#ParaAthletics. Zawód: przewodnik

Joanna Mazur i Michal StawickiCiężko o bardziej wzruszającą dyscyplinę lekkoatletycznych MŚ w Londynie od biegów osób niewidomych. Tych, gdzie ramię w ramię z zawodnikiem podąża przewodnik, połączony z nim opaską, będący jego oczami na bieżni, podpowiadając kiedy wejść w wiraż, a kiedy dać czadu na ostatniej prostej.

Znaleźć osobę, która chciałaby zostać przewodnikiem niewidomego to w Polsce spora sztuka. Po pierwsze szukać można tylko wśród innych lekkoatletów, ci zaś mają swoje kariery, swoje starty i cele. Mogą trenować z niewidomym na pół gwizdka, czasem wspomóc na jakichś zawodach. Takich, którzy byliby gotowi poświęcić mu się w całości, towarzyszyć na co dzień, w każdym żmudnym treningu ze świecą szukać.

Do tego przewodnik musi biegać co najmniej tak samo dobrze jak zawodnik. Tacy, którzy nie wytrzymują tempa, spowalniają zawodnika, są dla niego kulą u nogi.

Ale już znaleźć takiego, do którego zawodnik czułby stuprocentowe zaufanie, robił wszystko na komendę i na bieżni tworzył z nim jeden organizm, to prawdziwy cud. Dwa takie cuda zdarzyły się w polskiej ekipie, gdy Asia Mazur, mistrzyni świata na 1500 m trafiła na swoje drodze na Michała Stawickiego, a Olek Kosaskowski (życiówka w półfinale 1500 m i brązowy medal w finale) na Sylwestra Lepiarza.

Asia

Zaczęła tracić wzrok w wieku siedmiu lat. Okulista zdiagnozował nieuleczalną wadę, tak rzadką, że nawet nie ma nazwy. Wspomina, że postawiła na półce figurkę ukochanego miśka i z dnia na dzień przestawała go widzieć…

Mimo że chodziła do klasy integracyjnej, okrutnie dokuczano jej w szkole, podstawiano nogi, szydzono. Któregoś dnia wróciła spłakana do domu i oświadczyła, że więcej tam nie pójdzie. Rodzice wysłali 13-latkę do internatu szkoły dla niewidomych w Krakowie. Tam nauczyła się samodzielności, a zainspirowana sukcesami niewidomych sportowców, zaczęła biegać.

Już ze znalezieniem trenera był dramat. – Przez rok nikt mi nawet nie odpisał. Za milionowym podejściem dodzwoniłam się do Lecha Salamonowicza, byłego trenera kadry. To człowiek o wielkim doświadczeniu i wielkim sercu. Jako pierwszy powiedział mi: „spróbujmy”. Przez rok trenowałam bez przewodnika. Często myliłam tory, wpadałam na kogoś. Po kolejnej katastrofie zrozumiałam, że trzeba pogodzić się z utratą wzroku – mówi.

Przewodnicy, których wypróbowywała nie podołali treningom. Męczyli się, zostawali w tyle. Aż spotkała Michała Stawickiego. Był świetnym lekkoatletą, triatlonistę i tak bardzo zdeterminowany, żeby wspólnie z Asią trenować dwa razy dziennie, że poświęcił pracę szkole. Po kilku miesiącach treningów wywalczyli złoto na mistrzostwach Europy w Grosseto na 200 m i srebro na 100 m. Gdy na igrzyskach paraolimpijskich w Rio nie weszli do finału, porzucili sprinty na rzecz średnich dystansów. Na MŚ w Londynie w czwartym wspólnym starcie na 1500 m pobili własny rekord o… 15 sekund!

Joanna Mazur i Michał Stawicki

Olek

Kossakowskiego z Lepiarzem łączy burzliwa historia. Panowie rozstali się po igrzyskach w Rio, gdzie nie udało im się wejść do finału. Sylwek, oszołomiony atmosferą na Stadionie Olimpijskim mocno przeszarżował, poprowadził bieg w tempie jak na rekord świata. W efekcie Olek na 400 m przed metą nie był w stanie biec i niemal domaszerował do końca. To ósme miejsce i tak dałoby im prawo startu w finale, gdyby nie to, że zagotowany Sylwek pierwszy przekroczył metę. A przepisy mówią, że zawsze musi to zrobić zawodnik. Zostali zdyskwalifikowani.

– Oszołomiły mnie emocje, presja i niesamowita publika na stadionie. Czułem się jak w statku kosmicznym – tłumaczy Sylwek. – Dziś już nie ma tematu. Tzn jest tylko jako nauczka dla nas. Ale już nie mamy do siebie pretensji – dodaje Olek. A jednak przez kilka miesięcy sprawdzał innych przewodników. Ale drugiego takiego nie znalazł.

Ich relacje świetnie opisują okoliczności zdobycia brązowego medalu na ME w Grosseto. 120 metrów po starcie rywal z Portugalii niechcący nadepnął Olkowi na piętę i ściągnął buta. Już po pierwszym okrążeniu po rozgrzanym tartanie pod skarpetą na podeszwie stopy zrobił mu się pęcherz. Po drugim pękł, skóra zeszła, a podeszwa zmieniła się w krwawą ranę.

– Z początku działała adrenalina, ale jak około 600 m zeszła, ból zrobił się jak cholera. Mówię do Sylwka, że chyba zejdę. Ale on, żebym się nie wygłupiał, bo to mistrzostwa Europy – wspomina Kossakowski.

– Nie wiedziałem co się dzieje. Dopiero jak zobaczyłem krwawe ślady na tartanie, mysle, kurde, co to jest? Po chwili skojarzyłem, że to Olek. Spojrzałem w dół, nie ma buta, zamiast tego czerwona, porwana skarpeta. No, ale już był prawie finisz. Dobiegliśmy. I zdobyliśmy brąz! – mówi Lepiarz.

– Ja na szczęście tych krwawych śladów nie widziałem, bo kto wie jakby to na mnie podziałało. Nie wiem jak dobiegłem, chyba tylko siłą charakteru. Ci, którzy zobaczyli ranę, trenera, kolegów z kadry, złapały mdłości. Jedna wielka rana, do tego czarna z brudu. Lekarze złapali się za głowy, natychmiast do szpitala, kuracja antybiotykowa i opatrunek. – Oj już nie wyolbrzymiaj, przebiegłeś na bosaka raptem 1350 metrów – śmieje się Sylwek.

Dlaczego został przewodnikiem? Przecież nie dla kasy, bo jej tu nie ma. Trenował siedem lat lekkoatletykę, mógłby więcej zarobić w ulicznych startach. Ale chciał spróbować czegoś nowego. – Chciałem się po prostu… poczuć kimś ważniejszym. I czuję się taki – mówi.

Sylwester Lepiarz i Aleksander Kossakowski

Zostaw odpowiedź