Dzikie karty w Lidze Mistrzów? Dla kogo i czyim kosztem?

Joseb Maria BartomeuŁadnie ze strony prezydenta Barcelony, Josepa Maria Bartomeu, że nie ogranicza się do zacierania rąk z sukcesów drużyny piłkarskiej czy historycznej dominacji tercetu Messi-Neymar-Suarez, że nie skupia się wyłącznie na własnym klubie ale ma czas myśleć o dobru całego futbolu. Właśnie ogłosił, że „dla dobra futbolu” dobrym pomysłem byłoby przyznawanie w Lidze Mistrzów drużynom tzw. „dzikich kart”, tak jak ma to miejsce w innych dyscyplinach.

– Czasami ze względu na dobro futbolu można by je przyznawać tak w tenisie. Bywa, że najlepsi zawodnicy nie kwalifikują się do turnieju i dostają wówczas dziką kartę, by podtrzymać zainteresowanie. Tak samo mogłoby by być w piłce nożnej. Kluby miewają czasem gorszy sezon, a niemożność gry w Champions League to duża kara – powiedział w rozmowie z BBC.

Pomińmy milczeniem złośliwe komentarze, że „w razie gorszego sezonu taka Barcelona zawsze mogłaby liczyć na dziką kartę dla dobra futbolu”, bo oczywiście Bartomeu nie rozumuje w tak prymitywny sposób, zresztą przy obecnym układzie sił w La Liga brak „Dumy Katalonii” w Lidze Mistrzów wydaje się równie prawdopodobny jak brak w niej Bayernu Monachium. Wg Bartomeu prowadzenie „dzikich kart” dyktuje potrzeba „jeszcze mocniejszej i jeszcze bardziej wyrównanej Ligi Mistrzów, a wraz z nimi jeszcze większego zainteresowania ze strony kibiców. Bo to o najważniejsze i największe rozgrywki”.

To bardzo niepokojące, że propozycja pada z ust prezydenta najlepszego klubu świata w ostatniej dekadzie, mającego tak ogromny wpływ na światowy futbol (bez żadnych odwołań do pamiętnej teorii spiskowej Jose Mourinho). Jest bowiem arogancka i charakterystyczna dla przedstawiciela futbolowej arystokracji, żyjącego w oderwaniu od rzeczywistości, kiepsko rozumiejącego reguły gry, kibicowania i fair play. Dobrze czującego się tylko w elicie. Kogoś cierpiącego, że jego klub musi czasem polecieć na mecz na Białoruś, Ukrainę, do tych wszystkich państewek na Bałkanach albo nawet do Kazachstanu, a na meczach z zespołami, których nazwy słyszy po raz pierwszy słabo zapełni mu się stadion.

Pobrzmiewa tu marzenie o elitarnej europejskiej Superlidze, pozwalającej co tydzień grać z drużynami pokroju Manchesteru United, Liverpoolu, Interu Mediolan, AC Milan czy Borussii Dortmund – nawet jeśli tak jak akurat ostatnio nie zakwalifikowały się do Ligi Mistrzów – zamiast z symbolicznym BATE Borysów. Elitarnej, o stałym jak NBA składzie, do którego można zostać ewentualnie przyjętym, ale nie awansować.

Ostatnio napomknął o niej prezes Bayernu, Karl-Heinz Rummenigge, podczas styczniowej konferencji Europejskiego Stowarzyszenia Klubów (ECA), któremu przewodniczy. Nie wykluczył powstania w przyszłości rozgrywek (pod egidą UEFA lub nie), w których brałby udział najsilniejsze drużyny z Anglii, Francji, Niemiec, Hiszpanii i Włoch. W takie Superlidze „co tydzień dochodziłoby do meczów wielkich zespołów z ogromnymi tradycjami, które przynosiłyby klubom wielkie pieniądze”. To z kolei pozwoliłoby nawiązać rywalizację na polu praw marketingowych i telewizyjnych z NFL czy NBA i odeprzeć chińską ekspansję na futbol.

Ale że póki co na Superligę się nie zanosi – używana jest raczej jako straszak na UEFA, by przykręciła swe Finansowe Fair Play – pewnym wytrychem mogłyby się stać „dzikie karty”.

Jako pierwszy wspomniał zresztą o nich dwa lata temu dyrektor Milanu, Umberto Gandini. Pewnie zupełnie przypadkiem akurat w sezonie, w którym jego klub nie grał nawet w Lidze Europejskiej, zaapelował o wprowadzenie specjalnej furtki do Ligi Mistrzów dla klubów o „odpowiednim prestiżu i odpowiednich możliwościach”.

Od razu mamy więc odpowiedź dla kogo byłby owe „dzikie karty”. Ja w pierwszej chwili na to hasło pomyślałem o przypadkach szczególnych, czyli np. Legii i jej niesławnym odbiciu się od Ligi Mistrzów po historii z Bartkiem Bereszyńskim. Przyznanie „Dzikiej karty” byłoby doskonałą odpowiedzią UEFA na kampanię #letfootballwin: „no dobrze, nie dopilnowaliście procedur, daliście zagrać nieuprawnionemu zawodnikowi, ale że przez 3 minuty i przy ustalonym wyniku 6:1 w dwumeczu – macie tu dziką kartę”.

Żeby nie było, że myślę tylko o Legii, przyszedł mi do głowy także Tottenham, skrzywdzony w 2012 roku zwycięstwem Chelsea w Lidze Mistrzów. Mimo, że „Koguty” zajęły na koniec Premier Leaue czwarte miejsce, musiały ustąpić miejsca w elitarnych rozgrywkach dopiero piątym w tabeli „The Blues”, zadowalając się występem w Lidze Europejskiej. Prawda, że idealny kandydat do „dzikiej karty”?

Rozumiem jednak, że intencje pomysłodawców nie są takie, by koniecznie „wynagradzać skrzywdzonych”, zwłaszcza, że będzie wręcz przeciwnie, bo skrzywdzonych dopiero przybędzie. Przecież, żeby dać „dziką kartę” drużynie o „odpowiednim prestiżu i odpowiednich możliwościach”, komuś trzeba będzie zabrać miejsce, chyba żeby rozszerzyć skład 32 uczestników.

Pytań jest więcej, np ile kart przyznawać co sezon? Np w siatkarskiej Lidze Mistrzów przyznaje się ich sześć. Przyjąć stałą liczbę czy uzależniać to od okoliczności? Np. w przyszłym roku Champions League na pewno zabraknie Chelsea, a raczej pewnie także Milanu, Interu i Manchesteru United. Więc cztery?

No i najważniejsze pytanie: kto wejdzie w skład komisji rozpatrującej „prestiż i możliwości”. I jakie przyjmie kryteria? Rok powstania, ilość dotychczasowych trofeów w europejskich pucharach, klubowy ranking UEFA, wartość klubu lub pierwszej kadry, frekwencja na trybunach w ostatnim sezonie? Jak zmierzyć poziom „dobra futbolu”, któremu przysłuży się zaproszenie danej drużyny do Ligi Mistrzów?

Na razie UEFA dostrzega absurdalność pomysłu, jej sekretarz generalny, Gianni Infantino zastrzegła, że o awansie do pucharów zawsze będzie decydować boisko. Niewykluczone jednak, że któryś z kandydatów na szefa UEFA sięgnie po „dzikie karty”, by zdobyć poparcie największych klubów.

Champions League

7 komentarzy

  1. ~Grzegorz Czempiński

    27 lutego 2016 at 10:36

    Wielkie NIE dla traktowania piłkarzy klubów o „odpowiednim prestiżu i odpowiednich możliwościach” jako sportowców specjalnej troski.Jako kibic Milanu a więc klubu,który na ewentualnym wprowadzeniu „dzikich kart” mógłby zyskać dużo albo wręcz bardzo dużo,czułbym się zupełnie niekomfortowo wiedzac,że miejsce w elicie zawdzięczam pozasportowym aspektom.Tylko wygrana odniesiona w czysto sportowej rywalizacji ma prawdziwy sens.Zwycięstwo fikcji zamiast prawdziwej wiktorii?Panowie sternicy światowego futbolu,nie idźcie tą drogą!

  2. ~Michał

    1 marca 2016 at 15:16

    Dobrze się czytało 🙂

  3. ~nazwydlafirm.com

    2 marca 2016 at 09:22

    Świetny artykuł! Skąd czerpiesz inspiracje kiedy nie masz pomysłu na tematy artykułów?

    1. ~polsport

      2 marca 2016 at 16:53

      Zawsze jest jakiś temat, jeszcze tak nie było, żeby nie było;)

  4. ~Leszek

    21 maja 2016 at 09:34

    Dzikie karty to dziki obyczaj. Barbarzyństwo niezgodne z duchem sportu i fair play. Można zmienić system – np. że więcej klubów z pierwszej ósemki z Rankingu Krajowego UEFA gra w LM, ale nigdy nie można wprowadzać dyskryminacji – która jest krzywdząca dla reszty i niszczy sport.

Zostaw odpowiedź