Przygoda życia: jak biegłem z ogniem olimpijskim do Pyongchang

Autokar konwojowany przez policyjne radiowozy i motocykle przemierza zamknięte ulice Seongnam. Wzdłuż krawężników tłumy wiwatujących Koreańczyków, od przedszkolnych pucatych dzieciaczków, po pomarszczone wiekowe staruszki. „Poland fightin!” „Polskaaa!” – krzyczą, instruowani przez DJ’a z wozu-platformy, który nas poprzedza. Siedzimy ubrani w czapki, rękawiczki, kurtki i spodnie z logo olimpijskim (tylko buty mamy własne). Każde z nas trzyma na kolanach metalową pochodnię, którą będziemy od siebie odpalać, czyli robić „pocałunek” (kiss of torch) jak mówią miejscowi. W głowach mamy szczegółową specyfikację: wagę, długość, odporność na wiatr i mróz. Jesteśmy po dwóch szkoleniach jak się obchodzić z pochodnią i jak zachować się na trasie.

Wolno nam, a wręcz powinniśmy machać, posyłać uśmiechy i całusy kibicom lub pozować im do zdjęcia a nawet robić selfie. Nie wolno za to pod żadnym pozorem wypuścić pochodni z ręki. Nawet jeśli ktoś bardzo poprosi, że tylko na chwilkę. Podczas sztafety przed igrzyskami w Londynie w 2012 delikwent pomknął z pochodnią w siną dal i policja musiała go gonić. Inny zaś bezczelnie ją zgasił. „Pamiętajcie, nie wolno wam dotknąć ognia, bo jest gorący i stopi wam rękawiczkę” – daje dobre rady Jeon-Ji.

Osoba wyprowadzana z autokaru na trasę ma wrażenie, że trafiła w sam środek szalonego teledysku „Gangnam Style” PSY, który parę lat temu podbił cały świat. Jeden wielki roller-coaster. Zewsząd gigantyczny entuzjazm, energia i tempo. Wszystko musi się odbyć punktualnie co do sekundy, bo sztafetę transmituje telewizja, którą zresztą oglądamy na wielkim ekranie w busie! Dopada nas szóstka osób, dziewczyny i chłopaki, których zadaniem jest pozytywnie nas nakręcić. Skandujemy wspólnie hasła, kładziemy ręka na rękę i wyskakujemy w górę jak koszykarze przed meczem, pędzimy wzdłuż wozów-platform sponsorskich, przybijając piątki lasowi rąk. Ktoś robi z nami wywiad, ktoś pozuje do zdjęcia, ktoś majstruje przy pochodni, żeby płonęła we właściwym momencie.

Ktoś spycha nas na środek ulicy i… już jesteśmy na trasie sztafety. Zamieszanie, klaksony, głośna muzyka. Kibice wiwatują, uderzają w bębny, krzyczą, wymachują rękami, każdy chce przyciągnąć naszą uwagę. Podbiega Sylwia Nabywaniec, od której mam odpalić znicz. Umówiliśmy się na wspólny układ, ale organizatorzy nas przestawiają. Stań, bokiem, nie, przodem, do kamery, do kamery! – przed biegnącym jedzie bus z mediami.

Ledwo zdążyłem dostać od Sylwii buziaka, który zostawia na bladej twarzy ślad czerwonej szminki. Nie pozwolono nam pomalować twarzy na biało-czerwono (na trasie mogą być tylko symbole olimpijskie), to taki znaleźliśmy fortel.

Zostaję sam. „Biegnij!” „Wolniej” „Idź!” „Pomachaj” „Zatańcz!” „Przedstaw się!” „Opowiedz o sobie!” – słyszę nawoływania wszystkich stron. Otaczają mnie ochroniarze w czarnych okularach, którzy jednocześnie dyktują tempo.

Choć przemaszerowałem z ogniem tylko 200 m, czuję się wycieńczony jak po maratonie. Przekazuję ogień koreańskiemu chłopcu, wykrzykując wspólnie „Pjongczang fightin!” i zgarnia mnie inny autokar, w którym siedzi moja polska ekipa. Wszyscy mamy poczucie nierealnego doznania, które trwało nie trzy minuty (tyle byliśmy na trasie), ale ze trzy sekundy.

– Cudowne doznanie! Inna stawka, ale emocje można porównać z tymi jakie towarzyszyły mi wchodzeniu do oktagonu w Madison Square Garden – mówi była mistrzyni świata MMA, Joanna Jędrzejczyk.

– Dziękuję Bogu, że mogłem się tu znaleźć i dane mi było przekazać igrzyskom olimpijskim choć odrobinę ducha Bieguna Południowego i Północnego – dodaje

Marek Kamiński, polarnik, podróżnik i filozof. – Entuzjazm i energia tych ludzi są niesamowite i zarażają. Wspaniale poczuć się częścią tej wielkiej idei, która narodziła się w antycznej Grecji. Wtedy na czas igrzysk zawsze zapanowywał na świecie pokój, oby stało się tak i teraz – dodał.

Rób to, co niemożliwe

Znicz olimpijski płonie na igrzyskach od 1928. Na pomysł, by ogień płonący w świątyni Zeusa w starożytnej Olimpii na cześć bogów olimpijskich, przenosić sztafetą do miasta organizującego igrzyska wpadli Niemcy w 1936 roku. Pasował nazistom do propagandy aryjskiego nadczłowieka. Ale na szczęście idea przetrwała II Wojnę Światową i jest kontynuowana.

Od 1998 roku patronuje jej Samsung. Obecną sztafetę, która potrwa 101 dni, a 7,5 tysiąca uczestników przemierzy ponad 2000 km i odbywa się pod hasłem „Rób to, co niemożliwe”, rozpoczął w Olimpii były zawodnik Manchesteru United Park Ji-Sung. W Polsce Samsung zaprosił do udziału osoby, które „robią rzeczy wielkie i nieustannie udowadniają wszystkim wokół, że niemożliwe nie istnieje”. I tak obok wspomnianych Jędrzejczyk i Kamińskiego przyjechała m.in. Janina Ochojska, założycielka Polskiej Akcji Humanitarnej, obchodzącej 25-lecie istnienia, aktorka Ewa Błaszczyk, założycielka fundacji „Akogo?” i Kliniki Neurorehabilitacyjnej „Budzik”, aktor Artur Żmijewski, ambasador dobrej woli UNICEF.

A także fotograf Lidia Popiel, Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, Monika Sajkowska, pisarka Małgorzata Szumska, Agnieszka Osytek, ambasadorka osób głuchoniemych, Dagmara Skalska, pisarka i blogerka, której „Projekt Egoistka” jest inspiracją dla wielu kobiet czy Natalia Kulesza, GOPR-wiec i ratownik medyczny. Umiejętności tej ostatniej bardzo się przydały podczas podróży, ponieważ podczas lotu do Seulu dwukrotnie reanimowała Koreankę, która zasłabła.

Jedni nieśli pochodnie ze śmiechem i krokiem tanecznym, inni dostojnie, w zadumie nad doniosłością gestu, lub po prostu tak zakręceni, że nie zdołali skupić myśli. Jeszcze inni wykrzykiwali przesłanie, jak Osytek, która prosiła o szacunek i akceptację dla osób głuchoniemych. – Ja nie miałam czasu na myślenie, ale w sercu czułam przekaz, z którym biegłam: chciałam pokłonić się tym, którzy codziennie rano wstają i robią to, co niemożliwe. Zmagają się ze swoimi trudnościami, czują szczęście niezależnie od warunków, są prawdziwi fighterami – mówiła Skalska, która po stracie męża, udowodniła, że żałoba może mieć pozytywny wymiar.

Niemożliwego w Korei dokonał Artur Żmijewski. Choć organizatorzy podkreślają, że zaproszenie do biegu z ogniem olimpijskim można dostać tylko raz na całe życie, wielbiony za serialową rolę Ojca Mateusza aktor dokonał tego po raz drugi. Wcześniej w 2004 roku wziął udział w sztafecie obiegającej z ogniem Grecję.

Zostaw odpowiedź