Juergen Hiobb i jego łóżko pełne gwoździ

Juergen Hiobb i jego kompaniaJose Maria Bakero, który z pracy w Ekstraklasie pozostawił po sobie wspomnienie kiepskiego trenera, ale za to cudownego rozmówcy, przekonywał mnie w 2010 roku, że fenomenalna passa Barcelony potrwa jeszcze może dwa, trzy lata. Brzmiało to jak herezja. Za chwilę Barca miała wygrać finał Ligi Mistrzów po raz drugi w ciągu trzech lat, powszechnie nazywaną ją „drużyną wszech czasów”. Przyszłość? Dopiero co aż siedmiu wychowanków jej akademii, La Masia wystąpiło w finale mistrzostw świata! Ale Bakero przestrzegał, że to kwestia cyklu, który po prostu musi kiedyś dobiec końca. Tak jak musiał się skończyć „Dream Team” Johana Cruyffa, którego częścią był on sam. Gdy nadejdzie czas, w la Masii ciężko będzie znaleźć następców Xaviego, Andresa Iniesty, Charlesa Puyola, Sergio Busquetsa czy Cesca Fabregasa.
Trwają spory czy za datę końca tego barcelońskiego cyklu przyjąć porażkę z Chelsea w półfinale Ligi Mistrzów z Chelsea w 2012 roku czy raczej definitywnym końcem „ery Guardioli” była porażka z Realem Madryt 1:3 na Camp Nou. Ale cykl został zamknięty. Oczywiście dzisiejsza Barcelona nadal liczy się w walce na wszystkich frontach, ale jest to inna Barca. Raczej Messiego, Neymara i Suareza niż Messiego, Xavego i Iniesty, targana wewnętrznymi sporami, dotknięta zakazem transferowym, zmieniająca prezesów i poszukująca trenera idealnego rozpoczęła nowy okres.

FC BarcelonaCo mają powiedzieć kibice innych drużyn, jeszcze do niedawna gigantów światowego futbolu, jak Manchester United czy AC Milan, w których koniec cyklu dopadł o wiele bardziej boleśnie.
MU po przejściu na emeryturę sir Alexa Fergusona, który przez ponad ćwierć wieku potrafił inicjować nowy udany cykl niemalże natychmiast po wygaśnięciu poprzedniego, stracił nie tylko prymat w Premier League ale i tożsamość. Symbolami jej utraty była sprzedaż do Arsenalu wychowanka Danny Welbecka, sprowadzenie zastępu międzynarodowych, przepłaconych do granic gwiazd na wzór rywali „bez historii”, z których dotąd drwili, jak „Chel$ea!” czy „$ity. W klubie, w którym przez lata nie miał się prawa znaleźć piłkarz „większy niż klub”, dziś jest ich aż nadmiar, z kapitanem Wayne Rooney’em na czele.
Wreszcie na koniec zatrzaśniętego właśnie okna transferowego MU wypożyczył z Boltonu Andy’ego Kelletta, o którym nikt wcześniej ani na Old Trafford ani w Premier League nie słyszał, bo 21-letni obrońca występował w czwartoligowym Plymouth Argyle, wymierzając tym samym siarczysty policzek klubowej akademii i jej zawodnikom.

Gra w Milanie do niedawna pozwalała na seryjne występy w finale Ligi Mistrzów i dawała gwarancję, że zawodnik będzie się liczył w walce o Złotą Piłkę. Dziś nikt w czerwonej części Mediolanu nie wymawia na głos ani słowa „Champions League” ani nawet „sudetto”, czyli mistrzostwo Włoch. Klub przedstawił właśnie plany budowy nowego stadionu na 48 tysięcy widzów, na który ma zamiar przeprowadzić się z 80 tysięcznego San Siro, jakby symbolicznie rezygnując z rywalizacji w tej samej lidze co Real, Barca, Bayern Monachium czy czołowe kluby angielskie.
Ale nawet schyłek wielkiego Milanu, jeszcze większe męczarnie w Serie A Interu Mediolan i rozterki kibiców MU bledną przy niesamowitym końcu cyklu siedmioletniej pracy Juergena Kloppa w Borussii Dortmund. Dwukrotny mistrz, dwukrotny wicemistrz Niemiec w ostatnich czterech latach i finalista Ligi Mistrzów w tym sezonie stoczył się na samo dno Bundesligi i właściwie nie wiadomo dlaczego.
Oczywiście powodów gorszej gry jest mnóstwo: odejście największych gwiazd – Roberta Lewandowskiego i Mario Goetze, którzy wzmocnili konkurencję, brak wartościowych następców – tak jak ani Adrian Ramos ani Ciro Immobile nie zdołali wypełnić luki po Lewandowskim, tak Henri Mkitarian ani Pierre Aubameyang nie zastąpili Goetze. Czy wielkie zmęczenie stylem gry preferowanym przez Kloppa, atrakcyjnym dla kibiców, ale morderczym dla wykonawców, zwłaszcza przy zawsze krótkiej w Borussii ławce (w ostatnich sezonach Klopp grał na trzech frontach niemal 15-osobową kadrą). Przewlekłe kontuzje kluczowych piłkarzy jak pauzujący cały rok Ilkay Gundogan, Marco Reus, Kuba Błaszczykowski czy Neven Subotić. Spadek formy pozostałych jak Mats Hummels czy Łukasz Piszczek.
Ale nawet wszystkie te plagi zebrane do kupy nie tłumaczą aż tak głębokiego kryzysu. Niemożność rywalizacji z Bayernem – to normalne, utrata statusu drugiej siły w Bundeslidze na rzecz urosłych w siłę Wolfsburga czy Bayeru Leverkusen – zrozumiałe, zjazd gdzieś w środek tabeli. Ale walka o utrzymanie i co raz większa jej niepewność? Zagadka to tym większa, że przecież Borussia ma nie najgorsze statystyki (tylko Bayern dłużej utrzymywał piłkę w Bundeslidze i oddał więcej strzałów). Potrafiła też błysnąć w Lidze Mistrzów: w wygranym 2:0 meczu z Arsenalem widzieliśmy porywającą, dominującą Borussią jak z najlepszych czasów, dlaczego nie w meczach Bundesligi z przeciętniakami, którzy aż do tego sezonu nie potrafili wywieźć punktów z Dortmundu?
Klopp, jedno z największych trenerskich objawień dekady, w którego stronę dziś tęsknie spoglądają kibice Barcelony, Arsenalu czy Manchesteru City z porażki na porażkę tłumaczył, że kontroluje sytuację. Wie jak pomóc i gdyby było inaczej i przyniosło to korzyść drużynie, sam podałby się do dymisji. Całą przerwę zimową miał na wymyślenie planu, przyrównując to do spania w łóżku pełnym gwoździ. Historyczna, bo pierwsza porażka u siebie z Augsburgiem i szósty mecz bez zwycięstwa, po którym kibice wygwizdali piłkarzy pokazała, że nie ma. Że niczym biblijny Hiob patrzy jak płonie zbudowany przez niego dom z całą rodziną w środku, jak wali się dach, a z okien bucha dym i nie jest w stanie nic zrobić. I że jeżeli nic się nie zmieni, za chwilę nie będzie miał już łóżka, nawet pełnego gwoździ.

Juergen Klopp

6 komentarzy

  1. ~rudocosta

    6 lutego 2015 at 13:55

    Teraz można wysunąć ciekawe pytanie i otworzyć obszar polemiki: lepiej żeby Borussia spadła i nastąpił kontrolowany wstrząs, czy może desperackie utrzymanie się punkt nad strefą spadkową i podjęcie walki w okresie przygotowawczym da lepsze rezultaty?

    1. ~xxx

      8 lutego 2015 at 01:37

      Nic nie przebije przypadku 1.FC Kaiserslautern – weszli z 2 ligi i od razu zdobyli mistrzostwo (1998 r.)

  2. ~Przyczepiacz

    6 lutego 2015 at 14:27

    Myśle, że wsytarczającym kubłem zimnej wody byłoby gdyby się jednak utrzymali na tym 3-cim miejscu od końca z niewielką przewagą punktową. Chociaż porównując to do histori Villarealu, (który oczywiście nie osiągnął tego w PD co borussia w Bundeslidze) który w jednym sezonie zakwalifikował się do LM, żeby w kolejnym spaść z ligi a mimo to teraz idzie im całkiem dobrze i biją się o 4-te miejsce z Valencia, Sevilla i Athletic’iem.
    Btw „Charlesa Puyola” nie pisze się przypadkiem Carles?

  3. ~ajwaj

    8 lutego 2015 at 01:31

    Niedawno Pan Pol przymierzał Kloppa do Arsenalu – znawca 😀

  4. polsport

    13 lutego 2015 at 12:50

    @ajwaj
    I nadal przymierzam. Takie kluby jak Barca, City, Arsenal powinny bić się o niego, niezależnie od gorszego sezonu w Bundeslidze…

  5. polsport

    13 lutego 2015 at 12:50

    @Przyczepiacz
    Z rozpędu zrobiłem z niego Sir Charlesa, acz swoją drogą zasługuje na tytuł;)

Odpowiedz na „~rudocostaCancel