Brazylia 2014. Po co robimy mundiale?

Argentyna - Anglia (1986)Dziś wskakuję do samolotu do Rio, za parę dni rozpocznę czwarty mundial w roli korespondenta. O raz pierwszy dla „Przeglądu Sportowego” i przegladsportowy.pl, po raz pierwszy w kraju tak bardzo owładniętym obsesją futbolu. Ale jak zwykle będę się starał dzielić z Wami emocjami moimi i ludzi, których spotkam. Pokazywać jak najwięcej kulisów turnieju w tym wyjątkowym miejscu. Ale odpowiem, po co w ogóle robimy mundiale?

Piszę „robimy”, bo FIFA to tylko jeden, choć bardzo ważny organizator, ale turniej „robią” przecież piłkarze, trenerzy, media i kibice). Oczywiście po to, żebyśmy mogli przeżyć niezapomniane emocje, patrząc na walkę największych gwiazd o najważniejsze trofeum dla każdego piłkarza. Emocje zupełnie inne niż te codzienne, w krajowych ligach czy Lidze Mistrzów, bo narodowe, patriotyczne. Inaczej patrzymy na Cristiano Ronaldo, lidera reprezentacji Portugalii, Neymara lidera Brazylii, Leo Messiego – Argentyny czy Wayne Rooney’a – Anglii itp, niż gdy grają w barwach multikulturowych Realów, Barcelon czy Manchesterów United. Bo wiemy, że walczą o coś więcej niż tylko ten wyśniony Puchar Świata. Walczą o to, żeby stać się legendą. I zasłużyć na miejsce na parnasie obok Pelego, Diego Maradony i Zinedine Zidane’a, gdzie nie znajdą się bez względu na to ile jeszcze „Złotych Piłek” uzbierają w futbolu klubowym, bo zwieńczeniem ich karier, konieczną wisienką na torcie zawsze będzie ten najważniejszy triumf.

I właśnie po to także „robimy mundiale”, żeby pozwolić losowi wykreować kolejne wielkie legendy i kolejne magiczne momenty, które będziemy przywoływać, rozpamiętywać, kłócić się o nie przez najbliższe cztery lata. I następne dziesięciolecia. Jak na ostatnim mundialu ręka Luisa Suareza w obronie własnej bramki, która w efekcie wysłała Urugwaj do półfinału, a kibiców Ghany skazała na gorzkie rozczarowanie. Czy jak ręka Maradony na mundialu w Meksyku z 1986 roku z Anglikami, którzy do dziś są jedyną nacją, nazywającą tamto zdarzenie nie „ręką Boga”, ale „ręką oszusta” i „zbrodnią na futbolu”.

Po to organizujemy mundiale, by potem snuć wieloletnie dywagacja „co by było gdyby”. Np. gdyby pamiętnego karnego w meczu z Argentyną na mistrzostwa świata w 1978 roku wykonał jednak młody, gniewny Zbigniew Boniek, a nie Kazimierz Deyna, grający pod presją (fałszywą jak się okazało) 100. meczu w reprezentacji i (prawdziwą) wchodzącego przebojem do kadry nowego, młodego lidera. Albo gdyby ulewny deszcz 3 lipca 1974 nie zamienił stadionu we Frankfurcie w grzęzawisko akurat na mecz RFN – Polska o awans do finału. Albo gdyby zawieszony za żółte kartki Zibi jednak zagrał w półfinale mundialu w 1982 roku z Włochami. To tylko kilka pytań o reprezentację Polski, historia mundialu zna ich tysiące, co turniej, co drużyna, co gwiazda…

Po to właśnie stworzyliśmy w Przeglądzie Sportowym magazyn „Mundial. Historia”, bo nam samym największą frajdę sprawiło wymyślanie, a potem opracowywanie tematów. Z przyjemnością pokłóciliśmy się o to, który mecz zasługuje na miano najlepszego, najbardziej dramatycznego w historii (Brazylia – Włochy czy RFN – Francja z 1982 roku? Anglia – RFN z finału w 1966 czy Argentyna – RFN z 1986? Czy wybierając jedenastkę wszech czasów, pięć najpiękniejszych mundialowych goli, najbardziej przeklęte spudłowane karne przez najwybitniejszych i największe skandale w historii.

Pozostaje mieć nadzieję, że mundial w Brazylii wykreuje jak najwięcej nowych legend. Nowych bohaterów, nowe gwiazdy, nowych złoczyńców (nie brutali czy nurków, ale takich w typie Suareza, przez którego Ghanę nie stała się pierwszym półfinalistą mundialu z Afryki, a Urugwajczyk dla jednych stał się zbawcą, dla innych piłkarzem przeklętym). Nowe skandale sędziowskie, które u jednych wywołają narodową traumę, u innych katarsis, bo zrekompensują im traumę z przeszłości. Wreszcie jakąś kolejną „maracanazę” (choć nie życzę gospodarzom kolejnej finałowej klęski z Urugwajem na Maracanie jak w 1950 roku). Legendy, które będziemy rozpamiętywać nie tylko przez cztery lata do następnego mundialu, ale do końca dni naszych kibicowskich. Czego sobie i Wam życzę! Bo po to przecież robimy mundiale…

A Parnas czeka…Diego, Pele, Zizou...

1 Comment

  1. ~Katarynka

    9 czerwca 2014 at 16:26

    Bo ludzie chcą chleba i igrzysk. Wiedział to już Cezar.

Zostaw odpowiedź