Po aferze Legia – Jagiellonia: wszyscy jesteśmy pokaleczeni

Polskiej piłce nie mogło się przydarzyć nic gorszego od feralnej końcówki meczu Legia – Jagiellonia. Błąd sędziego Pawła Gila – bo nie wierzę by ani on ani inni arbitrzy mieli świadomie sprzyjać gospodarzom – niezasłużenie cofnął Ekstraklasę wizerunkowo w paskudne czasy oskarżeń i podejrzliwości. Obawiam się, że wydarzenia z 98. minuty i to co nastąpiło po nich długo będzie odbijać się czkawką nam wszystkim, bo poszkodowani w środowy wieczór zostali nie tylko goście z Białegostoku, ale także Legia i całe środowisko.

Wielka szkoda dla wszystkich, że Bartłomiej Drągowski nie obronił 98. minucie karnego Orlando Sa, choć był tego tak bliski. Trudno dziwić się wściekłości zawodników i trenera Jagiellonii, którzy po ostatnim gwizdku mieli prawo czuć się oszukani i nie zdołali zapanować nad emocjami, rzucając przekleństwa przed kamerą NC+ i pytając w drodze do szatni „to po co trenować?” Oczywiście nic nie usprawiedliwia pokazywania środkowych palców kibicom Legii przez bramkarza gości ani incydentu z kopnięciem mikrofonu przez jednego z piłkarzy Jagiellonii w rzeczniczkę rywala – dobrze przynajmniej ta ostatnia została przeproszona. Ale też żadnemu piłkarzowi nie życzę, żeby w takich okolicznościach pożegnali się z walką o tytuł, a przecież taki jest skutek porażki białostoczan w Warszawie.

Szkoda Legii, która na początku sezonu zyskała tyle uznania nie tylko u własnych kibiców akcją #letfootballwin. W środę futbol zdecydowanie przegrał na Łazienkowskiej, ale przecież nie z winy piłkarzy (właściwie można mieć do nich pretensje tylko o to, że nie zdołali rozstrzygnąć spotkania wcześniej i w efekcie skorzystali na karnym z kapelusza). Jeśli zdobędzie tytuł, reszta Ekstraklasy jej tego nie wybaczy i przez lata będzie wypominać okoliczności triumfu. Jeśli mistrzem nie zostanie, satysfakcja kibiców rywali i szydera będą olbrzymie jak nigdy.

„Piłkarski Smoleńsk” – podsumował na Twitterze dosadnie Tomasz Smokowski, komentator NC+. Zaznaczając, że oczywiście nie chodzi mu o skalę wydarzenia – bo ta jest nieporównywalna do narodowej tragedii – ale fakt, że decyzje sędziego „zantagonizują i tak zantagonizowane grupy kibiców”. Dzieląc – jak rozumiem – tym razem kibiców futbolu na dwa zwaśnione plemiona. – Takie zdarzenia dzielą i psują atmosferę. Ci, którzy wrzeszczą o pomocy Legii, właśnie dostali pożywkę dla swych teorii – dodał Smokowski.
Teorii podsycanych i tym, że nie dalej jak w meczu poprzedniej kolejki ze Śląskiem we Wrocławiu sędzia ewidentnie pomógł Legii, uznając jej gola mimo że Sa faulował w polu karnym Piotra Celebana. Tamta pomyłka nie odbiła się w całej Polsce takim rezonansem być może dlatego, że miała miejsce w 20. a nie 98. minucie, ale dziś wraca jako potwierdzenie spiskowej teorii, że to sędziowie, a wraz z nimi PZPN (chwilowo jeszcze nie padły nazwy UEFA i UNICEF).

Rozmiar hejtu jaki rozlał się w mediach społecznościowych – na Twitterze, Facebooku, w komentarzach pod artykułami na portalach – pod adresem sędziów, Legii, właścicieli klubu, PZPN, mediów w pełni potwierdza obawy Smokowskiego. Absurd goni absurd, a ilość teorii i koncepcji kto kogo opłaca, kto się z kim na co umówił itd daje wyobrażenie jak wyglądałyby social media, gdyby istniały w czasach „Fryzjera”.
W tej sytuacji żal i sędziego Gil, sprawcy zamieszania, mógł stać się bohaterem spotkania. Pierwotnie przecież nie planował podyktować karnego, najwyraźniej widząc, że po pierwsze obrońca Jagiellonii nie blokował rozmyślnie podania ręką, a po drugie i tak trafiła ona do Legionisty, który oddał strzał na bramkę. Chwilę wcześniej słusznie uznał, że Bartosz Bereszyński nie faulował w polu karnym na Przemysła Frankowskiego. Gdyby w 98. minucie od lat oskarżany – słusznie czy niesłusznie – o sprzyjanie Legii arbiter oparł się podyktowania dla niej karnego, wykazał asertywność, wytrzymał presję i nie uległ szatańskiemu podszeptowi liniowego, zyskałby szacunek na lata.

Oliwy do ognia dolała informacja, do której „Przegląd Sportowy” dotarł tuż po meczu, że w tak istotnym spotkaniu dla walki o tytuł asystentem liniowym był arbiter, który w ubiegłym miesiącu nie zaliczył testów wytrzymałościowych, co dodatkowo kompromituje środowisko sędziowskie.
Gil i jego asystent zostali poddani socialmediowemu linczowi, z jakim spotykali się ostatnio wyłącznie kandydaci na Prezydenta. To rozdrażnienie i radykalizm kibiców składam zresztą na karb kampanii wyborczej, liczne faule z obu stron i oburzenie jakie politycy wzbudzili w Polakach.
Wydarzenia na Łazienkowskiej zepsuły radość z emocjonującej końcówki Ekstraklasy nam wszystkim. Wszyscy wyjdziemy z tych złych emocji pokaleczeni.

2 komentarze

  1. ~pkp

    26 maja 2015 at 12:33

    Panie Michale.

    Zgadzam się z głównymi tezami notki. Wydaje mi się jednak, że ogólnie słuszne peany nad poprawiającą się jakością sędziowania i pracy środowiska sędziowskiego przysłonił problem, który nie jest poruszany przez PZPN.

    Chodzi o sudditanza psicologica (wydumane czy nie), które jest całkowicie lekceważone przez p.Przesmyckiego. A przez to coraz bardziej frustruje kibiców.

    Jak trzymamy się porównań politycznych to trochę jak z naszą partią rządząca, która pokazuje wszystkim rosnące słupki i sama nie rozumie czemu straciła prezydenta.

  2. ~Polonia

    27 maja 2015 at 12:51

    7egła wieśwawa

Zostaw odpowiedź