Konkurs rozstrzygnięty! Mokoena, Babangida i Balasow!

FM17Polska rozgromiła Rumunię, za chwilę podejmie we Wrocławiu Słowenię, czas na rozstrzygnięcie naszego konkursu na najlepszą historię o najlepszym piłkarzu z Football Managera. 45 prac, różny poziom, kilka nieźle napisanych historii, ale nie na temat bo zadaniem było opisanie „tego jedynego”, a nie własnej kariery czy ulubionej jedenastki. Najlepiej literacko spisał się Adam, który – zwróćcie uwagę – dał nawet tytuł. No i opisał zawodnika, którego weterani FM doskonale znają, miał go w swoich drużynach chyba każdy. Kolejny wielki talent z FM, który nie przebił się – przynajmniej w tej skali w realu. Przyjemnie się czyta.

Z pozostałymi miejscami na podium miałem spory problem z racji równego poziomu. Ale postanowiłem wyróżnić mario255 za historię o Tijani Babangidzie z Radomiaka (zrobiłem kiedyś wywiad z tym Nigeryjczykiem z Ajaksu, myśląc, że to ktoś zupełnie inny…) oraz zabawną rymowankę Krzyśka o Białorusinie Balasowie, którego akurat nie znałem. Ale znałem za to kogoś, kto kupował do drużyny zawodników o śmiesznych nazwiskach, którzy potem okazywali się gwiazdami. A największa Tonton Zola Moukoko, wielokrotny laureat Złotej Piłki;)

Oto prace nagrodzone FM17, z zwycięzców proszę o mejle z adresem na michal.pol@przegladsportowy.pl!

FM17Adam
„Lebohang Mokoena – prawdziwa historia”

Lipiec 2005 roku. Do rozpoczęcia nowego sezonu pozostało już tylko kilka tygodni. Po nieudanej walce o utrzymanie Dave’a Jonesa w Premier League jego Wolverhampton Wanderers musiało opuścić elitę co angielskiego szkoleniowca kosztowało posadę. Byłem niezwykle zadowolony ale i zaskoczony, że walkę o natychmiastowy powrót do najwyższej klasy rozgrywkowej powierzono mnie.

Dni mijały coraz szybciej, a skład mimo sprowadzenia jeszcze przed moim przyjściem Seyiego Olofinjany nadal potrzebował ofensywniej usposobionego zawodnika po tym, jak Steffen Iversen wrócił do Norwegii. Negocjacje transferowe były burzliwe – a to kluby nie potrafiły dogadać się pomiędzy sobą w sprawie kwoty transferowej, a to sam zawodnik oczekiwał znacznie większej gaży niż nasz klub był w stanie zaoferować. W końcu sezon ruszył, jednak zespół delikatnie mówiąc zaliczył falstart. Nawet mimo dobrej gry defensywnej ciężko było osiągać pożądane rezultaty gdy zespół nie potrafił strzelać goli. Ostatecznie kilka dni przed zamnkięciem transferowego okna, pomimo naprawdę nieciekawych problemów (tym razem z realną możliwością nieotrzymania pozwolenia o pracę) z Południowej Afryki trafił do nas niespełna osiemnastoletni Lebohang Mokoena.

Sceptycyzm kibiców szybko został rozwiany, bo ustawiany tuż za Kennym Millerem piłkarz potrafił nie tylko idealnie dogrywać piłki ale też w razie potrzeby sam, niczym zawodowy snajper skutecznie wykańczać akcje. W raz z kolejnymi asystami i golami Lebohang na stałe zagościł nie tylko w pierwszym składzie „Wilków”, ale też w kadrze RPA. Niezwykle skoczny zawodnik wyróżniał się co oczywiste grą w powietrzu, zwinnością, ale też agresją i determinacją co sprawiało, że nigdy nie odstawiał nogi. Miało to też przełożenie na drobne urazy, ale dzięki swej waleczności z miejsca stał się ulubieńcem na Molineux Stadium.

Przed końcem roku zespół plasował się w pierwszej dziesiątce, tuż za miejscami dającymi prawo gry w barażach. Kolejne mecze wskazywały, że wszystko idzie w dobrym kierunku. W końcu nasz bohater z dziesięcioma golami i kilkunastoma asystami we wszystkich rozgrywkach sprawiał, że tracąc dwa czy nawet trzy gole w meczu „Wolves” byli w stanie taki mecz wygrać. Trudne wyjazdy na pojedynki ze Stoke czy West Hamem okazywały się nic nieznaczącą przeszkodą dla drużyny na czele której stał Mokoena – pewny egzekutor karnych, zapewniający seryjnie punkty, przy którym nawet średniej klasy napastnicy mogli pochwalić się niezłymi bramkowymi zdobyczami. W niezłych nastrojach Afrykańczyk wracał też ze zgrupowań kadry, która powoli szła po awans na mundial w Niemczech. Niestety podczas lutowego zgrupowania wspomniana wcześniej determinacja w walce o każdą piłkę sprawiła, że zawodnik do klubu wrócił z kontuzją. Lekarze mieli nienajlepsze wieści: 4-tygodniowa przerwa.

Przez ten czas nasz klub zamiast spróbować powalczyć o małoprawdopodobny ale jednak możliwy bezpośredni awans znalazł się w okolicy dziesiątego miejsca. Spłaszczenie tabeli sprawiało, że każda strata punktów u jakiegokolwiek zespołu w tym rejonie tabeli zrzucała go o kilka pozycji w dół, natomiast zwycięstwo wywoływało euforię u kibiców którzy po jednorazowej wygranej widzieli już swój zespół w Premier League. Mokoena zdawał się być gotowy na powielkanocne spotkania, jednak kibice nie przewidzieli, że w zamian za niego na L4 pójdzie Miller. Grający jak natchniony duet w ustawieniu 4-4-1-1 spisywał się zdecydowanie ponad oczekiwania jednak w związku z absencją tego drugiego będzie trzeba wykonać kilka przetasowań. To wtedy podjąłem decyzję która wywołała u wielu mieszane uczucia, ale także miała wpływ na dalszy ciąg rozgrywek. Mokoena zagra na szpicy.

Ledwie sześć spotkań do końca sezonu zasadniczego, nie było już miejsca na wpadki. „Wonderkid” nie zachwycał jak na początku sezonu, ale i nie zawodził. Lepsza postawa linii obrony sprawiała, że skromne zdobycze bramkowe tym razem wystarczały do zgarniania kolejnych kompletów punktów. Na dwie kolejki przed końcem, przed teoretycznie łatwymi spotkaniami z Gillingham i Coventry Kenny Miller wrócił do składu i zostawiając Mokoenę u boku a nie cofając go za Szkota tak jak wyglądało to dotychczas, Wolverhampton wygrał oba mecze 2:1. Czterdzieści sześć kolejek ligowych za nami, ale zamiast rozliczania wszystkich w klubie z dotychczasowych rezultatów, szukania plusów i minusów, nadszedł czas prawdziwej bitwy – piąte miejsce i dopiero teraz rozpocznie się walka na dobre, zdecydowanie krótsza niż wyczerpujący sezon, ale równie wyczerpująca psychicznie – play offy.

Derby County to nie był rywal przed którym należało się chować, jednak dwa remisy 1:1 z sezonu zasadniczego pokazywały, że pojedynek ten będzie niezwykle wyrównany, a przewaga boiska może przechylić szalę zwycięstwa na korzyść Derby – rewanż bowiem był rozgrywany na Pride Park Stadium. Pierwszy mecz i zwycięstwo 2:1 naszego zespołu dzięki bramce i asyście Mokoeny stawiał nas w roli faworyta do awansu. Jednak jak się okazało rewanż nie był tylko formalnością. Szybko stracony gol i średnia gra do przerwy sprawiała, że w przypadku utrzymania się takiego wyniku do końca czekała nas dogrywka. Gospodarze jednak nie zamierzali czekać i w drugiej części meczu atakowali równie zaciekle jak w pierwszej. Nasz ofensywny duet dzięki swojej zadziorności sprawiał, że obrońcy Derby musieli uważać na nadarzające się kontry. Gdy jednak nadszedł ostatni kwadrans gry Mokoena znalazł sobie więcej miejsca dla boisku, przechwycił piłkę i po świetnym rajdzie umieścił ją w bramce gospodarzy. Już ten wynik dawał awans „Wilkom” jednak po jeszcze jednej kontrze Mokoena mógł zaliczyć asystę, ale strzelający zawodnik trafił w słupek. Ostatecznie wiedzieliśmy, że zostało dziesięć dni do finału w Cardiff. Finału, w którym to my zagramy z Wigan Athletic.

Teraz już wszystko było jasne – to na pewno będzie ostatni mecz sezonu. Przygotowania do meczu przebiegały bardzo sprawnie, żadnych większych kontuzji czy urazów, z dnia na dzień emocje robiły się coraz większe, aż nadszedł dzień meczu. Millennium Stadium wypełnione do ostatniego miejsca, na przeciwko zespół pragnący po raz pierwszy w historii awansować do Premier League, zapowiadała się niesamowita walka od pierwszego do ostatniego gwizdka. Mokoena sprawił jednak, że nawet najwięksi optymiści przecierali oczy ze zdumienia. Pierwszy cios z główki, drugi z woleja. Dwubramkowa przewaga do przerwy, przeciwnik na deskach i żądne krwi wygłodniałe wilki nie zwolniły tempa w drugiej połowie. Przy trzeciej bramce „zaledwie” asysta, ale Lebohang dopełnił dzieła zniszczenia wykorzystując karnego i przypieczętowując wynik spotkania. Po raz pierwszy w tym sezonie zaliczył hattricka, po raz pierwszy również nosił opaskę kapitańską jako znak wdzięczności za to, że to on wprowadził ten klub do finału. I to on go wygrał.

Piłkarz sezonu, najlepszy asystent i w dodatku najlepszy strzelec – to tylko niektóre nagrody dla piłkarza, który rewelacyjnie zaaklimatyzował się na wyspach w twardej, siłowej lidze. Skoro w takich warunkach był w stanie wzbić się na taki poziom, to takie wyzwania jak zdobycie mistrzostwa Premier League czy poprowadzenie kadry narodowej na Mistrzostwach Świata. To był rok w którym rządził tylko on. Pan piłkarz Lebohang Mokoena.

Lebohang Mokoenamario255
Tijani Babangida z Radomiaka

Jeśli czytacie teraz te słowa to znaczy, że i Wy również zaliczacie się do wyjętego spod prawa grona fanatyków, któremu dane poznać było szelmowski smak Football Managera. Kto choć raz kliknął „Apply for a job” ten wie o czym mowa. Dziesiątki, setki a może nawet i tysiące nieprzespanych nocy, tyleż samo odniesionych w tym czasie zwycięstw i uniesionych w geście triumfu dłoni. Ale też litry wylanych łez i częstokroć soczyście wykrzykiwanych do ekranu monitora wulgaryzmów z powodu doznania sromotnych porażek. Tym właśnie jest FM. „Czy zjesz coś?” – któregoś razu rzuciła w Twoją stronę narzeczona patrząc z dezaprobatą na przesuwający to w jedną to w drugą stronę pasek meczowy. „Nie, nie teraz” – burknąłeś cicho pod nosem i na powrót zwróciłeś swoje chorobliwie przekrwione oczy w stronę morza niezrozumiałych dla nikogo oprócz Ciebie cyferek. Przecież prowadzisz swojego Radomiaka w starciu z Barceloną w półfinale Ligi Mistrzów. Jak można w takiej chwili w ogóle o jedzeniu myśleć? – skrzywiłeś się z nieukrywaną irytacją. Właśnie teraz odnosisz swój największy tryumf w swojej długoletniej karierze, którą zaczynałeś, nietrudno zgadnąć, w czwartej lidze angielskiej. Wypinasz dumnie pierś do przodu, bo do przerwy w rewanżu prowadzisz 2:0. Już widzisz te tytuły w jutrzejszym Przeglądzie Sportowym i Fakcie, rozbłyskujące flesze fotoreporterów, w myślach udzielasz nawet wywiadu Michałowi Polowi, no i wreszcie cieszysz się na spotkanie z zarządem klubu, który swojego czasu bliski był nawet zwolnienia Cię z posady po przegranej z Dolcanem w II lidze. Ale teraz z pewnością przywitają cię szampanem i kawiorem. Kto bogatemu Radomiakowi zabroni. Niemniej jednak przez Twoją głowę przebiega natychmiast gorąca myśl, że to wszystko nie byłoby możliwe gdyby nie ciężka praca wykonywana codziennie przez armię oddanych współpracowników – ludzi, którzy wskoczą za Tobą w ogień, i którzy dla swojego ukochanego klubu oddadzą wszystko. Aby odnosić sukcesy w piłce takie osoby trzeba mieć na boisku, ale i poza nim. Jedną z nich niewątpliwie był dla ówczesnego Radomiaka Tijani Babangida. Człowiek-legenda, piłkarz, który był kimś więcej niż tylko kapitanem drużyny, był jej symbolem i żywą legendą. Mimo wielu lukratywnych ofert z czołowych lig europejskich (Anglia, Włochy, Niemcy) do końca kariery pozostał wierny barwom klubu, w którym występował łącznie przez 10 sezonów. Z tego powodu kibice układali o nim pieśni pochwalne, a koszulki z jego nazwiskiem rozchodziły się jak ciepłe bułeczki (które zresztą Tijani uwielbiał, szczególnie z polskim smalcem i ogórkiem kiszonym). Na boisku ten filigranowy (1,69 m) pomocnik był świetnym technikiem (wysokie wartości parametrów Dribbling, Technique, Crossing), który nigdy nie grał samolubnie i zawsze dostrzegał lepiej ustawionego partnera (wysokie Vision i Teamwork). Zresztą w całej swojej karierze notował więcej asyst niż bramek, a to za co kibice kochali go najbardziej to styl jaki prezentował. Niczym Sławek Peszko za młodzieńczych lat potrafił on jednym zwodem uwolnić się spod opieki przeciwnika i już sunął na jego bramkę. A biedny przeciwnik drżał przed nim ze strachu do tego stopnia, że aż spadały mu spodenki (bynajmniej nie był to Wasilewski). W każdym meczu pozostawiał serce na boisku i podrywał zespół do walki (wysokie Determination) nawet w najbardziej beznadziejnych sytuacjach (pamiętne zwycięstwo wyciągnięte od stanu 0:2 ze Stasiakiem Bak-Pol Gomunice w Pucharze Polski). Poza boiskiem prawdziwy wzór do naśladowania. Był autorytetem dla młodszych kolegów, dla każdego z nich znajdował czas i łamaną polszczyzną zachęcał do wytężonej pracy na treningach. Nigdy nie odmawiał udzielenia wywiadu czy rozdania kilku autografów. Zawsze uśmiechnięty szybko zjednywał sobie ludzi. Chwilę zadumy, która Cię naszła przerywa jednak coś o czymś marzyłeś od dawna. W tym momencie pasek meczu jakby zwolnił, prawie zatrzymał się na chwilę. Ty wiesz co to może oznaczać. Wstrzymujesz oddech. Jest!!! Zamrugało. Radomiak-Barcelona 3:0. Tijani Babangida!

Tijani BabangidaKrzysiek

Opowiastka szczera futbolowego menedżera

Od dzieciaka dech zapiera,
gdy odpalam Managera.
Pierwszy wersja 2000,
wtedy jeszcze byłem brzdącem.
Gdy zlapałem już bakcyla,
na to poszła każda chwila.
Ulubiona wersja chyba
00/01 chyba.
Tam wybrałem raz dla żartu,
potem był przycznkiem fartu.
Dimitrija Balasowa,
przy nim każdy już się chowa.
Białorusin doskonały,
wszystkie kluby potem chciały,
mieć u siebie tego grajka,
niezła była to podjarka.
Ofensywny to pomocnik,
a przestawiał ich jak klocki.
Grał w napaści i pomocy,
żaden nigdy nie podskoczył.
W każdym klubie grał jak z nut,
i zdobywał złoty but!
Bomby walił też z dystansu,
a mi dawał dużo hajsu.
Jego klub to był Belshina,
nazwa raczej jak dziewczyna.
Za pieniądze śmieszne brany,
potem z zyskiem sprzedawany.
Choć zaczęło się niewinnie,
asystował równie zwinnie.
Opowiastka w pełni szczera,
więc poproszę nowiutkiego Football Managera!

FM17Dzięki Wszystkim!

1 Comment

  1. ~putin

    18 listopada 2016 at 01:28

    Z tymi wąsami jeszcze glupiej wyglądasz

Zostaw odpowiedź