Roberta Enke życie wypuszczone z rąk

Robert EnkeKiedy Justyna Kowalczyk w poruszającym wywiadzie na łamach „Gazety Wyborczej” opowiedziała o zmaganiu z depresją po osobistej tragedii i załamaniu nerwowym, tak mocnym, iż rozważała zakończenie nie tylko kariery, dowiedzieliśmy się jak wielka może być cena sukcesu. I że ta ponura choroba potrafi dopaść i niszczyć nawet spełnionych, kochanych przez kibiców sportowców jak jedna z najlepszych biegaczek narciarskich w historii, pięciokrotna triumfatorka plebiscytu „Przeglądu Sportowego”.

Publiczne wyznanie Justyny – która miała dość „gry pozorów” i „życia w kłamstwie” – miało kapitalne znaczenie terapeutyczne zarówno dla niej samej jak i wszystkich cierpiących na depresję w ukryciu, wstydzących się do niej przyznać i poprosić o pomoc. Pomogło jej rozpocząć nowy etap terapii i zyskać olbrzymie wsparcie w walce z chorobą. A przy okazji stało się inspiracją dla tysięcy przeżywających „piekło za życia” – jak określił depresję wybitny psychiatra prof. Antoni Kępiński – i lękających się przyznać do tego w strachu przed niezrozumieniem i odrzuceniem.

O autoterapeutycznej sile wyznania Kowalczyk pomyślałem sobie podczas lektury wydanej właśnie w Polsce biografii niemieckiego bramkarza, Roberta Enke, który pięć lat temu popełnił samobójstwo rzucając się pod pociąg. Nie wiem ile młodych dziewczyn marzy o karierze Justyny Kowalczyk, ale miliony młodych chłopaków (oraz pewnie tysiące dorosłych bramkarzy) podziwiało w swoim czasie Enke i marzyło by pójść w jego ślady.

Debiutował w 2. Bundeslidze w wieku 18 lat. Rok później trafił do Borussii Mönchengladbach, gdzie szybko wywalczył sobie pozycję numer 1. Występował w Benfice Lizbona, skąd przeszdł do Barcelony. Tam co prawda nie przebił się do pierwszego składu i odszedł na wypożyczenie do Fenerbahce Stambuł. Ale po powrocie do Bundesligi odżył do tego stopnia, że został kapitanem Hannoveru ’96, bramkarzem sezonu 2008/09 i typowano go na numer 1 reprezentacji podczas mundialu w RPA. W Wikipedii wygląda to na niezłą karierę ze świetnymi perspektywami. Dlaczego skończyła się tak tragicznie?

Robert Enke. Życie wypuszczone z rąk

To właśnie odsłania biografia „Robert Enke. Życie wypuszczone z rąk”, napisana z niezwykłym taktem i wyczuciem przez dziennikarza i wieloletniego przyjaciela bramkarza, Ronalda Renga, nagrodzona prestiżowym tytułem William Hill Sports Book of the Year. Nie jest typową, piłkarską cukierkową biografią, ale zapisem mrocznej choroby, trawiącej inteligentnego, ciepłego i wrażliwego człowieka (są w niej nawet wiersze Enke) przez całe życie, z którą walkę długo skrywał przed światem i może właśnie dlatego ją przegrał. Choroby atakującej gdy tylko pojawiała się presja, poczucie odpowiedzialności za błędy i porażki. Czyli akurat w przypadku bramkarza co chwila. Ale nie chodziło tylko o te boiskowe, ale każde odstępstwo o perfekcji. Np jak drzazga siedziało w Enke wspomnienie kompromitacji sprzed lat, gdy podczas Wigilii u rodziny narzeczonej wychowany w NRD zapytał kim właściwie jest Józef.

Najgorsze były oczywiście niepowiedzenia futbolowe. Reng w poruszający sposób opisuje np. załamanie jakie spadło na Enke w Barcelonie, zwłaszcza po publicznej krytyce kolegi z drużyny, Franka de Boera, który obwinił go za porażkę w Pucharze Króla. Co prawda kapitan Barcy, Luis Enrique i trener Louis van Gaal zmyli w szatni Holendrowi głowę za nielojalność, ale Enke nie doczekał się ani przeprosin ani drugiej szansy. Znalazł się poza drużyną, nie mając wstępu do szatni pierwszego zespołu i z obcięta pensją przy pierwszej okazji został odesłany na wypożyczenie. Z jednej strony to zwykły los piłkarza, który powinien to wziąć na klatę. Ale jak komentuje w książce ówczesny rywal Enke, Víctor Valdés, „Roberta pozostawiono samego na pożarcie lwom”. Kiepsko to świadczy o Barcy, której motto brzmi „więcej niż klub”, ale z drugiej strony trudno mówić o zlekceważeniu choroby Enke, ponieważ nikt się jej wtedy nie domyślał. Łatwiej okazać pomoc i solidarność chorującemu na raka jak w przypadku Erica Abidala czy Tito Vilanovy, niż komuś kto skrywa mroczny sekret.

Chorobę podsycił pobyt w Stambule, gdzie kibice Fenerbahce, niepocieszeni, że Enke zastąpił ich idola Recbera Rustu obrzucili go po jednym z meczów zapalniczkami i butelkami. Po powrocie do Niemiec najczarniejsze myśli o samobójstwie ogarniały go przy każdej kontuzji. W 2006 roku spadła na niego osobista tragedia – jego dwuletnia córeczka Lara zmarła z powodu niewydolności serca. Trzy lata później wraz z żoną Teresą zdecydowali się na adopcję Leili. To spotęgowało depresję, którą Enke ukrył jeszcze głębiej – bał się, że będzie ona powodem do anulowania adopcji. Czy trener Joachim Loew postawiłby w bramce na chorego na depresję? O zmaganiach wiedzieli najbliżsi, żona i przyjaciele, ale ich oszukiwał co do swego stanu. W dniu śmierci, dwa dni po ligowym spotkaniu z HSV, spotkał się ze swoim psychologiem i odmówił terapii, przekonując, że czuje się dobrze…

Czy publiczne wyznanie uratowałoby go? Czy okazało by się podobnie skuteczną terapią jak w przypadku Justyny? Możemy tylko gdybać. I żałować, że on, który pomagał za życia tylu osobom za życia (choćby z reprezentacji Niemiec niewidomych) i po śmierci (pod wpływem jego tragedii do depresji zaczęli przyznawać się kolejni piłkarze, jako pierwszy obrońca St. Pauli, Andreas Biermann, który opowiedział o próbie samobójczej i poddał się leczeniu) nie zdołał pomóc samemu sobie, ani nie pozwolił sobie pomóc. Świetna książka, której autor bardzo żałuje, że ją napisał.

Pogrzeb Roberta Enke

3 komentarze

  1. ~piotrhamedinger

    20 lutego 2015 at 20:26

    dołączam się do słów pana Michała, jestem już ponad rok po lekturze biografii Roberta Enke w wersji angielskiej, ale wiele słów, sytuacji tam opisanych wciąż do mnie wraca i nie pozwala o sobie zapomnieć, co chyba najlepiej świadczy o nieśmiertelności tej literatury, ale także o nieśmiertelności tego problemu, złożenia i skomplikowania danych sytuacji, a także o nieśmiertelności kruchych i wrażliwych istot, które są dla nas opoką tylko z pozoru. naprawdę godna polecenia pozycja, choć szkoda, że napisana.

Zostaw odpowiedź