Droga do finału. Żywot Fabiana (i konkurs)

Czy Arsenal na Allianz Arena będzie w stanie odrobić straty z pierwszego meczu z Bayernem przegranego na Emirates 0:2. Teoretycznie: dlaczego by nie? Przecież przed rokiem był w stanie wygrać w tym samym miejscu w tych samych rozgrywkach 2:0, a przecież taki wynik dałby piłkarzom Arsene Wengera dogrywkę, zaś w dogrywkach jak wiadomo „wszystko może się zdarzyć”. To czysta teoria, bo Bayern Monachium nie jest tą samą drużyną co przed rokiem. Jest obrońcą trofeum (co prawda jak wiemy nad obrońcami ciąży klątwa: jeszcze żaden trofeum nie obronił, ale o awansie do ćwierćfinału klątwa nic nie mówi). I rekordzistą: w ostatniej kolejce zespół Pepa Guardioli odniósł 16. zwycięstwo z rzędu w Bundeslidze i zanotował 49. mecz bez porażki. Do tego komplet zwycięstw w 10 ostatnich meczach, 37 goli strzelonych i tylko 3 stracone. Kto próbuje grać z Bayernem jak równy z równym, kończy jak Wolfsburg, który odważył się wyjść na rywala ofensywnie i nawet pierwszy strzelił bramkę, ale mistrzowie Niemiec odpowiedzieli pięcioma golami w 17 minut i skończyło się wynikiem 6:1. Dokładnie tak samo jak mecz w poprzedniej kolejce Bundesligi z Schalke, które wcale nie chciało grać z Bawarczykami otwarcie.

Przy nawet więc najbardziej sprzyjających okolicznościach dla Arsenalu (szybko strzelony gol, jakaś czerwona kartka tym razem dla Bayernu) ciężko mi sobie wyobrazić, żeby gospodarze nie strzelili u siebie gola. Przed rokiem nie strzelili. Zadbał wtedy o to Łukasz Fabiański i znów zadanie zapewnienia „Kanonierom” na Allianz Arena czystego konta spadło na rezerwowego Arsenalu. Czy podoła? Zobaczymy. Na pewno brak Wojtka Szczęsnego w bramce nie jest dla Wengera katastrofą przemieniającą zadanie w mission: impossible. W tych nielicznych meczach, w których dostał szansę w tym sezonie Fabian wypadł nadspodziewanie dobrze.

Konkurs: Twój przypadkowy bohater

I tu przechodzimy do części konkursowej. Do wygrania są pięciolitrowe beczułki Heinekena, sponsora Ligi Mistrzów, dzięki któremu mecze można oglądać za darmo (za kod z kapsla) w jakości HD na liga.heineken.pl. Trwa też tam konkurs, w którym główną nagrodą jest wyjazd na finał na Estadio da Luz w Lizbonie. U mnie zaś do wygrania jest piwo, które umili Wam oglądanie transmisji pozostałych meczów 1/8 finału. Opiszcie w komentarzach – najlepiej najładniej jak potraficie, nie chodzi mi o nazwisko i nazwę meczu, ale opis sytuacji – przypadek, w którym rezerwowy okazał się absolutnym bohaterem i katalizatorem sukcesu. Sukcesu – który, gdy ów rezerwowy wchodził na boisko, albo gdy gwiazdor, którego miał zastąpić wypadał ze składu – wydawał się już definitywnie zaprzepaszczony. Rozumiecie o co mi chodzi. Niespodziewany ratownik, bohater mimo woli (mimo woli trenera, kolegów, kibiców, bo miał grać kto inny). Najlepsze przykłady i najbardziej przekonująco opisane nagrodzę już w czwartek. Czekam do ostatniego gwizdka ostatniego środowego meczu Ligi Mistrzów. I jednocześnie zapraszam do oglądania studia Ligi Mistrzów na żywo na Onet.pl, moim gościem będzie jak zwykle Maciej Szczęsny (ostatnio nie szczędził Wojtkowi krytyki za „czyny i gesty”) oraz dyrektor piłkarskiej reprezentacji Polski Tomasz Iwan. Zapraaaszam! 🙂

18 komentarzy

  1. ~adek_92

    11 marca 2014 at 11:28

    Mecz Polska- Grecja! Najważniejsza impreza w najnowszej historii polskiego sportu i dramatyczny mecz z mistrzami Europy z 2004 roku. Po bramkach Lewandowskiego i Salpingidisa na Stadionie Narodowym widnieje remis 1:1. Jednak obydwie drużyny walczą o komplet punktów. Kibice reprezentacji Polski wierzą w wygraną ekipy Franciszka Smudy. Los wydaje się być jednak okrutny. Szczęsny fauluje rywala we własnym polu karnym i wylatuje z boiska. Szok, niedowierzanie, płacz. Wszystko, na co czekali kibice przez wiele lat może pęknąć jak bańka mydlana w kilka sekund. Do bramki w miejsce Szczęsnego wchodzi Tytoń. Bramkarz PSV zapewne nie spodziewał się, że w takich okolicznościach przyjdzie mu zadebiutować na mistrzostwach Europy. 71. minuta. Karagounis uderza, ale cudowna interwencja Tytonia ratuje Polskę przed porażką. Remis dawał nadzieje, ale te zostały brutalnie odebrane w meczu z Czechami. Mimo to Przemysław Tytoń został bohaterem kibiców w całym kraju, pierwszym bramkarzem, który po wejściu na boisko w ME obronił karnego i co najważniejsze, dał Polakom nadzieje na sukces w EURO, które jeszcze chwilę wcześniej zostały zabite przez czerwoną kartkę dla Szczęsnego.

  2. ~bamb0l

    11 marca 2014 at 11:40

    Jestem fanem futbolu od dziecka i myślałem, że odpowiedź na to pytanie sprawi mi problem. W końcu po tylu latach oglądania wielu epickich momentów i kibicowania nazbierało się tego wiele. Jednak wybór okazał się oczywisty. Gdy wspominamy finały Champions League, a szczególnie ten z 2002 roku, każdy mówi o genialnej bramce Zidana. Piękny gol, piękny moment. Aczkolwiek osobiście nigdy nie zapomnę jak młody, zaledwie 21-letni bramkarz zastąpił w 68 minucie tego finału kontuzjowanego bramkarza Realu, Cesara. Nie wyobrażam sobie presji jaką musi odczuwać człowiek który zamiast wyjść na finał razem z kolegami i stojąc ramię w ramię z nimi słuchać hymnu Ligi Mistrzów wychodzi w końcówce meczu z ławki a wszystkie oczy, zarówno na stadionie jak i przed telewizorami, skierowane są na niego. Ktoś może powiedzieć – OK on już wygrał Champions League w wieku 19 lat… co to dla niego?! Jednak po utracie miejsca w podstawowym składzie i wyjściu w tak prestiżowym meczu myślę, że każdemu mogła ręka zadrżeć. Casillas (dla tych którzy mogli by jeszcze nie wiedzieć o kim mowa 🙂 ) mimo to nie okazał oznak nerwów i bronił jak natchniony do końca meczu, w którym miał mnóstwo roboty, gdyż panowie z Leverkusen nie zamierzali łatwo odpuścić. Dziś, od wielu lat skupiam się już na angielskiej piłce, a szczególnie Chelsea, jednak ten moment zapamiętam już na zawsze! pozdrawiam:)

    1. ~bamb0l

      11 marca 2014 at 11:43

      tak na marginesie – któż mógł przypuszczać, że tym własnie meczem Casillas na stałe wykupi sobie miejsce w pierwszym składzie i będzie to początek tak wspaniałej kariery?

  3. ~Michał Z

    11 marca 2014 at 11:51

    Panie Michale, może nie wypada; może to zbyt mało ambitne i zbyt mało spektakularne wydarzenie, bohater też zbyt mały a samo zdarzenie mało medialne – ale nominuję siebie 🙂

    Pamiętam, jak lat już parę temu, za czasów szkoły średniej, rozgrywaliśmy jakiś międzyszkolny turniej piłkarski na hali. W piłę nigdy mistrzem nie byłem, do ukochanych wówczas Mięciela i Dudka trochę mi brakło 😉 Mimo to jako rezerwowy bramkarz zasiadłem na hali i obserwowałem każdy kolejny mecz. Wychodziło to chłopakom nieźle, na pewno faworytami nie byliśmy a niespodziewanie znaleźliśmy się w półfinale. Wiecie – podjarani, umordowani; niby spełnieni – ale jak już zaszło się tak daleko, czemu by nie zawalczyć o finał.

    Wszystko szło nie najgorzej, rzekłbym – remisowo, do momentu, kiedy na naszego bramkarza wpadło dwóch zawodników przeciwnej drużyny. Kumpel poobijany, emocje wzięły górę, ryknął na nich i zaczęła się jakaś szamotanina – skutkiem której była kartka i zejście naszego bramkarza.

    I co? Wszedłem ja 🙂 Początek był już niezły – karnego obroniłem! Co prawda w jakiś niewytłumaczalny sposób przy obronie strzału wybiłem sobie palca – ale przecież nie mogłem tego nikomu powiedzieć; nie mogłem dać powodu trenerowi do zdjęcia mnie z boiska. Zacisnąłem zęby i grałem dalej.

    Czyste konto, nie jest źle, końcowe minuty. Myślami już nastawiam się na karne – a tak ich, cholera, nie cierpiałem! – gdy znikąd powstała nasza akcja. Myślę sobie, wyjdę, wybiegnę, co mi tam, może zamieszania jakiegoś narobię.

    Palec boli jak cholera, gdzieś w tle trener się wydziera, żebym został. Nie zostałem – w być może obciachowej, ale mojej ulubionej wówczas żółtej bluzie Jurka Dudka z Liverpoolu (ze stadionu, przyznaję – na oryginał nie było mnie stać), przykrytej koszulką naszej drużyny – pobiegłem skrzydłem. Podanie, ciach, nie wiem co się dzieje. Piłka przy nodze, na mnie biegnie jakiś nabity obrońca. Mijam go, o dziwo, mijam go razem z piłką, biegnę w stronę bramki. Ułamek sekundy – wychodzę sam na sam, puszczam piłkę dołem; płasko, delikatnie. Piłka przelatuje bramkarzowi pomiędzy nogami, siatka, gol.

    Finał przegraliśmy – ale to nic. Przez moment byłem małym bohaterem klasy H 🙂 Do dziś gdzieś została mi moja szczęśliwa bluza Dudka 🙂

    1. ~Duman

      11 marca 2014 at 11:55

      Ja bym ci dał bilet na finał 🙂

      1. ~Michał Z

        11 marca 2014 at 11:57

        Dzięki 🙂 Zazwyczaj w konkursach nie biorę udziału – teraz jednak od razu skojarzyła mi się ta historia 🙂 Ty byś mi dał bilet na finał, trener za ten występek dał mi na kolejnych zajęciach W-F „bonusowe” okrążenia wokół boiska 😉

  4. ~Duman

    11 marca 2014 at 11:52

    1958 rok Szwecja. Początek tych mistrzostw Brazylia z Pelém na ławce rezerwowych grała słabo. Wtedy trener Feola postanowił zaryzykować i wystawił go do pierwszego składu. Jego gra wprawiła kibiców w zachwyt, zaś Brazylia wygrała mistrzostwa

  5. ~Lucas Paul Kot

    11 marca 2014 at 12:00

    Proszę wybaczyć, ale moim rezerwowym bohaterem nie jest zawodnik, jest nim trener- Roberto Di Matteo. Dla mnie w piłce nożnej po prostu nie ma piękniejszej historii człowieka, który zwykle był numerem dwa, człowieka cichego i bardzo spokojnego, który mimo wszystko został legendą. 2012 rok, Chelsea w rozsypce, pomysł Andre Villasa Boasa na zbudowanie całkowicie młodej drużyny nie powiódł się, odsunięcie od drużyny Terry’ego i Lamparda całkowicie zabiło morale w ekipie The Blues, w jakikolwiek sukces wierzą już tylko Ci najwierniejsi fani. Rzutem na taśmę Chelsea pod wodzą Andre Villasa Boasa awansuje z grupy, kolejny rywal- Napoli. Pierwszy mecz we Włoszech (dla Boasa jak się później okazało ostatni), Azzurri pewnie zwyciężają 3:1, wiadomo, piłka zna wiele przypadków gdy jeszcze większe wyniki były odwracane na korzyść przegranych, ale wtedy nikt nie mógł w to wierzyć, Chelsea w rozsypce, liderzy i legendy na ławce rezerwowych, praktycznie zerowe morale. Wtedy pojawił się on- Di Matteo, dotychczas asystent Boasa. Człowiek, którego trenerskie CV nie było najbogatsze. Cichy, spokojny trener, który nagle odmienia oblicze drużyny. Do składu powracają legendy, morale i wiara w sukces zostają odbudowane co skutkuje niesamowitym comebackiem na Stamford Bridge, fani i piłkarze Napoli nie są w stanie uwierzyć, że ta słabiutka Chelsea, grająca bez polotu i finezji nagle strzela im 4 bramki i awansuje do dalszej gry. Później mecze z Benficą, trudne, ale także udane. W końcu PÓŁFINAŁ, Chelsea- Barcelona, jak wiadomo obie drużyny mają sobie coś do udowodnienia, Chelsea, że już w 2009 zasłużyła na kolejny finał LM, Barca, że to nie dzięki sędziemu, a własnym umiejętnościom awansowali wówczas kosztem Chelsea. Pierwszy mecz, Chelsea skazana na porażkę, na pożarcie, na zdemolowanie, wychodzi na boisko i genialną taktyką przeciwstawia się „najlepszej drużynie świata”, jedna genialna kontra zakończona bramką Drogby oraz dalsze genialne manewry obronne i to Chelsea po pierwszym meczu była bliżej finału. Rewanż, Camp Nou, komplet widzów, nikt nie ma wątpliwości- pierwszy mecz to wypadek przy pracy tutaj Barca pokaże swoją siłę i zdemoluje Chelsea. Początek nie wskazywał na nic innego- bramka Busquetsa, Iniesty, czerwona kartka kapitana, lidera i legendy Chelsea, wszystko wskazuje na to, że Chelsea wyjedzie z Katalonii ze sporym bagażem bramek, ale wtedy stało się coś co jeszcze przed drugim meczem z Napoli nigdy nie miałoby miejsca. The Blues, znowu uwierzyli w siebie, uwierzyli, że determinacją można wiele zdziałać. Genialna asysta Lamparda, cudowny strzał Ramiresa i to Chelsea znów jest w monachijskim finale. Barca wciąż naciera, Chelsea broni się fenomenalnie, co niektórzy nazywali zabijaniem futbolu. (Od kiedy genialna taktyka to zabójstwo futbolu?) Barca coraz bliżej zdobycia bramki, w końcu zdobywa rzut karny, ale i teraz szczęście uśmiecha się do Chelsea. Messi pudłuje, ale napór Barcy trwa nadal. Jednak to Chelsea, a konkretnie Torres w ostatniej minucie spotkania zadaje ostateczny cios i w dwumeczu z Barcą nie tylko awansuje, ale i nie ponosi porażki. Tak jest! Roberto Di Matteo, trener bez sukcesów, bez nazwiska pokroju Hiddinka, Mourinho czy Ancelottiego dokonuje tego, wprowadza Chelsea do finału Champions League. Tam czekała na The Blues Bawarska maszyna, najlepsza drużyna świata, ale po raz kolejny to genialna obronna taktyka zwyciężyła, Bayern mimo gigantycznej przewagi, mimo pierwszej zdobytej bramki, mimo rzutu karnego w dogrywce, mimo zepsutego karnego Maty nie potrafił pokonać Chelsea. Ponownie The Blues udowodnili, że niemożliwe nie istnieje, a Roberto Di Matteo z TYMCZASOWEGO TRENERA stał się legendą, która jako pierwsza w historii klubu dała klubowi tryumf w Lidze Mistrzów. Przepiękna historia o determinacji, wzajemnym szacunku i o tym, że nie nazwisko, a pasja może uczynić człowieka nieśmiertelnym.

  6. ~pit18

    11 marca 2014 at 12:18

    9 marzec 2011, Veltins-Arena w Gelsenkirchen, rewanżowy mecz 1/8 finału Ligi Mistrzów między Schalke i Valencią, pierwszy mecz zakończył się wynikiem 1:1. O sile ataku Schalke decydowali wtedy Raul, Farfan i Huntelaar – ten ostatni w rewanżu nie zagrał z powodu kontuzji. Trener Magath miał do wyboru doświadczonych Ali Karimiego oraz Charisteasa, ale postawił na szerzej nie znanego, 21-letniego Szwajcara, Mario Gavranovica. Do tego meczu rozegrał on w Bundeslidze zaledwie 143 minuty, a w Lidze Mistrzów ani jednej minuty! Jednak 9 marca rozegrał swój mecz życia, w którym zagrał od początku. Żeby było więcej dramaturgii, to Hiszpanie objęli prowadzenie w 17 minucie i awans wydawał się być poza zasięgiem Niemców. W 40 minucie po raz pierwszy swój wkład ma Gavranovic – po faulu na nim rzut wolny wykonuje Farfan i zdobywa wyrównującego gola. Siedem minut po przerwie nasz bohater zdobywa bardzo szczęśliwą bramkę – piłka odbija się od dwóch słupków i wpada do siatki! Jego kolejny strzał instynktownie odbił Guaita, a w końcówce meczu trafił w poprzeczkę. Awans Schalke w doliczonym czasie gry przypieczętował Farfan, zdobywając trzecią bramkę. Niemcy dotarli do półfinału tej edycji LM, a Gavranovic nie zagrał w niej już ani minuty. W całym sezonie 2010/2011 rozegrał dla Schalke 301 minut i nie zdobył ani jednej bramki. Odszedł do Mainz, gdzie też kariery nie zrobił, obecnie występuje w FC Zurich.

  7. ~Karol

    11 marca 2014 at 12:30

    Arsenal Londyn – Cardiff City . 20 kolejka angielskiej Premier League. Każdy kibic futbolu z wysp wie jak intensywnie „zagospodarowany ” jest terminarz rozgrywek w okresie zimowym. Tak było również z tym spotkaniem , rozegrane zostało w Nowy Rok. Arsenal był 100 % faworytem , po zdobyciu 3 pkt utrzymałby fotel lidera. Cardiff od 4 kolejek nie odniosło zwycięstwa , więc wygrana na Emirates przez gospodarzy miała być tylko formalnością. Niestety od pierwszych minut , można było zauważyć , że piłkarze obu zespołów wyglądają jakby dopiero wrócili z zabawy sylwestrowej. Bardzo dużo niedokładnych podań, błędy w kryciu zarowno z jednej jak i z drugiej strony . Cardiff w efektowny sposób „zamurowało ” bramkę , Arsenal chociaż stworzył parę okazji , nie byly one tak grożne aby przechyliły szalę na stronę Kanonierów. Nie tylko ja się bardzo denerwowałem faktem iż nie mogą sobie poradzić na wlasnym boisku z beniaminkiem , Wenger już prawie do czerwoności rozpalił zasuwak w swojej słynnej kurtce. W 66 minucie AW dokonuje zmiany, na boisku pojawia się Nicklas Bendtner , ktory zmienia prawie niewidocznego L. Podoslkiego. Duńczyk, nazywany też „Lordem” podbił serca fanów na całym świecie bardziej swoim stylem bycia i licznymi memami niż tym co pokazuje na boisku. Wierzyłem zawsze w niego, jak zobaczyłem , że to on wchodzi wiedziałem , że strzeli w tym spotkaniu gola . Mecz dobiegał końca , atmosfera bardzo nerwowa , po kilku próbach Arsenalu na tablicy nadal widniał wynik 0:0 . Cała drużyna Cardiff broniła swojej bramki. 88 minuta i na Emirates dzieje się cud : z lewej strony dośrodkował Monreal, akcję na długim słupku zamknął Sagna, który bardzo mocno strzelił głową przy słupku. To uderzenie świetnie wybronił Marshall, ale już wobec dobitki Bendtnera był bezradny. Cieszyłek się jak dziecko po pierwsze z bramki , po drugie , że to właśnie Lord Bendtner strzelił gola w samej końcowce meczu dającego szansę utrzymania 1 miejsca PL. Radość nie trwała długo, okazało się ,że podczas strzelenia bramki duńczyk doznał kontuzji i w 89 min zastąpił go Vermaelen. W doliczonym czasie gry drugą bramkę strzelił Wallcot. Mecz zakończył się sukcesem ale na ustach wszystkich kibiców był Nicklas Bendtner, który wszedł jako rezerwowy.Nikt na niego przed meczem nie stawiał a zdobył jakże ważną bramkę , poświęcając się złapaniem kontuzji , która wykluczyła go z gry na kilka tygodni. Nicklas w 2 minuty zafundował wszystkim karuzelę uczuć , od niebiańskiej radości po wielki smutek gdyż Arsenal zostal tylko z jednym nominalnym napastnikiem .

  8. ~M

    11 marca 2014 at 13:57

    Urodzony 1 maja 1968 roku. Wtedy miał 28 lat i nie był znany szerszej publiczności. Właściwie kiedy wchodził na boisko w 69 minucie tamtego finału pierwszy raz widziałem człowieka na oczy. Jakim cudem ten anonim miałby odwrócić losy tego meczu? Tym bardziej, że wtedy – dziś sam się sobie dziwię – kibicowałem drużynie niemieckiej. Gwiazdami tamtej reprezentacji byli przecież Jurgen Klinsmann, Matthias Sammer, Andreas Moeller. Ale on?
    Był 30 czerwca 1996 r. stadion Wembley, finał Mistrzostw Europy. Mecz pomiędzy zdecydowanymi faworytami, drużyną Niemiec i rewelacją turnieju, zespołem Czech. Wcześniejsze spotkanie w fazie grupowej pomiędzy tymi reprezentacjami zakończyło się pewnym zwycięstwem Niemiec 2-0. Los ponownie skojarzył ich w finale. Tymczasem po godzinie gry murowany faworyt przegrywał 0-1 po golu Patrika Bergera z rzutu karnego. Dziesięć minut później na murawie pojawił się Oliver Bierhoff i całkowicie odmienił losy spotkania. W 73 minucie najlepiej znalazł się w polu karnym i strzałem głową pokonał Petra Koubę. Do końca spotkania wynik już się nie zmienił. Dogrywka. Pięć minut po wznowieniu gry Oliver Bierhoff zdobył złotego gola i mecz się zakończył a Niemcy mogli rozpocząć świętowanie. To właśnie wtedy poznałem znaczenie słów „wystąpić w roli dżokera”. Wejść w końcówce meczu o Mistrzostwo Europy i w obecności ponad 70 tysięcy widzów i dodatkowo królowej Anglii, przesądzić o losach spotkania – bezcenne. Tak się zdobywa uznanie;-)
    Co ciekawe pomimo zdobycia tytułu wicemistrzów Europy, dwa lata później Czesi nie zdołali zakwalifikować się do Mistrzostw Świata we Francji. Jednakże piłkarze srebrnej drużyny byli jednymi z najbardziej rozchwytywanych, między innymi Karel Poborsky przeszedł do Manchesteru United, Pawel Nedved do Lazio Rzym a Radek Bejbl do Atletico Madryt
    Lecz w tamtym pamiętnym finale największym wygranym i tak był Oliver Bierhoff.

  9. ~Alex

    11 marca 2014 at 14:13

    Witam 🙂 Pamiętam, jakby to było wczoraj, chociaż niedługo minie już 8 lat od tego wydarzenia. Może nie będzie to historia dokładnie taka, jaką Pan oczekuje przeczytać, ale niewątpliwie dla mnie jest ona jedna z najistotniejszych w moim dotychczasowym życiu.

    17 maja 2006 roku, Stade de France, finał Ligi Mistrzów. Na paryskiej murawie spotkały się drużyny FC Barcelony i Arsenalu Londyn. Obie ekipy w półfinałach zaledwie jednym gole poradziły sobie ze swoimi rywalami, a tego dnia za nieznacznych faworytów uważano Katalończyków, którzy mieli w swoim składzie magicznego Ronaldinho i bramkostrzelnego Eto’o, tytana obrony – Puyola, byli też Deco, Giuly czy Van Bommel. Po drugiej stronie plejada gwiazd identyczna. Thierry Henry, Campbell, Lehmann, Fabregas, Pires czy Ljungberg.

    Blaugrana czekała na triumf w Lidze Mistrzów od 1992 roku, natomiast Kanonierzy jeszcze nie zdobyli tego trofeum. Apetyty obu drużyn były ogromne, ale zwycięzca mógł być tylko jeden. Po pierwszym gwizdku zespoły zaczęły się badać, nie było wiele okazji bramkowych. W 18. minucie meczu wydawało się, że to może być koniec Arsenalu, gdyż czerwoną kartkę otrzymał Jens Lehmann. Czego chcieć więcej? Barcelona przez 70 minut z przewagą zawodnika, kontrolująca mecz, grająca swoją piłkę.

    Rzeczywistość okazała się jednak brutalna, bo na przerwę to Kanonierzy schodzili przy prowadzeniu 1:0 po golu Sola Campbella i asyście Henry’go. Barcelona biła głową w mur, nie potrafiła zagrozić bramce Almunii. Sytuacji nie było, a czas płynął nieubłaganie. Miałem wówczas 13 lat, byłem podirytowany, a z każdą upływającą minutą łzy napływały mi do oczu. Wtedy jednak Frank Rijkaard wpuścił na boisko piłkarza, który odmienił losy mecz o 180 stopni, a nie wiem czy aż takiego wyczynu się wszyscy spodziewali. Henrik Larsson.

    Szwed w Barcelonie pełnił rolę typowego jokera, zmiennika dla Eto’o, a tutaj pociągnął swój zespół do ostatecznego triumfu. Po kwadransie przebywania na boisku, Henka delikatnie trąca piłkę, która trafia pod nogi Eto’o, a Kameruńczyk z zimną krwią umieszcza futbolówkę w krótkim rogu bramki Arsenalu. Eksplozja w sektorach zajmowanych przez kibiców gości! Blaugrana wraca do gry! Kanonierzy wyprowadzali groźne kontry, ale nie mieli już tylu sił nawet na skuteczną defensywę.

    Chwilę wcześniej Frank Rijkaard dokonał ostatniej zmiany – wprowadził Bellettiego. Liczył na oskrzydlające akcje Brazylijczyka, jakieś dobre dośrodkowanie, zrobienie przewagi liczebnej. To, co się stało 10 minut przed końcem meczu przeszło wszelkie pojęcie. Larsson znów asystuje, a tym razem właśnie Belletti pakuje piłkę do bramki! Tym samym strzela swojego pierwszego i jedynego gola dla FC Barcelony, pada na kolana, kryje twarz w dłoniach, a po chwili już nie można go dostrzec pod wielką górą katalońskich piłkarzy.

    Blaugrana wygrywa swoją drugą Ligę Mistrzów, jest najlepsza w Europie dzięki genialnym zmianom Franka Rijkaarda. Kto jest moim bohaterem z dwójki rezerwowych? Pisałem ten tekst z myślą o Larssonie i zostanę chyba przy tej opcji, ale czy nie piękna jest historia Bellettiego, prawego obrońcy, który strzela dla Dumy Katalonii jednego gola przez około 70 meczów i jest to akurat w finale Ligi Mistrzów, trudnym spotkaniu, które można było przegrać? W dodatku to wzruszenie Brazylijczyka po trafieniu i radość jego kolegów z drużyny…

    Wspomnienie bezcenne, trochę łez wylanych, ale najważniejsze, że z happy endem 🙂

  10. ~Greguito

    11 marca 2014 at 15:00

    Pamiętam jak dziś, bo tego zwyczajnie nie da się zapomnieć. To był mecz, który zmienił moje spojrzenie na piłkę. To wtedy nauczyłem się nigdy nie wyłączać telewizora przed ostatnim gwizdkiem sędziego, bo może za chwilę stanie się to, czego byłem świadkiem w 1999 roku.

    Na mecz Manchesteru z Bayernem długo się szykowaliśmy wraz z bratem. Spodziewaliśmy się atrakcyjnego i szczęśliwego dla nas, fanów angielskiej piłki, wieczoru. Zaczęło się jednak fatalnie, bowiem Bayern szybko wyszedł na prowadzenie ku naszemu niezadowoleniu. Po stracie gola Czerwone Diabły nie pokazały, że mogą odwrócić losy tego spotkania, wręcz przeciwnie, to Bayern atakował i jedynie słupek i poprzeczka przeszkodziły w dopięciu formalności. W końcu Alex Ferguson zdecydował się na zmiany. Wprowadził najpierw Teddy’ego Sherringhama, a później Ole Gunnara Solskjaera. To nic nie zmieniło, Manchester wciąż grał słabo, a ja wraz z bratem, zacząłem tracić cierpliwość. Była 83. minuta, kiedy zrezygnowaliśmy i wyłączyliśmy telewizor. Poszliśmy do swoich pokojów i właściwie mecz się już dla nas skończył.

    W moim pokoju stał mały telewizor, na którym często późnymi wieczorami oglądałem różne mecze piłkarskie. Byłem zrezygnowany, ale pomyślałem sobie, że ten mecz z kibicowskiego obowiązku należy obejrzeć do końca. Włączyłem więc telewizor i otępiałym okiem patrzyłem gdzieś w jego kierunku. Nie, nie oglądałem meczu, patrzyłem się w telewizor, żeby mieć pewność, że tu się nic więcej nie wydarzy. I naprawdę miałem taką pewność. Aż tu nagle…

    Czasem zdarza się, że kiedy piłkarz wchodzi na boisko masz przeczucie, że zrobi coś wielkiego. Nie miałem tego przeczucia, kiedy wchodził Sherringham, nie miałem go też kiedy na placu gry zameldował się Solskjaer. I być może dlatego w momencie mój umysł przyjął informację, ze Manchester United zdobył gola, początkowo nie mogłem wyjść z szoku, że mecz trwa dalej i za chwilę będzie dogrywka. Sherrinngham! Tak, ten którego wcześniej Ferguson wprowadził na boisko, ten o którym mówiłem, że nic do gry Czerwonych Diabłów nie wniesie. To on obudził mnie z letargu, w którym oglądałem końcówkę meczu. Zanim się jednak obudziłem nastąpił chwilowy moment osłupienia. To jeden z tych momentów, kiedy zatrzymujesz się w pewnej pozie, jakbyś czekał na błyśnięcie flesza aparatu fotograficznego. Po chwili wyszedłem z osłupienia, poszedłem budzić brata:
    – Remis! Grają dalej! – Krzyczałem.
    – Pierd… – rzucił niecenzuralnie mój starszy brat.
    – chodź i się przekonaj.
    I poszedł

    Do pokoju weszliśmy niemal w tej samej chwili. Spojrzeliśmy na telewizor i brat powiedział: – rzeczywiście! na co odbąknąłem z jeszcze bardziej osłupiałym wyrazem twarzy: – tak, ale to nie ta bramka.
    Nie było to łatwe, ale uwierzyłem temu, co podpowiadał wzrok, Manchester United prowadził 2:1. A kto był głównym bohaterem? Teddy Sherringham i Gunnar Solskjaer – dwóch rezerwowych Manchesteru United, o których mówiłem, że nic w tym meczu nie zdziałają. Przy pierwszej akcji Teddy wystąpił w roli egzekutora, przy drugiej wcielił się w rolę asystenta. Ci dwaj wzięli mecz w swoje ręce tak jak się bierze kartkę papieru, zmięli ją doszczętnie i wrzucili tę kartkę do kosza, pisząc jednocześnie na drugiej nową historię finału Ligi Mistrzów. W realnym świecie wydaje się, ze takie historie się nie zdarzają, ale futbol to po części świat fantasy, w którym możesz wejść na boisko w 90.minucie i zostać bohaterem. Futbol to świat, w którym nie można stracić wiary, bo ta wiara często buduje sukces. Teddy Sherringham i Ole Gunnar Solskjaer tą wiarę mieli i dzięki temu napisali tego dnia swoją własną historię finału Ligi Mistrzów.

  11. ~Gall

    11 marca 2014 at 15:01

    Nie wygrano dzięki niemu meczu, nie strzelił oraz nie asystował. Właściwie to wszedł pierwszy raz w Champions League i nikt na stadionie nie wiedział o co chodziło z tą zmianą. Było już właściwie po meczu. Wynik 4:0. Liverpool zapewnia sobie awans do następnej rundy Ligi Mistrzów gromiąc u siebie Real Madryt. Spotkanie wciąż trwa, a Rafa Benitez wskazuje ruchem ręki na zupełnie nieświadomego, niskiego i łysego młodego chłopaka. Wstaje Jay Spearing. Przebiera się i już jest przy murawie.

    Następuje zmiana, fani klaszczą. Wychowanek klubu pojawia się na boisku na kilkanaście minut i wprowadza lekką dezorientację na trybunach, jednak mimo tego jest wspierany przed kilkadziesiąt tysięcy gardeł. Przyjmuje piłkę, podaje, odbiera, biega wszędzie. Pojawiają się uśmiechy na twarzach kibiców, bo zrozumieli, że jest ciekawy, dobry, może prognostyk na przyszłość?

    Walczy. Biega od piłkarza do piłkarza. W pewnym momencie odbiera piłkę Robbenowi, mija Ramosa i podaje. Jak to się stało, że ten młody i nieznany chłopak zrobić coś takiego? Nic to nie daje. Gol nie pada, tylko niecelny strzał. Niektórzy kibice wstali.

    Nie był wielkim bohaterem tego meczu. Liverpool wygrał w pięknym stylu, Benitez został ojcem sukcesu, Torres, Gerrard, Dossena zostali strzelcami, ale to Jay Spearing najbardziej uradował kibiców. Swoim charakterem, walką, sercem do gry. Po gwizdku podszedł do niego Gerrard, objął i pogratulował takiego debiutu w Europie. Od tamtej pory Spearing zasiadał częściej na ławce, nawet zaczął pojawiać się w pierwszym składzie. Wtedy fani The Reds wiedzieli, że mają mocny skład, mocną ławkę oraz mocną przyszłość. Nie sądzili, że tylko na pozór.

  12. ~Mario

    11 marca 2014 at 15:24

    Mówiąc o wielkich rezerwowych przypomina się zaraz wielki mecz z końca ubiegłego wieku. To był jeden z najdramatyczniejszych meczów w historii futbolu. 26 maja 1999 roku na Camp Nou w Barcelonie Manchester United pokonał 2-1 Bayern Monachium w finale piłkarskiej Ligi Mistrzów. Obie bramki dla „Czerwonych Diabłów” padły w doliczonym czasie gry.
    Mimio dominacji Bayernu, szybko strzelonej bramki przez Baslera, obitego słupka i poprzeczki bramki strzeżonej przez Schmeichela Alex Ferguson, w przeciwieństwie do Hitzfelda, wykazał się trenerskim nosem. W całym meczu dokonał dwóch zmian. Najpierw w 67 minucie na boisko za Jespera Blomqvista wpuścił Teddy’ego Sheringhama, a w 81 minucie Ole Gunnar Solskjaer zastąpił Andy’ego Cole’a. I to były kluczowe zmiany meczu.
    Spotkanie nieuchronnie zbliżało się ku końcowi. Puchar Europy był już przystrajany w barwy Bayernu Monachium. Sędzia do regulaminowego czasu gry doliczył trzy minuty. Manchester United ciągle znajdował się w natarciu i wywalczył rzut rożny. W szesnastce Bayernu znalazła się cały zespół Anglików, włącznie z bramkarzem. Wybitą przez obrońcę piłkę zgarnął Ryan Giggs, który kopnął ją w kierunku bramki. Lot futbolówki dodatkowo zmienił Teddy Sheringham, co dodatkowo zmyliło interweniującego Olivera Kahna. Piłkarze Bayernu otrzymali pierwszy cios, lecz prawdziwe trzęsienie ziemi miało dopiero nadejść.
    Po niespełna dwóch minutach Manchester United wywalczył kolejny rzut rożny. Wybitą przez Davida Beckhama piłkę przedłużył Teddy Sheringham, futbolówka spadła pod nogi Ole Gunnara Solskjæra. Strzał Norwega – mimo trzech piłkarzy Bayernu stojących na linii bramkowej – znalazł drogę do bramki. Chwilę później Pierluigi Collina zakończył spotkanie.
    Za to właśnie kocham piłkę nożną. Niesamowite dwa gole strzelone przez dwóch świeżo wprowadzonych piłkarzy może wydawać się fabułą jakieś książki jednak zdarzyło się to naprawdę. Według mnie był to najlepszy mecz w historii Ligi Mistrzów. Ferguson pokazał nam co znaczy mieć dwa asy w jednym rękawie, które zapewnili sobie dożywotnie miejsce w historii United!

  13. ~M

    12 marca 2014 at 12:44

    Być bohaterem jednego meczu. Przesądzić o losach spotkania. Zaiste – piękne. A być bohaterem całego turnieju? Oczywiście możesz się nazywać się Maradona i decydować o zwycięstwach drużyny jak robił to Diego na MŚ w 1986 roku. Albo tak jak Ronaldo na MŚ w 2002 roku strzelać zwycięskie bramki w półfinale i finale dokładając do tego koronę króla strzelców. Wtedy potwierdzasz swoją klasę. Ale jechać na turniej jako rezerwowy bramkarz? Zapewne nie myślisz wtedy o tym żeby zostać bohaterem ale żeby w ogóle zagrać jakiś mecz. Chyba, że z pomocą przyjdzie los.
    13 czerwca 1990 roku Argentyna grała mecz Mistrzostw Świata z ZSRR. W 10 minucie złamania nogi doznał etatowy bramkarz Albicelestes, mistrz świata z Meksyku, Nery Alberto Pumpido. Zastąpił go Sergio Goycochea. Wtedy nikt jeszcze nie wiedział, że ten zawodnik będzie jednym z największych odkryć Mondiale ’90. Mecz z Rumunią zremisowany 1-1 jest nieistotny dla historii naszego bohatera ale dał awans Argentynie. 1/8 finału z Brazylią to przede wszystkim Maradona i Caniggia. I wtedy nadeszły ćwierćfinały. Spotkanie z Jugosławią kończy się wynikiem 0-0. Dogrywka nie przynosi rozstrzygnięcia. Do wyłonienia zwycięzcy potrzebne są rzuty karne. Po pierwszej serii prowadzi Argentyna po strzale w poprzeczkę Stojkovica. Ale w trzeciej serii jedenastkę marnuje Maradona i jest już remis. W czwartej serii myli się Troglio i Argentyna znajduje się w poważnych opałach. I wtedy całemu światu swój niezwykły kunszt ujawnia Sergio Goycochea. Broni dwie jedenastki dając awans swojemu zespołowi.
    A później półfinał z Włochami. W bramce Squadra Azzurra, Walter Zenga, który od początku turnieju jeszcze nie puścił bramki. Kapituluje w 67 minucie spotkania z Argentyną po 516 minutach bez straconego gola. Zaś sam mecz kończy się rezultatem remisowym i znów będą egzekwowane jedenastki. Trzy pierwsze serie wykonywane są bezbłędnie przez obie drużyny. Jednak już w kolejnej znów przypomina o sobie Goycochea. Broni strzał Donadoniego. Chwilę później trafia Maradona. I ponownie Goycochea który powstrzymuje Serenę. Argentyna jest w finale dzięki bramkarzowi, którego sama nominacja do kadry Albicelestes na mistrzostwa była niespodzianką.
    8 lipca 1990 roku w Rzymie. Finał z Niemcami. Do 85 minuty wynik pozostawał bezbramkowy i wtedy sędzia dyktuje rzut karny. Goycochei zabrakło naprawdę niewiele żeby obronić ale strzał Andreasa Brehme był niesamowicie precyzyjny. Argentyna przegrywa w finale. Ale to, że w ogóle tam zagrała zawdzięcza swemu specowi od rzutów karnych.
    Co ciekawe, cztery lata później na Mistrzostwach Świata w Stanach Zjednoczonych, Goycochea był członkiem kadry Argentyny ale pierwszym bramkarzem był Luis Islas, który zrezygnował z gry w reprezentacji przed mistrzostwami we Włoszech mając dość bycia dublerem Pumpido. A sam Goycochea nie miał już okazji popisać się swoimi umiejętnościami na tym turnieju. Lecz tylko podczas występów w reprezentacji obronił aż 10 rzutów karnych.

  14. ~kusza

    12 marca 2014 at 19:44

    Finał, choćby nawet najmniej znaczącego pucharu, jest marzeniem każdego sportowca. Ostatni mecz, w którym albo wydrzesz przeciwnikowi zwycięstwo i wrócisz jako czempion, albo ustąpisz miejsca na piedestale oglądając tryumfujących na kolanach. Zagrać w finale Pucharu Zdobywców Pucharów dla piłkarza w latach dziewięćdziesiątych to święty Gral. Wyjść na idealnie przystrzyżoną murawę, zerknąć na tłum żądnych widowiska kibiców i wreszcie skupić się na jednej rzeczy, która ma wtedy sens – na piłce. Cel najwyższy.
    Borykasz się z wieloma problemami, ale wtedy tym bardziej jesteś z drużyną. Poświęcenie to codzienność wyryta potem na zatroskanych skroniach. Tygodnie wysiłku tylko po to, by doznać kontuzji i nie móc wystąpić z kolegami w wielkim finale? To jak tysiąc gwoździ przebijających serce za jednym razem.
    Gianfranco Zola mógł czuć się przegranym w bezlitosny sposób przed meczem finałowym PZP Chelsea kontra niemiecki Stuttgart. 13 maj 1998 rok. Pewnie Włoch śmiał się szyderczo do siebie patrząc na tą nieszczęsną datę rozgrywania jego wymarzonego meczu. Cios prosto w waleczne włoskie serce; los zabrał mu możliwość założenia niebieskiego trykotu na ten mecz.
    Chelsea mimo wszystko uszyła piękny garnitur na ten mecz. Wystarczy wspomnieć o ofensywnym tercecie Poyet, Vialli (grający trener!) i Tore Andre Flo. Stuttgart nie zamierzał jednak kłaniać się wyspiarzom w pół, postawili twarde warunki. Mecz do 71 minuty przebiegał pod znakiem nieustannej walki i wielu fauli. Chelsea próbowała częściej, ale z marną skutecznością. Na tablicy 0 do 0.
    Wybiła magiczna minuta 71. Tore Andre Flo ustąpił miejsca Zoli. Ten wbiegł na boisko z animuszem. To miał być jego mecz od początku! Musiał udowodnić przede wszystkim sobie, że kontuzja nie może go ograniczyć. Powinna być inspiracją. Sekundy po wejściu na boisko dostał piłkę na połowie przeciwników, chciał przemknąć z piłką za pomocą łatwego zwodu „do boku”. Nie udało się. Niejeden piłkarz pewnie zacząłby psioczyć, ustał, spojrzał do tyłu. Zola dostał pewnie jednorazowego instynktu. Pobiegł dalej wybiegając na idealną pozycję. Do piłki wybitej przez obrońcę dopadł Dennis Wise i podał górą futbolówkę wprost do Zoli. Ten mocnym strzałem pod samą poprzeczkę pokonał bezradnego bramkarza Stuttgartu.
    Od wejścia na boisko do zwycięskiego gola minęło 21 sekund. Zola został bohaterem. Bohaterem wykutym w bólach prześladujących go kontuzji, niepewności formy fizycznej i być może powątpiewania w swój występ. Ten gol przeszedł do historii piłki nożnej i drużyny Chelsea.
    Gianfranco Zola wszedł w mecz i wygrał go z prędkością pocisku, zupełnie jak jego przepięknej urody golazo. Mistrz rezerwowych, panowie i panie!

  15. ~spa10

    12 marca 2014 at 21:44

    Dla mnie na zawsze w pamięci pozostanie derbowy mecz dwóch gigantów angielskiej Premier League. Klub, któremu kibicuje od pamiętnego finału Ligi Mistrzów w Monachium – Manchester United i klub za którym nigdy nie przepadałem – Manchester City. Sezon 2009/10 do ‚mojego’ United trafia piłkarz, którego uwielbiałem, mimo że najlepsze lata były już za nim, a w całej jego karierze ciągle nękały go wyniszczające kontuzje – Michael Owen. To był prawdziwy MECZ. Coś, co ogląda się z ciarkami na plecach przez 90 minut (plus Fergie time). Dwóch odwiecznych rywali, walka, błędy, gwiazdy, niespodziewane zwroty akcji i gole… gole, gole, gole… siedem bramek w takim meczu! I tu przechodzimy do sedna. Co właściwie się wtedy stało?
    Historia, którą ciężko byłoby wymyślić, a co dopiero odegrać w realnym świecie. Jest 78 minuta spotkania – z boiska schodzi Dimitar Berbatov, a w jego miejsce pojawia się Michael Owen. Cudowne dziecko brytyjskiej piłki. Wychowanek Liverpoolu, później piłkarz Realu Madryt i Newcastle United. Najmłodszy piłkarz, który zdobył koronę króla strzelców ligi. Stan meczu w tym momencie, to remis 2:2. Chwilę później Darren Fletcher strzela bramkę dla Manchesteru, wydaje się, że zwycięstwa nic już piłkarzom Fergusona nie wyrwie spod nóg, gdy nagle w 90 minucie Bellamy ponownie wyrównuje stan meczu.
    Koniec meczu i jednak remis? Otóż nie. Dzieje się historia. Kwintesencja Manchesteru United, tego prowadzonego twardą ręką (i niezawodną suszarką) Sir Alexa Fergusona, do tego znienawidzony przez rywali, a tak kochany przez fanów doliczony czas gry, który już nieodłącznie zawsze będzie nazywany ‚Fergie time’. Akcja, w której Wayne Rooney, prawdziwy ‚diabeł’ z United, podaje piłkę do weterana i ikony klubu z Old Trafford, Ryana Giggsa. Ten niewiele myśląc posyła prostopadłe podanie w kierunku Owena…
    I nagle piłkarz, o którym piłkarski świat zdawało się już zapomniał, którego transfer do Manchesteru był ostro krytykowany i który wręcz już nie miał prawa tego zrobić. Owen przyjmuje piłkę i jak gdyby nigdy nic, jakby cały czas był w pełni sił, w pełni swojego piłkarskiego talentu, posyła piłkę do siatki. Jak zwykle niepozorny na boisku, ale z zabójczą precyzją wykorzystujący takie sytuacje. Eksplozja radości na trybunach, Old Trafford z miejsca zakochuje się w Owenie. City upokorzone, nie może pogodzić się z tym, co stało się właśnie na murawie. Diabelskie United wygrywa 4:3. Michael Owen w objęciach kolegów z drużyny. Niesamowite emocje, powtórki tej akcji można oglądać bez końca i jeszcze dłużej. Co więcej powiedzieć? Manchester is Red!
    Szczerze mówiąc do teraz ciężko mi uwierzyć, że to się stało naprawdę. A jak wykwintnie smakują takie wspomnienia, kiedy myśli się o nich właśnie teraz! W czasach kiedy Manchester United pod wodzą Davida Moyesa dosłownie bije rekordy w przegrywaniu. Ech… stare dobre dzieje, stary dobry Owen. Michael Owen, którego kariera dobiegła już końca. I tak na marginesie mówiąc, całe szczęście, że istnieje coś takiego, jak Twitter i skoro nie można oglądać go już na boisku, to chociaż jego dalsze losy można na bieżąco śledzić w internecie ;).

Zostaw odpowiedź