Pjongczang 2018. Kamil Rosiek, czyli lewoskrzydłowy na sledżach

Jako jedyny na świecie łączy starty w biegach narciarskich i biathlonie z grą w piłkę nożną. I we wszystkich dyscyplinach jest wybitny. Dziś Kamil Rosiek jako chorąży reprezentacji poniesie flagę Polski podczas ceremonii otwarcia Zimowych Igrzysk Paraolimpijskich

Kamil Rosiek ma 33-lata, za sobą występy na trzech igrzyskach paraolimpijskich – w Turynie, Vancouver, Soczi – i dwóch idoli. Pierwszy to Norweg Ole Einar Bjoerdalen. Najbardziej utytułowany biathlonista w historii, ośmiokrotny mistrz olimpijski i 20-krotny mistrz świata. Drugi to Włoch Roberto Baggio, jeden z najlepszych piłkarzy w historii futbolu. Niezrównany technik, prawdziwy artysta futbolu. Obu szanuje i podziwia na równi. Tak samo w życiu kocha na równi grę piłkę i obie dyscypliny zimowe.

– W piłce zakochałem się jako mały dzieciak. Pochodzę z Nowego Sącza. Na podwórkach Osiedla Wojska Polskiego graliśmy od rana do nocy. Ja na kulach, bo urodziłem się bez prawej kości udowej. Ale chłopakom to nie przeszkadzało, nigdy żaden nie dał mi odczuć, że nie chce, żebym grał albo że jestem gorszy – opowiada Kami.

Dodaje, że on sam też nigdy nie czuł się ani gorszy ani niepełnosprawny. – Ponieważ nigdy nie miałem nogi, szybko uznałem tę sytuację za normalną i po prostu nauczyłem się z tym żyć i doskonale sobie radzić. Spora w tym zasługa rodziców, którzy nie traktowali mnie wyjątkowo. Toteż na boisku chłopaki nie podawali mi piłki z litości, żeby sprawić przyjemność kalece, ale dlatego że byłem niezły. Grałem w ataku. i byłem bardzo skuteczny, chcieli ze mną grać. Można powiedzieć, że byłem prekursorem AmpFutbolu zanim – jak to piszą w memach – było to modne – uśmiecha się Kamil.

Baggio zafascynował go podczas mundialu w 1990 roku. Mama i babcia często jeździły do Włoch do pracy. Czasem do nich dojeżdżał, a w Italii podziw dla czarodzieja z kucykiem był już wtedy wielki. – Niestety nigdy nie miałem możliwości obejrzeć go na żywo, tylko w telewizji. Pamiętam, że o mało nie płakałem w nocy przed telewizorem kiedy zmarnował karnego w finale mundialu w USA. Pocieszałem się, że przecież bez Roberto Włosi nie zaszliby tak daleko…

W 1997 roku gdy Kamil miał 14 lat nauczycielka opowiedziała o nim Stanisławowi Ślęzakowi, prezesowi Zrzeszenia Sportu Osób Niepełnosprawnych, które prowadziło sekcje w Starcie Nowy Sącz. Śledziła go jak wraca z boiska do domu i przyprowadziła prezesa do „tego chłopaka, który tak doskonale radzi sobie z niepełnosprawnością”. A on namówił Kamila na profesjonalne treningi.

– Byłem niepocieszony, że nie ma sekcji piłkarskiej. Zacząłem trenować lekkoatletykę, rzut oszczepem i pchnięcie kulą. Ścigałem się na wózkach. Klub Start był wtedy jednocześnie paraolimpijską kadrą Polski w biegach narciarskich. Trenowali tu najwybitniejsi polscy zawodnicy jak Katarzyna Rogowiec, dwukrotna złota medalistka paraolimpijska i mistrzyni świata. Było kwestią czasu kiedy zacznę próbować biegów – opowiada.

W Starcie przede wszystkim mógł spróbować jazdy na sledżach, czyli sankach na nartach biegowych, specjalnie przystosowanych dla osób po amputacji lub sparaliżowanych od pasa w dół. Nie można ich było dostać w sklepie, co najwyżej zamówić na wymiar – z innym środkiem ciężkości dla każdej niepełnosprawności.

Już po dwóch latach treningów zaczął startować w Pucharze Świata. W 2003, mając 19 lat zadebiutował na mistrzostwach świata. To wówczas na jego kolejnego idola wyrósł Bjoerndalen.

– Trudno, żeby nie podziwiał go ktoś, kto sam trenuje nawet nie tylko biathlon, ale w ogóle jakąkolwiek dyscyplinę zimową. To wielki sportowiec, osiągnął po wielokroć wszystko co było do zdobycia. Ale ja zawsze najbardziej podziwiałem za charakter i nieustępliwość. Myślę, że to nas łączy. Nie wyobrażam sobie życia bez sportu i tego, że coś mogłoby mnie powstrzymać przed realizacją marzeń. Wtedy też się zawziąłem, żeby się doskonalić, uczyć, rozwijać – mówi Kamil.

***

W 2006 zakwalifikował się na swoje pierwsze igrzyska paraolimpijskie, w Turynie. – Jechałem tam po naukę, po przetarcie, totalnie zestresowany. Zająłem miejsca w trzeciej dziesiątce. A dodatkowym przeżyciem było, że znalazłem się w mieście Roberto Baggio, gdzie święcił największe sukcesy z Juventusem – mówi.

Cztery lata później w Vancouver liczył na medal. Kariera rozwijała się świetnie, regularnie łapał punkty w Pucharze Świata. Niestety mimo niezłej formy przegrał z powodu źle dobranych smarów – rywale mu odjechali.

Największy sukces w karierze odniósł rok później w rosyjskim Chanty-Mansyjsku. Podczas zawodów w mieście zwanym „Bramą Syberii” (trzy tysiące kilometrów na wschód od Moskwy) wywalczył tytuł wicemistrza świata w biegu biathlonowym na 7,5 km. Wyprzedził go jedynie Rosjanin Irek Zaripow, czterokrotny złoty medalista z Vancouver. Trzeci był jego równie utytułowany rodak, Romana Petruszkowa. – Rozdzielić takie gwiazdy na podium – nawet o tym nie marzyłem! – wspomina.

Tam w Chanty-Mansyjsku smarowanie, dobór nart i forma zawodnika zgrały się idealnie. – Sprzęt i smarowanie w naszym sporcie to 50 procent sukcesu zawodnika. Niestety najbardziej zaawansowane technologicznie sledże, z najlepszych kompozytów mają Amerykanie. Zazdroszczę też sprzętu Niemcom i Norwegom, doskonalonego i testowanego na uniwersytetach – mówi Kamil.

Wg niego biegi narciarskie to najtrudniejsza dyscyplina z możliwych. Trzeba mieć nieludzką wytrzymałość, i siłową i szybkościową. A w biathlonie dodatkowo trzeba zachować zimną krew na strzelnicy, stłumić wysokie tętno kilkoma głębokimi wdechami i wycelować celnie.

– W sporcie niepełnosprawnych zawodnik dodatkowo musi mieć przemocne łapy, bo bieg na takich sledżach to głównie pchanie. Nie ma kroku z odbicia, jak u pełnosprawnych biegaczy. Pracują ręce, korpus i mięśnie brzucha, które też muszą być bardzo silne – opowiada Kamil.

W październiku 2011 powstała reprezentacja Polski w AmpFutbolu, czyli piłki nożnej dla osób po amputacjach kończyn, które mimo niepełnosprawności nie zamierzały zrezygnować z pasji. Kamil zgłosił się do nich jak tylko o tym usłyszał. W lutym 2012 pojechał na pierwszy obóz i szybko stał się kluczowym zawodnikiem kadry.

– Szybko ochrzciliśmy go mianem „Żelazne płuca”. Kamil to lewoskrzydłowy nie do zajechania, jak z Premier League, kursujący niezmordowanie od linii jednego pola karnego do drugiego. Świetny technicznie, ale przede wszystkim jako paraolimpijczyk stał się dla naszych chłopaków wzorem sportowca i profesjonalnego podejścia do treningów. Prawdziwy zawodowiec – mówi Mateusz Widłak, twórca i prezes Stowarzyszenia Ampfutbolu w Polsce.

Dodaje, że Rosiek jest dobrym duchem w szatni, choć bardzo cichym. Rzadko się odzywa. – Żartujemy z tego i często „wysyłamy do mediów”. Ostatnio z powodu przygotowań do igrzysk mało grał. Ale z trenerem kadry Markiem Dragoszem liczymy, że pomoże nam na wrześniowych mistrzostwach świata w Meksyku – mówi Widłak.

Rosiek jest potrójnym mistrzem Polski – jego Husaria Kraków wygrała wszystkie trzy edycje ligi, jakie się odbyły. O kolejny tytuł będzie ciężko, bo koledzy z drużyny wzmocnili rywali, zwłaszcza Kuloodpornych Bielsko-Biała, gdzie gra Bartosz Łostowski, nazywany „polskim Messim”, król strzelców ubiegłorocznych mistrzostw Europy w Turcji.

– Niestety o mnie nikt nie mówi „polski Ronaldo”, a szkoda, bo gram na jego pozycji, do tego z numerem 7. A moje inicjały to KR7 – śmieje się Kamil.

Trenerzy biegania i biathlonu nie robią problemów z jego drugą pasją i nie sa o nią zazdrośni. Mimo obaw o kontuzję – mecze AmpFutbolu bywają tak gorące, że czasem łamią się nie tylko kule – wiedzą ile dla niego znaczy piłka. Warunek: wraca na najważniejsze zawody.

Z tego powodu na poprzednich mistrzostwach świata, także w Meksyku, Rosiek zostawił kadrę po 1/8 finału z USA (w którym strzelił gola na 3:1) i z 30-stopniowych upałów poleciał do mroźnej Finlandii na Puchar Świata. Polska drużyna AmpFutbol zajęła wówczas czwarte miejsce. – Kto wie, może z Kamilem byłby medal? W półfinale bardzo zabrakło nam ławki… mówi Widłak. Dodaje, że wszyscy w Polsce będą śledzić jego występy w Pjongczang i bardzo mu kibicują.

Co łączy biegi narciarskie i AmpFutbol? Rosiek twierdzi, że wbrew pozorom oba sporty to dyscypliny drużynowe. – To prawda, że biegnę samotnie, tocząc na trasie walkę głównie z samym sobą. Ale to tylko ostatni element pracy zespołowej, którą wykonaliśmy z trenerem opracowując taktykę i z serwismenem, dobierając odpowiednie smary i narty. Wynik w biegach to efekt pracy wielu ludzi. To tak jak w piłce nożnej – jeśli znajdę się sam na sam z bramkarzem, jest to zasługa całej drużyny. Ja musze tylko wykonać swoje zadanie – mówi Kamil.

Poza tym wg niego sukces zarówno w nartach jak i w AmpFutbolu rodzi się w głowie zawodnika. – Wszystko jest kwestią tego, jak dobrze zawodnik w niej wszystko sobie poukłada. Nie chodzi tylko o wizualizację trasy, którą robię po treningach, ustalając gdzie przyłożyć bardziej, gdzie odpocząć. Najważniejsze to przekonać samego siebie, że nie ma rzeczy niemożliwych. Jesteś tylko ty, twoja pasja i to co chcesz osiągnąć – mówi.

 

Zostaw odpowiedź