Pjongczang 2018. Drużyna marzeń, czyli chwała piątemu

Kamil Stoch, Dawid Kubacki, Maciej Kot, Stefan Hula i Piotr Żyła stworzyli nie tylko zdecydowanie najlepszą drużynę w dziejach polskich skoków. Stworzyli także jedną z najwspanialszych drużyn w historii polskiego sportu. Niczym pięciu muszkieterów, okazywali sobie nawzajem szczerą przyjaźń, szacunek, wsparcie czy empatię, gdy dla jednego z nich zabrakło miejsca w olimpijskich konkursach. Zdobywając tym serca kibiców i zasługując na wieczne uznanie.

Dali pokaz prawdziwej drużynowości i wierzę, że właśnie to w znaczniej przesądziło o historycznym medalu w Pjongczang. A na pewno pomogło przełknąć gorycz rozczarowania po konkursie na normalnej skoczni, kiedy to prowadzący po pierwszej serii Hula i Stoch zaprzepaścili szanse medalowe w drugiej, i podnieść się po nim.

Dowodów na to obejrzałem mnóstwo. Nie zapomnę sceny kiedy Stoch w sportowej złości cisnął w śnieg kask po ostatnim skoku w drużynówce, mając świadomość, że metr, dwa dalej i byłoby srebro zamiast brązu. „Niestety, poległem” rzucił wtedy do kolegów, ale zaraz znalazł się w ich ramionach, pocieszany i przekonywany, że liczy się medal. Że mają nagrodę za lata treningów, poświęceń i wyrzeczeń. Dzięki nim po małej chwili w końcu i on poczuł „ogromną radość i dumę” – o czym mówił w wywiadach.

Specjalnie wymieniłem w składzie drużyny Żyłę, choć przecież jako jedyny nie wraca z Pjongczang z medalem i olimpijską emeryturą. Swoją postawą fair play, kibicowaniem kolegom mimo „odrzucenia” ujął nie tylko mnie. Postawą niby oczywistą, ale czy tak częstą w sporcie? Żadnego focha na pominięcie i odebranie olimpijskiej szansy. Żadnego zaszycia się gdzieś w wiosce, przetrawiania porażki w samotności. To uczcił złoto Kamila „Mazurkiem Dąbrowskiego” na gitarze, to wystosował na Instagramie prośbę do prezydenta Andrzeja Dudy, żeby ten zaordynował stworzenie banknotu o nominale 300 złotych z podobizną Stocha.

Drużynę dopingował spod skoczni i po kolejnych udanych skokach wpadał w ramiona Adama Małysza. Jak na „sociaj ninję” polskiej ekipy przystało, wrzucał na Facebooka fotki ze świętowania medalu, na których zawodnicy wdrapali się na pomnik symbolu olimpijskiego, a każdy zawodnik zajął miejsce w jednym z pięciu kół. Wszystkich pięciu.

Jego postawę docenili koledzy. Stoch dziękował mu publicznie za pomoc,  wsparcie i „superzachowanie, godne sportowca”. Podobnie trener Stefan Horngacher, który już po powrocie na Okęciu chwalił Piotrka za to jak odnalazł się w „najtrudniejszej dla zawodnika sytuacji”. „Nie wystartował, ale potrafił być częścią tej drużyny”.

Wreszcie wychwalał go i nazywał „dobrym duchem drużyny, którego nie można nie lubić” także Maciej Kot, który wygrał z Żyłą bezpośrednią rywalizację o miejsce na skoczni, a w wiosce olimpijskiej mieszka z nim w jednym pokoju. I cieszył się, że to rozczarowanie ani na jotę nie naruszyło ich koleżeńskich relacji. „On miał z nas wszystkich najtrudniejsze zadanie. Choć musiało mu być bardzo ciężko, wspierał nas i to też jest jego medal” – podkreślił Kot.

Zawodnicy spędzają ze sobą tak dużo czasu, że ich życie stałoby się nie do zniesienia, gdyby się nie lubili. Albo rywalizowali nie fair i np. jeden podkładał drugiemu świnie – chował gogle, psuł wiązanie w nartach dziurawił kombinezon itp. Przesadzam? A pamiętacie oskarżenia polskiej biathlonistki w Soczi po niepowodzeniu, że któraś z dziewczyn przed startem przekręciła przyrządy w jej karabinie, co było powodem przegranej?

Zaprzyjaźnieni zawodnicy mogliby też próbować „oszukać przeznaczenie” w drugą stronę. Np. skoro jednego zabrakło w konkursie na normalnej skoczni, drugi mógłby specjalnie gorzej skakać na treningach na dużej, żeby w ten sposób pomóc koledze. Tyle, że byłoby to złamaniem zasad sportu. Nic takiego się nie wydarzyło i za to też chwała chłopakom. Chwała, ponieważ żyjemy w czasach oszustw – dopingowych, związanych z ustawianiem zawodów sportowych i innych.

To więc zupełnie nie przypadek, że z naszych drużyn to właśnie ta skoczków jako jedyna odniosła w Pjongczang sukces. Pozostałe utonęły we własnych oskarżeniach, żalach, skargach, większych i mniejszych skandalach, które albo już wypłynęły albo wypłyną dopiero po powrocie z Korei.

Najsmutniejszym przykładem efektu braku drużyny był występ sztafety łyżwiarek szybkich na dystansie, który przyniósł Polsce brąz na igrzyskach w Vancouver osiem lat temu i srebro cztery lata temu Soczi. Po zajęciu ostatniego miejsca w drużynowym ćwierćfinale Natalia Czerwonka w gorzkim wpisie na Facebooku stwierdziła, że dziewczyny nie przegrały tego startu na lodzie, ale znacznie wcześniej. „Myśmy go przegrały w szatni … myśmy go przegrały bo spędziłyśmy za mało czasu na budowaniu MOCNEGO ZESPOŁU. Na budowaniu zaufania, współpracy i pełnego oddania. Bo prawdziwą pracę zespołową widać nie na zawodach, a podczas treningów, podczas wspólnych posiłków, podczas zgrupowań”.

Natalia napisała też, że marzy jej się budowa takiej reprezentacji, w której dziewczyny skupią się przede wszystkim skupimy się na pomocy sobie nawzajem, a nie nad szukaniem przyczyn porażek i niepowodzeń.

„Marzy mi się sytuacja, w której będziemy równie dużo czasu spędzały na trenowaniu techniki, siły i wydolności co na trenowaniu współpracy i jedności zespołu”.

Zawodnicy Stefana Horngachera stworzyli właśnie taką drużynę marzeń. I dlatego byli w stanie spełnić swoje olimpijskie marzenia.

 

 

Zostaw odpowiedź