Rusza mundial! …a na końcu wygra Brazylia? Chyba, że Argentyna!

Puchar ŚwiataWśród kilku wyznawanych przez ludzkość dogmatów jest i kilka brazylijskich, w całości dotyczących futbolu. Po pierwsze, że reprezentacja Brazylii nawet jeśli nie wygrywa, to zawsze gra najładniejszy futbol na świecie. Po drugie, że jest faworytem każdego mundialu. A mistrzostwa świata uznać można za otwarte dopiero gdy do gry włączyli się „Canarinhos”. Zdarzało się, że ktoś nadwątlił pierwszy z dogmatów, choćby Hiszpania dzięki adaptowanej z Barcelony tiki taki (czy jak mówił Xavi jej reprezentacyjną wersją – zigi zagi), zresztą cztery lata temu Brazylia Carlosa Dungi świadomie zrezygnowała z piękna na rzecz brutalnej skuteczności.

Drugi z dogmatów trwa nienaruszony, a przed ruszającym właśnie mundialem potwierdza go właściwie większość ekspertów, trenerów, a nawet tych Brazylijczyków, którzy wcale nie życzą drużynie Luisa Felipe Scolariego dobrze. Owszem spotkaliśmy tu takich i to nawet sporo. Już w samolocie sąsiad tłumaczył mi, że chciałby, żeby „Selecao dostali w dupę, najlepiej zaraz po wyjściu z grupy od Chile albo Hiszpanii”, bo sukces piłkarzy będzie automatycznie wielkim sukcesem politycznym ekipy prezydent Dilmy Rousseff w najbliższych wyborach. A to ona odpowiada za gigantyczne wydatki na mundial i igrzyska w Rio, kosztem ledwo dyszącej służby zdrowia, szkolnictwa i opieki społecznej.

Ściany nigdy aż tak nie sprzyjały gospodarzom
Misji politycznej Neymar, Oscar i spółka na pewno nie będą mieć jednak w głowie. Mają własną: szósty Puchar Świata i zmazanie maracanazy – upokarzającej porażki w finale mundialu w 1950 roku z Urugwajem na swojej Maracanie. Czy jest Brazylia faworytem mundialu? Jest. Jednym z czterech obok Niemców, Hiszpanii i Argentyny. Skoro jest zawsze, trudno, żeby nie była na turnieju we własnym kraju. Co prawda ostatnim gospodarzem, który wykorzystał przychylność własnych trybun była Francja, hen w 1998 roku, ale na mundialu cztery lata później w Korei widzieliśmy jak przesadna życzliwość sędziów wobec współgospodarza wciągnęła go w oparach skandalu aż do półfinału. Nie twierdzę, że Brazylia będzie potrzebowała ciągnięcia za uszy. Ale gdy pomyślę o gigantycznej presji pod jaką znajdą się arbitrzy z całego świata (choć wcale nie z najlepszych lig), o gigantycznej odpowiedzialności za werdykt – jakiej nie byli poddani sędziowie od mundialu we Włoszech w 1990 roku (a może i nigdy), to mam obawy czy zdołają ją unieść.

To samo dotyczy także w większości młodych i wciąż mocno niedoświadczonych zawodników reprezentacji Brazylii (tylko sześciu grało już na mistrzostwach świata). Ani Niemcy w 2006 roku, ani Francuzi w 1998, nie wspominając o gospodarzach z RPA, Japonii i Korei czy USA nie byli stawiani w roli faworytów z misją: „tylko zwycięstwo”. Niby Neymar był przygotowywany na ten moment od lat, nigdy próba generalna w postaci Pucharu Konfederacji zakończyła się pełnym sukcesem, czyli przekonującym triumfem nad urzędującym mistrzem świata, ale to były ćwiczenia w symulatorze. Prawdziwa walka rozpocznie się w czwartek. Nie znają tej presji, dopóki się nie zacznie. Nie wiedzą jak zachowają się w krytycznym momencie, gdy z trybun zamiast wsparcia usłyszą gwizdy. Namiastkę niezadowolenia poznali podczas towarzyskiego meczu z Serbią w Sao Paulo, a przecież po murawie biegała dokładnie ta sama jedenastka co w zwycięskim meczu z Hiszpanią w Pucharze Konfederacji. Przemawia za nimi doświadczenie i pewność Scolariego, który po pierwsze sam już kiedyś wygrał mundial. Obejmując drużynę, która z dziewięciu meczów wygrała zaledwie trzy, w nieco ponad rok przemienił ją w zespół zwycięski w 15 z 16 ostatnich spotkań z bilansem bramkowym 44:6. Nie mógł natchnąć chłopaków w lepszy sposób pewnością siebie i zdjąć z nich presję, scalając przy tym w prawdziwą rodzinę. Stąd ten luz na treningach, żarty z kibicami i w wywiadach.

Messii i NeymarAaaaa jeśli Argentyna?
Brazylia jest faworytem także dlatego, że w sześciu dotychczasowych turniejach rozgrywanych w Ameryce Południowej nigdy nie wygrała drużyna z Europy. Dwa razy Puchar Świata wznosili Brazylia, Argentyna i Urugwaj. Nie może być w tym przypadku, choć wszyscy głowią się szukając klarownego powodu. Trener reprezentacji Anglii, Roy Hodgson stwierdził po przylocie do Rio de Janeiro, że oprócz lepszego przystosowania do gry w gorącym i wilgotnym klimacie Latynosi lepiej umieją obchodzić się u siebie z piłką, która zupełnie inaczej odbija się od południowoamerykańskiej trawie niż w Europie. Trudniej ją kontrolować, przewidzieć gdzie wyląduje po odbiciu. Tam gdzie Europejczycy pędzą, żeby ją dogonić, Latynos odpuszcza, bo wie, że to strata sił. Na amerykańskiej trawie Europejczycy szybciej trwonią siły niż ich przyzwyczajeni do trawy rywale.

Ale skoro faworyta upatrywać w drużynie z Ameryki Południowej, czy lepszej drużyny nie przywozi na mundial Argentyna? Z Messim, Agüero, Lavezzim i Higuaínem w składzie, tak mocna, że mogła pozwolić sobie na pozostawienie Carlos Tevez, który wzmocniłby każdą drużynę świata. Zwłaszcza Brazylię, w której najgroźniejszym żądłem w ataku będzie Fred. W dodatku ciężko stwierdzić, że Canarinhos mieli szczęśliwe losowanie. Po wyjściu z grupy czeka ich ktoś z trójki Hiszpania, Chile lub Holandia, w ewentualnym ćwierćfinale Urugwaj, Włochy lub Anglia, a w półfinale Niemcy. Pod tym względem Albiceleste mają o wiele łatwiej, dopiero w ćwierćfinale trafiając na wymagającego rywala – najprawdopodobniej Portugalię. Rola faworytów nie ciąży im aż tak bardzo jak Brazylii. Grają „na wyjeżdzie”, „na boisku rywala” więc nawet w finale z Brazylią (w który bardzo wierzę) nie będą musieli jak gospodarze turnieju, będą tylko mogli.

W ich przypadku i tak wszystko zależy od tego czy Leo Messi okaże się w kadrze wreszcie tym samym piłkarzem co w klubie. Podczas mundialu skończy 27 lat i wie doskonale, że bez Pucharu Świata nie dołączy w Panteonie do swego idola, Diego Maradonę, który tak bardzo wystawił go do wiatru cztery lata temu w RPA. Jeśli, co pokazują sparingi, rzeczywiście odpoczął pozostawiając za sobą nieudany klubowy sezon. Ciężko będzie go powstrzymać. Nie widzę w składzie Brazylii zawodnika, który mógłby to zrobić, ani nikogo na jego miarę. Nie widzę lidera jakimi byli Cafu, Roberto Carlos, Ronaldo, Rivaldo w drużynie Scolariego, która sięgnęła po Puchar Świata w 2002 roku.

Z Brazylią do końca
Dlatego choć to gospodarze są faworytem wszystkich bukmacherów, a ostatni raz mecz u siebie przegrali w 2002 roku z Paragwajem (mistrzowie świata z Jokohamy byli po prostu zmęczeni i nasyceni), wątpię w końcowy sukces „Canarinhos”.
Ale (aż do finału z Argentyną) będę im kibicował. Nie ma nic smutniejszego niż turniej bez gospodarza. Polskie Euro 2012, w którym atmosfera po odpadnięciu drużyny Smudy nie siadła ani o cal, było chlubnym wyjątkiem. Zbyt dużo razy widziałem smutek gospodarzy – jak cztery lata temu gdy RPA nie zdołało wyjść z grupy, czy wręcz irytację na intruzów, którzy pałętają się jeszcze po kraju mimo że po odpadnięciu gospodarzy impreza się skończyła (jak na Euro w Austrii i Szwajcarii czy po porażce Holandii z Włochami na Euro 2000, gdzie następnego dnia z ulic zniknęło wszytko co pomarańczowe, zlikwidowano też z zaskoczenia biuro prasowe na Amsterdam Arena, bo dla gospodarzy turniej dogasał w Rotterdamie).

Szatnia reprezentacji Brazylii na Maracanie.
Cisza przed burzą

4 komentarze

  1. ~xyz

    13 czerwca 2014 at 00:46

    Wygra FIFA i drukowanie meczów jak na MŚ w 2002 r. Już po pierwszym meczu widać, że Brazylia będzie przepychana dalej jak w 2002 r. Korea. Żenada.

Zostaw odpowiedź