Liga Mistrzów. Droga do finału

I za to kocham Ligę Mistrzów! Że wyzwala Was właśnie takie emocje i wspomnienia, z którymi się podzieliliście. Wszystkie są ujmujące, w większości jest ta odrobina magii, nawet w jednym zdaniu, słowie. To nie przypadek, że kilkakrotnie pojawiło się określenie „spełnione marzenie”. Mogłem nagrodzić tylko pięć prac (niektóre to małe opowiadania albo minieseje – zobaczcie zresztą sami). Ktoś dzięki finałowi Ligi Mistrzów uniknął życiowej pomyłki;), ktoś opisuje spełnienie podczas pierwszego meczu obejrzanego z trybun, ktoś oddaje hołd dziadkowi, z którym oglądał mecze… Piękne historie i jestem z Was dumny.

Na pewno to nie ostatni konkurs literacki przy okazji tej edycji, z każdym potwierdzacie, że warto je robić. Poproszę zwycięzców o mejle z adresem, a beczki ruszą w drogę. Wy wszyscy zaś możecie wyruszyć w „Drogę do finału”, biorąc udział w konkursie pod tą nazwą na www.liga.heineken.pl

Przypominam też że dziś (wtorek) i jutro (środa) o 20.00 na eurosport.onet.pl i przegladsportowy.pl pierwsze Studio Ligi Mistrzów na żywo „Drogę do finału” – moimi gośćmi będą Maciej Szczęsny i Jakub Rzeźniczak. Zanosi się, że 1/8 finału zacznie się od trzęsienia ziemi, nawet jeśli rację ma Jose Mourinho, zarzucając Barcelonie, że ma najsłabszą drużynę od lat to na Etihad zagrają dwie drużyny kochające ofensywny styl gry, wierne swej filozofii, mający w składach najlepszych piłkarzy, jacy grają w naszych czasach, i trenerów, którzy wiedzą o sobie wszystko. Na pewno będzie się działo i moim zdaniem ten dwumecz nie ma faworyta…

Oto wyróżnione notki:

scv78
AC Milan – Liverpool FC, 2005

Z tamtym majem wiązałem wielkie nadzieje. Ponieważ udało mi się załatwić piękną żaglówkę na Jeziorze Solińskim, udało się zebrać na tą łódkę fajną ekipę, udało się uzyskać tydzień urlopu, udało się wstrzelić z tym urlopem w naprawdę piękną pogodę, a przede wszystkim – udało się zwabić w to wszystko pewną Anię, dookoła której od mniej więcej dwóch miesięcy odbywałem taniec godowy, co jak dla mnie stanowiło dostateczny dowód na istnienie Boga, co z kolei prowadzi do prostej konkluzji, że ateizm to nie stan wiary, a kwestia braku endorfiny.
Przez kolejne cztery dni – tokowałem. Uczęszczałem na dyskoteki, udawałem że interesuję się sztuką nowoczesną, teatr owszem, filharmonia – przy każdej okazji, alkohole – umiarkowanie, jeśli już to wina, z zapałem twierdziłem, że dzień bez Wisławy Szymborskiej jest dniem straconym, kłamałem, że uwielbiam patrzeć nocą w gwiazdy i że jestem prawdziwym fanatykiem długich spacerów. Jednym słowem robiłem takie rzeczy, że każdy cietrzew w trakcie rui mógłby do mnie mówić „mistrzu”. Ale warto był, gdyż owa Ania z każdym kwadransem miękła i stawała się coraz bardziej spolegliwa. Zwieńczeniem mojego bezwzględnego dążenia do zespolenia była środowa dyskoteka, w trakcie której udało się uzyskać zapewnienie iż moje starania zostały dostrzeżone, zaś anine oko stało się mi przychylne, na co wysunąłem propozycję, by może udać się wcześniej na łódkę i na ten przykład posprzątać kambuz (młodzież w tym momencie powinna robić notatki – przyp. scv). Ania się uśmiechnęła i powiedziała, żebym poszedł pierwszy, zrobił klimat, zaś ona dotrze za pół godziny gotowa na … właściwie cokolwiek tu napiszę – czy to będzie wytrzepanie dywaników, starcie kurzy, czy polerowanie kryształów – zabrzmi bardzo dwuznacznie, wiec poprzestańmy na wielokropku.
Drogę powrotną przebyłem pół metra nad ziemią, zastanawiając się, skąd wezmę świeczki, błękitny ser pleśniowy i płyty Chrisa de Burgha (młodzież – notatki, przyp. scv), zaś oczyma wyobraźni widziałem naszą 9 metrową Sportinę noszącą dumną nazwę „Chwała Przodkom” rozkołysaną niby podczas białego szkwału, pomimo totalnej flauty.
Ale bóg niżu demograficznego zagiął na mnie parol i postawił na mojej drodze budkę bosmanatu z wyłączonym telewizorem. Wyłączonym, ale działającym. Włączyłem – Liverpoo lwłaśnie przegrywał z Milanem 0-3 i zdawał się nie istnieć. Bardzo mnie to ucieszyło – wprawdzie kibicowałem angolom, ale wynik sugerował że bez dylematów będę mógł powrócić na kurs kolizyjny z Anią, bez zawracania sobie głowy rzeczami tak błahymi jak jakieś jednostronne widowisko. W międzyczasie pojawił się bosman, z którym wymieniłem kilka zwyczajowych uprzejmości i zaczęła się druga połowa. Doszedłem do wniosku, że łódka w gruncie rzeczy nie potrzebuje żadnych specjalnych przygotowań. Gola Smicera przyjęliśmy wprawdzie bez emocji, ale gdy chwilę później poprawił Gerrard, to wrzasnęliśmy z radości, na co przybiegło trzech kolesi grillujących na kei, zaś ja sobie pomyślałem, że świeczki można odpuścić, gdyż na jachtach zabrania się trzymania otwartego źródła ognia, a zamiast puszczać Chrisa de Burgha mogę jej zanucić „Hiszpańskie dziewczyny”. Chłopaki od grilla zobaczyli, że jest mecz, więc pobiegli po piwo i kiełbaski, na co Xabi Alonso strzelił trzeciej bramkę dla Liverpoolu, na co ja z bosmanem wrzasnęliśmy z radości, na co chłopaki od grilla szybko wrócili bez kiełbasek i piwa, po czym wściekli się i powiedzieli, że możemy sami iść po kiełbaski i piwo, gdyż jak tylko oni spuszczają oko z telewizora, to się dzieją rzeczy epokowe. No to poszliśmy po te kiełbaski i piwo, przy czym ja sobie pomyślałem, że opędzluję swoją Anię ciepłą herbatą i że skoro babki będące przedmiotem zakochania tak bardzo lubią ser z pleśnią, to być może uda mi się znaleźć coś zepsutego do jedzenia.
Gdy wróciliśmy do bosmanki, to okazało się, że nikt w międzyczasie nie dokonał rzeczy epokowych, ale za to przybyła tam już cała masa chłopów, zaś przyniesione przez nas piwo i kiełbaski są ledwo jednymi z licznych. Gdybym się chciał wtedy nad tym zastanawiać, to pewnie pomyślałbym, że znamy się z Anią stanowczo zbyt krótko, aby decydować się na pochopne pożycie pod pokładem „Chwały Przodkom” (młodzież notuje i podkreśla na czerwono!), ale się nie zastanawiałem – bez jaj, na ekranie działy się rzeczy epokowe, a Ani biust kwalifikował się ledwo do kategorii bardzo ładny, bez ambicji na „monumentalny” czy przynajmniej „epicki”.
O meczu mówił nie będę – jeśli na tym blogu są tacy, którzy nie wiedzą co było dalej, to znaczy że się pomylili i żeby trafić na blogi modowe to trzeba w guglach wklepać „Kasia Tusk”. Grunt, że wypiłem ocean piwa, zjadłem kontynent kiełbasek i ściskałem się z obcymi, spoconymi facetami, gdyż okazało się, że każdy od początku kibicował Liverpoolowi i nikt ani przez chwilę nie dopuszczał do siebie myśli że 0-3 to koniec ścieżki.
Chwiejąc się jak te maszty co miały się chwiać ugięte siłą mojego zaniązespolenia, dotarłem na naszą Sportinę, rozgarnąłem na boki obydwie pikujące ku mnie burty i szturchnąłem śpiącą Anię na znak że już jestem. Potem jeszcze streściłem jej przebieg drugiej połowy, pokazując jak – autocytuję – „Dudek wygrał, bo kręcił dupką”, swoje słowa obrazując układem choreograficznym, równie dobrze mogącym stanowić brawurowe odegranie scenki „Mężczyzna operuje sześcioma hula-hop jednocześnie”, oczekując że Ania ze zrozumieniem się uśmiechnie i powie „Ach, to stąd to spóźnienie! Ale nieważne, powiedz mi tylko jeszcze jak zagrał Maldini i obejmij mnie, na objęciu nie poprzestając, ach”.
Ania nie sprostała oczekiwaniom. W prostych, żołnierskich słowach wyraziła rozczarowanie okruszkami na pokładzie, brakiem świeczek, brakiem wina, brakiem sera pleśniowego, brakiem Chrisa de Burgha i brakiem mnie, przy czym to ostatnie jest najmniej istotne, gdyż jestem – i tu znów powracamy do nomenklatury kojarzącej się z zasadniczą służbą wojskową i problemami finansowymi polskiej armii, sprawiającymi, że żołnierze zamiast na poligonie, czas trawili na czyszczeniu toalet w koszarach.
Wyjazd ten uświadomił mi, że nie powinienem się wiązać z Anią. Różnił nas cały system wartości, ja byłem dobry, a ona zła.

M
Manchester United – Arsenal, 2009

Mój pierwszy a zarazem jedyny mecz Ligi Mistrzów obejrzany na żywo, wspominam z wielkim sentymentem. Może dlatego, że był pierwszy, a może dlatego, że zadałem sobie wiele trudu żeby go zobaczyć. 29 kwietnia 2009 r., półfinał Ligi Mistrzów, Old Trafford, Manchester United – Arsenal Londyn. Pierwszy problem, to jak zdobyć bilet. Manchester United miał wtedy porozumienie z platformą Viagogo. Posiadacze karnetów mogli za jej pośrednictwem sprzedać bilety żeby tacy osobnicy jak ja mieli możliwość je kupić.
Oczywiście, łatwo się mówi, bilet nawet jeśli się na Viagogo pojawiał znikał w kilka sekund. Zatem na trzy dni przed meczem siedziałem całą niedzielę na Viagogo odświeżając stronę i czekając na szansę. W końcu po paru godzinach udało się! Należy się tu wyjaśnienie, że po pojawieniu się biletu w sprzedaży, trzeba było go kupić w ciągu 10-15 sekund, żeby ktoś nie okazał się szybszy.
Pracowałem wtedy w Irlandii na nocną zmianę, trzy dni przed meczem nie było szansy żeby wziąć urlop. Nie zamierzałem się jednak tym przejmować. Dogadałem się ze zmiennikiem, że w środę w nocy się spóźnię dwie godziny i temat był załatwiony.
W środę o 7.00 rano skończyłem pracę i wyruszyłem na mecz. Nie było o tej porze połączenia do Manchesteru zatem poleciałem do Londynu. Stamtąd zamierzałem pojechać pociągiem do miasta docelowego lecz uznałem, że nie ma czasu. Musiałem się przecież wyspać po całej nocy w pracy. Więc wsiadłem w samolot i po czterdziestu minutach byłem już w Manchesterze. Tam miałem zarezerwowany pokój, przespałem się i wyruszyłem na stadion. Niestety, nie przewidziałem, że będą takie korki a ja jeszcze musiałem odebrać bilet. W końcu spóźniony jakieś pięć minut wszedłem na stadion. Żałuję, że nie mogłem usłyszeć na żywo hymnu Ligi Mistrzów. Manchester miał wtedy świetną drużynę. Van der Sar, Vidić, Ferdinand, Evra, Ronaldo, Rooney, Tevez, na rezerwie Giggs i Barbatov. No i sir Alex Ferguson. W Arsenalu Fabregas, Nasri , Walcott, Adebayor, jeszcze bez Szczęsnego w bramce.W 17 minucie John O’Shea dał prowadzenie gospodarzom, udało mi się uwiecznić ten moment na filmie. Jak pamiętamy rezultat nie uległ już zmianie, ale mecz był świetnym przeżyciem.
Po zakończeniu spotkania trzeba było szybko wracać do Irlandii do pracy. A razem ze mną wychodziło ponad 70 tysięcy osób. Biegłem w morzu ludzi by złapać taksówkę i zdążyć na samolot. Udało mi się dotrzeć na lotnisko na czas i około pierwszej w nocy byłem już pracy. W tamtym sezonie miałem jeszcze przyjemność świętować na Old Trafford zdobycie osiemnastego mistrzostwa Anglii. Również po meczu z Arsenalem tym razem zakończonym wynikiem 0-0, ale to już opowieść na inną okazję

Michał
Borussia Dortmund – Juventus Turyn, 1997

Przygodę ze świadomą Ligą Mistrzów zacząłem z wysokiego „C”, bo od razu od finału. Mecz Borussia (jeszcze wtedy nie określana mianem „polskiej”  ) kontra Juventus. Przed telewizorem dwuosobowy skład: ja, mały chłopczyk, spędzający popołudnia na zdzieraniu kolan i pogonią za marzeniem o karierze piłkarza oraz mój starszy brat, wielki wielbiciel sportowy, interesujący się chyba każdą dyscypliną, od piłki nożnej, przez siatkówkę, po darta czy bule francuskie włącznie… Rok 1997, końcówka pierwszej klasy szkoły podstawowej, dwa dni do moich ósmych urodzin, telewizor UNITRA w drewnianej obudowie z sześcioma przyciskami do przełączania kanałów, który od czasu do czasu trzeba było stuknąć jak przestawał nadawać sygnał. To, że akurat były dwa dni do moich urodzin pamiętam doskonale, ponieważ mama raz po raz kazała mi iść już spać, bo przecież: „jutro masz na rano do szkoły!”. Bronił mnie wtedy starszy brat, który notabene namówił mnie do oglądania tego meczu, używając przeciwko mamie argumentu o zbliżających się urodzinach… Udało się przekonać mamę więc zaczynamy oglądać. Ja w łóżku, w piżamie i pod kołdrą, on w wygodnym fotelu. Nie pamiętam za kim był mój brat, ja natomiast byłem bez stronniczy. Pierwsze dwie bramki dla Dortmundu gdzieś wyparowały z biegiem czasu z mojej głowy. Dopiero włączając filmik z tego meczu, coś w głowie zaczyna wracać. Bramkę na 2:1, którą strzelił Del Piero pamiętam już jednak doskonale. Piękny, magiczny gol. Po tej bramce już chyba lekko brało mnie na sen, bo obudził mnie krzyk komentatora (nie pamiętam, nie sprawdzałem, ale jestem niemal pewien że Pana Darka) po zdobyciu gola przez Larsa Rickena. Jak otworzyłem oczy piłka była już w siatce, jednak pamiętam powtórki tego niesamowitego loba niemieckiego chuderlaka. Choć już ledwo wygrywałem walkę ze snem, co chwilę dobudzał mnie brat, żebym wytrzymał i zobaczył koronację. Warto było czekać, chwila którą pamiętam do dziś. Wznoszony puchar, który widziałem pierwszy raz. Hymn Ligi Mistrzów, który tego dnia pierwszy raz świadomie usłyszałem. Kolejne edycje Ligi Mistrzów zacząłem oglądać już samodzielnie, bez namawiania przez brata. Finał z 1997r. to też masa wspomnień dotyczących piłkarzy obu drużyn. Po jednej stronie Sammer, Moller, Chapuisat, po drugiej Peruzzi, Zidane, Vieri, Del Piero. Po jakimś czasie miałem plakaty (z Brawo Sport? ) obu drużyn sprzed finału, które dumnie wywiesiłem na drzwiach swojego pokoju. Ten mecz był początkiem mojej przygody z oglądaniem Ligi Mistrzów, która trwa do dziś, a zapewne będzie trwała do końca mojego życia. Chciałbym kiedyś dla swojego synka/bratanka (bo młodszego rodzeństwa nie mam) zapewnić takie wspomnienia dotyczące Ligi Mistrzów, jak brat zapewnił mi! I z pewnością do tego będę dążył…

bond.james-bond
Inter Mediolan – Bayern Monachium, 2010

Krzysztof Krawczyk. Od kiedy pamiętam w domu mojego dziadka usłyszeć można było „Parostatkiem w piękny rejs”, „Ostatni raz zatańczysz ze mną” czy „Chciałem być”. Tę ostatnią piosenkę znałem na pamięć, choć muszę przyznać, że czasem zdarzało mi się celowo zmieniać jej słowa. I tak zamiast „chciałem być marynarzem” w mojej głowie roiło się „chciałem być piłkarzem”, dalej już nawet się zgadzało, bo i „podróżować, zwiedzać świat” i „pięknie żyć, garściami życie brać” ściśle wiązały się z wizją 10-11 letniego chłopaka na temat kariery piłkarza. Dziś pewnie równie istotnymi słowami byłyby „i wiele pięknych, pięknych kobiet znać”, ale wtedy?

Jedynymi momentami kiedy Krzysztof Krawczyk przegrywał z rzeczywistością i usuwał się w bok były mecze. Z dziadkiem oglądałem dużo piłki. Lubił ją tak samo jak Krawczyka. U mnie proporcje były trochę inne. Podśpiewywałem sobie co prawda „jak minął dzień”, ale o wiele bardziej lubiłem nucić hymn Ligi Mistrzów i czekać na Dariusza Szpakowskiego „gdy głos jego brzmiał jak szum ‚Blue Hawai’”. Akurat tak się składało, że ważniejsze mecze oglądałem razem z dziadkiem, nie mieszkał daleko, więc nie było problemu z dotarciem na miejsce. Do (naj)ważniejszych meczów zaliczam finały Ligi Mistrzów, więc z dziadkiem obejrzałem i cudownego woleja Zidane’a w 2002 roku przeciwko Bayerowi i wspaniały powrót Liverpoolu 3 lata później. Dziadek po tym meczu stwierdził, że „noc za krótka na sen” i miotał się po domu, jakby był uosobieniem słów „gdzieś by się szło, coś by się chciało, już prawie noc; a mnie wciąż mało; i nosi mnie po mieście, czort wie, gdzie…”. Jestem pewien, że tamtego dnia żyło mu się dobrze. Obejrzałem z nim 11 finałów Ligi Mistrzów, ale od kilku lat wynik ten stanął w miejscu. Na zawsze. MÓJ PIERWSZY MECZ LIGI MISTRZÓW będący finałem bez dziadka oglądałem w 2010 roku. Zabrakło jego, ale nie zabrakło Krzysztofa Krawczyka. Kto by pomyślał, że zatęsknię za panem Krzysztofem. Znałem wszystkie jego piosenki, ale przecież nigdy nie słuchałem ich sam, zawsze to dziadek włączał, a ja byłem tylko biernym słuchaczem. 22 maja 2010 roku jednak musiałem. Musiałem znów posłuchać „Rysunku na szkle”, „Byle było tak” i kilku innych klasyków gatunku. I wspomnienia ożyły.
Na murawę Estadio Santiago Bernabeu wyprowadził piłkarzy Interu i Bayernu Howard Webb, który dla Polaków był jak ten „przyjaciel” z piosenki, który dostał gitarę, dostał samochód, ale żonę wziął sobie sam. W mecz dobrze wszedł Arjen Robben. W 10 minucie przeprowadził akcję w swoim stylu. Urwał się obrońcy na prawym skrzydle, a następnie serią trudnych do przewidzenia zwodów na zamach dośrodkował w pole karne, ale piłkę w ostatniej chwili zdołali wybić obrońcy. Inter szybko odpowiedział dwoma rzutami wolnymi Sneijdera, a mi w głowie układały się wersy „i przegoń stres i przegnaj strach; spróbuj się dopatrzyć w życiu jasnych barw”. Tak zagrał Inter już do końca. W 35 minucie piłkę z własnego pola karnego wybijał Julio Cesar, głową piłkę do Sneijdera zgrał Milito, a najlepszy piłkarz tamtego roku dobrze wiedział, co należy zrobić w takiej chwili i momentalnie trącił piłkę do rozpędzonego niczym „parostatek w piękny rejs” Diego Milito. Raz, dwa i piłka w bramce. „Zatańczysz ze mną jeszcze raz” zdawał się mówić do Martina Demichelisa jego rodak ciesząc się po strzeleniu gola. Diego słowa dotrzymał w drugiej połowie, z tym że jego kolega z reprezentacji znów pogubił kroki i mógł tylko pocieszać się nucąc pod nosem „już nie zmienisz teraz nic; nie przewidział tego nikt; że nasz niezwykły sen; jak mgła rozpłynie się.” Z tym „nie przewidział tego nikt”, to panie kolego Demichelis bym jednak nie przesadzał. Prawdziwą furorę następnego dnia robił esemes Mourinho do Marco Materazziego wysłany w odpowiedzi na pytanie Włocha „i jak Bayern, trenerze?”. Oglądający właśnie ostatnią kolejkę Bundesligi Portugalczyk odpisał „wygramy 2-0”. Toteż głupio było jeszcze coś w tym meczu strzelać. Odgryzać za to próbował się Bayern, który ewidentnie nie przyłożył się do rozpracowania przeciwnika nie znając tak kluczowych tajemnych esemesów! A tak „nadziei iskra błysła w nas i zgasła w nas, jak niepotrzebna łza”, których nie zabrakło po końcowym gwizdku. Choć zapewne tego wieczora najbardziej płakał wspomniany Materazzi, który kilka godzin później w katakumbach stadionu w Madrycie nie mógł pogodzić się z decyzją Jose Mourinho o odejściu z Interu. Trener tylko objął zapłakanego Włocha i zdaje się, że szepnął do ucha „choć nam będzie siebie brak; choć poznamy ciszy smak; nie cofnie czasu nikt; gdy w oczy zajrzy świt; podzielimy świat na pół; pogubimy resztki słów; i zanim minie dzień; zapomnieć zdążysz mnie”. I to była jedyna pomyłka „The Special One” tego dnia. Nikt nie zdołał zapomnieć o Mou w Mediolanie.

A ja? A ja czułem lekką pustkę oglądając pierwszy finał Ligi Mistrzów w życiu bez mojego dziadka. Uczucie to łagodził Krzysztof Krawczyk. Łagodzi do dziś.

Uosiu
Real Madryt – Bayer Leverkusen, 2002

Bardzo chętnie poznam jedną osobę, jeśli oczywiście spełni moje wymagania. Nie, nie jest to ogłoszenie matrymonialne, nie zaoferuję nikomu dobrze płatnej pracy i nie chodzi o intratne interesy. Mało tego, że chcę poznać. Z radością uścisnę rękę, postawię najlepsze piwo i ze współczuciem pożegnam. Spytacie: kim ma być owa, na razie tajemnicza, osoba? Otóż, musi posiadać jedną cechę i oryginalną warstwę przeżyć. W skrócie: nigdy, przenigdy nie miała ciarek podczas słuchania Hymnu Ligi Mistrzów.

Dobrze wiem, ze nie ma takich osób, bo kogo nie poruszy podniosła melodia, wbijająca w serce igły dobitnych emocji, motywująca zawodników i kibiców do oddania wszystkich swoich sił podczas wieczornego widowiska. Chyba tylko piłka, niemy uczestnik, zdaje się być zawsze nieporuszona wibracjami nastrojów ogarniających stadion.
Tak było również tym razem, choć po raz pierwszy mecz wydawał mi się niezmiernie ważny, wskakując w hierarchii na najwyższy stopień podium mojej osobistej klasyfikacji. To była środa. Wtedy jeszcze nikt nie myślał o reformie zmieniającej dzień finału na sobotę. Może to i lepiej, wszak wtorki i środy na zawsze wiązać się będą z Champions League. Przyznam się szczerze, nie znam konkretnej daty. Wiem tylko, że był to maj 2002 roku, a niektórzy piłkarze mieli już w głowach Mundial w Korei i Japonii. Została jednak dwudziestka dwójka (doliczyć rezerwowych!), których myśli koncentrowały się na stadionie w Glasgow.

Wówczas moim ulubionym zawodnikiem był Brazylijczyk, Ze Roberto. Świetna technika, doskonała zwrotność i finezja. Był zawsze trochę „z boku”, jednak na mnie robił niezwykłe wrażenie. Pech chciał, że mimo gry jego drużyny z Leverkusen w finale, on musiał zostać na trybunach. Pauza za kartki. Coś takiego, w takim momencie to musi być bolesny cios dla każdego. Paradoksalnie, najbardziej bolesny dla kibiców.
Obok drużyny Bayeru Leverkusen, na murawę wyszła ekipa „Galcticos” z Madrytu, której niekwestionowanym liderem był Zidane. Przyznaję, nigdy nie przepadałem, zarówno za Zizou, jak i jego klubem. W ten sposób, staje się jasne za kim było moje serce, które w trakcie tego spotkania przeżywało zarówno te piękne, smutne, jak i nerwowe momenty.

Do rzeczy! Mecz rozpoczął się bramką Raula, jednak niedługo potem odpowiedź dał, nie kto inny jak rodak Ze Roberto, Lucio, który miał stać się później jedną z gwiazd Mistrzostw Świata. To było coś nie do opisania, choć zostało jeszcze wiele minut, podczas których mogło zdarzyć się naprawdę wszystko.

Niestety, dla mnie, zdarzyło się. Do dziś pamiętam pędzącego lewym skrzydłem Roberto Carlosa (dziś powiedzielibyśmy, że jak Usain Bolt). Jego dośrodkowanie, trochę przypadkowe, nie zapowiadało jednak chwil euforii dla fanów Realu, a grozy i rozpaczy dla ich przeciwników. Jednakże piłka, a właściwie kierujący nią Zidane, sprawił, że to co jeszcze przed sekundą wyglądało na chaotyczną grę, przybrało formę eksplozji, doprowadzającej do skrajnych emocji, budzącej żywioł, nie dający się określić nawet przez najbardziej wyrafinowane badania socjologiczne. Futbolówka znalazła się na stopie Zidane’a, a ten strzelił wprost w „okienko”, nie dając szans Hans-Jörg Buttowi.

Przeżyłem niezwykłe doznanie. Z jednej bowiem strony, dopadło mnie coś w rodzaju złości, każącej ze smutkiem spoglądać na ekran telewizora, bez szans na pozytywną reakcję. Druga strona, wydaje mi się bardziej ciekawa. Piękno bramki, piękno chwili wzbudziło we mnie zupełnie nieoczekiwaną radość, trudną do zrozumienia, gdy się jej nie przeżyło. Fantastyczna bramka „wgniotła mnie w fotel” i pozostawiła w niezwykłej, można rzec: dziwnej sytuacji, śmiesznej pozie.

Wynik był dla mnie rozczarowaniem. 2-1 dla Realu. Smutek, ale jednocześnie bramka, którą na zawsze będę miał w pamięci. Pochodzę z, chyba ostatniego, pokolenia, które spędzało całe dnie na boisku. O tym jak bardzo miałem ją „w głowie” (bramkę), a także moi koledzy, niech świadczy fakt, że przez wiele miesięcy trenowaliśmy na podwórku „strzał Zidane’a”, udoskonalając nasze uderzenie z woleja. Majowy wieczór ze wspaniałym meczem utkwił we mnie dość głęboko. Od tamtej chwili, gdy nikt nie słyszy, często nucę nieśmiertelną i pełną uroku melodię hymnu koronacyjnego Haendela. Tylko nikomu nie mówcie!

Oraz wyróżnienie książkowe dla ucan (w mejlu ustalimy jaka to będzie pozycja;) jedynej dziewczyny w tym towarzystwie i tamtym, podczas oglądanie pierwszego meczu LM, także za współpracę z bratem…

ucan
Real Madryt – Valencia, 2000

24 maj 2000 rok – mój pierwszy raz z futbolem najczystszej postaci. Wspomnienie tamtego dnia żyje we mnie do dzisiaj, a przywołanie go wzbudza we mnie nadal te same emocje.
Do ojca przyszli koledzy na mecz, mama poszła z koleżankami na damskie ploteczki. Małe brzdące miały siedzieć w swoich pokojach. Wraz z bratem postanowiliśmy tym razem nie zrezygnować z walki o możliwość obejrzenia meczu marzeń. Za dnia biegaliśmy umorusani za piłką pod blokiem. Cała chmara chłopaków z osiedla i jedna dziewczyna – ja. Ciągle powtarzali, że się nie nadaje. Do tego sportu trzeba być facetem, mieć tężyznę, siłę, inaczej nie da rady! Nieustępliwie nie rezygnowałam i biegałam na wariata w poprzek boiska, a jak już dostałam podanie to czułam się jak król życia. Dziecinne przyjemności dnia codziennego w brzydkich, podlaskich blokach.
Uknuliśmy z bratem chytry plan i zaszantażowaliśmy tatę – albo możemy obejrzeć z Twoimi kolegami mecz, albo naskarżymy mamie, że zamiast nas pilnować piłeś z kolegami piwo! Tata się tylko uśmiechnął, pokiwał znacząco do przyjaciół i zrobił nam miejsce na kanapie. Powiedzieli nam, że trafiliśmy na mało ciekawy finał Ligi Mistrzów pomiędzy hiszpańskimi drużynami – Realem Madryt i Valencią.
Rzeczywiście w porównaniu z oglądanymi przeze mnie później finałami ten miał obstawę dość mizerną. Pokiereszowany Real właściwie bez wielkich gwiazd w składzie. Wystarczy przypomnieć skład Królewskich na tamten mecz: Casillas – Carlos, Campo, Helguera, Karanka, Salgado – Redondo, McManaman – Raul – Anelka, Morientes. Drużyna wyjątkowo nie rozświetlająca piłkarskim bogactwem. Naprzeciwko Valencia, solidni wyjadacze. Mecz tendencyjny, wcale nie był porywający. Morientes otworzył wynik spotkania w pierwszej połowie, w drugiej wynik podwyższył świetnym strzałem ze skraju pola karnego McManaman. Ostatni gol wyrył się w pamięci do dzisiaj – ten rzut rożny dla rozbitej Valenci i natychmiastowe podanie do Raula, który gnał z piłką przez pół boiska by zakończyć spotkanie golem idealnym.
Ojciec z kolegami pili swoje piwo i komentowali, że oprócz goli to właściwie na stadionie w Paryżu nic się szczególnego nie działo. Brat też był zrezygnowany i szybko zasnął. A mój świat stanął i zmienił trajektorię. Od tamtej pory pokochałam futbol subtelny tworzony przez zgrany kolektyw. Doceniłam piękno wyrachowanych podań i poukładanej taktyki. Za ten gol po rożnym pokochałam też Raula i cały Real, który wydał mi się uosobieniem istoty sportu drużynowego – wygrać możesz tylko tworząc jedność.
Od tamtej pory tata zawsze robi mi miejsce na kanapie, a ja zawsze przyjeżdżam do domu na finał Ligi Mistrzów 😉 .

dzięki i pozdrowienia (i mejle z adresem plizz!)

5 komentarzy

  1. ~ucan

    18 lutego 2014 at 11:34

    Na jaki adres tego maila słać ?
    Pozdrawiam 😉

  2. ~patryk.pomocy

    21 lutego 2014 at 14:47

    Dramatyczny apel o pomoc do dobrego człowieka.
    apelopomoc.wordpress.com

  3. Mateusz C

    23 lutego 2014 at 18:58

    Witam 🙂 Jedno z pierwszych podsumowań IO w Soczi 2014 można znaleźć u mnie na blogu. Wyniki z najpopularniejszych startów dyscyplin i tych z udziałem Polaków,pod tym linkiem —> http://chadek.blog.pl/2014/02/23/pierwsze-podsumowanie-xxi-zimowych-igrzysk-olimpijskich-w-soczi/

    Zapraszam 🙂

Zostaw odpowiedź