Mundial zaczyna Argentyna. A Messi musi!

Leo lMessi. Argentyna

Leo Messi właśnie rozpoczyna swój trzeci mundial. Na dwóch poprzednich boleśnie zawiódł, zwłaszcza w RPA. Na żadnym ani przez chwilę nie był tym cudownym „piłkarzem z PlayStation” jak go nazwał Arsene Wenger, co tylu meczach Barcelony. Gdzie i kiedy będzie miał okazję dorównać legendzie Diego Maradony jak nie na mundialu w kraju odwiecznego rywala?

Choć reprezentacja Argentyny przyjechała na mundial w najsilniejszym składzie od lat zwłaszcza jeśli chodzi o ofensywę – jak upchnąć w jednej drużynie Messiego, Sergio Aguero, Gonzalo Higuaina, Ezequela Lavezziego, Angela di Marię; pozostawionego przez trenera Alejandro Sabellę Carlosa Teveza przytuliłaby chyba każda mundialowa reprezentacja z Brazylią na czele – i tak oczy całego świata spoczną za chwilę na zawodniku z numerem 10. Jeśli Messi zagra dobrze, Argentyna zagra dobrze. Jeśli udźwignie presję, przejmie odpowiedzialność za drużynę, będzie jej liderem i najskuteczniejszym egzekutorem, wtedy Albiceleste mogą zajść aż do finału, a tam, najlepiej z Brazylią powalczyć o pierwszy sukces od dwóch dekad. Wygrana w finale na Maracanie, powtórka z maracanazy z 1950 roku byłaby jak skazanie Brazylijczyków wyłącznie tańczenie tanga podczas karnawału w Rio zamiast samby.

Wielu nazwa Messiego już najlepszym piłkarzem wszech czasów, ale ja będę się upierał, że do Panteonu zarezerwowanego obecnie wyłącznie dla Pele, Maradony i Zinedine Zidane’a dołączy dopiero z Pucharem Świata w rękach. To jego paszport do zostania piłkarzem wszech czasów, żadna kolejna Złota Piłka tego nie zmieni (a trudno o nią będzie w tym sezonie po zdobyciu przez Cristiano Ronaldo Decimy w Lidze Mistrzów). Tylko spektakularny sukces na mundialu mógłby to odwrócić.

LionelMessi2W 2006 roku na mistrzostwach w Niemczech po Messim oczekiwaliśmy więcej, ale był on wówczas najlepszym piłkarzem świata. Cztery lata temu w RPA już tak, klęska sprawiła że okazał się jednym z największych przegranych turniejów. Pamiętam do dziś jego łzy gdy schodził we łzach z boiska po 0:4 z Niemcami. Pamiętam jak załamany Diego Maradona, nieszczęsny trener tamtej ekipy, podchodził do wszystkich po kolei, łapał za szyję i całował w czoło. Napisałem wówczas na blogu, że Argentyna to bajeczna banda, co napada w sześciu na sejf, ale bez planu banku i żadnego na czatach! „To miał być wielki skok na Puchar Świata! Przecież chłopaków skrzyknął na niego autor największego skoku stulecia, idol każdego z argentyńskiego „złodziei”, na którego „napadach” wychowywali się, odwzorowywali poszczególne elementy „skoków” na podwórkach, szkolnych boiskach, pierwszych klubach. Komu mieli zaufać, jak nie jemu? A on…

…a on pokazał im tylko bank z daleka. I żadnego planu, żadnych rad, żadnych pomysłów. Po prostu „idźcie i przynieście mi ten złoty puchar!” Jak do Martina Palermo, który dopytując się „co robić?” przed wejściem z ławki w meczu z Grecją usłyszał: „co robić? Masz mi wygrać ten mecz”.

Ich wyga, mistrz nad mistrze, „największy złodziej świata”, poza przekonywaniem, że się na pewno uda, że są świetni, wybitni, najlepsi na świecie, niczego nie wymyślił. Żadnej przebieranki za chasydów jak „Przekręcie”, żadnego przejęcia ciężarówki ze złotem przy pomocy podziemnej eksplozji jak we „Włoskiej robocie”, żadnego tricku z lipnym nagraniem ja w Ocean Eleven”, żadnego przebicia się z pobliskiej łaźni jak w „Sexi beast”, nie wspominając już o sposobach tak wyrafinowanych jak w „Va Banku”. To nie był skok spieszony z powodu kreta jak we „Wściekłych psach”, bo Joe Cabot plan miał perfekcyjny, tylko informator uprzedził policję.

Niestety, Diego okazał się szopenfeldziarzem. Jego plan zaoferowany najwybitniejszym „złodziejom” świata jak Messi, Tevez, Higuain, Javier Mascherano brzmiał: „Wchodzimy na bezczelnego, w biały dzień. Przystawiamy kasjerom rewolwery do brzuchów i zgarniamy forsę”. Plan godny Moksa z Nutą. Niestety, w pobliżu argentyńskiej kadry nie znalazł się żaden Duńczyk, który by zastrzegł: „Diego, żadnych własnych numerów!”

Łzy Messiego i Diego MaradonaMessi, którego Maradona uczynił kapitanem owego „skoku” stał się tym samym największą ofiarą swego idola. Upokorzenie spotęgowała „Złota Piłka” przyznana na koniec sezonu, mimo półfinałowej klęski w Lidze Mistrzów z Interem Mediolan i mistrzostwach świata bez gola. On, zawodnik nie do zatrzymania, o którym któryś z trenerów ligi hiszpańskiej stwierdził publicznie, że powstrzymać można go tylko przy pomocy sztucera z trybun. To wówczas Messi stracił sporo wielbicieli na całym świecie, którzy mieli mu za złe, że Złotą Piłkę dostał za nazwisko, jedynej okazji na życiową nagrodę nie wykorzystali Andres Iniesta (mistrz świata i strzelec gola w finale mundialu) lub Wesley Sneijder (wicemistrz świata, który z Interem zdobył w tamtym sezonie potrójna koronę). Choć przecież to nie Messi ponosił odpowiedzialność za werdykt.

To, że mundial odbywa się w Brazylii, kraju największego i odwiecznego rywala Argentyny (jak powiedziała prezydent Dilma Rousseff do Papieża Franciszka podczas niedawnej wizyty w Watykanie, „papież może być Argentyńczykiem, ale Bóg jest z pewnością Brazylijczykiem”) to z jednej strony dla Messiego lepiej. W poprzednich sześciu turniejach w Ameryce Południowej zawsze triumfowały tu drużyny z kontynentu, Europejczykom nie udało się wygrać nigdy. Przy czym cała presja spada na gospodarzy, dla których każdy inny wynik będzie klęską. Albiceleste z Messim na czele też oczywiście marzą o wygranej, ale ich media i kibice są o wiele bardziej powściągliwi, a już na pewno nie tak rozedrgani i wyczuleni na każdą oznakę, że nie wszystko jest perfekcyjne jak w przypadku Canarinhos.

Z drugiej strony Messi jest w Brazylii obiektem ataków lokalnych mediów, które wychodzą ze skóry, żeby go sprowokować i wyprowadzić z równowagi. Dwukrotny mistrz świata, Cafu zapewniał mnie co prawda, że Brazylijczycy zachwycają się Messim i życzą mu jak najlepiej (aż do finału z Brazylią), ponieważ tak bardzo kochają futbol, że podziwiają najlepszych piłkarzy świata bez względu na narodowość. Dowód: tłumy brazylijskich kibiców w koszulkach Messiego na treningach Argentyny. Media jednak umniejszają go jak mogą, wytykając mu, że jest tylko „wice”, że musiał oddać „Złotą Piłkę” Portugalczykowi Cristiano Ronaldo, a jeśli chodzi o mistrzostwa świata to ma na koncie mniej goli niż kolega z Barcelony, Neymar, profesor przy Messim, wbrew oczekiwaniom, że w tym duecie to „Argentyńczyk będzie Batmanem, a Brazylijczyk Robinem”.

Argentyńscy dziennikarze zapewniają jednak, że ostatnią rzeczą jaką robi Messi to czytanie brazylijskich gazet. Poza tym cała ta brazylijsko-argentyńska nienawiść nie wychodzi poza łamy mediów i telewizyjnych talk show’ów piłkarskich. Wielu zawodników występujących w europejskich klubach przyjaźni się ze sobą, albo co najmniej kumplują jak właśnie Messi z Neymarem czy Dani Alvesem, di Maria z Marcelo w Realu Madryt czy Thiago Silva z Lavezzim w PSG.

Messi ma za sobą nieudany sezon z Barceloną, z którą nie wywalczył żadnego trofeum. Długo leczył kontuzję, w końcówce często wymiotował za boiskiem w świetle kamer. Można jednak odnieść wrażenie, że w końcówce zwolnił, odpuścił, gdy uznał – niesłusznie jak się okazało jeszcze przed ostatnią kolejką – w że mistrzostwo Hiszpanii przepadło. Czy postanowił zachować formę na mundial i tu eksplodować? Taką nadzieję mają argentyńscy kibice: w minionym sezonie Messi w Barcelonie często snuł się jak w kadrze, może więc w kadrze na mundialu zagra jak w Barcelonie? Poza tym przypominają, że zimą doznał tej samej kontuzji uda co Maradona przed mundialem w 1986 roku i pauzował przez tyle samo czasu. – Niech zagra dla nas, dla kibiców. Mało kogo stać było na wyjazd do Niemiec czy RPA. Teraz mundial mamy blisko domu. Ludzie przyjeżdżają nawet autostopem, żeby z bliska obejrzeć Messiego i Albiceleste. Niech o tym pamięta i niech drużyna zajdzie w turnieju jak najdalej. O Pucharze Świata pogadamy przed finałem, na razie niech zajdą dalej niż do ćwierćfinału jak na ostatnich turniejach – mówili kibice, którzy dzień przed meczem z Bośnią rozlokowali się po knajpach wokół Maracany. Część, jak owinięty flagą Ruben Sosa, który jechał z Buenos Aires dwa dni, rozłożyła się do snu, przed stadionem, oświetlonym w barwach Albiceleste…
Ruben Sosa

4 komentarze

  1. ~Sailorripley

    15 czerwca 2014 at 19:21

    Panie Michale,
    Jedna z najlepszych notkę na blogu.

Zostaw odpowiedź