Mączyński w Legii, czyli piłkarzu, uważaj co deklarujesz!

Krzysztof Mączyński w barwach LegiiKrzysztof Mączyński to nie pierwszy piłkarz, który złamał serca kibicom odchodząc do klubu rywala, wywołując z kolei ich przejście od miłości do nienawiści. Historia futbolu zna takich przypadków mnóstwo i jeszcze nie jeden klub podkupi rywalom piłkarza. Normalna sprawa, że ambitny zawodnik chce zrobić krok do przodu. Tu w dodatku reprezentant Polski, który ma już 30 lat i chce po raz pierwszy w karierze powalczyć o europejskie puchary (a nuż się uda przeżyć niesamowitą przygodę w Lidze Mistrzów). Normalna sprawa, że chce zarobić znacznie więcej niż mógłby tu gdzie jest. Kto z nas wstanie i powie, że wybierając pracodawcę nie kieruje się finansami? Zwłaszcza że Mączyńskiemu bliżej do „emerytury” niż dalej.

To także zupełnie normalna sprawa, że kibicom jego dotychczasowego klubu się to nie podoba. Dopiero co wieszali plakaty z jego podobizną, ściągali tapetę na smartfona czy pulpit, nagle zobaczą go we wrogiej koszulce. Więc normalna sprawa, że nie szczędzą mu żalu, obelg, wulgaryzmów na klubowych forach i w mediach społecznościowych. Że będą gwizdać i obrażać go, kiedy przyjedzie z nową drużyną na stary stadion. Takie ich kibicowskie prawo i nic w tym nowego. Tak było, jest i będzie.

W „zdrajców” leciał już trybun łeb świni, zapalniczki, monety czy fałszywe dolary jak ostatnio w Gianluigiego Donnarummę. Transparenty z napisem „Judasz” widziałem już wymierzone w Andy Moellera gdy przeszedł z Borussii Dortmund do Schalke 04 i w Manuela Neuera, gdy z tej ostatniej przeniósł się do Bayernu Monachium. Kibice Arsenalu w ostatnich latach wyzywali od „Judaszów” Robina van Persie, Cesca Fabregasa, Samira Nasriergo czy Ca$hley’a Cole’a. A kibice Tottenhamu Sola Campbella, gdy ten ważył się stać „Kanonierem”.

DollarummaNie dziwi mnie więc specjalnie, że kibice Wisły zmienili Mączyńskiemu opis na Wikipedii, wklejając tam słowo „Judasz”. Ot, znak nowych czasów. Kiedyś fani mogli co najwyżej nawrzucać piłkarzowi jak do nich przyjechał z nową drużyną. Jeśli coś w przypadku byłego Wiślaka, a nowego Legionisty zaskakuje to rozmiar hejtu jaki go spotkał.

Nieporównywalny z tym jaki wylał się ostatnio np. na Bartosza Bereszyńskiego czy Kaspera Hamalainen, którzy dopuścili się przecież zbrodni szczególnie wyrafinowanej, porzucając Lecha na rzecz Legii. Może dlatego, że pierwszy był zaledwie dobrze zapowiadającym się zawodnikiem, jeszcze nie gwiazdą. Drugi zaś owszem, kluczową postacią w wywalczeniu mistrzostwa, ale jednak najemnik. Kibice „Kolejorza” wyrażali więc pogardę dla najemnika, który po trzech latach w klubie najpierw kręcił przy przedłużeniu umowy, aż okazało się że podpisał ją z rywalem, ale nic więcej.

Jak pisał Krzysztof Stanowski w ostatnim felietonie w „Przeglądzie”, nie ma co oczekiwać, że piłkarze zakocha się w klubie piłkarskim. Zwłaszcza zagraniczny, zwłaszcza w Polskim. Chyba, że chodzi o zawodnika z tego samego miasta co klub, „chłopaka z sąsiedztwa, zasypiającego z koszulką pod poduszką i wieszający plakaty na ścianach”. Takiego, który zakocha się w klubie z wzajemnością, tzn kibice w nim. Wydaje mi się, że taka miłość istniała właśnie między Mączyńskim, a kibicami Wisły, stąd tak bolesne i pełne złych emocji rozstanie.

A tu jeszcze akt rozstania toczy się na oczach gawiedzi, czyli w mediach społecznościowych. Ich specyfika polega na tym, że dziś każdy kibic ma sportowca na wyciągnięcie ręki. Kiedyś mógł co najwyżej w telewizji usłyszeć co ma do powiedzenia lub przeczytać wywiad w gazecie, dziś może się z nim kontaktować bezpośrednio. Zwłaszcza z takim jak Mączyński, który chętnie w ten kontakt wchodził i odpowiadał na mniej lub bardziej ostre zaczepki.

Zwykle chwalę sportowców, którzy sami prowadzą swoje konta i piszą, nawet jeśli nieporadnie, to od siebie. Lepsze to niż zlecanie komunikacji wyspecjalizowanym agencjom. W tym przypadku jednak szkoda, że profesjonalista nie czuwał nad emocjonalną narracją piłkarza. Z czego on sam zdał sobie najlepiej sprawę, kasując wszystkie wątki na Twitterze. Dziś można tam znaleźć wyłącznie link do wywiadu z legia.com pod znamiennym tytułem „Czasem warto się ugryźć w język”. „Może mój przykład pokaże młodym chłopakom, że czasami warto nie składać żadnych deklaracji, bo życie jest brutalne” – mówi w nim, co prawda podtrzymując jednocześnie deklarację, że nigdy nie zagra w Cracovii.

I to jest kluczem do rozumienia rozmiarów hejtu jaki go spotkał. Kibice poczuli się oszukani zdradą deklaracji. Tej z wywiadu w C+, że nigdy nie przejdzie do Legii. Tymi, że czuje się wiślakiem od urodzenia, co wyraża to nawet jego twitterowy nick: @makatsw.

Tak samo na „Dollarummę” spadł deszcz fałszywych dolarów na stadionie Cracovii, nie tylko dlatego że Milan miałby stracić niesamowity talent, który sobie wychował. Ale dlatego, że piłkarz wcześniej całował po dobrych występach herb na koszulce i deklarował, że jego wielkim marzeniem jest zostać kiedyś kapitanem „rossonerich”.

Gdyby nie słowa, że kibicował Milanowi od dziecka (zadebiutował zresztą w Serie A jako 16-latek) i że chce zostać takim symbolem jak Gianluigi Buffon Juventusu, nie byłoby zarzutów o chciwość, przekleństw, grożenia śmiercią (przynajmniej wg agenta Mino Raioli) i szantażu, że „jeśli nie przedłużysz kontraktu, to spędzisz rok na trybunach”.

Pod tym względem wzorem odejścia z klasą z klubu, a jeszcze do drużyny arcy-rywala zawsze będzie dla mnie przejście Roberta Lewandowskiego do Bayernu Monachium, wciąż szanowanego i oklaskiwanego w Dortmundzie.

Robert Lewandowski w Dortmundzie

Zostaw odpowiedź