Jak Bobek nie zniknął wraz z Tolem

Jak Lewy został KrólemJestem serdecznie wdzięczny Łukaszowi Olkowiczowi i Piotrowi Wołosikowi za książkę „Lewy. Jak został królem”. Nie tylko jako naczelny, choć oczywiście cieszy mnie, że wydaliśmy ją w „Bibliotece Przeglądu Sportowego”. Ale przede wszystkim jako kibic zafascynowany postacią najlepszego polskiego piłkarza naszych czasów, a na pewno jednego z najlepszych jakich dane mi było śledzić na żywo.
Autorzy wykonali kapitalną reporterską robotę. Przesłuchując ponad sto osób i wydobywając na światło dzienne mnóstwo faktów, zdarzeń i historii lidera reprezentacji Polski od czasów dzieciństwa, po przeprowadzkę do Monachium, nie tylko ukazują drogę jaką przeszedł Robert Lewandowski, by znaleźć się w miejscu, którym jest. Czyli na piłkarskim Parnasie.

Ale, co może nawet ważniejsze, pomagają zrozumieć dlaczego osiągając to co już osiągnął, nie zwariował. Nie odleciał, nie zachłysnął sławą jak wielu przed nim ale twardo stąpa po ziemi. Pamięta skąd pochodzi, dba o rodzinę i o starych przyjaciół z dzieciństwa, i to w taki ciepły, normalny sposób nie jak np Karim Benzema. Że wybrał sobie na życiową partnerkę normalną dziewczynę, a nie jedną z tych pijawek, które kleją się do piłkarzy. Kobietę z pasją i równie ambitną jak on, która pozwala mu się rozwijać…

Zdumiewają mnie więc marudzenia i fochy z jakim spotykam się mediach społecznościowych, gdzie promujemy książkę. Że za wcześnie na nią. Że co takiego niby osiągnął Lewandowski? Jakim to królem został? Itp. Tytuł to licentia poetica, ale przypomnę, że Robert to przecież król strzelców Bundesligi i eliminacji Euro 2016. Co osiągnął? Cztery razy został mistrzem Niemiec. Przede wszystkim jednak to dziś światowa ikona futbolu, znana od Władywostoku po Przylądek Horn.

Miejsce w historii zapewnił sobie czterema golami przeciwko Realowi Madryt w półfinale Ligi Mistrzów, podbił to później pięcioma bramkami wbitymi Wolfsburgowi w dziewięć minut. Prawda jest taka, że gdyby Lewy ogłosił dziś, że marzy o grze w Manchesterze United albo Realu Madryt trafiłoby to na czołówki wszystkich mediów świata.
Że za wcześnie na książkę o Lewym. Mieliśmy czekać aż skończy karierę? Czy nie warto przeczytać z jakim to właściwie człowiekiem łączymy tak wielkie nadzieje na Euro 2016? Nic co napisali autorzy nie straci na aktualności po turnieju, co najwyżej będzie można dopisać nowy rozdział.

Nigdy nie jest za wcześnie na biografię wielkiego sportowca. Wayne Rooney wydał swoją pierwszą autobiografię w wieku 20 lat. Powiecie, że to absurd, skok na kasę zakochanych kibiców czy coś w tym stylu… A czytaliście? Ja owszem i uważam, że to całkiem niezła opowieść o tym jak chłopaczek z Croxteth, robotniczej dzielnicy Liverpoolu, do której sam nie poleca zaglądać po zmroku szturmem wdarł się na szczyt światowego futbolu. Opowieść o błędach, złych wyborach, przegranej grze z brukowcami, rodzince, w której spokojnie miał się prawo zwichrować, kolejnych szczeblach w Akademii Evertonu aż po debiut w Premier League w wieku zaledwie 16 lat. I o konsekwencjach szybkiej sławy, które nie raz go przerosły…

W książce o Lewym też najbardziej lubię rozdziały o tym jak dorastał. Te pokazujące małego „Bobka”, najdrobniejszego w każdej drużynie i przez to czasem niechcianego. Ale już o wielkiej ambicji, zawziętości, zadziorności i determinacji, czyli tych samych cechach, które pokazuje na boisku i dziś. Które kiedyś pozwalały mu płakać po porażkach, ale nie po faulach, choć starsi, więksi silniejsi poturbowali go na boisku. Które kazały mu walczyć o swoje, jak o koszulkę z numerem „9” w szatni Varsovii albo awanturować, jeśli któryś trener próbował przestawić go z ataku do pomocy, a ostatnio upomnieć się o opaskę kapitana reprezentacji. Cechy dzięki którym nie przepadł, nie zagubił się gdzieś po drodze jak „Tolo”, z którym w Varsovii potrafili wygrać każdy mecz.

„Tola”, kreatywnego rozgrywającego z dobrymi warunkami fizycznymi „zgubiło przekonanie o wyjątkowych umiejętnościach”, które na tamtym etapie rzeczywiście miał. „Jego talent utwierdzał go w przekonaniu, że nie musi się starać, bo wszystko łatwo mu przychodzi. Kiedy rówieśnicy dorównali mu wzrostem już tak łatwo nie było. I wówczas odpuścił, zamiast walczyć, bo mu się nie chciało”. Żeby zostać piłkarzem, trzeba mieć poukładane w głowie. „Bobkowi” pomogli w tym rodzice-sportowcy, mama, była siatkarka i ojciec, były judoka. „Tola” zgubiło towarzystwo z Pragi.

Autorzy opisują też inny talent tej samej drużyny, który się nie wybił – Artura Kowalczyka, brata Wojtka, srebrnego medalisty z igrzysk w Barcelonie. Bywało, że zdobywali w drużynie po dwa gole. Ale w przeciwieństwie do sumiennego i wytrwałego w treningach Lewandowskiego, „Kowalczyk najchętniej przychodziłby tylko na mecze. Jego ostatnim klubem był Grom Lipowo”. „Jak Lewy został królem” pozwala zrozumieć dlaczego właśnie ten chłopak, który jak reszta zaczynał na „kartoflance” – jak pieszczotliwie nazywali piaszczyste, nierówne, zakurzone boisko Varsovii, a kiedyś zapadła się na nim ziemia – trafił na soczyście zielone dywany najwspanialszych stadionów Europy, Allianz Arena, Santiago Bernabeu, a wkrótce Cote d’Azzur Arena, Stade Velodrome i Stade de France…

Lewy

Zostaw odpowiedź