Czy himalaiści powinni mieć dzieci?

Na temat heroicznej akcji polskich himalaistów na Nanga Parbat, którzy pośpieszyli na ratunek swoim kolegom, nie bacząc na skrajne ryzyko, brak aklimatyzacji etc. napisano już wszystko. Chwała im za to, przeszli do historii himalaizmu. Zdziwię się, jeśli w Hollywood albo na Netfliksie nie powstanie kapitalny film o tej historii. Szkoda tylko, że bez pełnego happy endu…

Jako „człowiek z nizin”, który nigdy nie był w wysokich górach i wcale go tam nie ciągnie, śledząc z zaparciem tę „misję niemożliwą” jak przy każdej podobnej tragedii zadawałem sobie pytanie, co tych wszystkich ludzi tam gna? I choć chłonąłem kolejne niezliczone wywiady z wszystkimi najważniejszymi „ludźmi gór”, znów nie znalazłem odpowiedzi. Piotr Pustelnik powiada, że „ludzie dzielą się na dwa gatunki: tych, którym nie trzeba tłumaczyć, dlaczego chodzi się w góry i tych, którym się tego nie wytłumaczy”. Najwyraźniej należę do tej drugiej grupy…

To że nie rozumiem, a nawet wręcz boję się gór, nie znaczy, że nie doceniam osób owładniętych tą pasją. Że nie przejmuję się ich losem. Że nie zazdroszczę tej ciężkiej do wyobrażenia euforii po zdobyciu szczytu, swoistego objawienia, poczucia wyniesienia do grona wybrańców.

***

Obecną tragedię przeżywałem jednak inaczej. Ponieważ bardzo szybko pojawiła się informacja o trójce małych dzieci, czekających w domu na Tomasza Mackiewicza. Zmroziła mnie opowieść jego szwagierki, że synek himalaisty miał wcześniej złe przeczucia i bardzo prosił tatę, żeby nie jechał. A potem wiadomość, że dzieci już wiedzą, że tata został na górze…

Nie mogłem się uwolnić od myśli o dzieciach tragicznie zmarłych himalaistów, dorastających bez ojca lub matki, gdy ich najbardziej potrzebują. Za to w wiecznym cieniu ich bohaterskiej legendy.

W komentarzach pod wywiadem z nią na Onecie znalazłem skargę „Córki himalaisty” na ojca, dla którego liczyła się tylko jego pasja. „Od zawsze pamiętam jego wyjazdy, zgrupowania, treningi i to, że nigdy go nie było (…) Zdobył trzy ośmiotysięczniki, ale za jego pasję zapłaciła cała rodzina. Pamiętam nieprzespane noce, ciągły lęk o ojca, płacz mamy gdy z bazy dochodziły nas dramatyczne wieści. Pamiętam, że wszyscy byli z niego dumni, ale ja tej dumy nie czułam… bo czułam tylko strach, że kolejna wyprawa będzie ostatnią – pisała. Wpis zakończyła apelem: „jeśli wybierasz takie życie – życie alpinisty, uzależnionego od adrenaliny, życie na krawędzi… nigdy nie zakładaj rodziny… tych dwóch pasji nie da się pogodzić!!!”

Wstrząsający był też wpis na Facebooku anonimowego syna tragicznie zmarłego himalaisty. Pełen wulgarnych obelg i pretensji do ojca. O to, że złamał obietnicę daną matce, że przestanie się wspinać po urodzeniu dzieci. Że uciekał w góry od siermiężnego PRL. „Zostawił nas z traumą, o której nawet głośno nie można powiedzieć – bo przecież był bohaterem! W imię czego bohaterem? W imię własnych ambicji, które były ważniejsze niż dzieci? (…) Chodziłem w szmatach do szkoły, żarłem mortadelę, na którą matka ledwo zarobiła, biegając od jednej roboty do drugiej, z drugiej o trzeciej. A on kartki sprzedawał by mieć na sprzęt (…)”

„Kocham góry ponad wszystko – ale kocham je mądrze i ta miłość to miłość przekazana dzięki matce. Wspinam się, ale nigdy nie narażę swojego życia w imię czczego bohaterstwa, w zapomnieniu dla rodziny i wartości, które powinny być nadrzędne dla każdego rozsądnego człowieka. Wychować dziecko – to jest bohaterstwo, odpowiedzialność to jest bohaterstwo – a nie wp… się na 7 tysięcy bez tlenu” zakończył.

***

Przed laty wrył mi się w pamięć wywiad z profesorem Jackiem Hołowką, filozofem i etykiem w „Gazecie Wyborczej”. Autor „Etyki w działaniu” powiedział, himalaiści chodzą w góry zahipnotyzowani mitem podboju kosmosu na Ziemi. A jak schodzą w dół, to nie podoba im się ten świat. „Wspinanie to jest nieprzemijająca ucieczka od świata, ich życie zastępcze. Nie dodatkowe i pozwalające odreagować, kompensować trudną codzienność, ale życie zamiast, zupełnie osobne. Powrót himalaisty do domu, do żony, rodziny jest wymuszonym zanurzeniem w fikcję i fałszywą codzienność. Prawdziwe życie ma tylko tam. W górach (…)”

Oczywiście profesor przesadza wsypując wszystkich himalaistów do jednego worka. Przecież nie każdy ucieka przed rodziną. Nie każdy wspina się nieodpowiedzialnie. Wielu zdobywa szczyty przy wielkim wsparciu, aprobacie i zachwycie najbliższych. Nawet jeśli czekają w nerwach na powrót z każdej wyprawy.

Mówił o tym syn najwybitniejszego polskiego himalaisty, Jerzego Kukuczki, Wojciech. Stwierdził, że nigdy nawet nie przyszło mu do głowy, by żywić do ojca żal. Wciąż podziwia go i szanuje za to, czego w nich dokonał. Za to, że realizował swoją pasję i był w tym bardzo dobry. Za jego ogromne osiągnięcia i to, że spełniał się, krocząc własną ścieżką.

Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy himalaiści powinni mieć dzieci. W 2015 Eliza Kubarska, alpinistka i reżyserka, zrobiła wspaniały film dokumentalny „K2. Dotknąć nieba”, który poruszył ten dylemat. Wyruszyła na słynną górę wraz z czwórką dorosłych już dzieci tych, którzy zginęli tam 20 lat wcześniej, w trakcie „czarnego lata” dla himalaizmu (od czerwca do sierpnia szczyt zdobyło 27 osób, ale aż 13 zginęło).

Łukasz Wolf stracił wtedy mamę, Dobrosławę Miodowicz-Wolf. W filmie mówi, że decyzja o ekstremalnej wspinaczce, gdy ma się w domu czteroletniego synka, była nieodpowiedzialna. Że postąpiła wobec niego nie fair. Jej wejście na K2 było i wyczynem i głupotą. Działaniem pozbawionym wyższego sensu, bo nie ryzykuje się przecież dla kogoś, z powodu wyższych celów.

Ale dodaje, że jednocześnie wspinanie to najlepsza rzecz, jaką może robić człowiek. Choć w górach stracił także ojca, sam także się wspina.

Na gofundme trwa zbiórka dla „dzieciaków Tomka” Mackiewicza. Do wczoraj uzbierano ponad 140 tysięcy euro…

Zostaw odpowiedź