Konkurs! Twój ulubiony piłkarz z FM ever

FM 2017Z okazji wejścia na rynek Football Managera 2017 (po raz pierwszy z oficjalną bazą Lotto Ekstraklasy) mam dla Was konkurs i trzy gry do wygrania! Ale – uwaga! – przy tym i bardzo, ale to bardzo trudne zadanie. Musicie w komentarzach opisać (w jak najfajniejszy sposób) Waszego ulubionego piłkarza ever! Takiego, którego zawsze kupowaliście do drużyny, niezależnie w jakiej lidze graliście i jakim zespołem graliście. Takiego, który dawał Waszemu zespołowi niesamowite zwycięstwa, tytuły, wygrywał niemożliwe mecze. Prawdziwą, niezapomnianą gwiazdę, którą wspominacie z największym sentymentem.

Czy ja sam umiałbym wybrać tego jedynego? Ciężko byłoby, bo… nie wiem jak długo Wy gracie w FM’a – ale ja jestem takim weteranem, że pamiętam Championship Managera 93/94! Tak, w 1994 roku byłem stażystą w dziale sportowym „Gazety Wyborczej”, z chłopakami w moim wieku. Ktoś przyniósł do redakcji CM’a i… całą redakcja wsiąkła doszczętnie. Zdarzało nam się zarywać w kilku noce na grę, choć bynajmniej nie graliśmy ze sobą w sieci. Sieć przecież jeszcze wówczas nie istniała;) Każdy grał w swoją grę, niektórzy zakładali specjalne statystyczne zeszyty, żmudnie tworzyli w edytorze polską ligę, żeby grać ukochaną drużyną…

Znalazłem wywiad, którego udzieliłem w 2007 roku serwisowi FM Revolution, w którym opowiadam o swojej przygodzie z CM/FM i moich największych gwiazdach z tamtych czasów: „był to facet, który nigdy się w realu nie przebił, chociaż grał potem w Sheffield Wednesday – Chris Bart-Williams. On i Nick Barmby z Tottenhamu – to było dwóch absolutnych gwiazdorów, których się od razu kupowało, jak mieli po kilkanaście lat. Byłem nawet kiedyś na finale któregoś z angielskich pucharów – Bart-Williams był wówczas rezerwowym. I do dzisiaj mam tak, że kiedy rozmawiam z jakimś piłkarzem, którym grałem, który był moją gwiazdą, to mam ochotę mu to powiedzieć, ale wstydzę się trochę, no bo co – nagle mam w wywiadzie powiedzieć: „a wie pan, grałem panem”? Jeszcze nikomu tego nie wyznałem, ale wtedy przeżyłem lekki szok, bo zobaczyłem po raz pierwszy na żywo tego mojego CM-owego idola”.

Później moją najbardziej ukochaną edycją był CM 00/01, w którym zawsze grałem West Hamem Utd (który miał wtedy niesamowitą pakę nastoletnich piłkarzy, którzy zresztą w realu wyrośli później na wielkie gwiazdy – Joe Cole’a, Rio Ferdinanda, Franka Lamparda, Michaela Carricka, Fredericka Kanoute, Jermaine Defoe, no i Paolo Di Canio). Zawsze moim pierwszym wolnym transferem był Taribo West, a najlepszym zawodnikiem okazywał się Białorusin Max Tsigalko.

https://www.youtube.com/watch?v=tGubpEHXBl8&feature=youtu.be

Później kolejną wersją, już bardziej współczesną był FM 07/08, gdzie z kolei moją ulubioną drużyną był Manchester City, a zawodnikami Elano, Rafael van der Vaart i Klaas Jan Huntelaar w ataku. Kto grał ten pamiętam błąd pozwalający strzelać grad goli z tzw. killer rogów, trzeba było tylko wystawiać zawodnika z najwyższymi parametrami (jumping/heading) – Christopher Samba (kosztował coś z 2,2 mln euro) zdobył po 30 goli w sezonie i zostawał Zawodnikiem Roku.

Nie umiałbym więc wybrać tego jednego jedynego, bo porównywać kolejne edycje CM/FM to jak porównywać różne epoki piłkarskie i Pelego z Zinedine Zidanem. Ale Wy musicie, o ile chcecie wygrać w moim konkursie:)

Zapraszam! Temat brzmi: mój ulubiony zawodnik w FM (kto, dlaczego, co dzięki niemu wygrałeś, jakie przygody przeżyłeś, itd.) To konkurs po trochu literacki, więc forma też będzie się liczyć.

Powodzenia!

FM 2017

47 komentarzy

  1. ~Norbert

    8 listopada 2016 at 18:29

    Witam
    Moj ulubiony pilkarz od zawsze gram w fm od kiedy pamietam jak jeszcze byla jedna liga. Ale ten naj naj to zawsze Gabriel Omar Batistuta Bati Gol gralem jeszcze nim nie fm ale cm . tyle meczy ile ten czlowiek mi wygral, tyle razy swietowalem trofeum dzieki niemu, tyle radosci z bramek i wygranych ze do dzisiaj jest dla mnie jednym z 3 najleoszych pilkarzy jacy grali. Fiorentina Roma niewazne zawsze Bati Gol. Bezcenny.

    1. ~Radoslaw

      8 listopada 2016 at 21:54

      mój ulubiony gracz w cm/fm to Juan Roman Riquelme. Zawsze go kupowałem a jako że ustawiał go jako ofensywnego pomocnika miał niesamowite statystyki, sporo asyst i strzelał dużo goli. Argentyńczyka kupowałem najczęściej do The Reds i grał przed Gerrardem który był bardziej defensywnym
      Zdobyłem z nim mistrza Anglii, Puchar Anglii i Puchar Ligii Mistrzów. Panie Michale mi Barmby wtedy szalał na boku i też sporo na Anfied strzelał! YNWA !

  2. ~K3

    8 listopada 2016 at 18:33

    Zdecydowanie Carlos Tevez. Jeszcze za czasów Championship Managera, kiedy był młodym wilczkiem, potrafił sam wygrywać mecze. W 00/01 był jeszcze Bjorn Zwikker, który na początku rozgrywki miał chyba 13 lat i potrafił się nieźle rozwinąć.

  3. ~Paweł90

    8 listopada 2016 at 18:35

    Dla mnie jednym z ulubionych piłkarzy był Marcin Harasimowicz (bodajże w Championship Manager 01/02), można było go „wyjąć” za stosunkowo niewielkie pieniądze z Gwardii Warszawa. Niezależnie do jakiego klubu by się go nie ściągnęło, czy wielki klub europejski, tudzież inny ligowy średniak, zawsze spisywał się wyśmienicie, dzięki czemu z powodzeniem zdobywał koronę króla strzelców. Należy przy tym dodać, iż ów Harasimowicz, wówczas dziennikarz sportowy z tego co można się dowiedzieć, pracował jako reasercher w przy tworzeniu bazy danych, dzięki czemu jego statystyki z sezonu na sezon nieco „podkręcone”, znacząco się rozwijały. Reasumując na przestrzeni wydawanych serii czy to z pod szyldu Championship Manager’a tudzież Football Managera, nie spotkałem się z drugim takim „talentem” 🙂 Pozdrawiam.

  4. ~Kuba

    8 listopada 2016 at 18:36

    Mój ulubiony zawodnik w FM-ie (a właściwie jeszcze w Championship Managerze) to zdecydowanie Peter Prospar. Dzięki niemu wielu dowiedziało się o istnieniu Trynindadu i Tobago. Jego magia polegała na tym, że był dostępny zarówno dla Salernitany, jak i dla Realu Madryt i w każdym zespole sprawdzał się świetnie. Był skuteczny jak Nemanja Nikolić, zachłanny na gole jak Paweł Zarzeczny na rogaliki, a przede wszystkim dostępny z wolnego transferu. Jego bramki pozwoliły mi utrzymać w Premier League Wolverhampton, ale i awansować do Ligi Mistrzów z Rodą Kerkrade. W rzeczywistości skusiły do Petrodolary (i to zanim było to modne), ale w mojej grze rywalizował dla czystej przyjemności grania (bo płaciłem niewiele 🙂 )

  5. ~Krystian

    8 listopada 2016 at 18:40

    Lebohang Mokoena (mam nadzieje ze imie dobrze pamietam :p)

  6. ~Yakaart

    8 listopada 2016 at 18:45

    Z chęcią bym wziął udział ale po tym jak w konkursie na tweeterze na najlepszą 11-tkę wygrała osoba która podała 12 a nie 11 zawodników to średnio mi się wydaje że ktoś to czyta.

  7. ~Mateusz

    8 listopada 2016 at 18:46

    Od Warszawy po Lizbonę
    wchodzi strzelec na ambonę
    Nic nie gorszy choć bez klubu
    Prezes śpiewa: łubudubu

    Taki transfer aż sensacja
    Gdzie nie zagrał – masakracja
    Choć z Kolumbii to nie Falcao
    I napastnik jakich mało

    Tressor lepszy niż obrońca
    Moreno choć nie do końca
    Mało kto go dziś pamięta
    Postrach boisk nie od święta

    Taki wierszyk ku czci edycji w którą grałem bardz długo – CM5 i Tressora Moreno z wolnego transferu. Szanuję, lubię pamiętam; )

  8. ~Tomek

    8 listopada 2016 at 18:46

    Swietochlowski byl najlepszy w kazdej lidze mega gwiazda

  9. ~Grzegorz

    8 listopada 2016 at 18:52

    Od kiedy pamiętam a zaczęło się od cm 03/04 zawsze do składu brałem dwóch piłkarzy Bjorn Zwikker 15 latek który po 2 sezonach był najlepszym strzelcem premier league, primera division, pl ekstraklasy, tureckiej ligi oraz eredivisie. 15 latek ustawiany na szpic w towarzystwie 2 zawodnika potrafił sam strzelić po 4-5 bramek w meczu;) drugim takim zawodnikiem był Jan Kristiansen skrzydłowy który mógł szybkością rywalizować w dzisiejszych czasach z usainem boltem uwielbiałam oglądać ta „kropke” jak przebiega całe boisko po skrzydle i odgrywa do napastnika rekordzista asyst w każdej drużynie która prowadziłem

  10. ~Marek

    8 listopada 2016 at 18:54

    Samuel Eto’o piłkarzem świetnym jest, a za każdym razem gdy Marek uruchamiał FM’a myślał o tym w jaki sposób tym razem Kameruńczyk ustrzeli bramkę. Najważniejsze ogniwo jego FC Barcelony, które zapewniło mu cudowne zwycięstwa w Gran Derby. Strzał z każdej pozycji, ustawienie się pod bramką rywala, siła zarówno na ziemi jak i w powietrzu, to najlepsze cechy napastnika. I choć z każdym kolejnym sezonem i każdym kolejnym FM statystyki coraz bardziej się mu sprzeciwiały, to te niesamowite wspomnienia z czasów jego największej świetności sprawiły, że w każdej kolejnej drużynie prowadzonej przez Marka, zawsze znalazło się dla niego miejsce.

  11. ~Krzysiek

    8 listopada 2016 at 18:55

    Od dzieciaka dech zapiera,
    gdy odpalam Managera.
    Pierwszy wersja 2000,
    wtedy jeszcze byłem brzdącem.
    Gdy zlapałem już bakcyla,
    na to poszła każda chwila.
    Ulubiona wersja chyba
    00/01 chyba.
    Tam wybrałem raz dla żartu,
    potem był przycznkiem fartu.
    Dimitrija Balasowa,
    przy nim każdy już się chowa.
    Białorusin doskonały,
    wszystkie kluby potem chciały,
    mieć u siebie tego grajka,
    niezła była to podjarka.
    Ofensywny to pomocnik,
    a przestawiał ich jak klocki.
    Grał w napaści i pomocy,
    żaden nigdy nie podskoczył.
    W każdym klubie grał jak z nut,
    i zdobywał złoty but!
    Bomby walił też z dystansu,
    a mi dawał dużo hajsu.
    Jego klub to był Belshina,
    nazwa raczej jak dziewczyna.
    Za pieniądze śmieszne brany,
    potem z zyskiem sprzedawany.
    Choć zaczęło się niewinnie,
    asystował równie zwinnie.
    Opowiastka w pełni szczera,
    więc poproszę nowiutkiego Fotball Managera!
    🙂

  12. ~Tomasz Bojanowski

    8 listopada 2016 at 18:58

    Witam.
    Żeby poznać mojego ulubionego zawodnika musimy cofnąć się do Football Manager 2010. Była to pierwsza edycja FMa, dla której poświęciłem wiele czasu. Pierwszą i niezapomnianą karierę rozpocząłem Polonią Warszawa, która miała dość zasobny budżet. Po kilku wzmocnieniach postanowiłem poszukać rezerwowego napastnika. Udało mi się trafić na wówczas 30-letniego Gabończyka Henry’ego Antchoueta. Był niedrogi i jego tygodniówka zbytnio nie obciążała polonijnego budżetu, więc zdecydowałem się go zatrudnić.
    Początkowo był zmiennikiem Filipa Ivanovskiego, ale kiedy dostał szansę to jej nie zmarnował. Niemal z miejsca stal się jedną z gwiazd Ekstraklasy. Mimo nieznajomości języka świetnie dogadywał się z kolegami z drużyny. Z kolei na boisku był nieuchwytny dla obrońców, posiadał niebywałą łatwość w dochodzeniu do sytuacji bramkowych i niemal wzorową skuteczność. Potrafił poradzić sobie z każdą linią obrony nie tylko w ekstraklasie, ale także w europejskich pucharach.
    Henry Antchouet w pierwszym sezonie występów w mojej Polonii Warszawa zdobył 30 goli i dzięki niemu jako menadżer mogłem cieszyć się z mistrzostwa Polski. W kolejnych trzech sezonach nie schodził poniżej 20 bramek, ponadto strzelał bramki takim klubom jak Zenit, Inter czy Liverpool.
    30-letni filigranowy Gabończyk na zawsze pozostaje w mojej pamięci. Za każdym razem kiedy dokonuje transferu napastnika w Football Manager przypomina mi się Henry Antchouet. To był niewątpliwie mój najlepszy transfer w historii gier Football Manager i dzięki niemu zawsze z uśmiechem wspominam Football Manager 2010.

  13. ~Kuki

    8 listopada 2016 at 18:59

    Witam
    Przychodzi mi na myśl FM 14 i… Teraz pewnie będzie to trochę nietypowy wpis. Ponieważ zawsze wybieram słabsze kluby z którymi można coś osiągnąć w dłuższej perspektywie czasowej zaczynając od radości z awansu do wyższej ligi. Jak wiadomo budżety tutaj są średnie lub skromne z początku. Powoduje to poszukiwanie pewnych wyborów z grona zawodników bez klubu. Podczas gry w FM 14 solidnym środkowym obrońcą a do tego tanim jest Marcin Dymkowski, gdy zaczynamy grać ma już swoje 32 lata ale szybko staje się ulubieńcem kibiców.

  14. ~Evandro

    8 listopada 2016 at 19:03

    Evandro Roncatto – brazylijski napastnik, który zapewniał tytułu niezależnie od drużyny. Z kumplem połowę wakacji spędzaliśmy na boisku asfaltowym a druga połowę grając wtedy jeszcze chyba w cma. Roncatto zawsze pozwalał mi nad nim gorowac. Do dzisiaj wszystkie moje nicki maja związek z tym piłkarzem, który wielkiej kariery nie zrobił, ale u mnie m, głównie na polskich boiskach wprowadzał elementy brazylijskiej manity. No i kumpel zostawał w ponurym polu 🙂

  15. ~Adam

    8 listopada 2016 at 19:05

    Niestety w prawdziwym swiecie piłkarskim wielkiej kariery na miare Messiego, czy Lewandowskiego nie zrobił, ale w FM-ie był dostępny z wolnego transferu, mówie o nikim innym jak Freddy Adu. Reprezentant Stanów Zjednoczonych. Grywał na pozycji napastnika lub jak boczny ofensywny pomocnik. Do naszej rodzimej Ekstraklasy ciężko go było sprowadzić, ale do średniego, zachodniego klubu jak najbardziej. Opis zawodnika przez scouta wygladał następująco: W przyszłości może być z niego piłkarz światowej klasy. Przy dobrym treningu i odpowiedniej opiece, najlepiej jakiegoś doświadczonego kolegi z zespołu, miałem z niego mnóstwo uciechy w formie zdobytych przez niego bramek, cudownych asyst czy bajecznych dryblingów. Niestety z czasm wyrastał na gwiazdę zespołu, a za tym idzie zainteresowanie większych, bardziej znanych klubów. Oczywiście za pokaźną sumę. Choć juz to nie ta edycja Footbal Managera, ale zawsze wyszukuje tego zawodnika i z sentymentem oglądam jego profil.

  16. ~Szymon

    8 listopada 2016 at 19:17

    Zawodnikiem, do którego zawsze będę miał sentyment jest chilijski defensor Carlos Labrin. W FM 2014 ściągnąłem go ostatniego dnia okienka transferowego do mojego Lecha Poznań. Miał on być tylko uzupełnieniem składu, ale szybko przebił się do wyjściowej jedenastki i był jej prawdziwym filarem. Fenomenalnie grał w powietrzu, niemal każdy rzut rożny stanowił śmiertelne zagrożenie dla rywali. W szczytowym okresie swojej kariery zdobywał około 8-10 bramek, co jak na środkowego obrońcę jest naprawdę dobrym wynikiem, do tego nie popełniał błędów w defensywie i wydawał się być niezniszczalny – kontuzje się go nie imały. Dzięki formie w klubie został jednym z kluczowych zawodników reprezentacji Chile, dla której rozegrał grubo ponad setkę spotkań. Pomimo wielu ofert, często bardzo kuszących, nigdy nie zdecydowałem się na jego sprzedaż. W moim Lechu spędził ponad dekadę, w trakcie której przez wiele lat pełnił funkcję kapitana drużyny. Kochali go kibice, którzy wielokrotnie wybierali go na najlepszego zawodnika sezonu oraz uznali go za jedną z klubowych legend, on to uczucie odwzajemniał, nazywając Kolejorza swoim ukochanym klubem. Czasem sprawdzam co u niego słychać w prawdziwym życiu i muszę przyznać, że z względu na miłe wspomnienia, jestem odrobinę rozczarowany faktem, iż nikt poza mną nie poznał się na jego talencie. Wielkiej kariery nie zrobił (i już raczej nie zrobi), ale nadal będę trzymał rękę na pulsie i śledził jego postępy – a nuż jeszcze dorówna swoim osiągnięciom z Football Managera!

  17. ~Bartek

    8 listopada 2016 at 19:34

    Czesc Michal.

    Jako, ze zawsze za czasow CM gralem Legia (to byl czas gdy tylko im kibicowalem) to akurat mialem kilku ulubionych zawodnikow. W cm 01/02 to oczywiscie Marcin Harasimowicz i Jaroslaw Swietochowski. Duet napastnikow nie do zatrzymania. System 3-5-2 i jako wysuniety pomocnik Zbigniew Grzybowski.

    W 03/04 to juz ulubionymi zawodnikami byli Freddy Guarin i Marvin Angulo. Guarin nominalny DM gral u mnie jako wysuniety pomocnik, mial niesamowita bombe z dystansu. Natomiast Angulo gral na prawej obronie, po pierwszym sezonie bylo bardzo ciezko go zatrzymac w polskim klubie.

    Natomiast HITEM bylo to jak z kolega gralem przez siec, on Wisla, ja Legia. I wtedy z rezerw wyciagnalem Roberta Lewandowskiego. Kolega wtedy „co to za leszcza masz”, Robert faktycznie mial slabe statystyki. Jednak nie przeszkadzalo mu to w tym, zeby byc najlepszym strzelcem w Legii:-).

    Tak jak wspomnialem. Nie miałem jednego ulubionego, a kilku ktorych od razu kupowalem i wlaczylem o nich z kolega gdy gralismy przez siec.

    Pozdrawiam

  18. ~Kuba

    8 listopada 2016 at 19:46

    Pierwszy kontakt z FM a właściwie wtedy jeszcze CM miał miejsce jeszcze w latach 90-tych. Kontakt nie ukrywam dość przypadkowy. Stając się szczęśliwym posiadaczem nowiutkiego PC-ta na swe 18 urodziny, otrzymałem po czasie od kolegi wiele płyt z rozmaitymi demami i „reklamowkami” z rozmaitych czasopism. W pamięci utkwila mi szczególnie jedna pozycja, z powodu której dane mi bo poznać czym tak naprawdę jest uzależnienie od komputera. Byla to niemiecka łatka (z niemieckim jezyjiem)do wyżej wspomnianego Championship Managera, która obsługiwała zaledwie 1 i 2 Bundesligę z takimi tuzami jak Chapuisat, Klinsmann, czy Möller (z Andych nie Thomasow). Jeśli dobrze pamiętam to (z braku licencji?!) mieli oni poprzekrecane nazwiska, ale dla ludzi mojego pokoju, którzy sledzili jeszcze wtedy namiętnie zmieniające się cyferki w telegazecie, zanim jeszcze obejrzeli kultowy „Ran” , odczytanie prawdziwych godności tych gentelmanow nie stanowiło większego problemu. I tym sposobem wybierając do składu Larsów Rockenow, Stefanow Koentzow czy innych Matthiasów Sommerow absolutnie nie odbierało przyjemności z samej gry (pomimo ubogiej grafiki z jedynym motywem Olimpia Stadion w Berlinie przewiajacym się przez całość gry). Tak mniej więcej wyglądało moje pierwsze zetknięcie się z tym „killerem czasu”.
    Nie muszę dodawać, że zaznajomienie się z pełną i anglojęzyczna wersja stanowiło tylko kwestie czasu. Jeśli chodzi o piłkarza, którego zapamiętałem szczególnie przez te wszystkie lata przygody z grą to jest nim Robbie Keane. Nie pamiętam, która to była wersja, ale strzelanie po kilku goli na mecz ,niezależnie od teamu, który miał przyjemność zasilić , nie stanowiło dla niego absolutnie żadnego problemu;)

  19. ~Patryk

    8 listopada 2016 at 19:48

    Hej, mój wybór to Andrzej Rybski, może zawodnik ten nie sprawdziłby sie w angielskim potentacie czy techincznej lidze hiszpańskiej, ale w warszawakiej legii robił przysłowiową robote. Co ciekawe był to mój trzeci wybór grałem ustawieniem 4-4-2, a Andrzeja wpuszczałem na ostatnie minuty, koleś był niesamowity. Ładował gola za golem, 4x mistrzostwo, kilka Pucharów Polski, wyjście z grupy LM, może nie był najlepszy, ale zapadł mi w pamięć. Do dziś śledze losy Andrzeja, a to juz tyle lat…

  20. ~Sebastian Muraszewski

    8 listopada 2016 at 19:50

    Dobry wieczór,
    wszyscy wiemy, że Football Manager zawdzięcza sukces ogromnej bazie piłkarzy i nieprzewidywalności, tak jak w prawdziwej piłce. Mało osób decyduje się na karierę tylko w jednej lidze, najczęściej do bazy wybiera się kilka lub kilkanaście. Swoją przygodę z każdą nową odsłoną zaczynam od ligi… gibraltarskiej. Tam czuję futbol dawnych lat, graczy z amatorskimi kontraktami, skromny sztab szkoleniowy, darmowe bilety dla kibiców i prawdziwą „drogę na szczyt”: doprowadzenie zespołu z maleńkiego państwa do półwyspie do fazy grupowej Ligi Europy. Dopiero po osiągnięciu tego celu, co zajmuje trzy, cztery sezony, biorę się za grę w innych państwach.
    Do grona najlepszych piłkarzy w Gibraltarze możemy zaliczyć braci Casciaro i Roya Chipolinę, ale prawdziwych talentów wyszukiwałem w niższych ligach hiszpańskich. Od edycji 2013, kiedy się pojawiła możliwość gry w najsłabszej europejskiej lidze, mój pierwszy transfer, tuż po spotkaniu z zarządem, asystentem i piłkarzami to Ángel Guirado Aldeguer. Pewne ponad 25 bramek w na początku ośmiozespołowej, a teraz liczącej sobie 10 klubów lidze. Skłoniło mnie to do zapoznania się z osiągnięciami tego piłkarza w realnym świecie. Jego historia jest pasjonująca.
    Filipiński pomocnik urodził się 32 lata temu w Maladze. Próbował swoich sił w lokalnym klubie, ale jego umiejętności okazały się za słabe. Przeniósł się do rezerw Cordoby i Atletico Madryt. Nie zrobił tam jednak furory, więc zdecydował się na wyjazd do kraju matki, czyli na Filipiny. W ciągu dwóch lat zdążył tam zagrać aż w pięciu klubach i rozegrał 8 spotkań w reprezentacji. Powody podjęcia przez piłkarza decyzji o emigracji do Indii, Tajlandii i Islandii są nieznane, ale można ich się domyślać.
    Obieżyświat fantastycznie odnajduje się w Glacis United. Dzięki niemu udało się przerwać hegemonię Lincoln Red Imps, zdobyć dublet i gibraltarscy kibice mieli okazję cieszyć się udziałem rodzimego klubu w europejskich pucharach podczas wiosny. Jak potoczy się historia Filipińczyka? Czy zostanie na Islandii czy wróci na Półwysep Iberyjski? Pan może o tym zdecydować 🙂

  21. ~Karolvcf

    8 listopada 2016 at 20:08

    Patrick Antonen to był gość. Ustawiony na Amc był nie do zdarcia. Miałem go w każdej drużynie przelewając jakieś marne grosze na konto Orebro, by potem odrzucac zawrotne sumy sięgające dziś śmiesznych 25 mln funtów 😉 Chłopak dorobił się nawet serii wypracowań ze sobą w roli głównej – zadań domowych z Niemieckiego… A potem na lekcji zaintrygowana pani pytała: „Karol,wer ist Herr Antonen?”. Herr Antonen… Szwed, CM3

  22. ~Michał

    8 listopada 2016 at 20:13

    Dzień dobry. Najwięcej czasu spędziłem przy Football Managerze 2008. Podczas gdy mój brat lubował się od lat w podejmowaniu słabych drużyn (włoskie Arezzo, angielskie Lincoln czy polski ŁKS Łomża) ja zawsze brałem ciut lepsze. I tak „swojego ulubionego piłkarza wychowałem” grając Legią Warszawa. Jako że miałem troszkę pieniążków z transferów z klubu oraz z profitów gry w europejskich pucharach kupiłem z białoruskiego klubu
    Vyacheslava Hleba. Pamiętam że rekinem biznesu nie byłem i chyba sporo za niego przepłaciłem, lecz pieniądze zwróciły mi się. Strzelał niczym Stanko Svitlica i pomógł mi w awansie do ćwierćfinału LM. Później przez parę sezonów gry podczas których wygrywałem ekstraklasę zdobywał koronę króla strzelców (po za jednym w której chyba zakosił mi ją ktoś z Lecha). W następnej karierze sięgałem do niego grając nawet Manchesterem United lecz w ekipie Czerwonych Diabłów już tak nie błyszczał. Ale suma summarum sporo zadowolenia w FM-ie mi dostarczył.

  23. ~Pawel

    8 listopada 2016 at 20:35

    Heh moja przygoda z menagerem miala swoj poczatek jeszcze przed podzieleniem na cm i fm 😉 cm 99/00 wtedy wystartowalem i tak co roku prowadze moja Legie do przodu ewidentnie doswiadczenie trenerskie mam wieksze niz Jacek Magiera scoutem jestem lepszym niz Zewlak i Kucharski razem wzieci 🙂 zatem bez wiekszego problemu zawsze udawalo mi sie za nie wielkie srodki budowac zwyciezce LM i innych drgocennych pucharow. Ale reasumujac najlatwiej bylo wykreowac gwiazde na koncu serii CM tam mozna bylo szalec! Ale ulubionym pilkarzem moge jasno okreslic Harasimowicza. Co to byl za grajek. Kupic wypozyczyc na sezon i za rok sciagnac pilkarza ktory niczym Magic mogl sam biegac z przodu i wygrywac mecze. Jeszcze jak mial za plecami Swietochowskiego to mielismy pare niczym Zidan Morientes…. Harasimowicz Gwardia Stara Gwardia !!!

  24. ~dawid

    8 listopada 2016 at 20:38

    Fredy Guarin , bez dwóch zdań . Mogły być to wersje gdzieś z lat 2006-08.
    Guarin był wtedy młodziutkim kolumbijskim pilkarzem na dorobku i ściągałem go zaraz do Lecha za niewielka kasę gdy tylko skończyło mu się wyporzyczenie w Saint-Étienne . Do końca kariery rządził i dzieli środkiem pola poznańskiej lokomotywy z która zdobywał m.in LM. Wielką frajdę sprawiało gdy polski selekcjoner powołał go do kadry po 5 latach gry w Polsce.
    Jednak abstrahując od wirtualnej rozgrywki największą frajdę sprawiało mi gdy w prawdziwm życiu mogłem powiedzieć ojcu przed Tv ! Patrz ten Guarin strzeala który strzelił przed chwilą tą kapitalną bramę dla Interu
    5 lat temu został kupiony prze zemnie ówczesnego Gimnazjalistę za grosze do naszego lokalnego Leszka .
    I włąsnie takie pózniejsze piękne kariere wywołują u mnie łezkę w oku ! 🙂

  25. ~Paweł

    8 listopada 2016 at 20:57

    Gdy zobaczyłem go na pierwszym treningu, był nieco zagubiony, ale przecież wtedy był jeszcze dzieckiem, nieopierzonym siedemnastolatkiem. Jednak gdy rozpoczęliśmy pierwsze zajęcia pozory nieporadności zniknęły, a górę wzięła DETERMINACJA, będąca na nadzwyczajnym poziomie jak na tak młodego zawodnika. To pierwszy atrybut, który rzucił się w oczy na treningu, widać było jak bardzo chce zostać wielkim piłkarzem, że trenować zaczął już jako siedmiolatek i krok po kroku piął się do góry, mimo, że trenerzy odsyłali go na treningi koszykarskie. Tak, ten atut można było bez trudu zobaczyć już gdy przyjechał podpisać kontrakt. Nie chodzi tu o to, że jak Franciszek S. potrafię rozpoznać piłkarza po tym jak chodzi po schodach, albo jak trzyma długopis(mimo, że tak naprawdę jest!), ale o atrybuty FIZYCZNE. Doskonały balans, siła, szybkość, przyśpieszenie, skoczność – to niesamowity kapitał, wszakże mówimy o piłkarzu mierzącym 193 centymetry. Po kilku latach treningów obrońcy odbijali się od niego jak od czołgu, a gonili go równie skutecznie, jak kojot strusia pędziwiatra. Do tego świetne wykończenie, gra głową, opanowanie, gra bez piłki czy drybling – młokos był perełką, materiałem na piłkarza doskonałego. Do tego dokładał ciężką pracę, co skutkowało ładowaniem bramki za bramką w każdym kolejnym meczu. Niestety, widziały to również inne kluby, dlatego tak ciężko było go zatrzymać na dłużej. YAYA SANOGO, bo o nim mowa – zostały mi po nim piękne wspomnienia, gruby worek pieniędzy na koncie i satysfakcja, że to ja wychowałem go piłkasko i do dzisiaj jestem jego ulubionym menadżerem. Może gdy będzie zbliżał się do piłkarskiej emerytury nasze drogi jeszcze się skrzyżują….

  26. ~Mateusz

    8 listopada 2016 at 21:23

    Mój ulubiony piłkarz? Sprawa jasna, Diego Buonanotte. Zakupiony z „Bogatej” wówczas Malagi, za skromne 550tys. Euro, do Mojego beniaminka LaLiga jakim był wówczas zespół Elche, w Fmie, 12 jeszcze mało co znany bo występował bez Przemysława Tytotnia. Diego szybko zaklimatyzował się w nowym otoczeniu i z miejsca stał się mocnym ogniwem. Pamiętam czasy gdy notował coś około 15 asyst i 20 bramek w sezonie ligowym. Po kilku sezonach w Elche doczekał się powołania do Reprezentacji Argentyny, grywał u boku Leo Messiego, ale już tak Epicko, jak w Elche byłemu piłkarzowi Malagi niestety nie szlo.

  27. ~Mateusz

    8 listopada 2016 at 21:27

    Zdecydowanie Matias Fernandes. Bodajże FM 2009, lub któraś wcześniejszą wersja, już nie pamiętam dokładnie. Kupowałem go gdzie mogłem i za każde pieniądze, bo wiedziałem, że się zwrócą. Grając taktyka 4-2-3-1 z ustawionym Matiasem na ofensywnym pomocniku można było pokusić się o wygraną w każdym meczu, w każdych rozgrywkach. Pamiętam, że jako ” wolny elektron” dwa sezony z rzędu zdobywał koronę króla strzelców, oraz miał na koncie najwięcej asyst. El Total Crac, jakby dziś powiedzieli komentatorzy ligi Hiszpańskiej:) pozdrawiam. Mateusz

  28. ~Przemek

    8 listopada 2016 at 21:50

    Hm. Zdecydowanie najwięcej czasu poświęciłem FM’owi 2010, w związku z czym na nim się skupię. Któregoś dnia całkowitym przypadkiem natknąłem się na Marco Verrattiego w tymże FM’ie. Występuje tam w Pescarze, 16 letni chłopaczek, do wyciągnięcia przez praktycznie każdy klub mający ponad 300 tysięcy euro budżetu transferowego. Z początku niewinnie wyglądający defensywny pomocnik jakich wielu po kilku krótkich sezonach przeradza się w POTWORA, który jest w stanie wygrać środek z każdym. Genialne podania, idealne stałe fragmenty gry, do tego duża wytrzymałość i umiejętność znalezienia się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie czyniła z niego gościa, którego prowadziłem za sobą do każdego klubu :). Nie wygrał ze mną Złotej Piłki, ale swoim spokojem i opanowaniem uratował mi wiele meczy tak w lidze, jak i w Lidze Mistrzów. No i ta radocha, jak walił z wolnego….. Kończąc, jedyne, co mogę mu zarzucić, to to, że nie trafił do mojego ukochanego Juventusu, choć gdzieś widziałem jego młodociane zdjęcia w koszulce Del Piero :).

  29. ~MarcinN

    8 listopada 2016 at 22:03

    Witam,

    W serię Championship Manager a potem jego spadkobiercę czyli Football Manager miałem okazję grać od sezonu 98-99. Każdego roku spędzałem przy tej wspaniałej serii setki godzin. Przez te wszystkie lata miałem okazję poznać poprzez CM/FM wielu młodych talentów o których w tym realnym piłkarskim świecie dowiadywałem się dopiero za jakiś czas. Jedni z nich „przekładali” potem swoje osiągnięcia z wirtualnego świata na te w tym prawdziwym, jak chociażby Carlos Tevez czy Arjen Robben.

    Wielu z nich pozostało na zawsze tylko wirtulnymi gwiazdami jak najbardziej znany tego przykład czyli Max Tsigalko. Zna ich każdy kto pogrywał w poszczególne części. Któż nie zdobywał Ligi Mistrzów polskim klubem w składzie z Marcinem Harasimowiczem, Jarosławem Świętochowskim czy Ibrahimem Sunday’em. Wielu z nich udawało się sprzedać za kilkanaście milionów euro po tym jak wznieśli ten najważniejszy w piłce klubowej puchar, Zbigniew Grzybowski (według mnie najlepszy polski piłkarz w 01/02) czy Tomasz Romaniuk (najlepszy polski obrońca w tej samej części, w jednym z sezonów średnia nota 8.91!), wszyscy oni dawali mnóstwo frajdy.

    Również Ci grający poza granicami naszego kraju jak Robbie Keane w 00/01 – chyba najlepszy napastnik w historii tych gier, strzelający horrendalne ilości bramek w każdym klubie. Niesamowity Julius Aghahowa z 01/02 czy Carlos Tevez z bodajże 03/04.
    Mógłbym tak wymieniać i wymieniać, cała rzesza ceemowskich i efemowskich gwiazd, z wieloma tymi zawodnikami przeżyłem niesamowite chwile w tym wirtualnym świecie w którym to ja bylem „The Special One”, Ancelotti, Guardiola razem wzięci.

    Ciężko spośród tych wszystkich piłkarzy wybrać jednego ulubionego, a może Batistuta w 01/02? A może 17-letni Zlatan z 00/99…
    Aż ciężko sobie wszystko przypomnieć, jednakże ilu bym ich nie wymienił był jeden piłkarz który dał mi frajdę większą niż cała reszta. Nie miałem okazji podziwiać tego piłkarza w w najlepszych momentach jego kariery choć na mistrzostwach świata w 86 i 90 roku podobno go oglądałem, niestety nie pamiętam. Pamiętam go za to z przepięknego gola w meczu z Nigerią na MŚ w 94 roku.
    Championship Manager 3, sezon 1998/99. Po raz pierwszy zagrałem w piłkarskiego managera, klub jakim zagrałem to była FC Barcelona. Wiele gwiazd w tamtym okresie, również w samej Barcelonie ale gdy go pierwszy raz zobaczyłem, wolnego na rynku, 38 letniego zawodnika bez klubu wszystkie inne transfery które chciałem przeprowadzić zeszły na dalszy plan, nie miało znaczenia czy uda się ich sprowadzić czy też nie, liczyło się pozyskanie tylko jego. Nie miała dla mnie znaczenia jego dramatycznie słaba szybkość czy wytrzymałość, te kilka 20-tek w profilu przysłaniało wszystko. Gdy udało podpisać się mi się kontrakt nie mogłem doczekać się sezonu a gdy już się zaczął nawet jego wiele słabych występów nie zraziło mnie do niego w żadnym stopniu (wiem wiem błąd:)
    Te kilka bramek które strzelił w sezonie (w tym jedna w finale LM) dały mi więcej frajdy niż seriami zdobywane gole przez kolejnych piłkarzy w kolejnych częściach mojej ulubionej gry.
    Diego Armando Maradona jeszcze raz miał okazję zagrać w Barcelonie, a dla mnie był to pierwszy i ostatni raz kiedy miałem okazję cieszyć się z jego goli w moim klubie. I tak Diego został moim ulubionym piłkarzem nie tylko na prawdziwych piłkarskich boiskach.

  30. ~Kuba

    8 listopada 2016 at 22:37

    Przygodę z FM zaczynałem od wersji 2008. Potem historia jak każda inna, setki godzin spędzonych przed komputerem, dni wyjęte z życia na szukaniu sposobów jak zatrzymać znienawidzonego przeciwnika . Miałem jednego zawodnika ,którego ściągnąłem zawsze ! Który pomagał zatrzymać każdego . Emmanuel Anafri. W wydaniu 2010 brałem go wszędzie . Od Liverpool’u po Ząbki. Prawy defensor , obywatel Ghany, zawodnik Ashanti Gold (mogłem popełnić literowke). Fenomen , potrafił przeżyć miesiąc w Polsce za najniższą możliwą do zaoferowania kwotę w kontrakcie . Jakieś 200 zł !? I grał i to nie byle jak ! Z tyłu ? Miewal mecze jak Bronowicki przeciw Ronaldo , a z przodu ? Niebezpieczny jak Roberto Carlos

  31. ~marcin1711

    8 listopada 2016 at 22:40

    Witam FMowych maniaków:)

    Swoją przygodę z wirtualnym menagerem rozpoczynałem od … Ligi Polskiej 95 – tak była taka wersja. Przy okazji pozdrawiam tych wszystkich, którzy pamiętają. Później po drodze było kilka CMów i FMów aż czas mi się zatrzymał na FM11 i to w tej wersji miałem niezwykłą przyjemność grania najlepszym piłkarzem jakiego kiedykolwiek udało mi się znaleźć, ale po kolei.

    Swoją „karierę” rozpoczynałem w Man Utd – pewnie wielu z Was sobie pomyśli że poszedłem na łatwiznę. Jednak każdy ma swój styl gry i każdego co innego w FMie „kręci”. Dla mnie np. jest to długoterminowa budowa zespołu oparta o wyszukiwanie młodych zawodników 15-17 letnich z myślą o przemienieniu ich w gwiazdy footballu. Pomimo, że w Man Utd spędziłem 5 sezonów i przeniosłem się do Romy i to tu udało mi się znaleźć mojego zawodnika.

    Po 5 sezonach w Romie jak przed startem każdego sezonu przeglądałem kluby w poszukiwaniu talentów. Moją uwagę przykuł 15 letni napastnik River Plate – Matia Callabresse piłkarz ten został wygenerowany przez bazę danych w trakcie mojej gry. Nie rzucał się w oczy niczym nadzwyczajnym oprócz znakomitego wykończenia akcji i dryblingu. Ostatecznie zakontraktowałem go i odesłałem do U16 żeby się rozwijał. Kolejne 5 sezonów nie działo się z nim nic nadzwyczajnego, ze względu na dużą konkurencję w składzie głównie go wypożyczałem, ewentualnie grywał w pucharach gdzie udawało mu się błysnąć i strzelić bramkę lub dwie.

    Po 10 latach w Romie przyszła do mnie wiadomość – FC Barcelona wzywa. Nie potrafiłem odmówić, tym bardziej że po 15 sezonach w składzie Barcy próżno było szukać Messiego i spółki. Co więcej Barca nie należała do europejskiej czołówki – wiem nieprawdopodobne, ale FM lubi nam czasem płatać figle. Podjąłem, więc rękawicę, budżet transferowy był ujmijmy to „średni” tym bardziej, że chciałem przebudować skład od piwnicy aż po dach. Jednym z moich transferów był w/w Matia Callabresse, którego wyciągnąłem z Romy za 15 mln. W ciągu 15 sezonów strzelał bramki jak na zawołanie, zawsze wtedy, gdy tego drużyna potrzebowała. Nie było różnicy czy grał w pierwszym składzie czy w chodził z rezerwy.

    W wieku 35 lat zakończył karierę, ale tak ciężko mi było „rozstać” się z nim, że stworzyłem jego profil, jako menagera i zacząłem kontynuować jego karierę, ale to już zupełnie inna historia …

  32. ~mario255

    8 listopada 2016 at 22:47

    Jeśli czytacie teraz te słowa to znaczy, że i Wy również zaliczacie się do wyjętego spod prawa grona fanatyków, któremu dane poznać było szelmowski smak Football Managera. Kto choć raz kliknął „Apply for a job” ten wie o czym mowa. Dziesiątki, setki a może nawet i tysiące nieprzespanych nocy, tyleż samo odniesionych w tym czasie zwycięstw i uniesionych w geście triumfu dłoni. Ale też litry wylanych łez i częstokroć soczyście wykrzykiwanych do ekranu monitora wulgaryzmów z powodu doznania sromotnych porażek. Tym właśnie jest FM. „Czy zjesz coś?” – któregoś razu rzuciła w Twoją stronę narzeczona patrząc z dezaprobatą na przesuwający to w jedną to w drugą stronę pasek meczowy. „Nie, nie teraz” – burknąłeś cicho pod nosem i na powrót zwróciłeś swoje chorobliwie przekrwione oczy w stronę morza niezrozumiałych dla nikogo oprócz Ciebie cyferek. Przecież prowadzisz swojego Radomiaka w starciu z Barceloną w półfinale Ligi Mistrzów. Jak można w takiej chwili w ogóle o jedzeniu myśleć? – skrzywiłeś się z nieukrywaną irytacją. Właśnie teraz odnosisz swój największy tryumf w swojej długoletniej karierze, którą zaczynałeś, nietrudno zgadnąć, w czwartej lidze angielskiej. Wypinasz dumnie pierś do przodu, bo do przerwy w rewanżu prowadzisz 2:0. Już widzisz te tytuły w jutrzejszym Przeglądzie Sportowym i Fakcie, rozbłyskujące flesze fotoreporterów, w myślach udzielasz nawet wywiadu Michałowi Polowi, no i wreszcie cieszysz się na spotkanie z zarządem klubu, który swojego czasu bliski był nawet zwolnienia Cię z posady po przegranej z Dolcanem w II lidze. Ale teraz z pewnością przywitają cię szampanem i kawiorem. Kto bogatemu Radomiakowi zabroni. Niemniej jednak przez Twoją głowę przebiega natychmiast gorąca myśl, że to wszystko nie byłoby możliwe gdyby nie ciężka praca wykonywana codziennie przez armię oddanych współpracowników – ludzi, którzy wskoczą za Tobą w ogień, i którzy dla swojego ukochanego klubu oddadzą wszystko. Aby odnosić sukcesy w piłce takie osoby trzeba mieć na boisku, ale i poza nim. Jedną z nich niewątpliwie był dla ówczesnego Radomiaka Tijani Babangida. Człowiek-legenda, piłkarz, który był kimś więcej niż tylko kapitanem drużyny, był jej symbolem i żywą legendą. Mimo wielu lukratywnych ofert z czołowych lig europejskich (Anglia, Włochy, Niemcy) do końca kariery pozostał wierny barwom klubu, w którym występował łącznie przez 10 sezonów. Z tego powodu kibice układali o nim pieśni pochwalne, a koszulki z jego nazwiskiem rozchodziły się jak ciepłe bułeczki (które zresztą Tijani uwielbiał, szczególnie z polskim smalcem i ogórkiem kiszonym). Na boisku ten filigranowy (1,69 m) pomocnik był świetnym technikiem (wysokie wartości parametrów Dribbling, Technique, Crossing), który nigdy nie grał samolubnie i zawsze dostrzegał lepiej ustawionego partnera (wysokie Vision i Teamwork). Zresztą w całej swojej karierze notował więcej asyst niż bramek, a to za co kibice kochali go najbardziej to styl jaki prezentował. Niczym Sławek Peszko za młodzieńczych lat potrafił on jednym zwodem uwolnić się spod opieki przeciwnika i już sunął na jego bramkę. A biedny przeciwnik drżał przed nim ze strachu do tego stopnia, że aż spadały mu spodenki (bynajmniej nie był to Wasilewski). W każdym meczu pozostawiał serce na boisku i podrywał zespół do walki (wysokie Determination) nawet w najbardziej beznadziejnych sytuacjach (pamiętne zwycięstwo wyciągnięte od stanu 0:2 ze Stasiakiem Bak-Pol Gomunice w Pucharze Polski). Poza boiskiem prawdziwy wzór do naśladowania. Był autorytetem dla młodszych kolegów, dla każdego z nich znajdował czas i łamaną polszczyzną zachęcał do wytężonej pracy na treningach. Nigdy nie odmawiał udzielenia wywiadu czy rozdania kilku autografów. Zawsze uśmiechnięty szybko zjednywał sobie ludzi. Chwilę zadumy, która Cię naszła przerywa jednak coś o czymś marzyłeś od dawna. W tym momencie pasek meczu jakby zwolnił, prawie zatrzymał się na chwilę. Ty wiesz co to może oznaczać. Wstrzymujesz oddech. Jest!!! Zamrugało. Radomiak-Barcelona 3:0. Tijani Babangida!

  33. ~Lepiej późno niż wcześnie

    9 listopada 2016 at 10:11

    Peter Odemwingie Nigeria FM 03/04, szybkość i drybling w ciągu 2 lat skoczyły mu do 20, wraz z Anatolim Todorovem z Bułgarii doprowadzili moją Legie do 1/2 LM, piłkarz za grosze który sam brał obronę większości drużyn Europy. po 3 latach gry wykupił go ode mnie A.C. Milan za 60 baniek, przedłużenie kontraktu było niemożliwe 🙂 best player ever

  34. ~rudocosta

    9 listopada 2016 at 10:12

    [historia z wersji FM 2014]

    Dumę Katalonii objąłem w trudnym roku 2013. Rok wcześniej z klubu odszedł Pep. Tito zaczął mieć poważne problemy ze zdrowiem. Z dużą rezerwą przyjęto moją kandydaturę, jednak wsparcie socios pozwoliło powierzyć mi klubowy ster. Dostałem w spadku drużynę z zbudowaną z młodych, ambitnych piłkarzy. Chciałem jednak kontynuować dzieło duetu Pep-Tito i nadal stawiać na młodych, utalentowanych piłkarzy. W linii ataku zapanowała konsternacja. Davida Villę oddano za niespełna 2 miliony euro, Alexis Sanchez starał się jak mógł, jednak w nocy śniły mi się jego wpadki i jego wiecznie podwijane spodenki w geście frustracji (sic!) To nie były miłe noce… Zażądałem spotkania z Andonim Zubizarretą, dyrektorem sportowym.
    – Oddaliście Villę prawie za darmo, więc Sancheza sprzedajcie za krocie. – niemal zażądałem.
    Ten pytająco na mnie spojrzał. Chyba zacząłem rozmowę zbyt mocno. Ponowiłem próbę nieco łagodniejszym tonem.
    – Widziałem w Villi nauczyciela dla młodych graczy. Szkoda, że nie mam go już w składzie, a…
    – Sanchez jest nie do ruszenia. – uciął. Brzmiał poważnie.
    – Nie widzę dla niego miejsca w pierwszym składzie. Messi – Pedro – …
    – Sanchez. – usłyszałem. – No i nasza brazylijska nowość, myślisz, że przyszedł tu nosić bidony?
    – A kto jest trenerem?
    – Nieważne, jesteś jeszcze świeżakiem…
    Użył zdecydowanie złego słowa. Pękłem. Choć był świetnym bramkarzem, to potoku słów frustracji po degradacji Villi i bezsensownym wypożyczeniu Deulofeu nie był w stanie zatrzymać. Zasłaniał się sprowadzeniem Neymara, że zrobił interes życia. W porządku, ale chłopak kosztował niepomiernie więcej niż nasze talenty z La Masii, a jeszcze nie wiemy czy będzie od nich lepszy o tyle, o ile jest droższy. Poprosiłem o nowego dyrektora sportowego, na co prezydent Rosell niechętnie, ale przystał. Sancheza bardzo prędko skusił Arsenal, a ja mogłem wcielić swój plan w życie.
    Byłem dumny z przepracowanego presezonu. Szczególnie wyjątkowy był wyjazd do Gdańska. Tam pozwoliłem na debiut Neymarowi, a od pierwszych minut do samego końca zagrał ten, dla którego wyrzuciłem z klubu ‘Zubiego’.
    – Tello, Telloooooo!!!! I mamy remis, jeden do jednego. To był błysk, to wciąż szlifowany diament w koronie Blaugrany. Polski grawer wziął się za niego z wielkim zapałem no i proszę, już w warsztacie oślepia ludzi swoimi walorami! – wrzeszczał Tomasz Zimoch, który ewidentnie był tego dnia w formie nie gorszej od mojego nowego diamentu. Cristian zdobył jeszcze dwa gole. Pokonaliśmy Lechię Gdańsk 3:1, a Tello zyskał u mnie duży kredyt zaufania, którego jednak nie używał zbyt często.
    Sezon 2013/2014 zakończyliśmy potrójną koroną, zgarnęliśmy całą pulę. Tello był w jednym rzędzie z Messim, Puyolem, Xavim, Iniestą, Pique, Busquetsem. Był przedłużeniem kręgosłupa tej drużyny. Charakteryzowało go duże przyspieszenie, szybkość i zwinność. Ta dynamika pozwoliła na przeprowadzanie szybkich kontrataków, gdy po akcji rywala wraz z Messim na skrzydła wybiegali Neymar/Pedro i właśnie Cristian. Początkowo bałem się przerzucać na niego zbyt dużej odpowiedzialności za konstruowanie ataków, częściej rolę inicjatora otrzymywał Pedro. Jednak Tello bardzo szybko podchwycił wspólny język z lewym obrońcą, Jordim Albą. Do dziś mam w pamięci jego firmowe zagranie na obieg piętką, jak Ronaldinho…
    Rzuty rożne nie stanowiły mocnej broni ani za Rijkaarda, ani za Pepa, ani za Tito. Tello choć niski (178cm), odnalazł się jako rozgrywający rzuty rożne. Zaczęliśmy je bić na krótki słupek, gdzie Cristian zajmował się jej dystrybucją. Wrzucał piłki na głowy, przedłużał je na dobieg, a szczytem była bramka zdobyta z pierwszej piłki… piętą. Chociaż każdy po 2 miesiącach znał ten taktyczny trick, nikt nie miał na niego sposobu, Tello był za szybki, a Messiego i Pique nikt nie chciał odpuścić podczas krycia.
    Mocna pozycja Tello i ulgowe traktowanie Neymara oznaczało pozycję zmiennika dla Pedro. Nie podobało się radzie drużyny. Po jednym z treningów w biurze odwiedzili mnie Puyol i Xavi.
    – Trener, nie chcę siać zamieszania i nie wątpię w umiejętności Cristiana… – asertywnie zaczął Puyol. Choć byliśmy poważnymi facetami, to zawsze z tyłu głowy bawiła mnie jego fryzura i specyfika wypowiedzi. – Uważam, że Pedrito musi mieć szansę gry. Jest wyraźnie podłamany.
    Trochę zajęło mi wytłumaczenie, że Tello jest naszym numerem dwa w ataku i basta. Nie miałem zamiaru nic zmieniać, tylko że wytłumaczenie dwójce asertywnych Katalończyków, że Tello jest lepszy od Pedro „bo tak”, potrwało dobrą godzinę.
    Na szczęście Cristian mówił sam za siebie. Wykończeniem akcji starał się równać do Leo. Nie potrafił aż tak precyzyjnie ładować piłki między nogami bramkarzy, ale plasowane strzały zza pola karnego stały się jego wizytówką. I chociaż grał prawą nogą, właśnie dlatego grał zawsze na lewym skrzydle, kilka razy z 25 metrów zrywał pajęczyny z bramek, a dośrodkowań uczył się od niego Dani Alves, żeby nie bił więcej piłek w kosmos.
    W ciągu pięciu lat prowadzenia FC Barcelony patrzenie na jego rozwój było największą satysfakcją w mojej karierze. Nawet jeśli miał spadki formy, miał miejsce w składzie. Choć to zaufanie przypłaciłem zaprzepaszczeniem szans na historyczną obronę Ligi Mistrzów, gdy Tello otrzymał dwie żółte kartki i nie byliśmy w stanie skutecznie gonić wyniku w przegranym ćwierćfinale. Mimo to stał się pewnym punktem reprezentacji Hiszpanii, której podobnie jak FC Barcelonie potrzebna była świeża krew.
    – Trenerze, dlaczego tener mi zaufał i pozwolił mi grać od początku w pierwszym składzie? – to pytanie w końcu musiało kiedyś paść, całe szczęście miałem gotową odpowiedź.
    – Numerologia, Cristian. Jestem zapalonym FM-maniakiem, kocham cyferki. A ty urodziłeś się tego samego dnia, co ja.
    Śmiechem i wspólnym poklepaniem po ramieniu zakończyliśmy tę przygodę, bo na horyzoncie pojawił się już Football Manager 2015.

  35. ~Bartosz Gorczyca

    9 listopada 2016 at 10:55

    Ostatni, przed rozpadem, Cm 03/04. Paweł Brożek. w dowolnym klubie świata robił króla strzelców. Kariera potoczyła się inaczej.

  36. ~tombas222

    9 listopada 2016 at 11:44

    Gdy chcesz mieć tego stopera
    Pozbędziesz się nawet golkipera.
    Kirill Pavlyuchek się nazywa
    Dla tych z Zachodu alternatywa.
    Białorusin jest niedrogi
    Lecz przeskoczy wszystkie progi.
    Swą głowę wsadzi wszędzie
    Gola po rogu zawsze zdobędzie.
    Ponad 20 goli strzeli w sezonie
    Nieważne czy w Polsce czy Trabzonie.
    W obronie nie do przejścia skała
    Twoja drużyna tak wiele zyskała.
    Nie zastanawiaj się ani chwilę
    Bo ktoś inny wbije Ci wtedy szpilę.
    Póki możesz go bierz
    I kolejne trofeum zbierz.

  37. ~Konrad Osmólski

    9 listopada 2016 at 13:10

    Najlepszy zawodnik z FMa? Nie sposób wymienić jednego, zawsze było kilku których musiałem mieć w swoim teamie. Ze względu na to kim grałem nie będzie to wielkie nazwisko, a grałem w każdego FMa drużyną z najniższej dostępnej ligi angielskiej. Awans za awansem, śmieszne puchary dla drużyn półamatorskich i nagrody dla menadżera miesiąca/roku… pomagał mi zawsze jeden typ zawodnika. Podwieszony za dwoma napastnikami Ofensywny pomocnik. Rozrywał obronę i nierzadko był najlepszym strzelcem zespołu, nie mówiąc już o asystach. Dla niższych lig to był ktoś taki jak Daniel Tricket-Smith z FM 14 i 15, Tomas Ekdal z FM13 bodajże, ale najlepszym OŚP był Diego Buonanotte, który później pokazał się europejskiej piłce bodajże w Valencii. Zanim tak się stało, królował w moich zespołach. Nie było możliwe ściągniecie go do zespołu z 5 czy 6 ligii, ale do 3 czy 4 angielskiej w FM 2010 już dało się go namówić – kosztem pensji 90% zawodników i sztabu. Warto. Taki piłkarz to był skarb. Dwóc napastników zbiegało do bocznych sektorów a młodziutki Diego wchodził w pole karne jak nóż w masło. A jak się nie dało, to i strzałem z dystansu potrafił zaskoczyć. Klasa.

  38. ~Wojciech Machoń

    9 listopada 2016 at 19:19

    2004, zapadła wioska na Śląsku Białym, początek zimy.

    Bohaterowie:
    – Chłopak – na oko czternastoletni, dziewiczy wąs na twarzy, lekko pryszczaty
    – Ojciec – przed czterdziestką, siwiejący, niespełniony talent piłkarski
    – Kasandra – królewna i wieszczka trojańska

    Chłopak:
    Tatko, tatko, powiedz mi szczerze
    który piłkarz najlepszy w FM-emie?

    Ojciec:
    Słucham Cię synu, i uszom nie wierzę
    iż nie wiesz w kim potencjał ten drzemie

    Chłopak:
    Powiedz mi zatem ojcze mój drogi
    kimże jest ów gracz tajemniczy

    Ojciec:
    To ten co strzał mocny ma z nogi
    Choć wielu wiosen jeszcze nie liczy?

    Chłopak:
    Czyli? Mój ojcze czy to ten Adu?

    Ojciec:
    Chyba nie jadłeś dzisiaj obiadu
    Najlepsi pilkarze są z Argentyny

    Chłopak:
    niechże więc tatko skończy te kpiny

    Ojciec:
    Poznałeś może Ty mitologie?
    Znasz może córkę Hekabe i Priama?

    Chłopak:
    Niechże mi tatko zaraz opowie
    Czym się wsławiła ta wielka dama

    Ojciec:
    Powiedz mi szczerze droga Kasandro
    który jest piłkarz najlepszym w fm-ie

    Kasandra:
    El Cabezon D’Alessandro
    lecz ciąży na nim tragedii brzemię

    Chłopak:
    Kimże jest Pani Pani Kasandro?
    i jakie brzemię ciąży na tym piłkarzu
    Kim jest w ogóle ten D’Alessandro?

    Kasandra:
    Zostanie złożony na wielkim ołtarzu

    Chłopak:
    Jakim ołtarzu o czym tu mowa?

    Kasandra:
    Choć wielkogłowy to słaba głowa
    sprawi, że o nim zapomną od razu

    Ojciec:
    Czy Ty mój synu nie znasz Andresa?
    Tego co świetny ma strzał z dystansu

    Kasandra:
    Mniej pracowity od Herkulesa…
    Nie zrobi w piłce nigdy awansu

    Chłopak:
    Znam, już kojarzę, gra w środku pola
    Technikę ma prawie jak Maradona

    Kasandra:
    Owszem lecz w spadku przypadła mu rola
    przegranego niczym żona Clintona

  39. ~Markon90

    9 listopada 2016 at 19:26

    Od wczoraj myślę na którego piłkarza powinienem się zdecydować aby było oryginalnie. Doszedłem do wniosku że lepiej skupić się po prostu na piłkarzu którego naprawdę polubiłem przez tą grę. W takim wypadku wybór jest prosty – Carlos Vela . Genialny ofensywny zawodnik którego kupuje lub przejmuje drużynę w której gra w każdej edycji FM-a od 07 począwszy. Jego uniwersalność w ofensywie pozwala na jego transfer do zespołu ze ścisłego topu jak i do europejskich średniaków. Kupując go do Barcelony stawał się dla mojego zespołu genialnym lewo skrzydłowym który notował do kilkudziesięciu asyst w sezonie . Kiedy zdecydowałem się na wykupienie go prowadząc Szachtar Donieck otrzymałem maszynę do strzelania bramek w lidze Ukraińskiej i Pucharze Uefa. Ale jego gra to nie jedyny jego atut. Jego olbrzymią zaletą przy takim talencie jest jego bezkonfliktowość i pracowitość. W żadnym klubie nie miałem z nim problemów przy ustalaniu intensywności treningów czy powrotów ze zgrupowań reprezentacji ( co było częstym problemem kiedy do Szachtara zakupiłem M.Balloteliego..). Carlos wpłynął na mnie na tyle że w realnym życiu mam do niego naprawdę dużą słabość i staram się oglądać każdy mecz Realu Sociedad z jego udziałem. Pisząc ten komentarz uświadomiłem sobie że z wyborem pierwszej drużyny w nowym Fm-ie nie będę mieć problemu, tylko RSSS tylko Carlos Vela.

  40. ~Adam

    9 listopada 2016 at 21:37

    „Lebohang Mokoena – prawdziwa historia”

    Lipiec 2005 roku. Do rozpoczęcia nowego sezonu pozostało już tylko kilka tygodni. Po nieudanej walce o utrzymanie Dave’a Jonesa w Premier League jego Wolverhampton Wanderers musiało opuścić elitę co angielskiego szkoleniowca kosztowało posadę. Byłem niezwykle zadwolony ale i zaskoczony, że walkę o natychmiastowy powrót do najwyższej klasy rozgrywkowej powierzono mnie.

    Dni mijały coraz szybciej, a skład mimo sprowadzenia jeszcze przed moim przyjściem Seyiego Olofinjany nadal potrzebował ofensywniej usposobionego zawodnika po tym, jak Steffen Iversen wrócił do Norwegii. Negocjacje transferowe były burzliwe – a to kluby nie potrafiły dogadać się pomiędzy sobą w sprawie kwoty transferowej, a to sam zawodnik oczekiwał znacznie większej gaży niż nasz klub był w stanie zaoferować. W końcu sezon ruszył, jednak zespół delikatnie mówiąc zaliczył falstart. Nawet mimo dobrej gry defensywnej ciężko było osiągać pożądane rezultaty gdy zespół nie potrafił strzelać goli. Ostatecznie kilka dni przed zamnkięciem transferowego okna, pomimo naprawdę nieciekawych problemów (tym razem z realną możliwością nieotrzymania pozwolenia o pracę) z Południowej Afryki trafił do nas niespełna osiemnastoletni Lebohang Mokoena.

    Sceptycyzm kibiców szybko został rozwiany, bo ustawiany tuż za Kennym Millerem piłkarz potrafił nie tylko idealnie dogrywać piłki ale też w razie potrzeby sam, niczym zawodowy snajper skutecznie wykańczać akcje. W raz z kolejnymi asystami i golami Lebohang na stałe zagościł nie tylko w pierwszym składzie „Wilków”, ale też w kadrze RPA. Niezwykle skoczny zawodnik wyróżniał się co oczywiste grą w powietrzu, zwinnością, ale też agresją i determinacją co sprawiało, że nigdy nie odstawiał nogi. Miało to też przełożenie na drobne urazy, ale dzięki swej waleczności z miejsca stał się ulubieńcem na Molineux Stadium.

    Przed końcem roku zespół plasował się w pierwszej dziesiątce, tuż za miejscami dającymi prawo gry w barażach. Kolejne mecze wskazywały, że wszystko idzie w dobrym kierunku. W końcu nasz bohater z dziesięcioma golami i kilkunastoma asystami we wszystkich rozgrywkach sprawiał, że tracąc dwa czy nawet trzy gole w meczu „Wolves” byli w stanie taki mecz wygrać. Trudne wyjazdy na pojedynki ze Stoke czy West Hamem okazywały się nic nieznaczącą przeszkodą dla drużyny na czele której stał Mokoena – pewny egzekutor karnych, zapewniający seryjnie punkty, przy którym nawet średniej klasy napastnicy mogli pochwalić się niezłymi bramkowymi zdobyczami. W niezłych nastrojach Afrykańczyk wracał też ze zgrupowań kadry, która powoli szła po awans na mundial w Niemczech. Niestety podczas lutowego zgrupowania wspomniana wcześniej determinacja w walce o każdą piłkę sprawiła, że zawodnik do klubu wrócił z kontuzją. Lekarze mieli nienajlepsze wieści: 4-tygodniowa przerwa.

    Przez ten czas nasz klub zamiast spróbować powalczyć o małoprawdopodobny ale jednak możliwy bezpośredni awans znalazł się w okolicy dziesiątego miejsca. Spłaszczenie tabeli sprawiało, że każda strata punktów u jakiegokolwiek zespołu w tym rejonie tabeli zrzucała go o kilka pozycji w dół, natomiast zwycięstwo wywoływało euforię u kibiców którzy po jednorazowej wygranej widzieli już swój zespół w Premier League. Mokoena zdawał się być gotowy na powielkanocne spotkania, jednak kibice nie przewidzieli, że w zamian za niego na L4 pójdzie Miller. Grający jak natchniony duet w ustawieniu 4-4-1-1 spisywał się zdecydowanie ponad oczekiwania jednak w związku z absencją tego drugiego będzie trzeba wykonać kilka przetasowań. To wtedy podjąłem decyzję która wywołała u wielu mieszane uczucia, ale także miała wpływ na dalszy ciąg rozgrywek. Mokoena zagra na szpicy.

    Ledwie sześć spotkań do końca sezonu zasadniczego, nie było już miejsca na wpadki. „Wonderkid” nie zachwycał jak na początku sezonu, ale i nie zawodził. Lepsza postawa linii obrony sprawiała, że skromne zdobycze bramkowe tym razem wystarczały do zgarniania kolejnych kompletów punktów. Na dwie kolejki przed końcem, przed teoretycznie łatwymi spotkaniami z Gillingham i Coventry Kenny Miller wrócił do składu i zostawiając Mokoenę u boku a nie cofając go za Szkota tak jak wyglądało to dotychczas, Wolverhampton wygrał oba mecze 2:1. Czterdzieści sześć kolejek ligowych za nami, ale zamiast rozliczania wszystkich w klubie z dotychczasowych rezultatów, szukania plusów i minusów, nadszedł czas prawdziwej bitwy – piąte miejsce i dopiero teraz rozpocznie się walka na dobre, zdecydowanie krótsza niż wyczerpujący sezon, ale równie wyczerpująca psychicznie – play offy.

    Derby County to nie był rywal przed którym należało się chować, jednak dwa remisy 1:1 z sezonu zasadniczego pokazywały, że pojedynek ten będzie niezwykle wyrównany, a przewaga boiska może przechylić szalę zwycięstwa na korzyść Derby – rewanż bowiem był rozgrywany na Pride Park Stadium. Pierwszy mecz i zwycięstwo 2:1 naszego zespołu dzięki bramce i asyście Mokoeny stawiał nas w roli faworyta do awansu. Jednak jak się okazało rewanż nie był tylko formalnością. Szybko stracony gol i średnia gra do przerwy sprawiała, że w przypadku utrzymania się takiego wyniku do końca czekała nas dogrywka. Gospodarze jednak nie zamierzali czekać i w drugiej części meczu atakowali równie zaciekle jak w pierwszej. Nasz ofensywny duet dzięki swojej zadziorności sprawiał, że obrońcy Derby musieli uważać na nadarzające się kontry. Gdy jednak nadszedł ostatni kwadrans gry Mokoena znalazł sobie więcej miejsca dla boisku, przechwycił piłkę i po świetnym rajdzie umieścił ją w bramce gospodarzy. Już ten wynik dawał awans „Wilkom” jednak po jeszcze jednej kontrze Mokoena mógł zaliczyć asystę, ale strzelający zawodnik trafił w słupek. Ostatecznie wiedzieliśmy, że zostało dziesięć dni do finału w Cardiff. Finału, w którym to my zagramy z Wigan Athletic.

    Teraz już wszystko było jasne – to na pewno będzie ostatni mecz sezonu. Przygotowania do meczu przebiegały bardzo sprawnie, żadnych większych kontuzji czy urazów, z dnia na dzień emocje robiły się coraz większe, aż nadszedł dzień meczu. Millennium Stadium wypełnione do ostatniego miejsca, na przeciwko zespół pragnący po raz pierwszy w historii awansować do Premier League, zapowiadała się niesamowita walka od pierwszego do ostatniego gwizdka. Mokoena sprawił jednak, że nawet najwięksi optymiści przecierali oczy ze zdumienia. Pierwszy cios z główki, drugi z woleja. Dwubramkowa przewaga do przerwy, przeciwnik na deskach i żądne krwi wygłodniałe wilki nie zwolniły tempa w drugiej połowie. Przy trzeciej bramce „zaledwie” asysta, ale Lebohang dopełnił dzieła zniszczenia wykorzystując karnego i przypieczętowując wynik spotkania. Po raz pierwszy w tym sezonie zaliczył hattricka, po raz pierwszy również nosił opaskę kapitańską jako znak wdzięczności za to, że to on wprowadził ten klub do finału. I to on go wygrał.

    Piłkarz sezonu, najlepszy asystent i w dodatku najlepszy strzelec – to tylko niektóre nagrody dla piłkarza, który rewelacyjnie zaaklimatyzował się na wyspach w twardej, siłowej lidze. Skoro w takich warunkach był w stanie wzbić się na taki poziom, to takie wyzwania jak zdobycie mistrzostwa Premier League czy poprowadzenie kadry narodowej na Mistrzostwach Świata. To był rok w którym rządził tylko on. Pan piłkarz Lebohang Mokoena.

  41. ~rkdeey

    10 listopada 2016 at 00:36

    Moja idealna drużyna, bo jednego trudno mi wybrać (03/04 nadal mam na dysku i czasem dla przyjemności wracam, grałem wieloma klubami w rozmaitych ligach, od Premiership po ligę szwedzką). Gdybym musiał wybrać, to pierwszą opcją chyba najczęściej był Gamst Pedersen, a po nim Schmeichel.

    Keeper: Kasper Schmeichel
    Defenders: Rincon / Joleon Lescott / Philippe Mexes / Jose Julian De La Cuesta
    Midfielders: Johan Absalonsen / Morten Gamst Pedersen / Diego / Leonardo Pisculichi
    Forwards (Strikers): Cherno Samba / Evandro Roncatto
    Substitutes: Yuri Tsigalko (GK) / Glen Johnson (DRC) / Riccardo Montolivo (AMC) / Supat Rungratsamee (S) / Fernando Navarro (DL) / Ricardo Quaresma (AMR) / Lasse Qvist (S)

  42. ~Krzysztof

    10 listopada 2016 at 00:37

    Wszystko zaczęło się od czerwonej płyty. Bez przekonania włożyłem ją do napędu CD-ROM mojego wysłużonego blaszaka. Był rok 2003, a mój komputer nie nadawał się do niczego już od co najmniej trzech lat. Dla 13-latka to był prawdziwy dramat. Koledzy grali w najnowszą FIFĘ, a ja zatrzymałem się na edycji ‘99, bo nowsze nie chciały działać na wysłużonym „pececie”. Dlatego, gdy czerwona płyta zaczęła obracać się w napędzie, byłem przekonany, że za chwilę spotka mnie kolejne rozczarowanie. Po pół godzinie instalowania dem gier wiedziałem już, że się nie pomyliłem. Żadna z nich nie chciała się uruchomić.

    Miałem już zrezygnować i wyciągnąć płytę z napędu, gdy moją uwagę przykuł znajdujący się na niej folder „STRONY WWW”. Tak, to były piękne czasy, w których na płytach CD dołączonych do czasopism komputerowych można było znaleźć wersje off-line stron WWW! Dla kogoś, kto tak jak ja nie miał dostępu do Internetu, była to prawdziwa gratka. Przejrzałem z zaciekawieniem folder, w którym znajdowały się: strona poświęcona nauce gry na gitarze, witryna zawierająca (w większości nieśmieszne) dowcipy, coś o wędkarstwie i kilka innych mniej lub bardziej ciekawych portali. Wśród nich był ten, który miał dać początek mojej przygodzie z najwspanialszą serią gier komputerowych w historii.

    Dziś już nie pamiętam, jak nazywała się tamta stronka, którą znalazłem na płycie CD, ale była czymś w rodzaju pierwowzoru FM Revolution. W całości poświęcona Championship Managerowi – zawierała opisy karier, bazy talentów, porady taktyczne i inne ciekawostki. Przejrzałem ją z zainteresowaniem, jednak od razu się zreflektowałem – przecież ostatnie gry z serii Championship Manager działały na moim komputerze w ślimaczym tempie. Mimo to postanowiłem zajrzeć do działu „Download”. I tam czekała na mnie prawdziwa gratka – pełna wersja gry „Championship Manager 93/94”.

    Ochoczo zabrałem się za instalację. W końcu mój 100-megaherzowy komputer powinien dać radę z 10-letnią grą. Nie zniechęciło mnie to, że była ona wydana w języku Szekspira, choć szczerze muszę przyznać, że wtedy mój angielski był na poziomie Miśka Koterskiego w „Dniu świra”. Pamiętam jak dziś początkową sekwencję „Championship Managera” – najpierw reklama „Championship Manager Italia” (jedyne 17 funtów z wysyłką!), czarne tło z logiem producenta, potem zielony ekran tytułowy i wreszcie zabezpieczenie przed piratami, czyli ekran na którym trzeba było wpisać konkretny wynik meczu z jednej stron instrukcji. Pamiętam, że wtedy po raz pierwszy spotkałem się z czymś takim i byłem bliski załamania, bo nie wiedziałem skąd mam wziąć instrukcję! Na szczęście po kilku minutach przyszło olśnienie i w folderze z grą znalazłem tabelkę z wynikami, które należało wpisać.

    Dziś już nie pamiętam, którym klubem rozpocząłem swoją pierwszą karierę. Stawiam, że był to ktoś z „mainstreamu” – Manchester United, Arsenal lub Liverpool. Wiem jednak, że od samego początku gra wciągnęła mnie bez reszty. Miałem tę przewagę, że po 10 latach od premiery wiedziałem, jak potoczyły się kariery wielu piłkarzy i nie miałem problemu z wyciąganiem talentów. A tych było bez liku. 18-letni Ryan Giggs – ach, jak on się pięknie rozwijał w tej grze! Pamiętam, że było go piekielnie ciężko wyciągnąć z Manchesteru United – już wtedy znali się na jego talencie. W każdej z moich karier w CM 93/94 (a tych było kilkadziesiąt) śledziłem, co się z nim dzieje i tylko raz (!) jego kariera potoczyła się beznadziejnie i Walijczyk tułał się po niższych ligach. Inny talent jaki przychodzi mi do głowy to również 18-letni Keith Gillespie. Pamiętam, że jego było łatwiej wyciągnąć z Man Utd, klub sam go wypychał na wypożyczenie. I w niższych ligach spisywał się świetnie. Dion Dublin! Ile on goli nazdobywał dla moich drużyn. Zawsze przegrywał rywalizację z Cantoną i Hughesem i można było go wyciągnąć za rozsądne pieniądze. A potem to już biada obrońcom rywali. Albo młoda ekipa z Liverpoolu – Hutchison, Redknapp i Lee Jones. Ten ostatni to chyba jeden z pierwszych nietrafionych przez twórców gry „wonderkidów” – dla moich drużyn strzelał dziesiątki goli, a jego kariera w prawdziwym życiu, delikatnie mówiąc, nie zachwycała.

    Skoro już jesteśmy przy Liverpoolu – to właśnie w kadrze tego klubu znalazłem zawodnika, który został moim faworytem i ulubieńcem i od którego transferu/wypożyczenia rozpoczynałem dziesiątki karier. Mowa o 18-letnim Robbim Fowlerze. Co to był za kot! Pamiętam, że prawie zawsze (sprawdzone na dziesiątkach karier) miał niemrawy pierwszy sezon. Nie więcej niż 10 goli (no chyba, że udało się go wypożyczyć do niższej ligi, wtedy tych trafień było więcej), średnia not też nie powalała. Za to od drugiego sezonu zaczynał się jego koncert. Liczba goli prawie zawsze równała się liczbie meczów. Mecz z Manchesterem United czy Brentford – dla niego nie stanowiło to różnicy. Tak samo w europejskich pucharach – pamiętam jak raz dwoma golami w samej końcówce meczu z Napoli zapewnił mi zwycięstwo w Pucharze Zdobywców Pucharów (ktoś jeszcze pamięta te rozgrywki?). Gole sypały się jak z rękawa. Gdy widziałem napis „R. Fowler has a real chance…” albo „R. Fowler through on goal…” czułem ciarki i byłem pewien w 90%, że za chwilę padnie gol dla mojej drużyny. Tamten CM miał pewien feler (a może to był właśnie realizm?). Gdy dobremu zawodnikowi, który notował regularne występy w reprezentacji, kończył się kontrakt, za żadne skarby nie chciał go przedłużyć i po sezonie odchodził za granicę. Napatrzyłem się wielokrotnie jak 24- albo 25-letni Fowler (w zależności na jak długo udało mi się z nim przedłużyć z nim kontrakt na początku kariery) odchodził do Milanów czy innych Barcelon. Ale pewnego razu zdarzył się cud. Będący w kwiecie wieku i mający już na koncie ponad 150 goli Fowler zgodził się przedłużyć kontrakt z moim Liverpoolem. Zapamiętałem ten moment doskonale, bo zdarzyło się to jeden, jedyny raz, gdy miałem go w swojej drużynie przez całą karierę. Nie muszę chyba mówić, że była to moja najprzyjemniejsza i najmilej wspominana rozgrywka. Skończył granie w wieku 35 lat z ok. 800 występami na koncie i prawie 700 golami, po drodze zapewniając mi mnóstwo trofeów. Cristiano Ronaldo może się schować przy moim Fowlerze. 😉

    Tak się zaczęła moja przygoda z serią Championship Manager. Gdy inni odkrywali już czwartą część serii, ja emocjonowałem się pojedynkami 18-letniego Fowlera z 19-letnim Solem Campbellem. I jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy! Nie jestem pewny, czy seria zauroczyłaby mnie tak samo, gdybym zaczął od którejś z późniejszych wersji. Gdybym nie ujrzał prostej rozpikselowanej grafiki, nie nauczył się na pamięć tych kilku zdań opisujących przebieg meczu (nic tak nie cieszyło jak: „And it’s in!”, no chyba że po chwili pojawił się napis „But it’s disallowed!”) i nie napatrzył się na trzy słupki opisane DEF, MID i ATT. No i oczywiście bez strzeleckich popisów Fowlera, to również nie byłoby to samo. Ach, chyba znów sobie zainstaluję starusieńkiego „ceema”!

    PS. Kto nigdy nie poprowadził drużyny w nieistniejącym już Anglo-Italian Cup, ten nie zna życia prawdziwego menedżera. 😉

  43. ~Pepo

    11 listopada 2016 at 14:05

    Grupa talentów ze starych managerków znali chyba wszyscy. Ja generalnie w każdym klubie, który prowadziłem starałem się i staram sprowadzić Polaków, ale w pamięci utkwili mi dawaj inni piłkarze. Każdy z graczy zaczynał grę sprowadzając ulubionych zawodników (no może oprócz fanów Real ,którzy zaczynali od pozbycia się Elvira Baljić-a i Pericy Ognjenowica).
    Moi „startowi”zawodnicy to Isaak Okoronkowo z Szachtara – zawodnik uniwersalny idealny zwłaszcza na ligę angielską, gdzie w składzie było tylko 5 rezerwowych. Obrońca prawy/lewy/środek z niesamowitymi statystykami. Aż dziwne, że kariery w rzeczywistości nie zrobił na tym poziome co w CM. Do tego podstawa każdej drużyny czyli bramkarz – Franco Costanzo – tego można było zakupić do Barcelony czy Man Utd, ale także Cagliari czy Trabzonspor. Bezbłędny i niekonfliktowy trzymałem defensywę w wielu moich klubach.
    A wracając do Polaków – fajnie się patrzyło na historię ligi tureckiej gdzie Paweł Brożek był królem strzelców przez 5 lat z rzędu nie schodząc poniżej 30 goli na sezon.

Zostaw odpowiedź