Rio 2016. Marysia Andrejczyk to wzór olimpijczyka

Marysia AndrejewiczIgrzyska Olimpijskie – największa kumulacja startów, zwycięstw, spektakularnych rekordów, przełamań, triumfów nad samym sobą, spełnienia marzeń ale utracenia ich, porażek, rozczarowań, zawodów, upadków, niestety dla nas także wpadek dopingowych. A jednocześnie codzienna kakofonia wyjaśnień, tłumaczeń: dlaczego się udało, jak to było możliwe, komu i czemu najbardziej zawdzięczam… oraz czemu się nie udało w tym najważniejszym występie w karierze, kto tu zawinił, co trzeba było zrobić lepiej… Nie da się z ich ułożyć jednej spójnej przyczyny triumfu i jednej przyczyny klęski. Co sportowiec to inna historia, inna logika sukcesu, inna przyczyna porażki.

Z jednej strony Anita Włodarczyk, autorka największego polskiego sukcesu w Rio. Z lekkością udźwignęła brzemię faworytki, pewna siebie przed startem, pewna w trakcie, wzięła co jej się należało. Wiedziała, że nie ma z kim przegrać i nie przegrała. Pobiła rekord świata, znokautowała rywalki rzucając o ponad 5 m dalej od kolejnej zawodniczki.

Z drugiej Paweł Fajdek, którego wyniki i dominacja w dyscyplinie predestynowała do identycznego sukcesu, a nie wszedł do finału. Równie pewny siebie przed startem, niemal buńczuczny, ale dlaczego nie, skoro nawet bukmacherzy płacili za jego zwycięstwo w konkursie rzutu młotem mniej niż za wygraną Usaina Bolta na 100 m! My też dopisywaliśmy jego złoty medal do tabeli medalowej jeszcze przed igrzyskami. A jednak jego występ przemienił się w największą polską klęskę w Rio i jedną z największych sensacji in minus w trakcie całych igrzysk.

A przecież Fajdek pragnął wygrać tak samo mocno co Anita, może nawet z jeszcze większą determinacją z uwagi na trzy spalone próby podczas igrzysk w Londynie, gdzie Włodarczyk wywalczyła srebro (które za chwilę po dyskwalifikacji Tatiany Łysenko przemieni się w złoto).

W emocjonalnym wideo na Facebooku Fajdek przeprosił kibiców za zawód, choć przecież największy sprawił sam sobie. To za nim, nie za kibicami trauma dwóch przegranych igrzysk będzie się ciągnąć do końca kariery i jeszcze dłużej, to jemu przeszła koło nosa olimpijska emerytura. „To jest jakiś koszmar. Nie jestem w stanie powiedzieć, dlaczego zawiodłem państwa i siebie. Przez dwa lata wygrywałem wszystkie zawody, a przyszło do igrzysk i nastał straszny dzień. Wiem, jakie były oczekiwanie wobec mnie. Sam miałem podobne (…) Mam nadzieję, że państwo docenią, że starałem się, jak mogłem. Jestem cały roztrzęsiony. Przepraszam i do zobaczenia na rzutni”.

Choć sam nic nie rozumiem i jestem równie roztrzęsiony, nie zamierzam szydzić z niepowodzenia faworyta, jak wielu, którzy mają schadenfreude, ale spotkać się z Fajdkiem „na rzutni” już w przyszłą niedzielę podczas Memoriału Kamili Skolimowskiej na Stadionie Narodowym. I szczerze mu życzę odkupienia podczas Igrzysk w Tokio za cztery lata. Daleka droga ale byłaby to kapitalna sportowa historia.

Niestety wsłuchując się w tłumaczenia klęsk i niepowodzeń naszych sportowców w Rio, cały czas pobrzękują mi słowa Adama Kszczota, pewniaka do medalu na 800 m, który też nie wszedł do finału i też nie potrafił tego wytłumaczyć. Był w formie, ataki rywali go nie zaskoczyły, przybiegł niespecjalnie zmęczony, ot „nogi nie podawały”. „Powinno być dobrze, a k… nie było” wyznał przed kamerami. I niestety te słowa pasują do większości naszych klęsk, stając się przykrym mottem polskich występów w Rio, dla których nieliczne medale to chlubne wyjątki od reguły.

W większości przypadków „miało być lepiej”, ale zabrakło centymetrów, milimetrów, setnych sekundy, siły w końcówce, szczęścia, trafniejszej decyzji sędziów, odpowiedniej pogody, psychicznego nastawienia, lepszej taktyki, lepszej treningów itp. itd.

Wyłamali się z tego trendu siatkarze – kolejni, którzy w Rio zawiedli kibiców, ale jeszcze bardziej samych siebie, przegrywając czwarty kolejny ćwierćfinał na igrzyskach. Po porażce z USA winy szukali wyłącznie w sobie. „Nie zagraliśmy na miarę naszych umiejętności, popełniliśmy za dużo błędów”, „byliśmy słabsi w każdym elemencie”, „rywale wygrali zasłużenie” – mówili Bartosz Kurek, Michał Kubiak czy Mateusz Bieniek. Jednocześnie broniąc trenera, co nie jest typowe, bo kilku się dostało od własnych zawodników.

Pisząc felieton nie wiem jeszcze jak w finale rzutu oszczepem wypadła Maria Andrejczyk, która sensacyjnie wygrała eliminacje (finał zakończył się późną nocą). 20-letnia mistrzyni świata juniorów aż o trzy metry pobiła własny rekord życiowy i przy okazji rekord Polski. Żadna z rywalek w tym sezonie nie posłała oszczepu na większą odległość. I ona nie umiała wyjaśnić co się właściwie stało. Już udział w igrzyskach był dla niej czymś niesamowitym. Ot, chciała zaliczyć eliminacje, oddać dobry rzut, a „palnęła oszczepem w kosmos”.

„Nie jest to normalny postęp. Wyraźnie wystrzeliłam z formą” dziwiła się. „Sama się zastanawiam, czy nie jest za wcześnie. Z drugiej strony, jaki jest sens w ograniczaniu się? Mam chęci, mam zapał. Idę za swoimi marzeniami!”

Ja sportowców, którzy biją na igrzyskach olimpijskich swoje życiówki wychwalałbym na równi z medalistami. Mogą się znaleźć lepsi, szybsi, rzucający dalej, celniejsi itd. medal może się wymknąć, być nieosiągalny. Ale zawodnik, który na igrzyskach pobił rekord życiowy, pokonał własną niemoc i limity, ma prawo wracać do domu z dumą i satysfakcją, że nie zmarnował czterech lat pracy, a przy okazji naszych nadziei i naszych podatków.

Marysia Andrejewicz

Zostaw odpowiedź