Czy Mourinho broniłby Drągowskiego?

Drągowski w "agonii"Wydawało się, że sprawa marnego aktorstwa Bartłomieja Drągowskiego, który w meczu poprzedniej kolejki z Lechią symulował poważny uraz po trafieniu rzuconą z trybun zapalniczką, już przyschła i wybrzmiała. Na głowę młodego piłkarza wylała się fala słusznej krytyki, zwłaszcza że nie był to pierwszy nieodpowiedzialny incydent utalentowanego19-latka. W ubiegłym sezonie pokazał środkowe palce kibicom rywali, w tym próbował rozproszyć rywala wpychając mu palec w tyłek.

Sam zawodnik po próbach ściemniania, że nie wie czy został trafiony, a na murawie leżał, żeby wytrącić strzelca karnego z równowagi, ostatecznie przyznał, że pajacował niepotrzebnie. Tłumaczył, że w trakcie meczu nie myśli i działa pod wpływem chwili. Działanie pod wpływem chwili i „wyłączanie myślenia” to niepokojące cechy u piłkarza, o czym najlepiej przekonał się Luis Suarez, nikt jednak nie dopominał się żadnych kar dla Drągowskiego, a już na pewno nie takich jak w przypadku Urugwajczyka. Wyglądało, że jest po sprawie.

Aż tu ni stąd ni zowąd w środę wieczór, pięć dni po incydencie w obronę bramkarza wziął jego trener z Jagiellonii, Michał Probierz. W oświadczeniu na Facebooku napisał, że to on namówił Drągowskiego do do symulowania. „W związku z falą krytyki dotyczącej Bartłomieja Drągowskiego z sytuacji z rzuconą zapalniczką (…) całą odpowiedzialność za zdarzenie ponoszę jako Trener Michał Probierz gdyż przekazałem informację żeby zawodnik symulował uraz i wybił z rytmu zawodnika Lechii przy uderzeniu z rzutu karnego. Bartłomiej Drągowski publicznie nie wyjawił całej prawdy dotyczącej tego zdarzenia a wziął winę na siebie” – napisał w komunikacie.

Ponieważ oświadczenie zostało opublikowane w social mediach, internauci natychmiast zakwestionowali i jego prawdziwość i mało wychowawczy sens. Analiza powtórek wykazała, że między przyznaniem rzutu karnego Lechii, rzuceniem zapalniczki na murawę, a cyrkiem odstawionym przez bramkarza Jagiellonii nie doszło do żadnej formy komunikacji między zawodnikiem, a trenerem. Probierz nie miał kiedy wydać instrukcji, którymi teraz próbuje usprawiedliwić zachowanie zawodnika. Chyba, że przed meczem proroczo przewidział, że z trybun spadnie zapalniczka i nakazał zawodnikowi symulkę. Skąd jednak wiedział, że spadnie akurat koło Drągowskiego a nie innego zawodnika.

 

Absurd. Toteż sieć zalały żarty z oświadczenia. Na Twitterze internauci zastanawiali się co jeszcze mogłoby być „winą Probierza”, powstał też hasztag #oświadczeniechallange. Ktoś pytał trenera, czy nie wziąłby na siebie jego winy, bo dwa dni temu trochę nabroił i narzeczona boczy się na niego. A najśmieszniejszy był mem ze zwijającym się „z bólu” Drągowskim i Probierzem instruującym go: „Bartuś, od pajacowania to jestem tutaj ja”. Mam nadzieję, że poczucie humoru trenera nie pozwoli mu się na nas obrazić.

Pojawiło się też sporo wyrazów uznania dla Probierza. „Brawo trenerze! Tak powinien postępować człowiek odpowiadający za innych”, Wow. Szacun za wzięcie winy na siebie”, „Trener jak ojciec… trzyma fason i broni swoich podopiecznych”.

Stawanie murem za swoimi zawodnikami, chronienie ich, zdejmowanie z nich presji poprzez wystawienie na ostrzał siebie, to cechy największych trenerów, prawdziwych liderów i psychologów jak Jose Mourinho czy do niedawna Sir Alex Ferguson. Jeśli Probierz zapatrzył się na ich metody, to skorzystał z nich niefortunnie.

Mourinho potrafił wzniecić na konferencji prasowej awanturę z trenerem rywali lub dziennikarzem czy oskarżać niesłusznie arbitrów lub całą federację, byle tylko odciągnąć uwagę od kłopotów swoich piłkarzy, to jednak nigdy nie próbował naprawić jednego oszustwa, kolejnym. Broniąc Johna Terry przed zarzutami o rasizm nie przekonywał, że to on kazał swemu kapitanowi obrazić Antona Ferdinanda. Ferguson po szaleńczym ataku Erica Cantony na wrednego kibica nie tłumaczył, że to on doradził Francuzowi odpowiedź ciosem kung-fu.

Gdy kibice Realu wygwizdali znajdującego się w kiepskiej formie Karima Benzemę, Mourinho przekonywał, że tak naprawdę publiczność wygwizdywała… jego, i słusznie, bo zmienił napastnika. Za to z Benzemy jest bardzo zadowolony, bo pracuje bardziej niż kiedykolwiek.

Dzięki takiemu podejściu obaj trenerzy potrafili zbudować fantastyczne relacje z zawodnikami, zyskując w zamian ich pełne oddanie, ultralojalność i gotowość by dla swego trenera „wbiec na ścianę”, zarówno na boisku jak i w chwilach kłopotów. Słynne „byłem gotów dla niego zabijać i zginąć” Wesley’a Sneijdera o Mourinho.

Jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby absurdalne wstawiennictwo Probierza za Drągowskim przyniosło ten sam efekt. Raczej ani nie zbuduje więzi między trenerem i zawodnikiem, ani nie jest wychowawcze. Jest za to niepotrzebnym usprawiedliwieniem pajacowania, za które zawodnikowi zdążyło się zrobić głupio.

Mourinho i Wesley Sneijder

1 Comment

  1. ~Tomasz Kokoski

    14 marca 2016 at 11:07

    Udawanie jest elementem zabawy, dzięki której wzrasta sympatia do uprawiania sportu. Jeśli zawodnik ma predyspozycje do aktorzenia to powinien to wykorzystywać. W przypadku nieudanych prób każdy sportowiec wie jakie będą tego konsekwencje. Kibice nie puszczą płazem żadnej okazji, żeby dopiec nieudolnym udawaczom. Już słyszę jak Drągowski pada na murawę, a z trybun dochodzi skandowanie: Słabe! Słabe! Słabe! Kiedy Probierz będzie protestował przy linii przeciw sędziemu, który odgwiżdże niesłusznie faul na jego zawodniku trybuny rykną: Połóż się! połóż się!
    Zamieszanie jakie powstało przy tej „siemranej” sprawie, przykro mi to powiedzieć, ale jest nieporównywalne z angielskimi realiami. Proszę pamiętać, że dyscyplina jaka obowiązuje w klubach angielskich jest związana z dużo większymi pieniędzmi i innymi wymogami wobec zawodników. Proces wychowawczy w Anglii oparty jest na szacunku do kibiców (ale nie strachu) oraz klubu, który nie jest reprezentowany, jak często w Polsce przez właściciela i jego podwładnych, ale przez sztab ludzi wspólnie pracujących dla dobra zespołu.

Zostaw odpowiedź