mój świat stanął i zmienił trajektorię. Od tamtej pory pokochałam futbol subtelny tworzony przez zgrany kolektyw. Doceniłam piękno wyrachowanych podań i poukładanej taktyki. Za ten gol po rożnym pokochałam też Raula i cały Real, który wydał mi się uosobieniem istoty sportu drużynowego – wygrać możesz tylko tworząc jedność.
    Od tamtej pory tata zawsze robi mi miejsce na kanapie, a ja zawsze przyjeżdżam do domu na finał Ligi Mistrzów ;-).

  23. ~Kuba

    16 lutego 2014 at 18:03

    Jakże wyeksploatowana już pewna recepta na filmowy sukces wg. Alfreda Hitchkoka idealnie pasuje to jednego z moich pierwszych świadomych spotkań z Ligą Mistrzów. Istnym kibicowskim ‘trzęsieniem ziemi’ był mecz pomiędzy Manchesterem United a Realem Madryt w 2003 roku na stadionie Old Trafford. Z każdym kolejnym wtorkowym i środowym wieczorem napięcie tylko rosło.
    Nie wiem czy w przeciągu ostatnich dwudziestu, trzydziestu laty madrycki klub mógł pochwalić się silniejszym składem. W tamtym okresie Królewscy w idealny sposób łączyli piłkarzy mniej stawianych na świeczniku, którzy w pocie czoła pracowali na sukcesy we wcześniejszych latach oraz ‘galcticos’, zawodników dbających by widzowie nie mogli oderwać oczy od boiska nawet na ułamek sekundy. Makelele biegał w “białych rękawiczkach” kradnąc z przed nóg piłki, a raczej zabierając swoją własność, nawet najbardziej twórczym przeciwnikom. Na drugie połowie boiska ze spokojem czekał już Zidane, by móc kręcić w nieskończoność swoje ‘kółeczka’. Obok niego na kolejne podania od Cambiasso czy Helguera czekali zdobywcy Złotych Piłek, mistrzowie świata i legendy hiszpańskiego futbolu. Każdy miał swój unikatowy styl. Każdy równie często znajdował się na okładkach, nie tylko sportowej prasy, całego świata.
    Dla Czerwonych Diabłów tamten rok również okazał się końcem pewnej epoki. Bardzo ostatnio popularne, za sprawą filmu ‘Class of 92’, pokolenie brytyjskich piłkarzy, ‘dzieciaków Fergusona’, zakończyło swój wspólny żywot po sezonie za sprawą ucieczki Davida Beckhama. Nie gdzie indziej jak do… hiszpańskiego Realu. Przyszły ‘galacticos’ pożegnał się z angielskim boiskami zdobywając w ostatnie kolejce Premier League bramkę z Evertonem, a po kończącym gwizdku mógł wnieść w górę puchar za zasłużone mistrzostwo kraju. Jego pożegnalny mecz w czerwonej koszulce z siódemką na plecach w europejskich pucharach wypadł jeszcze bardziej zjawiskowo.
    Prolog. Real był w znakomitej formie. Real wydawał się nie do zatrzymania.Jeżeli najlepsza drużyna w Europie kupuje najlepszego piłkarza globu to jej cel na nadchodzący sezon wydają się mało skomplikowane. W pierwszym ćwierćfinałowym meczu Królewscy starali się zrobić wszystko by bilety na rewanżowe spotkanie na Old Trafford sprzedały się w jak najmniejszym nakładzie. Przez pewien czas na tablicy wyników widniało 3:0 dla gospodarzy, jednak dla dobra widowiska holenderski supersnajper strzelił honorową bramkę w 52. minucie i podtrzymał szanse Czerwonych Diabłów na awans.
    Zaraz po wyciągnięciu karteczek z nazwami klubów cała piłkarska Europa oczekiwała na pojedynek prawdziwych mistrzów. Mało który z kibiców obraziłby się, gdyby właśnie tak wyglądał finał tamtego sezonu, który odbył się również w Teatrze Marzeń. Stanęły przed sobie dwie na pozór perfekcyjne drużyny. Obie zajmowały pozycje lidera w dwóch najlepszych ligach świata. Obie zresztą zakończyła sezon z mistrzowskim tytułem. Większość z zawodników, którzy wybiegli na boisko 23. kwietnia, znało smak triumfu w europejskich pucharach. Nawet ławki rezerwowych pękały w szwach od wielkich gwiazd, tak kochanych przez Ligę Mistrzów. Obiema jedenastkami dyrygowali specjaliści, znających się jak mało kto na swoim fachu. Po jedne stronie sir Alex Ferguson, żywa legenda kluby, który w klubowej piłce już wtedy osiągnął wszystko co było to osiągniecią. Po stronie madryckiej wyśmienity Vicente del Bosque. Pomimo, że największy sukces w karierze święcił siedem lat po tym spotkaniu, to już mógł pochwalić się triumfami w krajowych i międzynarodowych rozgrywkach. UEFA widząc niepowtarzalną aurę tego spotkania wyznaczyła na mecz prawdziwego sędziowskiego bożyszcza, szerzej znanego jako Pierluigi Collina. Jedyna osoba biegająca z gwizdkiem po boisku, która mogła zabrać całe show, nawet najlepszym piłkarzom świata.
    Nie obyło się też bez wyjątkowych podtekstów, które kocha każdy szanujący się kibic. David Beckham jeszcze kilka tygodni wcześniej biegał po murawie z twarzą w żaden sposób nie nadającą się na billboard, z którego zazwyczaj uśmiecha się do nas Anglik. Jego łuk brwiowy został bardziej lub mniej przypadkowo potraktowany butem prze szkockiego managera po kolejnym przegranym meczu. Mąż jeden ze Spice Girls, jeżeli dalej chciał zachować swój idealny uśmiech, miał tylko dwie ścieżki ucieczki: Barcelonę i Madryt. W ten środowy wieczór mogło się wszystko rozstrzygnąć.
    W pierwszym składzie rewanżowego meczu nie ujrzeliśmy przyszłego dezertera. Obrażony manager Czerwonych Diabłów, w obawie przed brakiem jego zaangażowania, nie wystawił Anglika. Kto wie jakim wynikiem zakończył by się mecz, gdyby nie ta bojaźliwość Szkota.
    Real od początku dominował. Jednak po każdym golu ‘siadał’ i dawał pole do popisu Manchesterowi, który za każdym razem odpowiadał bramką. Aż do 63. minuty. Nie widziałem wszystkich meczów Beckhama, zapewne nie widziałem ich nawet małej części, ale to ostanie pół godziny spotkania musiało być jego najlepszym występem w karierze. Przy wyniku 2-3 dla madryckiego klubu, jako jedyny na całym stadionie wierzył jeszcze w możliwość odwrócenia losów spotkania. Nawet sędzia techniczny, widząc jego zaangażowanie, przypisał mu samobójczą bramkę Hierro. Albo po prostu zlitował się nad Hiszpanami, nie chcąc upokarzać ich kolejnym ‘swojakiem’. Nie obyło się również bez perfekcyjnie wykorzystanego rzut wolnego, którym Beckham oficjalnie podpisał się pod tym spotkaniem.
    Epilog. Okazało się, że jeden ‘galacticos’ to dla Manchesteru za mało. Końcowy wynik 4-3, dla Anglików, promował do półfinału hiszpańską drużynę. Real miał przełamać włoską dominacje (trzy drużyny w półfinale), ale poległ już przy pierwszym pojedynku z Juventusem, który zresztą okazał się pogromcą hiszpańskich klubów za sprawą wyeliminowania Barcelony we wcześniejszej fazie rozgrywek.
    Po ostatnim gwizdku kamery zarejestrowały symboliczną scenę. Dwóch wielkich liderów, dwóch wielkich potęg, wymienia się koszulkami. David Beckham obściskujący się z Zinedine Zidane. Kilka miesięcy później Anglik mógł już osobiście oddać koszulkę Francuzowi w Madrycie.

  24. ~marcin

    14 maja 2015 at 17:49

    brawo Juve

Zostaw odpowiedź