Lucyna Kornobys: Dopóki walczę, jestem zwycięzcą

Nie wiem co to dzień bez bólu i bez marzenia, żeby ten koszmar się skończył. Ale moja historia dowodzi, że nawet ktoś tak potraktowany przez los może się czuć wartościowym i potrzebnym człowiekiem Lucyna KornobysWiecie jak ryje psychikę świadomość, że gdybyście czegoś nie zrobili albo zrobili parę minut wcześniej, całe wasze życie potoczyłoby się inaczej? Mieliście tak czasem? Nazywam się Lucyna Kornobys i od 15 lat jestem przykuta do wózka. Przez porażenie czterokończynowe, które wywołała choroba neurologiczna. Najgorsze, że nikt nie wie jaka. Nie marzę, że kiedyś znajdzie się dla mnie lek i stanę na nogach. Marzę, żeby znalazł się lekarz, który wreszcie postawi trafną diagnozę.

Marzę też o jednym dniu bez bólu, choć po prawdzie to już się do niego przyzwyczaiłam. Ważna rzecz: wcale nie czuję się niepełnosprawna. Wpieniają mnie słowa „inwalida” czy „kaleka”. Pobrzmiewa w nich wyrok, że to ktoś, kto się do niczego nie nadaje. Kto już nic w życiu nie osiągnie. Ja coś osiągnęłam i mam jeszcze dużo do osiągnięcia!

Owszem, był czas, że nie chciało mi się wstać z łóżka, przygotować posiłku, żyć… Ale wzięłam się w garść. A kiedy odkryłam sport, wróciła motywacja. Mam srebrny medal igrzysk paraolimpijskich z Rio. Właśnie zdobyłam w Londynie wicemistrzostwo świata. Na co dzień staram się pomagać niepełnosprawnym w Jeleniej Górze wyjść do świata. Tym, którzy są w takim stanie, w jakim ja kiedyś byłam. Uświadamiam, że nie wolno im dać się zamknąć w czterech ścianach, bo rodzina ich się wstydzi, bo tak wygodniej, bo są człowiekiem gorszej kategorii. Nie są! Staram się pomóc im uniknąć mojego przeklętego losu…

 Ostatni zjazd

Wszystko zaczęło się od feralnego ostatniego zjazdu na nartach. Kochałam narty, w dzieciństwie byłby dla mnie jedną z nielicznych radości. Najpierw bieganie, potem szusowanie z górek…

Mieszkaliśmy w Lubawce. Mamy nie pamiętam, tyle co ze zdjęć. Zmarła na raka kiedy miałam półtora roczku. Ojciec… Był dla nas taki – dla brata i czterech sióstr – że sami zgłosiliśmy się do Domu Dziecka. Byle nas jak najdalej od niego zabrali. Dużo pił i był dla nas okrutny. Nawet nie to że bił, choć potrafił przyłożyć, że mało nie połamał rąk i nóg. Dbał tylko o siebie. On jadł, dla nas nie starczało. Czasem w domu nie było nic do jedzenia przez trzy, cztery dni. W wieku sześciu lat musiałyśmy z siostrą chodzić do ludzi na wykopki, żeby w zamian dostać jakiś posiłek. Albo po prośbie. Albo na szaber po ogródkach.

Dzieciństwo było traumą, której nikomu nie życzę i nie chcę o niej za dużo mówić. Moje środowisko o niej nie wie, nie mówiłam nawet trenerowi. To starte dzieje, po części wyparliśmy je z rodzeństwem z pamięci, nigdy do nich nie wracamy. Mnie musiał w tym pomóc psychoterapeuta, z którym współpracuję od pięciu lat.

Właśnie z Domu Dziecka pojechaliśmy na Kapellę tuż za Jelenią Górą na nocną jazdę. Narty pozwalały mi zapomnieć, zatracić się w czymś przyjemnym. Jeszcze ten jeden zjazd i do busa. Ruszyłam. Na szczycie stanął jakiś facet, rozłożył ręce i wydarł się na cały stok: „Zjeżdżam! Z drogi! Nie umiem jeździć!” Pomknął w dół na krechę jak wariat. I wjechał prosto we mnie. Przekoziołkowaliśmy.

Nie wiele pamiętam. Znieśli mnie ze stoku do busa. Rozwalił mi kolano, poszła łąkotka, więzadła, cała reszta. Nigdy nie przeprosił. Noga w gips na sześć tygodni, wydawało się, że normalka.

Coś się jednak paprało i po dwóch miesiącach lekarze zdecydowali się na artroskopię. I – to tylko moje podejrzenia, bo nie mam żadnych dowodów – podczas usypiania anestezjolog dał mi za dużą dawkę tego czy tamtego. W każdym razie zrobił się spory problem, żeby mnie wybudzić.

 Mniej niż zero

Wiadomo, dzieciaka z Domu Dziecka traktuje się inaczej niż takiego, o którego bez przerwy dopytują rodzice, zanoszą prezenty, wożą na konsultacje. O mnie nie pytał pies z kulawą nogą. Dla Domu Dziecka fakt, że zapakowano mnie na pół roku do szpitala, to był problem z głowy. Też zero zainteresowania.

Po powrocie to samo, choć mój stan pogarszał się z tygodnia na tydzień. Nogi zaczęły coraz gorzej funkcjonować, najpierw jedna potem druga. Nie mogłam ich ani wyprostować ani zgiąć. Lekarze wpakowali je w aparat Ilizarowa, obręcze ze śrubami wkręconymi w kości, ale ścięgna podkolanowe okazały się tak silne, że powyginały śruby. Podcinali więzadła, pakowali nogi w gips, ale nic nie pomagało.

Z czasem straciłem czucie w obu nogach, doszła za to potworna spastyka, czyli skurcze mięśni. Skąd, dlaczego? Przecież nie miałam uszkodzonego kręgosłupa? Lekarze nie wiedzieli. Dostałam rentę 700 zł i do widzenia.

Rodzeństwo zrzuciło się na prywatną wizytę w Poznaniu. Tam usłyszałam, że pewnie popełniono błąd przy znieczulaniu. Ale nikt się do tego nie przyzna, więc nie mam co liczyć na odszkodowanie od szpitala. Dokumentacja medyczna? Nie miałam wtedy głowy, żeby poprosić. Zresztą kto by wydał 15-letniej gówniarze z Domu Dziecka?

Nie mam z niego miłych wspomnień. Na każdym kroku dawano nam odczuć, że do niczego się nie nadajemy, że nic w życiu nie osiągniemy. A przecież moja siostra, starsza o pięć minut bliźniaczka, co rok kończyła szkołę z czerwonym paskiem. Moja średnia też nie była najgorsza – 4,2, ale obniżono mi sprawowanie, bo byłam łobuziarą.

Po gehennie z wypadkiem i powolnej utracie władzy w nogach poczucie mojej wartości nawet nie wynosiło zero. Było grubo poniżej zera. Kompletnie straciłam wiarę w siebie. Jak wychowawczyni pytała uczniów, kto idzie na jakie studia, deklarowałam, że nie będę podchodzić do matury. Bo po co? Co mnie w życiu dobrego czeka? Na szczęście rodzeństwo mnie przymusiło.

Tortury

Na początku starałam się chodzić o kulach. Ale szło mi coraz gorzej, ręce nie wytrzymywały ciężaru. Przejście paru głupich metrów zajmowało pół godziny. Kiedyś nogi ugięły się pode mną na przejeździe kolejowym. Usiadłam na szynach i nie mogłam wstać. Pomyślałem, a niech się dzieje co chce, może tak będzie lepiej. Ale znalazł się jakiś kierowca, wybiegł z samochodu, pomógł mi wstać i nawet odwiózł do domu, choć to było tylko… 200 m.

W końcu rehabilitant powiedział, żebym szykowała sobie wózek, bo mój kręgosłup tego nie wytrzyma. Odparłam buńczucznie, że wolę się już czołgać. Na długi czas zaległam w łóżku. Ale w końcu trzeba było stawić czoła życiu.

Pierwszy rok był torturą. Nie załapałam się na szkolenie jak jeździć na wózku, bo zarezerwowane było tylko dla osób z uszkodzeniem kręgosłupa. A mnie nie wiadomo było co dolega. Problemem było poruszanie się po mieszkaniu, nie wspominając o wyjściu z mieszkania w domu bez windy.

Pamiętam pierwszą wyprawę po zakupy. Nie umiałam podjechać na głupi krawężnik. Tkwiłam przed nim załamana, aż w końcu siadłam na ulicy na tyłku, wepchnęłam wózek na chodnik i wdrapałam się na niego. Zlana potem jak po przebiegnięciu maratonu.

Wtedy rzadko spotykałam się z przejawami życzliwości. Kilka razy pisałam skargi do MZK, bo kierowcom autobusu niskopodłogowego nie chciało się wyjść i opuścić platformy, żebym mogła wjechać do środka. Zamykali drzwi i odjeżdżali, a ja zostawałam na przystanku jak ten frajer. Nikt z pasażerów się nie upomniał. Przepadło mi kilka zabiegów rehabilitacji jakie zafundował mi NFZ.

Innym razem stałam przed sklepem, do którego nie mogłam wjechać przez dwa schodki. Z odliczonymi pieniędzmi prosiłam ludzi, żeby kupili mi czyste płytki CD. Patrzyli na mnie z odrazą jak na wariatkę albo narkomankę. Przez pół godziny nikt nie chciał pomóc. Popłakałam się z bezradności.

Ale zawzięłam się. Skończyłam administrację na Uniwersytecie Wrocławskim. Dostałam pracę w Zespole Obsługi Oświaty w Jeleniej Górze. Tylko wciąż to nie było życie, ale ciągła walka. Do czasu aż w moim życiu pojawił się sport. Aż ktoś mnie nim zaraził. To było jak objawienie.

Srebrne kule

Tym kimś okazał się w 2008 roku Wiktor Żuryński z Jeleniogórskiego Klubu Sportowo-Rehabilitacyjnego. Spotkałam go na mszy dla niepełnosprawnych. Namówił namówił mnie na pokazowy mecz siatkówki na siedząco.

Ze sportem miałam jedno z nielicznych miłych wspomnień z dzieciństwa. Jako 7-latka zajęłam w Lubawce czwarte miejsce w biegu narciarskim na kilometr. Do dziś pamiętam dumę i to, że dostałam w nagrodę taki paskudny jaskrawo-żółty kombinezon. Co prawda po przyjściu do domu ojciec spuścił mi straszne manto, bo chyba byłam za wesoła. Ale nawet razy jakoś mniej bolały. Miałam satysfakcję, że coś mi się udało.

Poszłam. Ciągnęło mnie do ludzi. Zwłaszcza takich, których nie będzie razić moja niepełnosprawność. Popatrzyłam i spodobało mi się. Po roku trener Żuryński stwierdził, że mam na tyle mocne ręce, iż powinnam spróbować także lekkiej atletyki. Zabrałam się za pchnięcie kulą, rzut dyskiem i oszczepem. Okazało się, że mam do tego dryg. Już z pierwszych mistrzostw Polski w Kozienicach przywiozłam trzy medale, po jednym w każdej dyscyplinie.

Pierwszą własną kule kupił mi mój rehabilitant. Trenowałam w domu. Pchałam w ścianę, ale huk był taki, że sąsiedzi wzywali straż miejską. Brat przybił mi więc do ściany gruby materac.

Po roku rzuciłam siatkówkę. Bardzo męczyła ramiona, barki i plecy, bo trzeba się odpychać rękami od parkietu. Uznałam, że lepiej skupić się na jednej dyscyplinie. Poza tym w lekkiej atletyce zależę tylko od własnej formy i nastroju. A w drużynie – wiadomo.

Cieszę się z tego wyboru. Szybko trafiłam do kadry Polski. Zaczęły się wyjazdy po świecie. Jak inaczej byłabym w stanie polecieć np. do Nowej Zelandii? A w 2011 poleciałam i zdobyłam tam swój pierwszy medal MŚ – srebro w rzucie oszczepem. Zawsze jestem druga. Od MŚ w Doha w Katarze w 2015 bez przerwy srebro w kuli. Na igrzyskach paraolimpijskich w Rio, a teraz na MŚ w Londynie do złota zabrakło mi jednego centymetra.

Lucyna Kornobys

Tatuaże

Pomyślałam, skoro potrafię walczyć o siebie na bieżni lekkoatletycznej, to powalczę żeby ludzie bardziej dostrzegali niepełnosprawnych i nas rozumieli. Od siedmiu lat jeżdżę po szkołach na Dolnym Śląsku z prelekcjami. Stworzyłam własną prezentację multimedialną, że dzieci łatwiej pojęły co niepełnosprawność czyni z człowiekiem. Mogą przejechać się na wózku albo przejść z zasłoniętymi oczami jak niewidomi. Prowadzę warsztaty z „savoir-vivre wobec osób z niepełnosprawnościami”, żeby odnoszono się do nas z godnością.

No i wciągam ludzi w sport. Organizuję turnieje, urządzam festyny sprawności, mityngi. Sprowadzam rowery integracyjne, organizuję pokazowe mecze koszykówki czy ścigania na wózkach. Ostatnio siatkówki siedzącej dla dzieci z zespołem Downa. W pewnym momencie jak taki Michałek zdobył punkt z serwisu, to do końca meczu biegał wokół boiska, tak się cieszył. Dla mnie jego radość to największa nagroda za to co robię. To są dla mnie najszczęśliwsze chwile.

Sama kupuję medale, bo dzieciaczek musi dostać choćby najmniejszą nagrodę, żeby mieć motywację. Planów mam wiele. Np na jesieni organizujemy z koleżanką rejs Darem Pomorza dla 20 niepełnosprawnych. To będzie przygoda! Udowodnią sobie samym, że mogą osiągnąć co chcą, a pełnosprawnym, że niczym się od nich nie różnią.

Kiedy jest mi źle i popadam w zwątpienie, co czasem się przecież zdarza, spoglądam na jeden z czterech tatuaży. Zrobiłam logo olimpijskie i paraolimpijskie na obu łydkach, żeby pamiętać kim jestem i jak daleko zaszłam. Na nodze mam sentencję po angielsku: „Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, kiedy nasze skrzydła zapominają jak latać”. Bo z czasem dorobiłam się prawdziwych wspaniałych przyjaciół. Np Zbigniewa Ładzińskiego. To biznesmen z Jeleniej Góry, na którego zawsze mogę liczyć, ufundował mi m.in. siedzisko do rzutów. Ale najwięksi to moje rodzeństwo, brat Tomek i siostry Iza, moja bliźniaczka, Sylwia, Agnieszka i Basia.

A na przedramieniu: „Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą”. Całe moje życie to jedna wieczna walka. Ale mimo wszystko czuję się w niej wygrana. Cholernie wygrana.

Tatuaże Lucyny Kornobys

Był to artykuł napisany dla „Przegląd Sportowy. Reportaż”

1 Comment

  1. ~Anka

    30 lipca 2017 at 23:08

    Powodzenia Pani Lucyno! 🙂

Zostaw odpowiedź