Dlaczego Fabiański nie broni w kadrze, czyli był sobie (grzeczny) chłopiec

Łukasz Fabiański i Artur BorucOd lat żywię wielki szacunek do Łukasza Fabiańskiego za rzadki u piłkarza profesjonalizm i oddanie drużynie. Ale mam też z nim i pewien problem. Nie pierwszy raz w swej reprezentacyjnej karierze Fabian znalazł się w sytuacji, że naciskiem na trenera, sprawną współpracą z mediami, sugestią rzuconą tu czy tam byłby w stanie wymusić pozycję bramkarza numer 1. Nie tylko na mecz z Irlandią, ale może i dłużej. Bywało, że jego rywale stosowali tę strategię. On nigdy. Zawsze wolał, żeby to jego postawa na boisku przemawiała za nim, a nie on sam, w wywiadach czy zakulisowych rozmowach. Tak jest i teraz.

Popatrzmy: raczej trudno sobie wyobrazić, żeby w Dublinie miał wystąpić Wojtek Szczęsny, Namaszczony przez Adama Nawałkę na numer 1 w eliminacjach bramkarz Arsenalu od tygodni nie może wrócić między słupki „Kanonierów”. Angielska prasa nie tylko przyznaje rację Arsene Wengerowi, że postawił na Davida Ospinę, ale wręcz twierdzi, że menadżer pozwolił odejść z klubu „nie temu Polakowi co trzeba”. Po latach grzania ławy na Emirates Fabian wyraźnie odżył w Swansea. Jego walijska drużyna zajmuje świetne 8. miejsce w Premier League i nie musi się już lękać spadku. Na osiem kolejek przed końcem sezonu ma już 11 punktów więcej niż w poprzednim między innymi dzięki temu, że Fabiański aż 11 razy zachował czyste konto (lepszy pod tym względem jest tylko Fraser Forster – 13).

Czy to nie dawałoby mu prawa oświadczyć stanowczo, że „nie wyobraża sobie posadzenia na ławce”, że „nie wie jak by wówczas zareagował”. Że skoro jeden z jego rywali nie broni wcale, a drugi w lidze niższej niż jego, każda inna decyzja byłaby nie sprawiedliwa i nie fair. Czy media i kibice nie przyznałby mu racji. Sam Nawałka musiałby mocno przemyśleć swą decyzję, wiedząc że ryzykuje frustracją ambitnego zawodnika, który różnie może znieść rozczarowanie. No i wiedziałby, że ma zawodnika niezwykle zdeterminowanego.

Nie bez powodu wziąłem w cudzysłów dwa powyższe cytaty. To słowa Artura Boruca z października 2008 roku gdy ważyły się losy obsady bramki w meczach eliminacji do mundialu w RPA z Czechami i Słowacją. Boruc wrócił wówczas do kadry po kilku miesiącach zawieszenia po „incydencie lwowskim”. Wrócił i ostro zażądał należnego swoim zdaniem miejsca w reprezentacji. I Leo Beenhakker mu je dał. A przecież Fabiański po dobrej grze z San Marino (obroniony karny) i ze Słowenią miał prawo uważać, że wygra rywalizację z Borucem. Nie uciekał się jednak do przecieków do prasy, nie przypominał, że coś mu się należy, nie groził gniewem. Zdał się na ocenę selekcjonera, do którego przecież należy ostateczna decyzja. Beenhakker wiedział zaś, że rozczarowując Fabiana spotka się wyłącznie z jego profesjonalnym zrozumieniem. I tak się właśnie stało. Bolesny werdykt też zniósł z milczeniu i pokorze, żadnych uniesień, żadnych skarg do mediów, które tylko czekały, żeby rozpętać konflikt w kadrze.

Nawet dziś bramkarz Swansea przyznaje: „jakieś rozczarowanie na pewno było, ale nie jestem osobą, która wszystko długo rozpamiętuje. Wiem, że to zabrzmi banalnie, ale tylko jeden bramkarz może bronić i wszystkich się nie zadowoli. Gdy się gra w reprezentacji, trzeba umieć akceptować takie decyzje”. Widzicie tu presję na selekcjonera?

Jak nie było jej wówczas, tak nie ma i teraz. Dziś Fabiański w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego” nie rzuca „Teraz albo nigdy!”, „To mój czas!”, „Nigdy nie byłem w lepszej formie!” Wręcz przeciwnie, wyznaje, że nie czuje na sobie takiego ciśnienia. „Niezależnie, czy pojawiałem się tutaj jako rezerwowy Arsenalu, czy podstawowy golkiper Swansea, moje nastawienie było i jest takie samo. Wykonuję tu swoją robotę i tyle”.

Grający o ligę niżej Boruc? „Artur z pewnością ma ogromne doświadczenie w reprezentacji, więc pod tym względem ma nade mną przewagę” – przyznaje szczerze. Pozytywne opinie na swój temat ze strony ekspertów? „Miło usłyszeć takie opinie, ale decyzje podejmuje trener (…) Nastawienie mam zawsze takie samo”.

I może to jest właśnie powód, dla którego tak świetny bramkarz ma wprawdzie 22 występy w reprezentacji, ale w tym zaledwie cztery w meczach o punkty. Nie żądam od Fabiańskiego ostrej rywalizacji, w której „wszystkie środki dozwolone” na miarę Oliver KahnJens Lehmann, którzy walcząc o pozycję numer 1 na mundialu w Niemczech w 2006 roku bezpardonowo obrażali się w mediach, wyciągając nawet brudy z życia osobistego. Nie żądam, żeby w odpowiedzi na posadzenie na ławce „rozwalił szatnię” i zepsuł atmosferę w kadrze. Przecież nie można mieć pretensje do zawodnika, że zachowuje się jak profesjonalista, a przy tym porządny człowiek.

Ale może selekcjonerzy woleliby, żeby właśnie „miał ciśnienie”? Może chcieliby zobaczyć w nim ten żar i desperację, a nie tylko zimny profesjonalizm. Tymczasem wiedzą, że nie obrazi się rolą rezerwowego, za to jeśli zajdzie potrzeba, da z siebie wszystko bez najmniejszego focha.

Sam Fabiański twierdzi, że wizerunek grzecznego chłopca w niczym mu nie szkodzi. „Staram się po prostu być kulturalny. Taką jestem osobą” mówi.

Czy to jednak przypadek, że nominalnie numerem 1 w kadrze jest Szczęsny, mówiący o sobie, że jego największą zaletą i wadą jest nadmierna pewność siebie? Zaś Boruc, który ma na koncie 59 występów w biało-czerwonych barwach to ostatnia osoba, którą dałoby się określić mianem „grzeczny chłopiec”?

Łukasz Fabiański

Odpowiedz na „~AdaCancel