Kuba i Lewy, czyli wymarzony scenarusz na Gruzję

Kuba i LewyGdyby ktoś mnie zapytał o wymarzony scenariusz meczu z Gruzją, odpowiedziałbym tak: 82. minuta meczu, reprezentacja Polski prowadzi 3:0, z boiska schodzi Robert Lewandowski, strzelec dwóch bramek, żegnany przez kibiców owacją na stojąco, zmienia go Patryk Tuszyński, debiutujący w kadrze w nagrodę za świetny sezon z Jagiellonią. Schodząc Lewy podbiega do Kuby Błaszczykowskiego, z którego podania strzelił wcześniej drugiego gola i… przekazuje mu opaskę kapitańską. Stadion Narodowy w euforii, „Biało-czerwoni” w harmonii kończą ważny krok w kierunku awansu do Euro 2016, zwłaszcza, że w rozgrywanym w tym samym czasie spotkaniu Irlandii ze Szkocją ktoś przecież musi stracić punkty.

Dlaczego tak symboliczne i ostentacyjne pojednanie między dwoma kapitanami, obecnym i byłym wydaje mi się ważne? Dlaczego troszczę się o rzecz wydawałoby się drugorzędną, czyli ego piłkarza, „niańczę” się z Kubą – jak mi zarzucano w komentarzach? Po pierwsze dlatego, że obaj, i Lewy i Kuba są dla reprezentacji niezwykle ważni. Tak, Kuba też, zwłaszcza podczas Euro 2016 może być równie kluczowy jak jego były partner z Borussii Dortmund. Podczas 19 miesięcy walki z kontuzjami i urazami, gdy zniknął nam z boisk Bundesligi i Ligi Mistrzów, trochę zapomnieliśmy jak istotnym zawodnikiem był zawsze dla reprezentacji. Już się przyzwyczailiśmy do kadry bez niego, zwłaszcza, że w międzyczasie tak bardzo wzrosła rola Kamila Glika czy Grzegorza Krychowiaka, a Polska odniosła historyczne zwycięstwo z Niemcami. W czasach Franciszka Smudy czy Waldemara Fornalika to była kadra dwóch liderów, dziś jest ich więcej, a Kuba o odzyskanie statusu lidera musi dopiero powalczyć.

Jest ambitny, niech walczy, tym lepiej dla zespołu. Przyzwyczaił nas, że zawsze walczy, w każdym meczu w koszulce z orzełkiem, nawet wówczas kiedy nie miał pewnego miejsca w klubie, potrafił najlepsze mecze w sezonie rozgrywać w narodowych barwach. Ciężko mi wydobyć z pamięci taki mecz, nawet z tych przegranych, w którym Kuba nawet jeśli nie grał najlepiej, to nie był najlepszy z Polaków, a na boisku nie dawałby z siebie wszystkiego. Jak bardzo zależy mu na drużynie pokazywał przyjeżdżając na każde zgrupowanie nawet z kontuzją, po to by choćby pobyć na treningach, w szatni czy na ławce. Przestał dopiero stracie opaski. Długo milczał jak bardzo go to zabolało. Nie prowadził żądnych gierek w wywiadach, nie próbował odgryźć się selekcjonerowi czy szantażować go, jak w przypadku podobnych historii. Uczucia odkrył Małgorzacie Domagalik, współautorce jego biograficznej książki „Kuba”, wyznając, że „zapadły pewne decyzje, które mnie, jako człowieka, zabolały i chyba każdego by zabolały, jeśli byłyby przedstawione w taki sposób (…) łatwiej jest zrozumieć coś takiego, jak człowiek wie, że popełnił błąd, ale dużo ciężej, jak wiesz, że nic złego nie zrobiłeś. To nie jest lekkie. To był bardzo ciężki okres w moim życiu. Leżałem na łopatkach i wszyscy podchodzili i mnie kopali. Nie mogłem się bronić, bo nie grałem na boisku”.

Na szczęście dodał, że nie jest typem, który się nad sobą rozczula i użala. Karawana jedzie dalej. „Gra w reprezentacji zawsze była moim marzeniem i nie będę ich sobie odbierał. Cieszę się, że jestem już gotowy mentalnie i fizycznie, aby dostać powołanie, i tak się stało. Cieszę się też, że być może będę miał okazję rozegrać kolejny mecz w narodowych barwach” powiedział już na zgrupowaniu.

Skoro opaska kapitańska znaczyła dla Kuby niego tak wiele, a okoliczności jej utraty były tak bolesne, nie widzę powodów, żeby nie pomóc ambitnemu zawodnikowi w odnalezieniu się w tej sytuacji. Łatwo machnąć ręką, rzucić, że „piłkarz jest od grania”, że dane zasługi nie mają znaczenia. Otóż dla budowania atmosfery w drużynie – mają. Przypomniał mi się obrazek jak w finale Ligi Mistrzów Xavi zmieniał w drugiej połowie Andresa Iniestę, jednego z najlepszych zawodników na boisku. Forma w ostatnich meczach pewnie nie uzasadniała tej zmiany, ale zasługi grającego ostatni mecz w barwach Barcelony Xaviego już tak. Dzięki opasce i tych kilkunastu minutom mógł później jako kapitan wznieść w górę swój Puchar Europy. Pewnie nic by się nie stało, gdyby Iniesta dograł do końca, historycznych zasług Xaviego nie podważyłaby nieobecność w finale, ale w futbolu liczą się takie gesty. To sygnał dla całej drużyny jak klub dba o swoich piłkarzy i silny impuls jednoczący zespół. Barcelona to w ogóle fenomen harmonii jeśli spojrzeć na potencjalne ego jej piłkarzy, choćby tych z tercetu M-S-N. Umiejętne obchodzenie się nim pozwoliło Barcy sięgnąć po wymarzony „triplet”.

Naszej reprezentacji również potrzebna jest harmonia, zwłaszcza między najważniejszymi zawodnikami. Być może to skrzywienie lingwistyczne (w danych czasach studiowałem filologię klasyczną), ale wywiadach Lewego po powołaniu Kuby lekko raził mnie używany często tryb warunkowi „powinienem się cieszyć”, „jest zawodnikiem, który może pomóc reprezentacji”, „Kuba może okazać się potrzebny”. Nie oczekuję rzucania się na szyję i przesadnego entuzjazmu, gest z początku felietonu wystarczyłby w zupełności.

Artur Boruc cieszył się w niedawnym wywiadzie dla „Przeglądu”, że w reprezentacji jest tyle osobowości z charakterem, bo „nic nie buduje reprezentacji bardziej niż indywidualności z silnym ego”. Warto je rozbudzać i wykorzystać zamiast tłumić, wpędzając zawodnika we frustrację. Tak jak niepokornemu bramkarzowi Bournemouth należy się występ w towarzyskim meczu z Grecją, który pozwoli zaliczyć 60. spotkanie w kadrze i wejście do Klubu Wybitnego Reprezentanta (które chce zadedykować zmarłemu ojcu), tak i Kuba zasługuje na drobny gest, zyska na nim cała drużyna. Germany Soccer Champions League Final

5 komentarzy

  1. ~Pytacz

    15 czerwca 2015 at 01:40

    Były bilety dla rodziny Kuby?

  2. ~Wizun

    3 lipca 2015 at 17:49

    Przypominam, że teraz potrzeba 80 mwczy by dostać się do klubu wybitnego reprezentanta a nie 60, więc nic te kilka minut Borucowi nie dało

Zostaw odpowiedź