Trzymając kciuki za Kolumbię, pamiętajmy o Escobarze

Wróciłem już z mundialu do Polski, czuję się więc zwolniony z trzymania kciuków za Brazylię. Normalnie na każdym wielkim turnieju zawsze trzymam kciuki za gospodarza, ponieważ bez niego impreza od razu siada, lokalesi stają się rozdrażnieni, rozsierdzeni, niemili, traktują każdego przybysza jak intruza, który nie wiadomo co robi w ich kraju, przecież turniej się skończył. Albo po prostu zbolali, co także jest przykre. Doświadczyłem tego od Euro ’96 przez Euro 2000 (Holandia, która po porażce w półfinale z Włochami przez noc przestała być cała pomarańczowa, na mundialu w Niemczech w 2006 czy w RPA cztery lata później. Co prawda po mistrzostwach świata w Brazylii dla gospodarzy mam wyłącznie wdzięczność i serdeczność za przyjęcie i niezapomniane wrażenia, na nic się skarżyć nie mogę. Poza reprezentacją Canarinhos, która na finał tak cudownego piłkarsko mundialu nie zasłużyła. Może nawet nie zasłużyła na półfinał z przedstawicielem Europy, Niemcami lub Francją. Z drugiej strony mało który z ćwierćfinalistów tak bardzo zasłużył sobie na prawo gry o finał jak właśnie Kolumbia.

To nie tylko kwestia, pięknej, przekonującej w każdym spotkaniu gry Kolumbijczyków, którzy jakby odebrali gospodarzom prawo do joga bonito. Każda inna drużyna po stracie takiej gwiazdy jak Radamel Falcao przeżyłaby załamanie i zapewne zwątpienie. Wyobraźmy sobie Argentynę bez Leo Messiego, Brazylię bez Neymara, Anglię bez Wayne Rooney’a (Anglicy sobie wyobrażali i część nawet o to błagała), Holandię bez Arjena Robbena (choć może Holendrzy i Niemcy stanowią najlepsze kolektywy pośród ćwierćfinalistów i Louis van Gaal jakoś pewnie umaiłby to przekuć w pozytyw). Jak gra Urugwaj bez Luisa Suáreza mogliśmy obejrzeć dwa razy na własne oczy. Choć już na przykład Francja nie specjalnie ucierpiała po stracie lidera, Francka Ribery.
Kolumbia, dzięki Jose Pekermanowi bez swego najlepszego strzelca nie tylko nie straciła wiary w siebie, nie tylko potrafiła załatać dziurę – wydawałoby się – nie do załatania, ale także jako jedyna z nielicznych na mundialu wykreowała nie jedną nową wielką gwiazdę ale aż dwie: Jamesa Rodrígueza i Juana Cuadrado. Postaci do chwalenia jest znacznie więcej. Świetnie gra na mundialu kolumbijska defensywa (11 strzelony goli 2 stracone), mimo że kieruje nią 38-letni Mario Yepes. Podporą drużyny są Fredy Guarin z Interu Mediolan czy Jackson Martinez z FC Porto.

Kolumbijczycy i Pekerman z swym argentyńskim sztabem na pewno uważnie obejrzeli wygraną Brazylii w karnych z Chile i wiedzą, że gospodarze turnieju są do pokonania. Pamiętają, że o awansie przesądziły dwa centymetry: pierwszy gdy piłka po strzale Pinilli trafiła w poprzeczkę i drugi, gdy po strzale Jary z karnego w słupek, wychodząc w pole. Widzieli, że Neymar, przez ostatnie dni mundialu zmagający się z kontuzją nie stanowił inspiracji dla kolegów, nie dawał rady. Że Canarinhos da się wręcz zdominować, a przecież Kolumbia potrafi wywrzeć na rywala znacznie większy pressing niż Chile. Pamiętają łzy brazylijskich piłkarzy po zwycięstwie, Julio Cesara, Thiago Silvy, Davida Luiza jak po odwołaniu egzekucji. Wiedzą, że Luis Felipe Scolari nie ma właściwie wzmocnień na ławce. Bo kto, Jo za Freda? Jakąż zmianę dali w meczu z Chorwacją Hernanes i Bernard? Nawet zawodnicy Chelsea, Ramires i Willian nie wiele wnieśli po wejściu w spotkaniu z Chile. A tu Scolari musi się nabiedzić kim zastąpić zawieszonego za kartki Luiza Gustavo

Kolumbijczycy mają świadomość, że na tym mundialu grają po prostu lepiej. A jednocześnie nie muszą dźwigać na barkach roli faworyta, bo tym oficjalnie wciąż jest gospodarz turnieju. W dodatku są bardziej wypoczęci, bo awans z grupy zapewnili sobie przed ostatnim meczem grupowym z Japonią (zaczęli wówczas rezerwowi, z których Pekerman nie wykorzystał na mundialu tylko trzeciego bramkarza). Brazylia jest więc jak najbardziej w ich zasięgu. O ile we wszystko nie włączy się arbiter, próbując pokrzyżować kolumbijskie plany i zamiary…

Sprawa życia i śmierci

Mecz w Fortalezie odbędzie się dwa dni po 20. rocznicy śmierci Andresa Escobara, jednego z tych piłkarzy, którzy błąd w meczu przypłacili życiem. Co prawda świadkowie zdarzenia twierdzili, że 27-letni autor feralnego samobója w meczu z USA (1:2), który wykluczył Kolumbię z mundialu w 1994 roku, został zastrzelony w restauracji w Medellin nie tyle za samą bramkę, ile za to, że nie chciał za nią przeprosić wdając się w kłótnię z niewłaściwymi facetami, jak się okazało, gangsterami. Ale są i tacy, którzy twierdzą, że była to egzekucja na zlecenie narkotykowych bossów, braci Pedro Davida i Santiago Gallonów, którzy na przedwczesnym odpadnięciu Kolumbii z mundialu stracili spore pieniądze u bukmacherów. Zatrzymany sprawca, Humberto Castro Munoz miał być w przeszłości kierowcą i ochroniarzem Gallonów. Oddał do Escobara aż sześć strzałów, czy może być więc mowa o przypadku? (mimo skazania na 43 lata, spędził w więzieniu tylko 11).

Rozmawiałem po latach z reprezentantem USA, Johnem Harkesem, po którego podaniu Escobar wpakował piłkę do siatki. Opowiadał jak bardzo czuł się wówczas rozbity, gdy usłyszał o konsekwencjach tamtego gola. Bardzo długo nie umiał sobie z tym poradzić. Mówił, że nadal nie umie przestać myśleć o rodzinie Kolumbijczyka. Tłumaczył mi się, że przecież tylko podawał do Eriniego Stewarda, że nigdy w życiu nie przewidziałby co pociągnie za sobą ta bramka. Mówił, że po wszystkim futbol na jakiś czas stracił dla niego sens, bo w przeciwieństwie do często cytowanych słów Billa Shankley’a o futbolu „ważniejszym od spraw życia i śmierci” nigdy nie powinien taki być i nieść za sobą tak strasznych reperkusji. Że sam legendarny trener Liverpoolu nie byłby sobie nawet wyobrazić takich konsekwencji samobójczego strzału. Że futbol chodzi przecież o radość i zabawę, nawet jeśli zdarzają się porażki. To nie corrida ani rzymskie walki gladiatorów, ludzie w futbolu nie giną…

Tamto tragiczne zdarzenie położyło się dodatkowym cieniem na klęsce „złotego pokolenia” kolumbijskiej piłki z Carlosem Valderramą i Faustino Asprillą na czele, która na mundial do USA wyruszała jako „czarny koń”. To Escobarowi zadedykowali zwycięstwo z Urugwajem piłkarze obecnej Kolumbii, która rolę „czarnego konia” wytrzymała w Brazylii znakomicie. Jest zdecydowanie największym objawieniem turnieju, a za chwilę może się stać sprawcą największej sensacji i zarazem wielkiej traumy 200-milionowego narodu…

7 komentarzy

  1. ~Arek Grochot

    3 lipca 2014 at 19:09

    Nie zgadzam się z dwiema tezami. Po pierwsze ten mundial nie wykreował dwóch gwiazd: Jamesa Rodrigueza i Juana Cuadrado. Oni tymi gwiazdami już byli. Ktoś kto przechodzi z Porto do Monaco za 40 mln nie jest przypadkowym grajkiem, musi być gwiazdą. Ktoś kto w 4 drużynie Serie A ze skrzydła strzela 11 bramek jest gwiazdą.

    Po drugie Kolumbia nie jest wcale czarnym koniem. Przecież byli losowani z pierwszego koszyka, zajmowali w rankingu FIFA 8 miejsce. Oni są po prostu jednym z kandydatów do tytułu.

    To że my w Europie znaliśmy ich jako pojedynczych grajków nie znaczy, że nie są dobrą reprezentacją. Przestańmy myśleć „europocentrycznie” . Istnieje futbol poza Europą 🙂

    1. ~Robespierre

      3 lipca 2014 at 20:23

      Dla mnie są jednak swego rodzaju „czarnym koniem” na każdym turnieju są drużyny tak własnie nazywane ale nie każda potrafi udowodnić że pochwały nie są na wyrost. Belgii i Kolumbii to się udało. Ci pierwsi jutro wyjdą na murawę w roli faworytów, ponieważ grają dużo lepiej. Ja jednak mimo wszystko uważam że Brazylii się uda. W dużo czarniejszych barwach widzę przyszłość Argentyny. oni już chyba limit szczęścia wykorzystali, Belgowie ewidentnie się rozkręcają, oni już chyba nie są przytłoczeni rangą turnieju. Poza tym mecze grupowe grali dosyć ospale, w 1/8 pokazali, że są wybudzeni i gotowi do walki o tytuł najlepszej drużyny świata.

  2. polsport

    4 lipca 2014 at 05:40

    @Arek Grochot
    Może trochę zgoda, że Europa dopiero zapoznaje się z Kolumbią, że może „czarniejszym” koniem jest np Belgia. Oczywiście nazwiska Hamesa czy Cuardado znaliśmy wcześniej, ale nie byli przecież gwiazdami nie mówię nawet że z tej samej półki co Messi czy Cristiano Ronaldo ale nawet, przyznajmy, Cavani, Luis Siarez, Chicharito czy nawet Diego Godin. 40 mln zapłacone za Rodrigueza traci na wartości, gdy przypomnimy sobie, kto wyłożył pieniądze: Rybołowlew w AS Monaco jak Abramowicz w Chelsea w 2003 na tm etapie musi przepłacać, żeby ściągnąć kogokolwiek do siebie… To, że obaj kolumbijscy piłkarze aż tak świetnie grają na mundialu jest jednak pewnym zaskoczeniem, mowili nam o tym nawet kolumbijscy dziennikarze…

  3. polsport

    4 lipca 2014 at 05:43

    @Robespierre
    Liczyłem na podobne wybudzenie Argentyny w 1/8 finału, że dopiero tu pokaże nam prawdziwe oblicze po słabiutkiej postawie w grupie. Jeśli to rzeczywiście jest jej prawdziwa twarz, to co raz bliżej beneluksowego półfinału na mundialu w Brazylii: Holandia – Belgia;)

  4. ~BatiGol

    5 lipca 2014 at 01:16

    Niestety Kolumbia zagrała żenująco słabo. Być może wielu przeceniło ich siły po meczu z marnym Urugwajem?
    Od początku wystraszeni, grali jak Chorwacja w 1szym meczu.
    Zryw nastąpił dopiero pod koniec.
    Grali non stop wysokie piłki i dośrodkowania, prawie zawsze przegrywając walkę w powietrzu.
    Brazylia powinna w końcu polec z 1szym mocnym rywalem na ścieżce przygotowanej przez $FIFA$ – na Niemcach. Ofensywa Kawiarzy jest żenująco słaba. Neymar to panienka, która odrobiła lekcję barcelońskiego aktorstwa. Grał tak słabo, że symulował kontuzję żeby nie schodzić wygwizdany. A na dodatek chwyt marketingowy 😉

    Mam nadzieję, że jutro Argentyna z Di Marią na czele pokaże miejsce w szeregu belgijskiej zbieraninie. [BTW: czy to nie paradoks, że Argentyna kolejny mecz gra z reprezentacją złożoną z ,,importów”? ;-)]

    Holandia – Kostaryka – formalność do odbębnienia. Fart Latynosów już się skończył po Grecji. To jak grali na czas i aktorstwo dopóki Grecja nie wyrównała – żenada.

Zostaw odpowiedź