Droga do finału. Ostatni mecz Moyesa?

Jeśli Manchester United nie odrobi straty z przegranego 0:2 meczu w Pireusie i odpadnie z Ligi Mistrzów, może to zakończyć krótka i pełną rozczarowań karierę Davida Moyes w roli następcy Aleksa Fergusona. Jeszcze nie dawno, bo w ubiegłym sezonie nikt nie zadawałby nawet pytań czy „Czerwone Diabły” są w stanie pokonać na Old Trafford nie tylko europejskiego średniaka jak Olympiacos, ale w ogóle jakąkolwiek. MU zdobył wówczas mistrzostwo Anglii z 11 punktową przewagą. Niestety Moyes w tych kilka miesięcy przemienił drużynę w przeciętniaka bez szans na tytuł czy choćby pierwszą czwórkę – wizja gry w przyszłej edycji Champions League odpłynęła w ostatni weekend wraz z upokarzającą porażką z Liverpoolem 0:3 przed własną publicznością. Była to już dziewiąta przegrana w sezonie Premier League (wyrównany najgorszy klubowy rekord), w którym United był w stanie w dodatku strzelić u siebie zaledwie 18 goli. Odpadł też już z Pucharu Anglii i Ligi Anielskiej. Taktykę Moyesa po porażce z Pireusem publicznie skrytykował Robin van Persie (za Fergusona byłby to ostatni dzień każdego piłkarza w klubie), a po porażce z Liverpoolem Wayne Rooney przyznał, że był to najgorszy dzień w jego piłkarskiej karierze. W zespole nie ma chemii, a na boisku brakuje obowiązkowej w czasach Fergusona pasji, zadziorności i walki o wynik do ostatnich sekund. Bo jak wyjaśnić niemoc, która dopadła wybitnych przecież piłkarzy, o wysokich umiejętnościach indywidualnych? Zwłaszcza, że z Olympiacosem człapało bez pomysłu po boisku i zderzało się ze sobą, dublując pozycje aż dziewięciu tych samych zawodników, którzy przed rokiem potrafił zremisować 1:1 z Realem Madryt.
Co prawda w 1/8 finału z Ligą Mistrzów pożegnały się także Arsenal i Manchester City, ale porażki z Bayernem Monachium i Barceloną wstydu im nie przynoszą. Odpadnięcie z Olympiacosem na pewno przepełni czarę goryczy kibiców United. Czy wypali i cierpliwość właścicieli, którzy dojdą wniosku, że jednak się pomylili i nie jest on owym Chosen One. I rozważą rozwiązanie sześcioletniego kontraktu ze Szkotem, który przemienił ich MU w drugi Everton, skąd trafił na Old Trafford?

KONKURS: widziałem drużyny cień

I tu przychodzimy do kolejnej odsłony konkursów Heinekena, w których możecie wygrać 5-litrowe beczułki sponsora Ligi Mistrzów (a na stronie liga.heineken.pl oglądać mecze w jakości HD za kapsel) i nasze studio Ligi Mistrzów na żywo Droga do Finału. Tym razem chcę od Was notki o drużynie upadłej. Jaki spadek z Parnasu utkwił Wam w pamięci najbardziej, kiedy na własne oczy zobaczyliście, że wielcy piłkarze „umierają stojąc”, a drużyna, która dopiero co nie miała sobie równych w świecie, na Waszych oczach stała się doskonale przeciętną? Może zapamiętaliście jeden moment, obrazek, który Was w tym utwierdził.

Do dzieła! Kegi czekają. I ja czekam na wpisy w komentarzach. Do czwartku do godziny 15.

13 komentarzy

  1. ~M

    19 marca 2014 at 00:25

    Nie jest to drużyna, która z futbolowego raju spadła wprost w otchłań bylejakości. Jednakże, swego czasu ten zespół zawiesił poprzeczkę tak wysoko, że obecne wyniki nie mogą zadowalać zawodników a już na pewno nie kibiców tego Klubu z piękną i długą historią.
    Pamiętny sezon 2003/04 i historyczne zdobycie mistrzostwa bez choćby jednej porażki, trzy mistrzostwa Anglii z rzędu, genialny gol Dennisa Bergkampa w spotkaniu z Newcastle w 2002 roku, Thierry Henry i jego cztery korony króla strzelców, rewelacyjny sezon 2005/06 w Lidze Mistrzów z serią dziesięciu meczów bez straty gola, fantastyczny rajd Henry’ego w meczu z galaktycznym Realem Madryt, pojedynki Roya Keane’a i Patricka Vieiry, utarczki słowne Alexa Fergusona i Arsene Wengera. Bergkamp, Henry, Vieira, Ljungberg, Campbell, Lehmann. Już wiadomo. Arsenal Londyn.
    I sezon 2007/2008, to wtedy się zaczęło. Pamiętam tabelę z lutego 2008 roku. Arsenal miał wówczas przewagę pięciu punktów nad Manchesterem United. Jeszcze w marcu wciąż był liderem. A jednak tamten sezon zakończył dopiero na trzecim miejscu. W Lidze Mistrzów także niepowodzenie. Po bardzo dramatycznym meczu z Liverpoolem, Arsenal odpadł tracąc w rewanżu na Anfield Road dwa gole w końcówce meczu.
    W kolejnym sezonie było jeszcze gorzej. Po jesiennym zwycięstwie nad Manchesterem United 2-1, wydawało się, że Kanonierzy znowu będą się liczyć w walce o mistrzostwo. Niestety, Arsenal zakończył sezon na czwartym miejscu ze stratą aż 18 punktów. W Lidze Mistrzów z londyńczykami bez problemów rozprawił się Manchester United wygrywając w dwumeczu 4-1. To wtedy Michał Okoński napisał: „Zanim do tego dojdzie, dorzucę tylko jeden wątek: zawieszenia broni między menedżerami MU i Arsenalu. Tym razem nikt nie wracał do awantur sprzed kilku sezonów, kiedy van Niestelrooy nie wykorzystał karnego, Alex Ferguson został trafiony kawałkiem pizzy, a Roy Keane i Patrick Vieira szarpali się w tunelu. Obawiam się, że powód jest prosty: Wenger przestał być rozdającym karty; groźniejszymi przeciwnikami Szkota okazują się Rafa Benitez i kolejni trenerzy Chelsea, więc wobec menedżera Arsenalu może pozwolić sobie na uprzejmość”. Ten cytat najlepiej oddaje sedno sprawy. Arsene Wenger przestał być poważnym konkurentem w walce o trofea.
    Sezon 2009/10. Czwarte miejsce i 11 punktów straty do lidera. W Lidze Mistrzów zaledwie ćwierćfinał po starciu z Barceloną.
    Oczywiście, nie można nie wspomnieć, że Arsenal sukcesywnie tracił najlepszych zawodników co musiało mieć wpływ na wyniki zespołu. Od roku 2005 odeszli Vieira, Bergkamp, Henry, Pires, Ljungberg, Lehmann, Nasri, Fabregas, van Persie. Niektórzy odchodzili na emeryturę ale byli także tacy, którzy uznali, że z tym klubem nic poważnego nie wygrają. Należy oddać szacunek Wengerowi, że w tych okolicznościach gdy tracił najlepszych graczy zajmował miejsce w pierwszej czwórce. Z pewnością nie mogło to jednak satysfakcjonować fanów pamiętających najlepsze czasy Kanonierów.
    Sezon 2010/11 to znów czwarte miejsce, 12 punktów straty. W Lidze Mistrzów ponownie porażka z Barceloną i to już w 1/8 finału. Dodatkowym rozczarowaniem była porażka w Pucharze Ligi Angielskiej z Birmingham 1-2 po bramce straconej w 89 minucie meczu. Loża szyderców mogła kontynuować odliczanie czasu bez zdobytego trofeum.
    Kolejny sezon to wprawdzie trzecie miejsce w lidze ale aż 19 punktów straty do mistrza. W Lidze Mistrzów rozczarowanie. Wprawdzie po laniu w Mediolanu i porażce 0-4 z Milanem Kanonierzy ambitnie powalczyli o odrobienie strat zwyciężając u siebie 3-0 ale to nie wystarczyło żeby awansować do ćwierćfinału.
    W sezonie 2012/13 Arsenal z trudem obronił czwartą pozycję tylko o punkt wyprzedzając Tottenham. Utrata miejsce w Lidze Mistrzów nie byłaby tym co kibice mogliby wybaczyć. Lecz w 1/8 finału tych rozgrywek Arsenal spotkał się Bayernem Monachium i szanse na awans zaprzepaścił już w pierwszym spotkaniu przegrywając 1-3. I chociaż w rewanżu Kanonierzy znów dzielnie walczyli to na Allianz Arena do awansu zabrakło jednego gola. Tylko tyle albo aż tyle.
    W bieżących rozgrywkach ligi angielskiej Arsenal zaczął z wysokiego C i z małymi przerwami był liderem aż do 25 kolejki. Wtedy stracił fotel lidera na rzecz Chelsea. Szansę na odrobienie strat będzie miał już w najbliższą sobotę albowiem te dwa zespoły zagrają na Stamford Bridge. A w Lidze Mistrzów? Już po wszystkim. Po wyjściu z grupy śmierci londyńczycy tak jak przed rokiem trafili na Bayern Monachium. Zdobywca potrójnej korony w poprzednim sezonie nie pozostawił złudzeń kto jest lepszy.
    Pomimo, że jestem sympatykiem Manchesteru United to nie mam nic przeciwko żeby Arsenal nawiązał do swoich najlepszych lat. Albowiem jeśli wygrywać to tylko z równie mocną konkurencją. Jeśli zdobywasz tytuł mistrza w Premier League to nie dlatego, że jesteś najbogatszy a pozostałe zespoły są biedne a Ty możesz sobie pozwolić na transfery zawodników na które nie stać innych. Jeśli zdobywasz tytuł w Premier League to znaczy, że miałeś świetnie poukładany zespół wśród równorzędnych drużyn. Najmocniejszy wśród mocnych. Najlepszy. A tylko zwycięstwo w doborowym towarzystwie może mieć wyjątkowy smak.

  2. ~Tomassino-1

    19 marca 2014 at 08:45

    Projekt „nowej, lepszej Barcelony” pod przewodnictwem świeżo upieczonego prezydenta Laporty, stosunkowo szybko zaczął stawać się ciałem. Lato 2003 roku było w stolicy Katalonii okresem wielkiego przełomu i klub będący „Dumą” autonomicznego regionu po dłuższym czasie wrócił do futbolowej elity.

    Między 2004 a 2006 rokiem, zespół opierał się na nieopierzonym acz utalentowanym trenerze Rijkaardzie, wybornie skutecznym Eto’o, magicznym Ronaldinho i paru innych piłkarskich fachurach jak Deco, Beletti, Van Bronckhorst, Giuly czy superrezerwowym Larssonie. Drużyna wybiła się ponad wszystkie inne i można było z czystym sumieniem zakładać, że era tamtej Barcelony potrwa przez kilka, ładnych lat. Wydawało się, że ów projekt ocierał się o doskonałość, że nie można zaprzepaścić owoców tak tytanicznej pracy.

    A jednak…

    Lato 2006 roku, okres pomundialowy – tamten czas, niestety dla wszystkich cules, również zapadł w pamięci. To był okres, gdy klub wskoczył na równię pochyłą. Przepychanki w zarządzie, przemeblowanie składu, gwałtowanie malejąca motywacja po zdobyciu Pucharu Mistrzów i dwóch mistrzostw kraju, a także gęstniejąca atmosfera w szatni. Wszystko to było niczym innym jak swoistą autodestrukcją. Nie może być jednak inaczej gdy interesy własne przedkłada się nad dobro klubu. Symbolem „początku końca” była klęska 0:3 z Sevillą w meczu o Superpuchar Europy…

    To wówczas – po raz pierwszy – słynne motto „Więcej niż klub” zostało mocno zdewaluowane. Wszystkim, którzy uwielbiali patrzeć na grę tamtej drużyny i na to z jaką pasją jest budowana, zszokował równie błyskawiczny jej rozpad. Miliony kibiców o bordowo-granatowych sercach musieli poczekać kilka lat, przetrwać okres posuchy i parę soczystych policzków, by klub po raz kolejny powstał niczym słynny „Feniks”. Lato 2008, odejście starej gwardii, nadejście nowej fali na czele z trenerskim młokosem Pepe Guardiolą.

    Ale to temat na zupełnie inną historię…

  3. ~@KikutAFC

    19 marca 2014 at 09:01

    Daleko szukać nie trzeba, Milan. 2-3 lata temu czołówka światowa, wymieniani na równi z Realem, Barcelona. Teraz średniak Serie A. Ale w Milanie jak i w większości takich zjazdów jakości klubów wiązało sie to z odejściem klinczowych piłkarzy, czy też jakichś innych problemów np. Finansowych. A w MU stało sie coś dziwnego. Zaledwie rok temu pewnie szli po mistrzostwo Anglii. Old Trafford było praktycznie nie do zdobycia. A tu ten sam mistrzowski skład (+Mata, Fellaini) i taki zjazd. Można sie było spodziewać że mistrzostwa nie wygrają, ale 7 miejsce? Ja bym za to winił Moyesa (i jako kibic Arsenalu już boję się odejścia Wengera). Przecież gracze w rok nie zapomnieli jak sie gra.

  4. ~Kermit

    19 marca 2014 at 09:49

    Dwa czarne dni w historii MU:
    – 06.02.1958 r.

  5. ~Kermit

    19 marca 2014 at 09:51

    Dwa czarne dni w historii MU:
    – 06.02.1958 r.
    – 01.07.2013 r.

  6. ~kamil

    19 marca 2014 at 14:10

    Myślę że milan jest tu świetnym przykładem i nie wiem czy nie bardziej spektakularnym. Zdaję sobie sprawę że United ma wielki problem ale Milan w niedługim czasie popadł w przeciętność po raz wtóry. W roku 1996 takie gwiazdy jak Roberto Baggio i George Weah w składzie ale już bez Capello na ławce Milan przegrywa na wszystkich frontach. Nie pomaga powrót Capello ani transfery Ibrahima Ba, Kluiverta, Ziege i innych piłkarzy którzy nie pokazywali w Mediolanie nic. Dopiero późniejsze sprowadzenie na ławkę Ancelottiego pozwala Milanowi wrócić na swoje miejsce w Europie.

  7. ~Jarek W

    19 marca 2014 at 16:38

    Pierwsze co mi przyszło na myśl – AC Milan, jak zauważyło kilku kolegów powyżej. Jednak po chwili refleksji doszedłem do wniosku, że nie traktowałbym jeszcze (zwracam uwagę na słowo jeszcze) w kategoriach drużyny która upadła już zupełnie. Weźmy pod uwagę, że drużyna z Mediolanu w ostatnich pięciu sezonach za każdym razem stawała na podium. Fakt, nie jest to już Milan, którego pamiętamy z 2003, 2005 czy 2007 roku, ale nie zaryzykowałbym stwierdzenia, że oni już definitywnie upadli.

    Wśród moich typów są dwa zespoły, a mianowicie Leeds United oraz Parma F.C. (w najlepszym okresie znana jako A.C. Parma).

    Chciałbym zacząć od 3-krotnego mistrza Anglii, czyli zespołu z Leeds. Przyznam otwarcie, że ich ostatniego mistrzostwa w 1992 roku nie pamiętam, z racji tego, że po prostu, nie było mnie jeszcze na świecie. Myślę, że gdybym zrobił teraz anonimową ankietę wśród polskich sympatyków futbolu, w szczególności, osób poniżej 20 roku życia, czy znają klub Leeds United, większość odpowiedziałaby, że nie. Z jednej strony, nie można byłoby się dziwić, gdyż Leeds nie występuje obecnie w najwyższej klasie rozgrywkowej, a nie każdy na bieżąco śledzi rozgrywki Championship. Z drugiej jednak strony, moim zdaniem warto pamiętać o tym zespole, ze względu na to, co udało mu się osiągnąć w najmocniejszej lidze świata oraz z racji sukcesów na arenie europejskiej. Kibice z Elland Road z pewnościa dobrze wspominają lata 1999-2001, kiedy to drużyna z północnej części Anglii nie spadała poniżej 4 miejsca w lidze. To także okres bardzo dobrych występów na arenie europejskiej. Najpierw w 2000 roku Leeds United doszło do półfinału Pucharu UEFA oraz zakończyło sezon ligowy na 3 miejscu, po czym w następnym roku, ekipa prowadzona wtedy przez Davida O’Learego, dotarła do półfinału rozgrywek Ligi Mistrzów. W drużynie z Leeds grali wówczas m.in. Rio Ferdinand, Robbie Keane, Mark Viduka, Harry Kewell, Robbie Fowler czy Alan Smith. Od 2002 roku zespół z Elland Road, nie powtórzył już sukcesów. Stało się coś zupełnie odwrotnego. Najpierw w 2004 roku Leeds spadło klasę niżej, a następnie w 2007 roku zajęło ostatnie miejsce w Championship i zostało zdegradowane do League One. Co prawda od 2010 roku zawodnicy Leeds United grają ponownie w Championship, ale marzenia o Premier League muszą jeszcze odłożyć (obecnie 15 miejsce). Jest to według mnie świetny przykład drużyny, która przeżywała swoje „wielkie dni”, a następnie przyszedł kryzys, który sprawił, że wielu kibiców nie pamięta już sukcesów tej angielskiej drużyny.

    Dlaczego wybrałem Parmę? Głównie ze względu na fakt, że w latach 90 jak i później zespół ten nagminnie meldował się w najlepszej 5 ligi. Drużyna występująca obecnie w Serie A, odnosiła też wtedy wielkie sukcesy w europejskich rozgrywkach. W 1993 roku zawodnicy Parmy wygrali Puchar Zdobywców Pucharów, a rok później oraz w 1998 roku zwyciężali w Pucharze UEFA. Ponadto 3-krotnie zdobywali Puchar Włoch (1992, 1998, 1999) oraz zostali wicemistrzami Włoch w sezonie 1996/1997. To także klub, który otworzył drogę do bogatej kariery takim graczom jak Buffon, Cannavaro, Crespo, Chiesa, Zola czy Thuram. Od tamtych czasów Parma F.C. nie zdobywała już żadnych trofeów, a w międzyczasie zanotowała wycieczkę do Serie B. Obecnie od 2010 roku występuje w Serie A, zajmując miejsca mniej więcej w środku tabeli.

    Reasumując, dwie drużyny, które wymieniłem absolutnie mogą być zaliczane do kategorii drużyn, które upadły, zeszły na bok, są cieniem tego, kim byli kilkanaście lat wcześniej. Bez dwóch zdań należą także do zespołów, o których, chociażby z racji zawodników, którzy w nich występowali, warto pamiętać.

    Jarek Wysokiński
    http://jarekwysokinski.blog.pl/

  8. ~Grmli

    19 marca 2014 at 19:05

    Tak właściwie to przecież nic się nie stało, ta rozpędzona kula pyłu i popiołu dalej wiruje sobie wokół płonącej gwiazdki, w jakiejś pomniejszej galaktyce, w mało istotnym wszechświecie. Mięso, które chwilowo zamieszkuję dalej utrzymuje homeostazę a moja egzystencja przecież i tak nigdy nie była zbyt kolorowa. Czerń i biel. Biel … Biel do cholery!
    Teraz nagle wszystko przybrało się w granat w paski bordo. Bezguście. Każdy chce mieć metr sześćdziesiąt i być autonomiczny. Pofarcili ! Oni zawsze przecież farcą. Tak musiało być i tym razem. Oglądałem ten mecz. Przed chwilą się skończył. Dlaczego absolutnie nic z niego nie pamiętam? Fascynujące jak umysł potrafi selekcjonować wspomnienia. Jedno pamiętam. Wiecie co to jest remontada? – zapytałem, gdy moi dostawali właśnie trzecią bramkę. Po co? Wyszedłem na jeszcze większego idiotę .Ośmieszyli mnie, tak samo jak ośmieszyli moją ekipę, moją obronę, mojego bramkarza i całą ludzkość.
    Wiecie co jest najgorsze? Od ponad stu lat wmawiają ludziom, że dla tego klubu nie ma rzeczy nie możliwych. „Nigdy się nie poddajemy”, „Jeśli coś jest nierealne to dlatego, że tylko my możemy to zrobić”, bla, bla, bla… Ale przecież widziałeś ich już tyle razy, jak wychodzili z sytuacji bez wyjścia . Nauczyłeś się, ze spokojem przyjmować ciosy wiedząc, że przecież Rocky też na początku zawsze obrywał. Dramaturgia musi być. Trochę fory, żeby wyrównać szanse. Jeszcze jedną! Strzelcie jeszcze jedną! Odrobimy i będzie wam wtedy jeszcze bardziej wstyd. Mamy trenera, który wygrywa samym ego, mamy zespół warty tyle, że dałoby się za to zbudować stadion, mamy… mamy wszystko i jesteśmy synonimem zwycięstwa.
    Kalkulowaliście kiedyś co ile wasza drużyna musiałby strzelać bramkę żeby wygrać, gdy do końca zostaje 20 minut, 14 minut, 7 minut…? Kiedy tak naprawdę przestajecie wierzyć, że znów się uda? Pamiętam jeszcze, że jak wylazłem stamtąd to chciałem sobie strzelić na wnętrzu dłoni tatuaż z naszym herbem. Nie mam pojęcia czemu i nie wiem dlaczego ten idiotyczny pomysł wpadł mi do głowy akurat wtedy. Ponoć nic nie jednoczy tak jak upokorzenie. Nie wiem. Wiem za to jedno: od tamtego wieczoru nie lubię przybijania piątek i machania otwartą dłonią na pożegnanie. Mas que una klęska.

  9. ~Kaśka

    20 marca 2014 at 10:46

    Michale,
    na wstępie muszę niestety przyznać się – nie mogę otrzymać nagrody ze względów formalnych:).
    Jednak Twój wpis na facebooku („studiował: filologia klasyczna”) oraz konkurs, w którym ktoś spada z Parnasu, nie pozwolił mi przejść obojętnie:). Takie odwołania do studenckiej przeszłości niezwykle mnie rozczulają.

    Twoja koleżanka z ostatniej ławki
    Kaśka

    Agapiusz na ostatniej ławce ziewał z nudów:
    – Na Zeusa, już ja bym lepiej grał.
    – Słyszałem, że rozgniewany tłum Ateńczyków rozbił posąg Antera po przegranej z tymi patałachami ze Sparty. – podchwycił Illydiusz. – A mieliśmy szanse…
    – Tak, tak, nie tylko siła fizyczna się liczy. Technika, technika jest ważna. – ożywił się Ksenofont.
    – No w naszej drużynie nie ma ani siły ani techniki… – Agapiusz był całkowicie zrezygnowany.
    – Ty, no patrz tylko! Taka szmata… Ten Fotyn to chyba ciągle jeszcze jest pod wpływem wina z Tasos. Wczoraj ostro pociągał z amfory.
    – No właśnie: Ischyrion miał uszkodzoną nogę, Kalikst całe dnie gada z Sokratesem, Sozont za bardzo lubi młode dziewoje. No kto tu ma grać, ja się pytam. Kto??? – rozpaczał Illydiusz.
    Tylko Arystea, żona Illydiusza, cieszyła się. Ale cieszyła się w myślach, bo była mądrą żoną. Poza tym nie chciała się za bardzo wyróżniać, bo przebywała na stadionie nielegalnie.
    „Na Afrodytę, będzie z tym głupim lataniem za wypchaną skórą spokój na parę wieków. Jakoś się zorganizuje czas mężowi. Ilość straconych meczogodzin i tak już jest olbrzymia.”.
    – Idziemy chłopaki, nie ma co tu siedzieć. To już nie ta sama drużyna. – powiedział Agapiusz.
    – I co my teraz będziemy oglądać? – jęczał Polidor – Igrzyska są raz na cztery lata.
    – Coś się wymyśli. Chodzi mi po głowie taka idea – coroczne Mistrzostwa Grecji. – oczy Illydiusza błyszczały. – Potem można by to rozwinąć: Puchar Tego, Puchar Tamtego. Mistrzostwa świata…
    – Taa. A z kim byśmy grali?
    – Ale byłoby fajnie, gdyby wymyślili coś takiego, żeby nie trzeba było gramolić się na stadion… Takie w domu pudło mówiąco-obrazkujące…
    – Eee, bredzicie. Chodźmy lepiej popatrzeć na treningi rzutu dyskiem, bo ten zespół gry w episkyros już się do niczego nie nadaje. Nędza.
    – Nic nie jest wieczne. – westchnął filozoficznie Polidor – Sic transit gloria mundi (powiedział po łacinie, był bowiem futurystycznym lingwistą).

  10. ~norbert

    20 marca 2014 at 11:05

    Manchester United jeszcze nie dawno był potęgą na świecie a teraz popadł w przeciętność. Od jakiegoś czasu stoi w miejscu a futbol ciągle się rozwija i jeśli oni nie zaczną to będzie tylko gorzej

  11. ~bamb0l

    20 marca 2014 at 12:29

    Mam 26 lat więc niestety sukcesy polskiej Piłki znam jedynie z opowiadań, książek i archiwalnych nagrań. Całe życie marzy mi się reprezentacja Polski lub jakikolwiek polski klub odnoszące sukcesy na międzynarodowej arenie. Jako dziecko żyłem w przeświadczeniu, że miejsce naszej reprezentacji jest w ścisłej światowej czołówce. Mimo, że liczba Polskich piłkarzy grających w zagranicznych klubach była o wiele mniejsza niż w dniu dzisiejszym to czułem zawsze dumę słuchając hymnu i widząc grupę zdeterminowanych średniaków, gotowych oddać zdrowie na boisku za reprezentacje (ach, te rajdy Bronowickiego na lewej stronie w meczu z Portugalia w Chorzowie:) ). Był rok 2007 a reprezentacja z europejskiego zaścianku pięła się w góre w rankingu FIFA by we wrześniu osiągnąć w nim 16 miejsce! 16 z ponad 200. Niech mi ktoś powie, że to nie jest czołówka. Wiem, że różni ludzie mają różne podejście do tych rankingów, jednak obrazują one w mniejszym lub wiekszym stopniu grę danego zespołu. Nasze miejsce poparte było dobrą grą i wynikami. Jakież było moje (i pewnie wasze też) szczęście, gdy pod przewodnictwem Leo Benhakkera wygraliśmy eliminacje do mistrzostw Europy w 2008 roku. Grając jak równy z równym z miedzy innymi Portugalia. W tamtym momencie myslałem, że rośnie nam solidna reprezentacja z przyszłością. W końcu nasz kraj odwiedziła zachodnia myśl trenerska, wygraliśmy eliminacje i ogólnie ogarnął nas hurra-optymizm w stosunku co do biało-czerwonych. Turniej niestety nie wyszedł, trenera pożegnalismy a kariery grających w tamtej reprezentacji pilkarzy wygasały jedna po drugiej. Mimo to miałem nadzieję, ze zobaczylismy ze mozna, zobaczylismy jak to sie robi i bedziemy powoli wspinac sie coraz wyzej i ktoregos dnia doczekamy sie reprezentacji budzacej respekt kazdego zespolu. 16 miejsce! w rankingu FIFA! z roku na rok było jednak coraz gorzej a nasze orły zajmują dziś miejsca to 74, to 78… na papierze mamy skład najsilniejszy od wielu lat jednak nasi nie potrafią nawet strzelać bramek. Niby ranking (w ktorym wyprzedzaja nas Albania, Libia, Sierra Leone (CO?) czy Burkina Faso) nic nie mowi, jednak nasza gra potwierdza miejsce w ktorym sie znajdujemy. Druzyny takie jak Szkocja przyjezdzaja do nas i prowadzą gre na Narodowym. momentem zwrotnym miało być Euro. Piekne Euro w ktore całe serce włożył cały kraj… poza pilkarzami chyba. Symbolem upadku naszej reprezentacji na zawsze pozostanie dla mnie żałosny obraz jakim był „wystep” naszych pilkarzy w strefie kibica w Warszawie… przeprosiny, obietnice itp. Dzis wiemy juz ze z obietnic nic nie ma a przeprosiny… chyba nie byly szczere bo po naszych orlach do dzis nie widac charakteru. Mam nadzieje ze osiagnelismy juz dno, od ktorego mozna sie tylko odbic! I kiedys nasi panowie dorównają legendom z dawnych lat.

  12. ~kusza

    20 marca 2014 at 13:47

    Lata 90te zapisały się złotymi zgłoskami w historii holenderskiej piłki nożnej. Perełką na torcie sukcesów był niezapomniany Ajax Amsterdam.

    Wystarczy wspomnieć Ligę Mistrzów z sezonu 94/95. Wystarczy wspomnieć kilku graczy z tamtej drużyny trenowanej przez Louisa van Gaala. Bramki strzegł legendarny Edwin Van der Sar, ówcześnie dobijający się z młodzieńczym zapałem do światowej czołówki. W obronie prym wiódł Rijkaard, który stał się wkrótce legendą. Obok niego Frank de Boer. Kolejnymi tuzami byli Seedorf, Davids z charakterystycznymi okularami, Jari Litmanen, Marc Overmars. Idealnym dopełnieniem tego składu okazał się nietuzinkowy napastnik, Patrick Kluivert (który strzelił w 85 minucie finału z Milanem zwycięską bramkę dla Ajaxu).

    Przez fazę grupową przebrnęli zwyciężając grupę z Milanem, Austrią Salzburg i AEK Ateny. Strzelili 9 bramek, stracili 2, zdobyli 10 punktów. W ¼ finału spotkali się ze słabszym Hajdukiem Split, który pogrążył legendarny Frank de Boer. W ½ finału Ajax spotkał się z Bayernem Monachium. Pierwszy mecz zakończył się bezbramkowym remisem. W drugim było pełno dramaturgii, Ajax wygrał aż 5:2. Holenderska myśl szkoleniowa zdecydowanie tryumfowała w Europie. Kto pamięta te szybkie wymiany piłki, fantastyczne wejścia obrońców w pole karne rywali, a wreszcie nietuzinkowe gole Kluiverta? Chyba każdy fan piłki nożnej.

    Rok później Ajax gromił w fazie grupowej LM wielki, galaktyczny Real Madryt! Santiago Bernabeu zdobył właśnie Patrick Kluivert wespół z Litmanenem. W ćwierćfinale Holendrzy wbili 3 bramki Borussi Dortmund nie tracąc żadnej. W półfinale pokonali Panathinaikos Ateny, gdzie znowu błyszczał Litmanen. Wreszcie wielki finał z Juventusem, mecz dramatyczny. W pierwszej połowie prowadzenie dla Juve zdobył Ravanelli, wyrównał Litmanen. Juve wygrało w karnych.

    Ajax Amsterdam z tamtych lat był faworytem każdych rozgrywek w jakich brał udział. Van Gaal ułożył drużynę perfekcyjną mającą perspektywicznego bramkarza z ułożoną linią defensywną oraz szaloną wręcz ofensywę. Cudowna era Ajaxu. Kontynuacja miała odbywać się na nowym stadionie, Amsterdam Arenie. To wielki symbol wielkiego upadku. Przepiękny stadion, który miał gościć wielkich mistrzów z apetytem na kolejny finał Ligi Mistrzów i kolejną wygraną w krajowych rozgrywkach.

    Upadek zaczął się już w wakacje, kiedy z zespołu odeszli Finidi George do Betisu Sewilla, Nwankwo Kanu do Interu Mediolan, Edgar Davids i Michael Reiziger do Milanu. Wprawdzie w LM Ajax dotarł do półfinału, jednak tam tragicznie poległ. Upadek był jednak straszniejszy dlatego, że legendarna drużyna zdobyła dopiero 4. Miejsce w rozgrywkach ligowych. Ustąpiwszy miejsca nie tylko PSV i Feyenordowi, ale i Twente.

    Jeden mecz, właśnie na nowiutkim stadionie Amsterdam Arena, był największym świadectwem upadku drużyny wielkiej. Mecz z odwiecznym rywalem PSV Eindhoven. Atut własnego stadionu po stronie Ajaxu, fanatyczni fani zebrali się w komplecie, zespół pod wodzą Van Gaala miał w ręku wiele atutów. 51 tysięcy fanów zobaczyła jednak tylko bicie głową w mur, nieporadne akcje, kompletny brak skuteczności. W ostatecznym rozrachunku PSV zadało dwa śmiertelne ciosy wygrywając holenderski klasyk po raz pierwszy na nowym stadionie. Po tym meczu było tylko gorzej, po sezonie odszedł trener. Ajax zaliczył upadek z wielkiej wysokości.

  13. ~spa10

    20 marca 2014 at 14:50

    Jako kibic Manchesteru United, największy futbolowy upadek przeżywam właśnie teraz. Na moich oczach rozgrywa się rozpisana na wiele meczów tragedia drużyny, która jeszcze rok temu z ogromną przewagą punktową została mistrzem Anglii.

    Dla znacznej części kibiców United właściwie zawsze był jeden trener. Cokolwiek się nie działo w Manchesterze był Sir Alex Ferguson. Za jego plecami mogli się schować i piłkarze i kibice. Miał w swojej karierze takie sukcesy w tym klubie, że nawet te mniejsze i większe wpadki były mu zazwyczaj wybaczane i mało kto śmiałby wytknąć coś Fergusonowi.
    Lecz wszystko, co dobre ma kiedyś swój koniec. Chociaż wszystko wydaje się logicznie ułożoną układanką. Oto Ferguson ogłasza swoje odejście, w emocjonalnym pożegnaniu w swojej twierdzy, na stadionie Old Trafford, dziękuje kibicom i dokonuje symbolicznego namaszczenia następcy. Kibice mają mu zaufać i wierzyć w niego, cokolwiek i jakkolwiek by się nie działo. Kibice mają trwać przy nowym Manchesterze United pod wodzą nowego menedżera – Davida Moyesa.

    Jednak już sam początek nowego sezonu nie jest taki wesoły. Murawa dobitnie weryfikuje umiejętności trenerskie Moyesa w tak wielkim klubie, jakim jest Manchester United. Cierpliwość kibica, jest rzeczą ogromną, czasem jest i nawet naiwnie bezkresna. Szczególnie, jeżeli została wyproszona przez kogoś takiego, jak Sir Alex. Ale sezon trwa, bywa, że z meczu na mecz, jest coraz gorzej. Widzimy piłkarzy United walczących już nie tyle z rywalami, co z samymi sobą. Wielki Manchester, przed którym rywale nie tylko w Anglii, ale i na świecie drżeli, teraz jest obiektem drwin. Bezlitośni są kibice rywali, często na trybunach widzimy banery wyśmiewające Davida Moyesa. Równie bezlitosny, jest internet, miejsce w którym kibice United już bez cienia uśmiechu oglądają kolejne prześmiewcze filmiki, memy, zdjęcia.

    Manchester przegrywa z takimi drużynami, jak chociażby Sunderland. Przegrywa na własnym stadionie ze Swansea. Wszystko się sypie, a sadystyczni realizatorzy meczów pokazują w takich momentach ujęcie na trybuny. Tam bardzo często siedzi „ojciec” tej drużyny, o którym powiedzieć, że jest zwiedziony, to mało. I mamy wtedy zbliżenie na twarz Fergusona, którego mina dopełnia czary goryczy, którą czuje kibic United oglądając ten nowy Manchester, pod wodzą tego nowego trenera. A ten nowy styl gry, jest zazwyczaj bliższy gry podwórkowej, aniżeli wielkiego Manchesteru United.
    Smutno ogląda się to wszystko. Wiara w Davida Moyesa największa zazwyczaj jest przed meczem, a w trakcie meczu sukcesywnie wygasa, by potem przez kilka dni znów wracało w bólach myślenie, że może jednak teraz, że może to właśnie kolejny mecz będzie przełomowy i wróci stary dobry Manchester.

    I dla mnie to jest właśnie największy upadek, jaki pamiętam. A przynajmniej taki, który najdobitniej odczuwam (niestety). A skutki tego fatalnego sezonu będą długofalowe, najprawdopodobniej United nie zagra w przyszłym sezonie w Lidze Mistrzów, a jeżeli zagra w Lidze Europejskiej, to piłkarze potraktują to jako upokorzenie i także daleko tam nie zajdą. Co rusz w mediach pojawiają się pogłoski o piłkarzach, którzy chcą odejść, o nowym trenerze i o tym, jak to szatnia jest skłócona i nie ufa Moyesowi.
    I nie, nie przekona mnie wczorajszy mecz i wygrana 3:0. Owszem miło się to oglądało, ale tylko do ostatniego gwizdka, który uświadamia, jak głęboki jest to kryzys, aby cieszyć się z awansu z takim rywalem, w takim stylu. A teraz może być jeszcze gorzej. Wyobraźmy sobie, że na Old Trafford wpada rozpędzony Real Madryt z Cristiano Ronaldo. Nie wiem, czy chce oglądać to, co będzie działo się z United w ćwierćfinale, obawiam się niestety najgorszego..

Zostaw odpowiedź