Szczyt rozczarowań, czyli o wyprawie Polaków na K2

Nie jestem ekspertem od himalaizmu. Owszem, śledzę doniesienia z wypraw, zdarzyło mi się przeczytać kilka świetnych książek o wspinaniu, obejrzeć kilka świetnych reportaży. Broń Boże nie uzurpuję sobie tytułu znawcy. Nigdy nie byłem w wysokich górach, nie wiem co dzieje się z człowiekiem w tak ekstremalnych sytuacjach jak te, które stały się udziałem ekipy szturmującej zimą K2. Nie siedziałem nigdy w namiocie, z innymi samcami alfa, owładniętymi tą samą obsesją wygrania z Górą, sfrustrowanych oddalającym się celem, mających dość wrednej pogody i siebie samych.

Uważam, że znam się za to trochę na mediach, zwłaszcza tych społecznościowych i na komunikacji. Od tej strony ze grozą patrzę na szkody jakie zimowa wyprawa na K2 wyrządziła postrzeganiu himalaizmu przez „zwykłych ludzi” czyli większość Polaków. To PR’owa katastrofa, za którą prawdopodobnie zapłacą wszyscy ci, którym zamarzą się przyszłe wyprawy. Runął wizerunek szlachetnej, bo niedostępnej dla zwykłych śmiertelników przygody. Ekstremalnego wyzwania rzuconemu naturze przez duże N. Przyćmiony został heroiczny wyczyn Adama Bieleckiego i Denisa Urubko na Nanga Parbat, którzy uratowali tam Elisabeth Revol.

Co gorsza całe zamieszanie pod K2 i doniesienia kto samotnie ruszył zdobywać szczyt, kto został w bazie i jak zareagował na to szef wyprawy, wydobyło to co najgorsze z komentujących w Polsce. Wielu znów dostało okazję do bezkarnego hejtu i skrzętnie z niej skorzystało. Komentarze na portalach, ba, nawet tytuły artykułów zalały obelgi wobec Urubki.

Dopiero co zwany wraz z Bieleckim „bohaterskim Polakiem” i „Urubkowskim”, zostaje zdegradowany do roli „Kacapa”, „bezczelnego Ruska”, który „pojechał sobie tam biwakować pod K2 na koszt polskiego podatnika”, „zatknie na szczycie radziecką flagę i tyle będzie z polskiej wyprawy” i „dostanie medal od Putina”. I tylko niewzruszone zagraniczne serwisy nadal informowały o nim per „polish alpinist” i „polish climber”. Jak świetnie to ujął w Tweecie Patryk Słowik z „Dziennika Gazeta Prawna”: „Fajnie, że Polak Urubko ruszył z akcją ratowniczą na Nanga Parbat. Szkoda, że ten rusek Urubko zostawił wszystkich i sam atakuje K2”.

Niestety stało się tak w wyniku sposobu relacjonowania wyprawy przez samych jej uczestników. Zbyt wielkiej otwartości i aktywności w mediach. W efekcie której konflikt niczym z tragedii antycznej, starcie wielkiego ego i wielkich ambicji, bez których żaden z tamtych facetów nie znalazłby się w tamtym miejscu, ważenie na szali wierności własnym przekonaniom i wierności drużynie, bunt wobec lidera, którego Urubko traktował wcześniej jak wzór,  guru i deklarował podporządkowanie – wszystko to zostało sprowadzone w mediach do popołudniowej telenoweli.

I faktu, że po nieudanej, samotnej próbie zdobycia szczytu przez Urubkę, podjętej bez zgody od kierownictwa wyprawy, owo kierownictwo odebrało mu dostęp do Internetu – co potwierdził na Facebooku kierownik wyprawy, Krzysztof Wielicki. Na relację z tego wątku ekspedycji zdecydował się nawet serwis party.pl.

Nie żebym miał coś szczególnie przeciwko akurat temu serwisowi. Dawno minęły czasy, że o szczęśliwej lub nie wyprawie w Himalaje dowiadywaliśmy się dopiero po powrocie jej uczestników. Dziś potencjalni sponsorzy ekspedycji kuszeni są właśnie jej dostępnością, obietnicą codziennych relacji, wpisów na bloga, Facebooka, ciągłych tweetów – koniecznie z fotkami.

Ba, możliwością dodzwonienia się do uczestnika wyprawy w dowolnym momencie, jak owa dziennikarka, zrugana na żywo przez Rafała Fronię, gdy dopytywała go o złamaną rękę. Napisał później że nie będzie za nic przepraszał, bo właśnie był bandażowany w oczekiwaniu na helikopter, który zabierze go „z imprezy o której marzył całe życie”. Po co więc odbierał telefon w takiej chwili i w takim nastroju telefon i czego spodziewał się po rozmowie.

Niezmiernie przykro było śledzić jak po Urubce hejterzy obrali sobie za cel Wielickiego, sprowadzając legendę himalaizmu od „dziadka, który skasował wi-fi”. Wiadomo, że w sieci nie ma większej „zbrodni” jak odebranie komuś dostępu do Internetu. Toteż jazda zrobiła się naprawdę ostra, bez żadnych prób odkrycia drugiego dna. Bo jak wiadomo, idealny świat to świat czarno-biały.

Zupełnie niezauważone przeszły mocne słowa Janusza Majera, szefa programu PZA Polskie Himalaje, który tłumaczył w „Gazecie Wyborczej”, że „są granice chrześcijańskiego podejścia” i nadstawiać drugiego policzka w sytuacji gdy Urubko publikował na portalach tyle krytycznych opinii o wyprawie i polskiej ekspedycji.

I wyjaśnienia, że podczas polskiej wyprawy najważniejszym przykazaniem jest: „bezpieczeństwo na pierwszym miejscu”. Żeby realizować swoje pomysły szybkich wejść, bez odpowiedniego przygotowania i aklimatyzacji, Urubko powinien zorganizować własną wyprawę, na której „drastyczne zwiększenie ryzyka wypadku wziąłby na własną klatę”.

„W Polsce odbiór społeczny wyprawy jest potężny, zwłaszcza po dramacie Tomka Mackiewicza. Wszyscy nas śledzą i choćby z tego powodu – choć nie tylko – nie możemy odejść od przykazania o bezpieczeństwie. Góra stoi, nie ucieknie” powiedział Majer w rozmowie z Radosławem Leniarskim.

Szkoda, żeby te dylematy zniknęły w cieniu przekazu o himalaistach pokłóconych niczym dzieciaki podczas zabawy na podwórku. „Góra stoi” ale po takiej katastrofie komunikacyjnej może być ciężko z organizacją kolejnych poważnych wypraw z udziałem poważnych partnerów.

 

Zostaw odpowiedź