Premier League w Trójkącie Bermudzkim

Anglia poza Ligą MistrzówLedwo minął miesiąc od ogłoszenia rekordowego kontraktu za prawa do transmitowania ligi angielskiej (ponad 5 miliardów za trzy sezony, co daje 113 tysięcy funtów za każdą minutę każdego meczu), a „najsilniejsza, najbogatsza i najbardziej ekscytująca ligi świata” skompromitowała się nie wprowadzając ani jednego przedstawiciela do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Po raz drugi w ostatnich trzech sezonach. Żeby tylko Premier League blado wypadła na tle ligi hiszpańskiej, która znów ma w ćwierćfinale trzech reprezentantów. Siarczysty policzek wymierzyła jej liga francuska, której PSG i Monaco wyeliminowało Chelsea i Arsenal, portugalska i przeżywająca kryzys finansowy liga włoska. Europa potraktowała angielskie kluby równie bezlitośnie jak Leo Messi piłkarzy Manchesteru City swoimi „kanałami”.

***
Ta kolejna klęska angielskich drużyn urasta do zagadki Trójkąta Bermudzkiego. Jak to możliwe, że ekipy mające na pokładzie najlepszy sprzęt i najlepszych na świecie specjalistów, których umiejętności i doświadczenie nie budzą wątpliwości, zamiast pewnie i bezpieczne przepłynąć z portu do portu znikają po drodze za sprawą sił iście paranormalnych. Przecież mówimy tu o lidze najbogatszej ze wszystkich, z którą finansowo równać mogą się jedynie futbolowe, baseballowe i koszykarskie odpowiedniki zza Oceanu.
Już dziś przecież szef Premier League chwali się, że spadkowicz po ubiegłym sezonie – Cardiff City zarobił dwa razy więcej niż Bayern Monachium, a beniaminek Burnley finansowo stoi lepiej niż taki Ajax Amsterdam. Gdy nowy kontrakt wejdzie w życie wspomniane Burnley będzie pewnie stać na wykupienie połowy składu Juventusu Turyn czy FC Porto, a Premier League stanie się jeszcze bardziej wyrównana i atrakcyjna.
Pytanie czy już nie stała się ofiarą własnego sukcesu i atrakcyjności. Silna liga dzięki solidarnemu podziałowi wpływów z praw telewizyjnych sprawia, że jak w żadnej inne każdy jest w stanie wygrać tu z każdym. Nigdzie nie ma takiej konkurencji jak na Wyspach. Właśnie trwa tam pasjonująca walka o Ligę Mistrzów z udziałem aż siedmiu drużyn. Tylko czy właśnie z powodu tak wyczerpującej rywalizacji co kolejka, później angielskie drużyny kompromitują się w grupie Ligi Mistrzów (mniej – jak Arsenal czy City, lub bardziej – jak Liverpool, który zdołał wygrać tylko z Łudogorcem Razgrad), a po wyjściu z niej na drugim miejscu natychmiast odpadają?
Właśnie intensywność rywalizacji w Premier League, a przy tym brak dobrodziejstwa przerwy zimowej do pewnego stopnia tłumaczy niemoc angielskich drużyn. Bo już nie sama ilość spotkań. Barcelona eliminując City miała na koncie jedno spotkanie więcej, Chelsea dokładnie tyle samo co PSG (przed rewanżowym meczem miała za to cały tydzień na odpoczynek), a Arsenal, upokorzony na własnym stadionie przez Monaco, zaledwie dwa spotkania więcej niż Francuzi.
Ogromne pieniądze, przyznawane bez względu na wynik na koniec sezonu też nie są bez wpływu na kluby i samych zawodników. Demoralizują przepłaconych piłkarzy, którym ciężej o motywację. I kluby, które z kolei przestają prowadzić rozsądną politykę transferową. Ich kadry rozrastają się do gigantycznych rozmiarów. Tworzą przy tym gwiazdozbiór bez tożsamości. Jak na lekarstwo w nich wychowanków albo choćby Anglików, bo ich ceny są wywindowane pod niebiosa. Ostatnio narzekał na to zjawisko trener City, Manuel Pellegrini, który utyskiwał w „Guardianie”, że choć chciałby mieć w składzie angielskich zawodników, nie ma ich skąd wziąć, bo byle lewy obrońca jak Luke Shaw wyceniany jest na 35 milionów funtów, a za Raheema Sterlinga musiałby zapłacić Liverpoolowi ze 100 milionów funtów.
***
Poza tym wspólnym mianownikiem historia klęski każdej z angielskich drużyn jest inna. W Manchesterze City szósty raz z rzędu zawiódł trener nie umiejący wykorzystać potencjału światowej klasy, ale już co raz bardziej podstarzałych, milionerów (najwyższa średnia wieku ze wszystkich drużyn w Champions League). Chelsea zatraciła to co zawsze charakteryzowało drużyny Jose Mourinho: pozwoliła sobie strzelić gole po stałych fragmentach, w samej końcówce meczu i dogrywki, nie potrafiła wykorzystać gry z przewagą zawodnika. Jak tłumaczył sam Portugalczyk, nie uniosła presji. A Arsenal po raz piąty zrealizował doroczny scenariusz: zawalił kompletnie mecz u siebie, by w heroicznej pogoni w rewanżu zabrakło mu jednej bramki do awansu. Obie londyńskie drużyny odpadły z powodu goli na wjeździe.
I tu właśnie najzabawniejszy sposób na wyjście angielskich drużyn z europejskiego impasu znalazł Arsene Wenger. Zastrzegł co prawda, że żadnego kryzysu nie widzi, dodał za to, że dobrze byłoby zrezygnować z… reguły, że gole zdobyte na wyjeździe liczą się podwójnie. Jego zdaniem przepis jest przestarzały, wymyślono go w latach 60. ubiegłego wieku żeby zachęcić drużyny do ofensywnej gry na wyjeździe zamiast kurczowej obrony. Nie pasuje do współczesności, w której gole na wyjeździe znaczą zbyt dużo, należy więc go zmienić. Rzeczywiście zarówno rywalizacja Arsenalu z Monaco jak i Chelsea z PSG skończyła się wynikiem 3:3. Czy Anglikom wystarczy więc wyćwiczyć rzuty karne?

1 Comment

  1. ~albafos

    23 marca 2015 at 16:45

    Pozdrowienia z Čech! Miłego dnia, chciałbym podzielić się z wami bardzo ważne informacje. Wszystko można znaleźć na – http://en-albafos.blog.cz

Zostaw odpowiedź