5 miliardów za Premier League czyli sok z suszonych śliwek

 

Miliardy za Premier League

Czy rekordowe 5,1 miliarda funtów za prawa do transmisji Premier League to wspaniała wiadomość tylko dla zawodników, ich agentów, agentów nieruchomości i dealerów Ferrari?

5 000 000 000.

Słownie: pięć miliardów. Funtów. Na nasze to 29 miliardów złotych. Góra pieniędzy trudna do wyobrażenia. Więcej niż wynosi roczny budżet Islandii, w końcu europejskiego kraju, Wybrzeża Kości Słoniowej, niedawnego triumfatora Pucharu Narodów Afryki, Paragwaju, Jamajki, Gruzji czy Senegalu i setki państw i państewek. Albo jeśli ktoś woli, więcej niż PBK Mołdawii lub Czarnogóry. Dokładnie 5 136 000 000 funtów zapłaciły telewizje Sky Sports Ruperta Murdocha i BT Sport należąca do brytyjskiego giganta telefonicznego za prawa do transmisji meczów Premier League na trzy sezony (w latach 2016-19). Do transmisji meczów tylko na Wyspach! Dopiero w przyszłym roku Premier League sprzeda prawa na zagranicę i bardzo możliwe, że zgarnie drugie tyle – już w poprzednim trzyletnim rozdaniu azjatyckie, europejskie i amerykańskie stacje zapłaciły 2 miliardów funtów.
Obie stacje pokażą przez trzy lata w sumie 504 spotkania (rekordowe 168 w sezonie), oznacza to, że każdy spotkanie jest warte 10 milionów 190 tysięcy funtów, a każda minuta – czy to szlagierów jak Chelsea – Manchester City, Derbów Północnego Londynu czy meczu ciężej strawnego w rodzaju grudniowego Newcastle United – Stoke – 113 tysięcy funtów. W porównaniu z obowiązującym wciąż kontraktem cena praw wzrosła o 70 procent!
Dla Premier League to premia za status najbardziej wartościowych rozgrywek piłkarskich świata – zgodnie z raportem Credit Suisse, który wśród rozgrywek w ogóle wyżej stawia tylko futbolową NFL, koszykarską NBA i basebalową MLB, ale amerykańskie ligi mają o wiele więcej drużyn, ich lokalny rynek jest o wiele większy i pokazywane są w otwartych telewizjach. Oraz skutek przyjętego dawno temu przez Anglików systemu podziału pieniędzy z praw telewizyjnych, w którym cała suma dzielona jest na trzy cześci: 50% podlega równemu podziałowi między wszystkie kluby, nie ważne czy to mistrz Anglii, klub z wielkimi tradycjami czy debiutujący w elicie. 25 % zależy od liczby transmitowanych meczów, a kolejne 25 % od miejsca w tabeli na koniec sezonu.
Czyli inaczej niż w Hiszpanii, gdzie Real Madryt i FC Barcelona rozparcelowują między siebie połowę pieniędzy z praw telewizyjnych. Kluby Primiera Division częściej ostatnio triumują w Lidze Mistrzów, to ich gwiazdy – Leo Messi i Cristiano Ronaldo – od sześciu lat dzielą miedzy siebie Złotą Piłkę, podczas gdy ostatnim rerpezentantem Premier League, który przebił się do finałowej trójki był w 2008 Ronaldo jeszcze jako zawodnik Manchesteru United. Ale to właśnie z powodu duopolu Barcy i Realu – z rzadka przełamywanego przez kogoś jak ostatnio Atletico Madryt – dla których cała reszta ligi jest tłem, hiszpański rynek praw telewizyjnych wart jest niecałe 600 milionów funtów za sezon, czyli niemal czterokrotnie mniej od angielskiego.
Premier League jest zdecydowanie bardziej wyrównana, a przez to bardziej ekscytująca i atrakcyjna dla widzów, stąd jej oglądalność jest na świecie dwukrotnie większą od La Liga. Jak szczycił się jej dyrektor zarządzajacy, Richard Scudamore podczas ogłaszania nowego kontraktu, ostatni klub minionego sezonu, Cardiff City potrafił pokonać przyszłego mistrza Anglii – Manchester City – zaś z praw telewizyjnych zarobił dwa razy więcej niż Bayern Monachium (62 miliony funtów w porównaniu z 27 milionami Bawarczyków). Co ciekawe Cardiff zainkasował tylko 1,5 razy mniej od Manchesteru United, klubu, który zarobił wówczas najwięcej. W Hiszpanii giganci zarabiają 6,5 razy więcej niż ostatni klub tabeli.

Telewizje kochają Premier LeagueNie potrzebna była zresztą bomba z angielskimi miliardami, by Real i Barca już jakiś czas temu wyraziły gotowość do renegocjacji warunków podziału wpływów z praw telewizyjnych, najwyraźniej kalkulując, że warto ustąpić, by później zarobić jeszcze więcej w silniejszej i bardziej konkurencyjnej lidze.
Scudamore podł też przykład Burnley, beniaminka walczącego o utrzymanie w Premier League, który „jest pod względem ekonomicznym większym klubem niż Ajax Amsterdam”. Od 2016 roku będzie pod tym względem jeszcze lepiej. Zakładając, że jakaś drużyna przegra wszstkie co do jednego mecze w sezonie i tak na jego koniec otrzyma 99 milionów funtów, czyli nie wielie mniej niż Real i Barca! A mistrz Anglii – 159 minionów.
– Futbol został zalany forsą. Teraz obetnijcie ceny biletów, niech znów mogą sobie na nie pozwolić prawdziwi kibice – skomentował na Twitterze Gary Lineker, jeden z nielicznych na Wyspach, którzy nie zachłystnęli się sumą kontraktu. Wtórował mu dziennikarz “Daily Telegraph” Henry Winter, wzywając do wyznaczenia maksymalnej ceny 20 funtów na bilety na mecze wyjazdowe, czyli dla najwierniejszych fanów i zniżek dla młodzieży do 24 lat, by nie stracić “całego pokolenia, które poszuka sobie rozrywki gdzie indziej”.
To nie jedyne wątpliwości jakie ogarnęły Anglików co efektu gigantyczneg kontraktu. – Na razie to wspaniała wiadomość dla zawodników, ich agentów, agentów nieruchomości, dealerów Ferrari… – ironizował Winter. Podobne obawy ma były właściciel Tottenhamu, Alan Sugar, który stwierdził, że miliardy Sky i BT Sport wpompowane w angielski wywołają efekt “soku z suszonych śliwek”, czyli szybko zostaną „wydalone z organizmu”, prosto do kieszeni zawodników i ich agentów, a na wszystkim straci… reprezentacja Anglii. Kluby dostaną bowiem środki, by walczyć i o sukcesy i o przeżycie, opłacając jeszcze wyższe kontrakty międzynarodowych gwiazd, zwłaszcza z Ameryki Południowej, którzy nigdy jeszcze taką masą nie zaludniali Premier League, blokując drogę rozwoju młodym Anglikom. Już jest pod tym względem źle. Tacy zawodnicy jak Harry Kane w Tottenhamie, młody, lojalny wychowanek klubu, gotowy zrobić dla niego wszystko już są fenomenem i odstępstwem od reguły. A bez nich Anglia może powoli porzucać marzenia o sukcesie na mistrzostwach świata i Europy.

5 miliardów Premier League

5 komentarzy

  1. ~Robespierre

    13 lutego 2015 at 17:36

    Niedawno pan Okoński pisał o tym, że mimo coraz większych pieniędzy młodzi Anglicy, a właściwie młodzi wychowankowie, zaczynają się coraz częściej przebijać do pierwszych zespołów. To nie tylko jeden Kane ale i Mason, Chambers czy Word-Prowse

  2. ~Lothar

    14 lutego 2015 at 19:33

    Co tam Angole? Niestety omal każda angielska „generation youth” w ostatnich XX latach zawodziła i to z kretesem. Im czegoś brakuje tzn. profesjonalnego podejścia, poświęcenia. Nigdy nie będą jak Włosi, Italiańce. A teraz nastaną „złote czasy” dla „tricolores”, znów im się tam narodzi coś wielkiego na niwie reprezentacyjnej i oczywiście zaraz zdeklasują tych nowych, młodych, „byczo” utalentowanych Angoli zasilając Manu, Arsenal, Chelsea, City itd.

Zostaw odpowiedź