Dwie Dorotki. Historia niezwykłej przyjaźni, poświęcenia i woli walki

W znanej bajce Janiny Porazińskiej dwie Dorotki to mieszkające w jednej chacie siostry, z których jedna jest zła, a druga dobra. W tej opowieści obie Dorotki są dobre, wręcz wspaniałe, a choć mieszkają razem siostrami nie są. I ich życie to nie bajka

Dorota Bucław i Dorota KubicaW ekipie paraolimpijskiej w Rio mówiono o nich „Dorotki”. „Czy Dorotki jadą na ceremonię otwarcia igrzysk?” „Nie, zostają w wiosce. Dorota ma start za dwa dni”. „Wybiła rura, woda leci po ścianie!” „Gdzie?” „W pokoju Dorotek”.

Dorota Bucław (na zdjęciu z lewej) to wielokrotna mistrzyni Polski w tenisie stołowym na wózkach. Startuje w kategorii tetraplegików, czyli osób o najwyższym stopniu niepełnosprawności, z niedowładem czterokończynowym. Nie czuje nic od ramion do palców stóp. Na dłoń nakłada specjalny uchwyt, który pozwala utrzymywać rakietkę w wiotkiej dłoni. Nie byłaby w stanie zacisnąć palców na rączce. A całość dla pewności owija bandażem.

Dłoń bandażuje jej Dorota Kubicka. Nie odstępuje przyjaciółki na krok. Kiedy wsiadamy do autobusu ze stadionu Maracana do wioski olimpijskiej, przypina Dorotę pasami i nakłada jej na szyję kołnierz ortopedyczny. Siada za nią i choć jej własna głowa co rusz opada z senności, przez długą drogę trzyma mocno za wózek, ponieważ kierowca ostro hamuje i przyśpiesza.

Zawsze za plecami koleżanki. Od ponad 20 lat. Od wypadku samochodowego, w którym obie uczestniczyły. Dorota Kubicka prowadziła, Dorota Bucław była pasażerką. Maluch podskoczył na przejeździe kolejowym i pasażerka poczuła chrupnięcie w szyi. To pękł kręgosłup na odcinku szyjnym. Przez pół roku była w stanie ruszać wyłącznie oczami…

Spotkanie

Gdy już mogła opuścić szpital, Dorota Kubicka zabrała ją do swojego mieszkania w Solcu Kujawskim, które przebudowała na potrzeby niepełnosprawnej przyjaciółki. Od tej pory są nierozłączne. Dorota towarzyszy Dorocie w większości codziennych czynnościach życiowych. I we wszystkich startach.

– Poznałyśmy się w 1994 roku, a jakże, w szpitalu. Ja byłam pacjentką, Dorota moją rehabilitantką – opowiada Dorota Bucław. – Tata zaraził mnie miłością do sportu. Od piątego roku życia uczył mnie grać w koszykówkę, zabierał na mecze. Nieźle mi szło. Gdy miałam 17-lat podczas meczu kolega wpadł na mnie tak nieszczęśliwie, że przycisnął ciałem moją rękę do ściany. A ja zamiast wyszarpnąć rękę, pociągnęłam szyją i zerwałam połączenia nerwowe. Prawa ręka była bezwładna.

W szpitalu w Bydgoszczy Dorota walczyła o przywrócenie jak największej sprawności. – Trochę poprawiliśmy ruchomość przedramienia, ale dłoń i nadgarstek wciąż nie działały. Za to się polubiłyśmy i szybko przeszłyśmy na ty. Nie była to wielka zażyłość, ale okazało się, że mamy wspólnych znajomych. Spotykaliśmy się w Bydgoszczy w tych samych klubach – opowiada Dorota Kubicka.

Po rehabilitacji pierwsza Dorota postanowiła wrócić do sportu. Namówił ją wujek, Ryszard Marczak, zwycięzca maratonu w Nowym Jorku. – Kazał mi wziąć się w garść i wysłał Astorii Bydgoszcz, gdzie utworzono sekcje dla niepełnosprawnych. Zaczęłam biegać, ale wolałam tenis stołowy.

Najpierw musiała przestawić się na leworęczność. Poszło o tyle szybko, że wypadek miał miejsce tuż przed maturą, którą Dorota po prostu musiała jakoś napisać. – Uczyłam się pisać od nowa. Przepisywałam całe książki, żeby wyćwiczyć rękę. Na szczęście rodzice w niczym mnie nie wyręczali, dzięki temu błyskawicznie nauczyłam się wiązać sznurówki, ubierać i wszystkich pozostałych czynności – opowiada Dorota Bucław.

Zaczęła robić błyskawiczną karierę w tenisie. Zdobyła mistrzostwo Polski, w 1997 zakwalifikowała się do reprezentacji Polski, a dwa lata później dostała powołanie na igrzyska paraolimpijskie w Sydney. Miała startować w deblu z 11-letnią Natalią Partyką.

Rozpoczęła naukę w Studium Hotelarstwa i Obsługi Ruchu Turystycznego. Trzy języki: angielski, niemiecki i francuski, pozwoliły jej z łatwością ukończyć kurs pilota wycieczek zagranicznych. Po igrzyskach planowała studiować turystykę w Gdańsku. Ale do Sydney nie poleciała. 6 grudnia 1999 zdarzył się drugi wypadek.

Wypadek

– Przyjechałam do Bydgoszczy odwiedzić ukochaną babcię, która była w kiepskim stanie. Spotkałam Dorotę, która akurat kupiła mieszkanie w Solcu Kujawskim. Namówiła mnie, że mi je pokaże. Wsiadłyśmy w malucha. Pojechałyśmy. Pierwszy i ostatni raz weszłam wtedy sama na to drugie piętro. Wypiłyśmy herbatę. Wracając przejeżdżałyśmy przez tory… – opowiada Dorota Bucław.

Obie mówią, że wcale nie jechały szybko. Wręcz zwolniły w feralnym miejscu, bo tory są tam nierówne. Nawet rowerzyści zsiadali tam z rowerów. – Jestem wysoka, uderzyłam głową w podsufitkę. Nie miałam do niej daleko. Wiadomo jakie pasy są w maluchu. I stało się. Poczułam tylko prąd i ogarnęła mnie ciemność. Obudziłam się dopiero w szpitalu – Dorota Bucław.

– Mój szok był tak głęboki, że wymazałam okres kilku miesięcy po wypadku z pamięci. Mam lukę. Pamiętam tylko, że w drodze do szpitala powtarzałam w kółko: „Panie Boże, spraw, żeby Dorota przeżyła! Jeśli przeżyje, zrobię wszystko, żeby jej pomóc!” Przeżyła, ale poza głową była całkowicie unieruchomiona. Na początku zaczęłam pomagać z powodu wyrzutów sumienia. Wiedziałam, że przecież celowo tego nie zrobiłam, ale czułam się odpowiedzialna – opowiada Dorota Kubicka.

– To było poświęcenie totalne. Dorota nastawiała alarm co dwie godziny, nawet w nocy, budziła mnie i ćwiczyłyśmy. Sama straciła przy tym kupę zdrowia. Wiem, że dzięki niej bardzo szybko osiągnęłam możliwe najlepszą sprawność jak na mój przypadek – mówi Dorota Bucław.

Po wyjściu ze szpitala Dorota zabrała Dorotę do swego mieszkania w Solcu Kujawskim, tego które zwiedzały feralnego dnia. Przyjaciółka potrzebowała stałej opieki. Do dziś ma poważne problemy z oddychaniem. Podczas lotu z Rio lekarz polskiej ekipy musiał podawać jej tlen.

Dorota Kubica przebudowała mieszkanie, ponieważ było niefunkcjonalne, miało np. zbyt wąskie futryny. Zamontowała też podnośnik do kąpieli.

Na 2. piętrze bez windy Dorota Bucław utknęła na parę lat. Sąsiedzi, których dziewczyny nie mogą się nachwalić, służyli pomocą przy zniesieniu wózka – a potrzeba było do tego dwóch silnych mężczyzn. Nie chciały jednak nadużywać życzliwości i korzystały z niej tylko w wyjątkowych wypadkach. Sytuacja zmieniła się gdy po siedmiu latach Fundacja Dum Spiro Spero ufundowała specjalny schodołaz na gąsienicach, który zwozi Dorotę. Bez niego nie miałaby szans na treningi.

Pasja

Dorota Bucław nie od razu wróciła do tenisa stołowego. Bała się o zdrowie. Stres wywołuje u niej spastykę, czyli bardzo silne skurcze, często miewa kłopoty z odychaniem. Zmobilizowała ją sąsiadka, Alicja, która zorganizowała próbny mecz z chłopakiem z osiedla. – Tak się uparła, że nie miałam wyjścia. Ale kiedy tylko znów stanęłam przy stole, wiedziałem że to jest to! Zrozumiałam, wózku nie przeszkadza mi w graniu. Pasja odżyła! – mówi.

– Dorota ma w sobie ogromny upór i konsekwencję. Po wypadku ja bym najchętniej wszystko za nią zrobiła, umyła, ubrała, nakarmiła. Kiedy na początku leżała, brzydko mówiąc, jak beton, we wszystkim ją wyręczałam. Chciałam nadal, ale później już mi nie pozwalała. Prowadziłyśmy o to w domu prawdziwe wojny. Była zbyt ambitna. Pół kubka jogurtu jadła przez pół godziny, ale się nie podawała. Dzięki tej samej determinacji znów zaczęła odnosić sukcesy w sporcie. Pojechała aż na dwa igrzyska. Gdyby mi uległa, pewnie leżałaby w łóżku jak kłoda, a ja nie byłabym w stanie funkcjonować – mówi Dorota Kubicka.

Cztery lata po wypadku zdobyła złoty medal mistrzostw Polski w mikście. Rok później została mistrzynią Polski w turnieju indywidualnym. W 2009 roku trener reprezentacji, Elżbieta Madejska po raz pierwszy powołała ją do kadry. Dorota pojechała na upragnione igrzyska paraolimpijskie do Londynu. Tam niestety w pierwszym meczu złamała palce dłoni uderzając niechcący w stół. Podeszła do kolejnego meczu, po to by nie oddać go walkowerem.

Wznowiła też studia. Już nie wymarzoną Turystykę, ale Zarządzanie w Sporcie i Kulturze Fizycznej. Pracę licencjacką obroniła tuż po powrocie z Londynu. Wszystko razem z Dorotą.

Medal

– Jeżdżę z nią na każde zawody, wykorzystując urlop w szpitalu, gdzie jestem rehabilitantką. A jak już go nie mam to urlop bezpłatny. To moja prywatna sprawa, nie chcę słać pism i brać nikogo na litość. Ale trochę bywać w pracy muszę, bo to nasze podstawowe źródło utrzymania. Dorota jest przez to poszkodowana i czasem omijają ja zgrupowania. Wówczas trener Madejska wyznacza jej zadania przez Skype’a i Dorota trenuje z zaprzyjaźnionym Danielem Szczepańskim – opowiada Dorota Kubicka.

Gdy pytam o jej zadania, rozkłada ręce: wszystko czego Dorota potrzebuje. Musi być zawsze gotowa. Od ubrania przyjaciółki, po pomoc w toalecie, bo Dorota sama nie przesadzi się z wózka. Po pomoc na treningu przy podawaniu piłeczek. W karcie zawodniczej ma wpisane, że podczas meczów wolno jej być przy bandzie, choć zazwyczaj mają do tego prawo tylko trenerzy. Jeśli Dorota będzie miała problem z oddychaniem, poda jej tlen. Jeśli chwyci skurcz mięśni, rozluźni masażem lub zrobi zastrzyk.

– Ale w razie mojego sukcesu w turnieju Dorocie medalu nie dadzą. To nie lekkoatletyka, gdzie medale dostają niewidomi biegacze i opiekunowie, którzy im towarzyszą. Co najwyżej ja jej mogę dać medal za wszystko co dla mnie robi – mówi Dorota Bucław.

– Nie mam pojęcia kiedy ta pomoc z poczucia obowiązku przerodziła się w przyjaźń. To przyszło tak naturalnie. Myślę, że ponieważ jestem parę lat starsza od Doroty, w pewnym momencie zaczęłam ją traktować jak dziecko. Jesteśmy jak rodzina. Święta spędzamy na zmianę u naszych rodziców. Moi mówią, że mają trzy córusie, a ja dwie siostry nie jedną. Gdyby nie ich wsparcie i miłość, nie poradziłybyśmy sobie – mówi Dorota Kubicka.

Dorotki z niepokojem myślą o przyszłości. W Rio Dorota uplasowała się w pierwszej ósemce, ale jej konkurencja nie spełniła kryteriów stypendialnych Ministerstwa Sportu. Nie wystartowało 12 zawodników z przynajmniej ośmiu krajów. Zabrakło Rosjanki, dobrej znajomej polskiej ekipy, zdyskwalifikowanej wraz z całą Federacją. Bez stypendium Dorotkom ciężko wyobrazić sobie dalsze treningi. Konieczna jest np. wymiana obu kół w wózku, a to koszt 2,5 tys. złotych. Paczka 100 piłeczek pingpongowych – 600 złotych, rakietki, okładziny itd. Skąd wziąć na to pieniądze, skoro z 970 zł renty, aż 900 co miesiąc trzeba zostawić w aptece?

– Niestety sponsorzy nie pchają się drzwiami i oknami. Ale obie mamy walkę we krwi, więc się nie poddamy. Trzeba wierzyć w coś by żyć – mówi Dorota Bucław (na zdjęciu z prawej).

Dorota Kubicka i Dorota Bucław

Zostaw odpowiedź