Pjongczang 2018. Cud olimpijski Marka McMorrisa

Oto prawdziwie olimpijska historia o zawodniku, któremu sport o mało co nie odebrał, życia, ale on nie zrezygnował ze startów. I kiedy tylko wylizał się po koszmarnym wypadku, znów zaczął trenować i dążyć do tego, co dla sportowca najważniejsze – medalu na igrzyskach olimpijskich. I dopiął swego. 24-letni kanadyjski snowboardzista Mark McMorris, który zaledwie 11 miesięcy temu zjeżdżając na desce uderzył w drzewo, zdobył w Pjongczang brązowy medal w swój drugi w karierze. Dziś opowiada, że kiedy po wypadku leżał przytomny w śniegu, czekając na ratunek był przekonany, że nigdy już nie zjedzie na snowboardzie.

„Wymiotowałem, a moja szczęka wisiała. Myślałem, że umrę” – mówił w reportażu telewizji CBS. Złamana szczęka to jeszcze był najmniejszy problem. Mark złamał lewe ramię, miednicę, kilka żeber, pękła mu śledziona i zapadło się lewe płuco. Jego stan był krytyczny. Śmigłowcem trafił do szpitala w Vancouver prosto na odział intensywnej terapii. Potrzebne były trzy operacje. Ale zaskoczył lekarzy niesamowicie szybką rehabilitacja. Już po dwóch tygodniach był w stanie stanąć na nogach o własnych siłach, po trzech wypisał się do domu, a po kolejnym miesiącu… jeździł na deskorolce! Do treningów a stoku wrócił w sierpniu, czyli pół roku przed igrzyskami w Pjongczang. „Słowa nie oddadzą, jak jestem wdzięczny za drugą szansę w życiu. Snowboard daje mi więcej szczęścia niż cokolwiek innego na ziemi! Dziękuję wszystkim za dobre myśli i modlitwy” – napisał na Instagramie.

McMorris startuje w niezwykle efektownej, ale i najbardziej niebezpiecznej ze snowboardowych konkurencji – slopestyle. Polega to na tym, że zawodnicy zjeżdżają po stoku na specjalnie przygotowany tor ze skoczniami i przeszkodami, z których wybijają się wysoko w powietrze, dokonując ekwilibrystycznych ewolucji, rotacji etc. Te oceniają sędziowie, przyznając punkty m.in. za wysokość lotu i rodzaj trików. Nic w tym dziwnego, że w takiej zabawie łatwo o kontuzje. McMorris wie o tym najlepiej, bo… już swój pierwszy medal olimpijski – cztery lata temu w Soczi, gdzie debiutował slopestyle – odbierał na podium z połamanymi żebrami. Wówczas rozwalił się na stoku dwa tygodnie przed wylotem do Soczi i prowadził wyścig z czasem, żeby w ogóle stanąć na starcie. Z kolei w 2016 roku podczas zawodów w Los Angeles popełnił błąd podczas wykonywania potrójnego korkociągu, upadł i poważnie złamał kość udową. Ale i z tego wylizał się zaskakująco szybko. Już pięć miesięcy później znów śmigał po śniegu na desce.

„Muszę się uszczypnąć. Nie wierzę w to. To cud, że po tym wszystkim nie doznałem żadnych stałych obrażeń. Dopóki stoisz na desce i czerpiesz z tego radość, kolor medalu się nie liczy. Czuję się naprawdę wyjątkowo” – mówił w niedzielę po zdobyciu brązu w Pjongczang.

 

Zostaw odpowiedź