Obrigado, Ronaldinho!

Wiem, że skończył z poważnym graniem już dobrych kilka lat temu. Właściwie wówczas gdy odszedł z Barcelony Pepa Guardioli, która za chwilę – i poniekąd dzięki temu – miała się stać „najlepszą drużyną świata”. Że od trzech lat praktycznie już tylko pykał (bo trudno to nazwać inaczej) w meczach charytatywnych i pokazowych. Spotkania o stawkę przestały go kręcić. Oficjalne zakończenie kariery, które właśnie ogłosił można by więc pominąć wzruszeniem ramion i zdawkowym pytaniem „co, dopiero teraz?”

Można, gdyby chodziło o kogoś innego. Ale Ronaldinho był nie tylko zawodnikiem wybitnym. Był personifikacją brazylijskiego piłkarza-czarodzieja. Słynny Tostao, napastnik mistrzów świata z 1970 roku powiedział o nim, że „potrafił dryblować jak Rivelinho, miał przegląd pola Gersona, szybkość Jarzinho, siłę Ronaldo, umiejętności techniczne Zico i kreatywność Romario”.

Był ucieleśnieniem joga bonito, czyli radości z gry. Magikiem serwującym na boisku trick za trickiem, i wtedy kiedy to potrzebne i kiedy nie. To zakładającym rywalowi kanał, to posyłającego koledze tzw. no-look-passa czy spojrzenie w jedną, piłka w drugą stronę. Bajecznym technikiem, któremu futbolówka nie chciała się odkleić od nogi.

„Każdy, kto grał przeciwko niemu, gdy Brazylijczyk był u szczytu kariery, przyzna, że był bestialsko silny. Kiedy próbowałeś odebrać mu piłkę, pierwszą rzeczą, jaka się działa, zanim jeszcze zdążył zrobić trick albo uciec sprintem, było to, że odbijałeś się od niego jak od ściany. Potrafił zdominować cały mecz, tak jak to się stało w wygranym przez Barcelonę 3:0 El Clásico na Santiago Bernabéu w listopadzie 2005 roku, zapamiętanym jako Mecz Ronaldinho – pisał Graham Hunter w „Barca. Za kulisami najlepszej drużyny świata”.

***

Możemy dziś gdybać ile jeszcze osiągnąłby, gdyby skupił się wyłącznie na futbolu. Gdyby wszystko podporządkował boiskowym sukcesom. Może miałby dziś tyle samo Złotych Piłek ile Cristiano Ronaldo? A na koncie jeszcze jedno mistrzostwo świata z Brazylią? Na pewno te trofea, które wywalczyła Barca Pepa po jego odejściu.

Niestety futbol był dla niego jedynie drogą do celu, a nie celem samym w sobie. Wspomniany Tostao dodał, że stosunek piłki miał identyczny jak Garrincha. Tańczył sambę zarówno na boisku jak i w życiu. Gole i zwody były dla niego równie istotne jak zabawa z modelkami do białego rana, w strugach caipirinhi.

To zamiłowanie do imprez, lekki stosunek do obowiązków piłkarza i pędzenie żywota celebryty sprawiły, że po latach glorii na Camp Nou znacznie obniżył loty i stracił status najlepszego piłkarza świata.

Jak pisał Hunter, coraz bardziej oddalał się od boiska, przekonany – jak tylu młodych, uzdolnionych i bardzo bogatych sportowców przed nim – że jest tak bardzo utalentowany i ma tyle magicznego pyłu, czyniącego go supergwiazdą, iż mogą naginać reguły. Mylił się jak wszyscy poprzednicy…

Spóźniał się na treningi, przychodził na nie niewyspany. Albo wcale, bo akurat – na co miał przyzwolenie władz klubu – kręcił reklamówkę dla sponsora w USA. Przybierał na wadze – media obiegały zdjęcia z oponą na brzuchu. Zresztą nie tylko w efekcie złego prowadzenia się, ale i z powodów genetycznych, tak samo jak jego matka, brat i siostry. Z najlepszego piłkarza świata zmienił się w ślamazarę. Na szatnię zaś fatalnie działało, że kilku zawodników (bo także i Portugalczyk Deco) może liczyć na specjalne traktowanie.

Toteż kiedy władze Barcy zdały sobie w końcu sprawę z potencjału Leo Messiego, tzw. „gabinet wojenny” (prezydent Joan Laporta, wiceprezydent Ferran Soriano, dyrektorzy Marc Ingla, Raúl Sanllehi i Txiki Begiristain) doszedł do wniosku, że dla dobra rozwoju młodego Argentyńczyka trzeba pozbyć się klubu hamulcowych, którzy mogą sprowadzić go na złą drogę. Pep Guardiola, któremu przypisuje się wyrzucenie z klubu Ronaldinho i Deco dla dobra Messiego, tylko wykonał egzekucję wyroku, który zapadł jeszcze przed jego przybyciem.

Co nie oznacza, że Ronaldinho miał wyłącznie zły wpływ na młodego kolegę. Wręcz przeciwnie. Sam Leo podkreśla w autobiografii jak wiele zawdzięcza Brazylijczykowi, który w pewnym momencie stał się dla niego najważniejszą postacią w klubie. To jak wprowadzał przyszłą supergwiazdę do drużyny pokazuje, że był nie tylko bon vivantem. Zatroszczył się o żółtodzioba i zaraził swoim podejściem.

„Byłem bardzo młody, gdy zacząłem wchodzić do szatni Barçy, ale Ronnie dał przykład, podszedł do mnie jako pierwszy i zadbał o mnie. Nie było mowy o żadnej zazdrości. Tak naprawdę istniało coś zupełnie odwrotnego. Ronaldinho przetarł szlaki i wszyscy pozostali, bez żadnych wyjątków, okazywali mi wsparcie i pozwolili dobrze się poczuć. Mogłem trafić na inny rodzaj piłkarza, więc czuję się naprawdę szczęśliwy” – opowiadał Messi.

I jeszcze: „Jako starszy kolega Ronaldinho opiekował się mną i bronił mnie. Podczas posiłków mamy tak zwany stół brazylijski i często każą mi tam siadać, ale zawsze powtarzają, że jestem jedynym Argentyńczykiem, którego kiedykolwiek tam wpuszczają! Próbuję naśladować drobne rzeczy, które robi Ronaldinho, ale przede wszystkim staram się grać dla samej zabawy. Zobacz, że on zawsze gra z uśmiechem – i ja też tak właśnie się czuję”.

***

Myślę, że nie należy żałować samego Ronaldinho, że nie osiągnął więcej. Prowadził takie życie jakie chciał – jak sam mawiał – jedną nieprzerwaną fiestę, o jakiej marzył od dziecka. Kibice na całym świecie wklejając w tym tygodniu w mediach społecznościowych filmiki z ulubionymi golami i trickami Brazylijczyka, opisując momenty magii, które zapamiętali najbardziej nie tyle żegnają go, bo z żalem pożegnali go już dawno temu, ile dziękują mu za to wszystko. Ja też dziękuję, że mogłem go oglądać na żywo, choćby w wygranym finale Ligi Mistrzów w Paryżu i wielokrotnie reprezentacji. I za bycie – do pewnego momentu – mentorem Messiego. Obrigado, Ronaldinho!

 

 

Zostaw odpowiedź