Droga do finału. Przypadkowy bohater

Najchętniej rozdałbym Wam wszystkim po beczułce Heinekena! Fajnie było znów przeżyć tych kilka fantastycznych meczów, zobaczyć je z innej, Waszej perspektywy. Wyczyn kilku z opisanych przez Was Przypadkowych Bohaterów dane mi było obejrzeć na żywo: gola Bellettiego dla Barcy w finale Ligi Mistrzów w Paryżu, niezapomniany strzał Gianfranco Zoli w ostatnim finale Pucharu Zdobywców Pucharów w Sztokholmie czy Złotego Gola Olivera Bierhoffa w finale Euro ’96 na Wembley. Dlatego właśnie uważam się za wielkiego farciarza. Oczywiście widziałem wyczyny ich wszystkich. Ależ trzymałem kciuki za Sergio Goycocheę w 1990, zwłaszcza w półfinale z Włochami i finale z Niemcami! Z oczywistych względów nie widziałem tylko meczu opisanego przez Michała Z i widzę, że jest czego żałować. Postanowiłem go nagrodzić na równi z Przypadkowymi Bohaterami znanymi całemu światu, bo… futbol to futbol, sam przezywałem podobne emocje, fajnie, że Michał się z nami podzielił. Wyróżniłem dwie opowieści M – Goycoacheę i Bierhoffa, ale jeśli autorem jest ta sama osoba, beczka będzie jedna! Brawo dla Lucasa Paula Kota za di Matteo, który jak najbardziej zasłużył sobie na obecność w tym gronie.

Oto zwycięskie notki, żałuję, że miałem tylko pięć beczułek, bo naprawdę rozdałbym wszystkim. Ale nic straconego, najbliższy heinekenowski konkurs już w przyszłym tygodniu przy okazji ostatnich czterech meczów 1/8 finału Ligi Mistrzów. Zaaaapraszam! Już ja wymyślę coś fajnego, żeby powyciągać z Was równie fajne wspomnienia!

Lucas Paul Kot
Di Matteo

Proszę wybaczyć, ale moim rezerwowym bohaterem nie jest zawodnik, jest nim trener- Roberto Di Matteo. Dla mnie w piłce nożnej po prostu nie ma piękniejszej historii człowieka, który zwykle był numerem dwa, człowieka cichego i bardzo spokojnego, który mimo wszystko został legendą. 2012 rok, Chelsea w rozsypce, pomysł Andre Villasa Boasa na zbudowanie całkowicie młodej drużyny nie powiódł się, odsunięcie od drużyny Terry’ego i Lamparda całkowicie zabiło morale w ekipie The Blues, w jakikolwiek sukces wierzą już tylko Ci najwierniejsi fani. Rzutem na taśmę Chelsea pod wodzą Andre Villasa Boasa awansuje z grupy, kolejny rywal- Napoli. Pierwszy mecz we Włoszech (dla Boasa jak się później okazało ostatni), Azzurri pewnie zwyciężają 3:1, wiadomo, piłka zna wiele przypadków gdy jeszcze większe wyniki były odwracane na korzyść przegranych, ale wtedy nikt nie mógł w to wierzyć, Chelsea w rozsypce, liderzy i legendy na ławce rezerwowych, praktycznie zerowe morale. Wtedy pojawił się on- Di Matteo, dotychczas asystent Boasa. Człowiek, którego trenerskie CV nie było najbogatsze. Cichy, spokojny trener, który nagle odmienia oblicze drużyny. Do składu powracają legendy, morale i wiara w sukces zostają odbudowane co skutkuje niesamowitym comebackiem na Stamford Bridge, fani i piłkarze Napoli nie są w stanie uwierzyć, że ta słabiutka Chelsea, grająca bez polotu i finezji nagle strzela im 4 bramki i awansuje do dalszej gry. Później mecze z Benficą, trudne, ale także udane. W końcu PÓŁFINAŁ, Chelsea- Barcelona, jak wiadomo obie drużyny mają sobie coś do udowodnienia, Chelsea, że już w 2009 zasłużyła na kolejny finał LM, Barca, że to nie dzięki sędziemu, a własnym umiejętnościom awansowali wówczas kosztem Chelsea. Pierwszy mecz, Chelsea skazana na porażkę, na pożarcie, na zdemolowanie, wychodzi na boisko i genialną taktyką przeciwstawia się „najlepszej drużynie świata”, jedna genialna kontra zakończona bramką Drogby oraz dalsze genialne manewry obronne i to Chelsea po pierwszym meczu była bliżej finału. Rewanż, Camp Nou, komplet widzów, nikt nie ma wątpliwości- pierwszy mecz to wypadek przy pracy tutaj Barca pokaże swoją siłę i zdemoluje Chelsea. Początek nie wskazywał na nic innego- bramka Busquetsa, Iniesty, czerwona kartka kapitana, lidera i legendy Chelsea, wszystko wskazuje na to, że Chelsea wyjedzie z Katalonii ze sporym bagażem bramek, ale wtedy stało się coś co jeszcze przed drugim meczem z Napoli nigdy nie miałoby miejsca. The Blues, znowu uwierzyli w siebie, uwierzyli, że determinacją można wiele zdziałać. Genialna asysta Lamparda, cudowny strzał Ramiresa i to Chelsea znów jest w monachijskim finale. Barca wciąż naciera, Chelsea broni się fenomenalnie, co niektórzy nazywali zabijaniem futbolu. (Od kiedy genialna taktyka to zabójstwo futbolu?) Barca coraz bliżej zdobycia bramki, w końcu zdobywa rzut karny, ale i teraz szczęście uśmiecha się do Chelsea. Messi pudłuje, ale napór Barcy trwa nadal. Jednak to Chelsea, a konkretnie Torres w ostatniej minucie spotkania zadaje ostateczny cios i w dwumeczu z Barcą nie tylko awansuje, ale i nie ponosi porażki. Tak jest! Roberto Di Matteo, trener bez sukcesów, bez nazwiska pokroju Hiddinka, Mourinho czy Ancelottiego dokonuje tego, wprowadza Chelsea do finału Champions League. Tam czekała na The Blues Bawarska maszyna, najlepsza drużyna świata, ale po raz kolejny to genialna obronna taktyka zwyciężyła, Bayern mimo gigantycznej przewagi, mimo pierwszej zdobytej bramki, mimo rzutu karnego w dogrywce, mimo zepsutego karnego Maty nie potrafił pokonać Chelsea. Ponownie The Blues udowodnili, że niemożliwe nie istnieje, a Roberto Di Matteo z TYMCZASOWEGO TRENERA stał się legendą, która jako pierwsza w historii klubu dała klubowi tryumf w Lidze Mistrzów. Przepiękna historia o determinacji, wzajemnym szacunku i o tym, że nie nazwisko, a pasja może uczynić człowieka nieśmiertelnym.

Michał Z
Szczęśliwa bluza Dudka

Panie Michale, może nie wypada; może to zbyt mało ambitne i zbyt mało spektakularne wydarzenie, bohater też zbyt mały a samo zdarzenie mało medialne – ale nominuję siebie 🙂

Pamiętam, jak lat już parę temu, za czasów szkoły średniej, rozgrywaliśmy jakiś międzyszkolny turniej piłkarski na hali. W piłę nigdy mistrzem nie byłem, do ukochanych wówczas Mięciela i Dudka trochę mi brakło 😉 Mimo to jako rezerwowy bramkarz zasiadłem na hali i obserwowałem każdy kolejny mecz. Wychodziło to chłopakom nieźle, na pewno faworytami nie byliśmy a niespodziewanie znaleźliśmy się w półfinale. Wiecie – podjarani, umordowani; niby spełnieni – ale jak już zaszło się tak daleko, czemu by nie zawalczyć o finał.

Wszystko szło nie najgorzej, rzekłbym – remisowo, do momentu, kiedy na naszego bramkarza wpadło dwóch zawodników przeciwnej drużyny. Kumpel poobijany, emocje wzięły górę, ryknął na nich i zaczęła się jakaś szamotanina – skutkiem której była kartka i zejście naszego bramkarza.

I co? Wszedłem ja 🙂 Początek był już niezły – karnego obroniłem! Co prawda w jakiś niewytłumaczalny sposób przy obronie strzału wybiłem sobie palca – ale przecież nie mogłem tego nikomu powiedzieć; nie mogłem dać powodu trenerowi do zdjęcia mnie z boiska. Zacisnąłem zęby i grałem dalej.

Czyste konto, nie jest źle, końcowe minuty. Myślami już nastawiam się na karne – a tak ich, cholera, nie cierpiałem! – gdy znikąd powstała nasza akcja. Myślę sobie, wyjdę, wybiegnę, co mi tam, może zamieszania jakiegoś narobię.

Palec boli jak cholera, gdzieś w tle trener się wydziera, żebym został. Nie zostałem – w być może obciachowej, ale mojej ulubionej wówczas żółtej bluzie Jurka Dudka z Liverpoolu (ze stadionu, przyznaję – na oryginał nie było mnie stać), przykrytej koszulką naszej drużyny – pobiegłem skrzydłem. Podanie, ciach, nie wiem co się dzieje. Piłka przy nodze, na mnie biegnie jakiś nabity obrońca. Mijam go, o dziwo, mijam go razem z piłką, biegnę w stronę bramki. Ułamek sekundy – wychodzę sam na sam, puszczam piłkę dołem; płasko, delikatnie. Piłka przelatuje bramkarzowi pomiędzy nogami, siatka, gol.

Finał przegraliśmy – ale to nic. Przez moment byłem małym bohaterem klasy H 🙂 Do dziś gdzieś została mi moja szczęśliwa bluza Dudka

M
Złoty Gol

Urodzony 1 maja 1968 roku. Wtedy miał 28 lat i nie był znany szerszej publiczności. Właściwie kiedy wchodził na boisko w 69 minucie tamtego finału pierwszy raz widziałem człowieka na oczy. Jakim cudem ten anonim miałby odwrócić losy tego meczu? Tym bardziej, że wtedy – dziś sam się sobie dziwię – kibicowałem drużynie niemieckiej. Gwiazdami tamtej reprezentacji byli przecież Jurgen Klinsmann, Matthias Sammer, Andreas Moeller. Ale on?
Był 30 czerwca 1996 r. stadion Wembley, finał Mistrzostw Europy. Mecz pomiędzy zdecydowanymi faworytami, drużyną Niemiec i rewelacją turnieju, zespołem Czech. Wcześniejsze spotkanie w fazie grupowej pomiędzy tymi reprezentacjami zakończyło się pewnym zwycięstwem Niemiec 2-0. Los ponownie skojarzył ich w finale. Tymczasem po godzinie gry murowany faworyt przegrywał 0-1 po golu Patrika Bergera z rzutu karnego. Dziesięć minut później na murawie pojawił się Oliver Bierhoff i całkowicie odmienił losy spotkania. W 73 minucie najlepiej znalazł się w polu karnym i strzałem głową pokonał Petra Koubę. Do końca spotkania wynik już się nie zmienił. Dogrywka. Pięć minut po wznowieniu gry Oliver Bierhoff zdobył złotego gola i mecz się zakończył a Niemcy mogli rozpocząć świętowanie. To właśnie wtedy poznałem znaczenie słów „wystąpić w roli dżokera”. Wejść w końcówce meczu o Mistrzostwo Europy i w obecności ponad 70 tysięcy widzów i dodatkowo królowej Anglii, przesądzić o losach spotkania – bezcenne. Tak się zdobywa uznanie;-)
Co ciekawe pomimo zdobycia tytułu wicemistrzów Europy, dwa lata później Czesi nie zdołali zakwalifikować się do Mistrzostw Świata we Francji. Jednakże piłkarze srebrnej drużyny byli jednymi z najbardziej rozchwytywanych, między innymi Karel Poborsky przeszedł do Manchesteru United, Pawel Nedved do Lazio Rzym a Radek Bejbl do Atletico Madryt
Lecz w tamtym pamiętnym finale największym wygranym i tak był Oliver Bierhoff.

M
Goycochea

Być bohaterem jednego meczu. Przesądzić o losach spotkania. Zaiste – piękne. A być bohaterem całego turnieju? Oczywiście możesz się nazywać się Maradona i decydować o zwycięstwach drużyny jak robił to Diego na MŚ w 1986 roku. Albo tak jak Ronaldo na MŚ w 2002 roku strzelać zwycięskie bramki w półfinale i finale dokładając do tego koronę króla strzelców. Wtedy potwierdzasz swoją klasę. Ale jechać na turniej jako rezerwowy bramkarz? Zapewne nie myślisz wtedy o tym żeby zostać bohaterem ale żeby w ogóle zagrać jakiś mecz. Chyba, że z pomocą przyjdzie los.
13 czerwca 1990 roku Argentyna grała mecz Mistrzostw Świata z ZSRR. W 10 minucie złamania nogi doznał etatowy bramkarz Albicelestes, mistrz świata z Meksyku, Nery Alberto Pumpido. Zastąpił go Sergio Goycochea. Wtedy nikt jeszcze nie wiedział, że ten zawodnik będzie jednym z największych odkryć Mondiale ’90. Mecz z Rumunią zremisowany 1-1 jest nieistotny dla historii naszego bohatera ale dał awans Argentynie. 1/8 finału z Brazylią to przede wszystkim Maradona i Caniggia. I wtedy nadeszły ćwierćfinały. Spotkanie z Jugosławią kończy się wynikiem 0-0. Dogrywka nie przynosi rozstrzygnięcia. Do wyłonienia zwycięzcy potrzebne są rzuty karne. Po pierwszej serii prowadzi Argentyna po strzale w poprzeczkę Stojkovica. Ale w trzeciej serii jedenastkę marnuje Maradona i jest już remis. W czwartej serii myli się Troglio i Argentyna znajduje się w poważnych opałach. I wtedy całemu światu swój niezwykły kunszt ujawnia Sergio Goycochea. Broni dwie jedenastki dając awans swojemu zespołowi.
A później półfinał z Włochami. W bramce Squadra Azzurra, Walter Zenga, który od początku turnieju jeszcze nie puścił bramki. Kapituluje w 67 minucie spotkania z Argentyną po 516 minutach bez straconego gola. Zaś sam mecz kończy się rezultatem remisowym i znów będą egzekwowane jedenastki. Trzy pierwsze serie wykonywane są bezbłędnie przez obie drużyny. Jednak już w kolejnej znów przypomina o sobie Goycochea. Broni strzał Donadoniego. Chwilę później trafia Maradona. I ponownie Goycochea który powstrzymuje Serenę. Argentyna jest w finale dzięki bramkarzowi, którego sama nominacja do kadry Albicelestes na mistrzostwa była niespodzianką.
8 lipca 1990 roku w Rzymie. Finał z Niemcami. Do 85 minuty wynik pozostawał bezbramkowy i wtedy sędzia dyktuje rzut karny. Goycochei zabrakło naprawdę niewiele żeby obronić ale strzał Andreasa Brehme był niesamowicie precyzyjny. Argentyna przegrywa w finale. Ale to, że w ogóle tam zagrała zawdzięcza swemu specowi od rzutów karnych.
Co ciekawe, cztery lata później na Mistrzostwach Świata w Stanach Zjednoczonych, Goycochea był członkiem kadry Argentyny ale pierwszym bramkarzem był Luis Islas, który zrezygnował z gry w reprezentacji przed mistrzostwami we Włoszech mając dość bycia dublerem Pumpido. A sam Goycochea nie miał już okazji popisać się swoimi umiejętnościami na tym turnieju. Lecz tylko podczas występów w reprezentacji obronił aż 10 rzutów karnych.

Greguito
THE GAME

Pamiętam jak dziś, bo tego zwyczajnie nie da się zapomnieć. To był mecz, który zmienił moje spojrzenie na piłkę. To wtedy nauczyłem się nigdy nie wyłączać telewizora przed ostatnim gwizdkiem sędziego, bo może za chwilę stanie się to, czego byłem świadkiem w 1999 roku.

Na mecz Manchesteru z Bayernem długo się szykowaliśmy wraz z bratem. Spodziewaliśmy się atrakcyjnego i szczęśliwego dla nas, fanów angielskiej piłki, wieczoru. Zaczęło się jednak fatalnie, bowiem Bayern szybko wyszedł na prowadzenie ku naszemu niezadowoleniu. Po stracie gola Czerwone Diabły nie pokazały, że mogą odwrócić losy tego spotkania, wręcz przeciwnie, to Bayern atakował i jedynie słupek i poprzeczka przeszkodziły w dopięciu formalności. W końcu Alex Ferguson zdecydował się na zmiany. Wprowadził najpierw Teddy’ego Sherringhama, a później Ole Gunnara Solskjaera. To nic nie zmieniło, Manchester wciąż grał słabo, a ja wraz z bratem, zacząłem tracić cierpliwość. Była 83. minuta, kiedy zrezygnowaliśmy i wyłączyliśmy telewizor. Poszliśmy do swoich pokojów i właściwie mecz się już dla nas skończył.

W moim pokoju stał mały telewizor, na którym często późnymi wieczorami oglądałem różne mecze piłkarskie. Byłem zrezygnowany, ale pomyślałem sobie, że ten mecz z kibicowskiego obowiązku należy obejrzeć do końca. Włączyłem więc telewizor i otępiałym okiem patrzyłem gdzieś w jego kierunku. Nie, nie oglądałem meczu, patrzyłem się w telewizor, żeby mieć pewność, że tu się nic więcej nie wydarzy. I naprawdę miałem taką pewność. Aż tu nagle…

Czasem zdarza się, że kiedy piłkarz wchodzi na boisko masz przeczucie, że zrobi coś wielkiego. Nie miałem tego przeczucia, kiedy wchodził Sherringham, nie miałem go też kiedy na placu gry zameldował się Solskjaer. I być może dlatego w momencie mój umysł przyjął informację, ze Manchester United zdobył gola, początkowo nie mogłem wyjść z szoku, że mecz trwa dalej i za chwilę będzie dogrywka. Sherrinngham! Tak, ten którego wcześniej Ferguson wprowadził na boisko, ten o którym mówiłem, że nic do gry Czerwonych Diabłów nie wniesie. To on obudził mnie z letargu, w którym oglądałem końcówkę meczu. Zanim się jednak obudziłem nastąpił chwilowy moment osłupienia. To jeden z tych momentów, kiedy zatrzymujesz się w pewnej pozie, jakbyś czekał na błyśnięcie flesza aparatu fotograficznego. Po chwili wyszedłem z osłupienia, poszedłem budzić brata:
– Remis! Grają dalej! – Krzyczałem.
– Pierd… – rzucił niecenzuralnie mój starszy brat.
– chodź i się przekonaj.
I poszedł

Do pokoju weszliśmy niemal w tej samej chwili. Spojrzeliśmy na telewizor i brat powiedział: – rzeczywiście! na co odbąknąłem z jeszcze bardziej osłupiałym wyrazem twarzy: – tak, ale to nie ta bramka.
Nie było to łatwe, ale uwierzyłem temu, co podpowiadał wzrok, Manchester United prowadził 2:1. A kto był głównym bohaterem? Teddy Sherringham i Gunnar Solskjaer – dwóch rezerwowych Manchesteru United, o których mówiłem, że nic w tym meczu nie zdziałają. Przy pierwszej akcji Teddy wystąpił w roli egzekutora, przy drugiej wcielił się w rolę asystenta. Ci dwaj wzięli mecz w swoje ręce tak jak się bierze kartkę papieru, zmięli ją doszczętnie i wrzucili tę kartkę do kosza, pisząc jednocześnie na drugiej nową historię finału Ligi Mistrzów. W realnym świecie wydaje się, ze takie historie się nie zdarzają, ale futbol to po części świat fantasy, w którym możesz wejść na boisko w 90.minucie i zostać bohaterem. Futbol to świat, w którym nie można stracić wiary, bo ta wiara często buduje sukces. Teddy Sherringham i Ole Gunnar Solskjaer tą wiarę mieli i dzięki temu napisali tego dnia swoją własną historię finału Ligi Mistrzów.

Alex
Joker

Witam 🙂 Pamiętam, jakby to było wczoraj, chociaż niedługo minie już 8 lat od tego wydarzenia. Może nie będzie to historia dokładnie taka, jaką Pan oczekuje przeczytać, ale niewątpliwie dla mnie jest ona jedna z najistotniejszych w moim dotychczasowym życiu.

17 maja 2006 roku, Stade de France, finał Ligi Mistrzów. Na paryskiej murawie spotkały się drużyny FC Barcelony i Arsenalu Londyn. Obie ekipy w półfinałach zaledwie jednym gole poradziły sobie ze swoimi rywalami, a tego dnia za nieznacznych faworytów uważano Katalończyków, którzy mieli w swoim składzie magicznego Ronaldinho i bramkostrzelnego Eto’o, tytana obrony – Puyola, byli też Deco, Giuly czy Van Bommel. Po drugiej stronie plejada gwiazd identyczna. Thierry Henry, Campbell, Lehmann, Fabregas, Pires czy Ljungberg.

Blaugrana czekała na triumf w Lidze Mistrzów od 1992 roku, natomiast Kanonierzy jeszcze nie zdobyli tego trofeum. Apetyty obu drużyn były ogromne, ale zwycięzca mógł być tylko jeden. Po pierwszym gwizdku zespoły zaczęły się badać, nie było wiele okazji bramkowych. W 18. minucie meczu wydawało się, że to może być koniec Arsenalu, gdyż czerwoną kartkę otrzymał Jens Lehmann. Czego chcieć więcej? Barcelona przez 70 minut z przewagą zawodnika, kontrolująca mecz, grająca swoją piłkę.

Rzeczywistość okazała się jednak brutalna, bo na przerwę to Kanonierzy schodzili przy prowadzeniu 1:0 po golu Sola Campbella i asyście Henry’go. Barcelona biła głową w mur, nie potrafiła zagrozić bramce Almunii. Sytuacji nie było, a czas płynął nieubłaganie. Miałem wówczas 13 lat, byłem podirytowany, a z każdą upływającą minutą łzy napływały mi do oczu. Wtedy jednak Frank Rijkaard wpuścił na boisko piłkarza, który odmienił losy mecz o 180 stopni, a nie wiem czy aż takiego wyczynu się wszyscy spodziewali. Henrik Larsson.

Szwed w Barcelonie pełnił rolę typowego jokera, zmiennika dla Eto’o, a tutaj pociągnął swój zespół do ostatecznego triumfu. Po kwadransie przebywania na boisku, Henka delikatnie trąca piłkę, która trafia pod nogi Eto’o, a Kameruńczyk z zimną krwią umieszcza futbolówkę w krótkim rogu bramki Arsenalu. Eksplozja w sektorach zajmowanych przez kibiców gości! Blaugrana wraca do gry! Kanonierzy wyprowadzali groźne kontry, ale nie mieli już tylu sił nawet na skuteczną defensywę.

Chwilę wcześniej Frank Rijkaard dokonał ostatniej zmiany – wprowadził Bellettiego. Liczył na oskrzydlające akcje Brazylijczyka, jakieś dobre dośrodkowanie, zrobienie przewagi liczebnej. To, co się stało 10 minut przed końcem meczu przeszło wszelkie pojęcie. Larsson znów asystuje, a tym razem właśnie Belletti pakuje piłkę do bramki! Tym samym strzela swojego pierwszego i jedynego gola dla FC Barcelony, pada na kolana, kryje twarz w dłoniach, a po chwili już nie można go dostrzec pod wielką górą katalońskich piłkarzy.

Blaugrana wygrywa swoją drugą Ligę Mistrzów, jest najlepsza w Europie dzięki genialnym zmianom Franka Rijkaarda. Kto jest moim bohaterem z dwójki rezerwowych? Pisałem ten tekst z myślą o Larssonie i zostanę chyba przy tej opcji, ale czy nie piękna jest historia Bellettiego, prawego obrońcy, który strzela dla Dumy Katalonii jednego gola przez około 70 meczów i jest to akurat w finale Ligi Mistrzów, trudnym spotkaniu, które można było przegrać? W dodatku to wzruszenie Brazylijczyka po trafieniu i radość jego kolegów z drużyny…

Wspomnienie bezcenne, trochę łez wylanych, ale najważniejsze, że z happy endem 🙂

2 komentarze

  1. ~Michał Z

    14 marca 2014 at 15:56

    Ale niespodzianka! Dziękuję 🙂 Panie Michale, proszę o podpowiedź – jak można odebrać nagrodę? Coś gdzieś wysłać, gdzieś się zgłosić?

  2. ~polsport

    14 marca 2014 at 17:19

    Gratulacje i na mojego mejla adres poproszę: michal.pol@przegladsportowy.pl

Zostaw odpowiedź