Olisadebe i Romanczuk czyli o samotności farbowanego lisa

Powołanie Tarasa Romanczuka do piłkarskiej reprezentacji Polski i jego rychły debiut w drużynie Adama Nawałki zbiega się ze świetnym, szczerym wywiadem jakiego udzielił „Przeglądowi Sportowego” pierwszy asymilowany przez naszą kadrę cudzoziemski zawodnik. Emmanuel Olisadebe wyjątkowo otworzył się w rozmowie z Macieja Kaliszuka, któremu aż pozazdrościłem.

Robiłem z Emsim sporo wywiadów w czasach kiedy trafił do Polonii Warszawa i nie było wówczas jeszcze nawet mowy o jego grze dla Polski. I potem gdy już błyszczał w biało-czerwonych barwach. Zawsze trzeba było wyciągać z niego wywiady siłą, wyciskać. Zawsze w rozmowie spięty, nieufny, jakby cały czas w oczekiwaniu na cios. Traktował nas, dziennikarzy, z dużą rezerwą i dystansem.

Pamiętam, że nasza znajomość zaczęła się od zabawnego qui pro quo. Otóż Olisadebe – sam będąc katolikiem, co w Nigerii nie jest na porządku dziennym – powiedział, że pozytywnie zaskoczyła go w Polsce tak duża obecność na każdym kroku zdjęć Jana Pawła II. Gdy mu wytłumaczyłem oczywistość tego faktu, nie chciał uwierzyć. Myślał, że w go wkręcam: skąd niby John Paul the Second miałby być Polakiem?

Wywiad Maćka odsłania smutne skutki decyzji Emsiego o wyborze reprezentacji Polski. Wyziera z niego samotność „farbowanego lisa”, poczucie odrzucenia, gdy już zrobił swoje. Braku akceptacji przez następców swego „promotora”, Jerzego Engela, za którego sprawą najpierw stał się gwiazdą Polonii, zdobywając z nią mistrzostwo Polski, a potem reprezentacji. Poczucie upokorzenia, wręcz poniżenia i traktowania bez szacunku. Nie chcę ich oceniać, bo to subiektywne odczucia piłkarza, do których ma prawo.

***

Napisałem o samotności „farbowanego lisa”, odwołując się do słynnego określenia Franza Smudy, bo co tu dużo mówić, Olisadebe idealnie podpada pod tę definicję. Na tej samej zasadzie co Roger. Obu wciśnięto polskie obywatelstwo, maksymalnie skracając przy tym procedury i zupełnie pomijając niektóre warunki, tylko i wyłącznie za dobrą grę w naszej lidze, by wzmocnić reprezentację.

Obaj nie mieli absolutnie żadnych związków ani z Polską ani nasza kulturą. Nie mówili nawet w naszym języku, co moim zdaniem powinno być, nie jedynym, ale istotnym kryterium. Czy może być coś bardziej kuriozalnego dla polskiego dziennikarza niż konieczność rozmowy z reprezentantem Polski po niemiecku, angielsku lub francusku?

Co prawda Nigeryjczyk Olisadebe został szybciej zaakceptowany przez kibiców jako rodak niż Brazylijczyk Roger (pamiętacie słynny baner na Legii: „Roger, nigdy nie będziesz Polakiem”). Wynikało to po pierwsze z nachalności spolszczania Rogera przez Leo Beenhakkera, który wysyłał wszystkich sceptyków do „drewnianych chatek”. Po drugie z wyjątkowego talentu Emsiego, który szybko zyskał w kadrze sobie status, jaki dziś ma Robert Lewandowski – „zbawcy”. Dzięki jego golom Polska wygrała trudną grupę i pojechała na pierwszy mundial od 16 lat.

Owszem, zdarzały się rasistowskie incydenty z jego udziałem na polskich stadionach, ale to było w czasie kiedy był jeszcze „tylko” piłkarzem Polonii. Nie było protestów po nominacji. Olisadebe w przeciwieństwie do Rogera lubił nie tylko polski żurek, ale również polskie dziewczyny. Rok po nadaniu obywatelstwa ożenił się z Beatą (byłem nawet na ślubie), ostatecznie zamykając usta wszelkim kontestującym jego polskość, o ile jeszcze tacy byli.

***

O ile dziś nie chciałbym, żeby klasowi gracze Ekstraklasy bez polskich korzeni podążali jego drogą, o tyle nie jestem w stanie stwierdzić, że nie powinien był grać w polskiej kadrze. Zbyt wiele razem przeszliśmy. Zawdzięczam mu dziennikarską „przygodę życia” kiedy to pojechał na trzytygodniowy reportaż do Nigerii wyśledzić jego korzenie.

Było to tak niesamowite zderzenie z afrykańską kulturą, czarami, niesamowitymi obyczajami. Pełne pozytywnych emocji i niezapomnianych spotkań ale i niebezpieczeństw, gdy celowano do nas z karabinów i próbowano obrabować ustawiając barykadę na zjeździe z autostrady.

Nota bene nikt z kim rozmawiałem – czy spośród piłkarzy reprezentacji Nigerii w Lagos czy w rodzinnym Wari w delcie Nigru, gdzie spotkałem chiefa klanu Olisadebe czy w Jasper United w mieście Onitscha skąd trafił do Polonii – nie miał do niego pretensji, że wybrał grę dla Polski. Wszyscy życzyli mu szczęścia i pomyślności w nowej ojczyźnie. Mówili, że Nigeria ma mnóstwo świetnych piłkarzy, a na tej decyzji zyska tam cała wielka rodzina.

***

To zupełnie inne podejście niż w przypadku Tarasa Romanczuka, który jak sam mówi, nazywany jest na Ukrainie zdrajcą. Absolutnie nie traktuję go jako „farbowanego lisa” i to nie tylko dlatego, że po polsku mówi prawie bez akcentu. Ma w sobie polską krew, babcię urodzoną pod Włodawą, którą wojenna zawierucha rzuciła na Ukrainę i tam już została. Taras mieszka w Polsce od 6 lat, pomysł z obywatelstwem nie pojawił się u niego nagle w momencie lepszej gry i perspektywy promocji poprzez kadrę, ale już cztery lata temu.

Cieszę się, że zaśpiewa „Mazurka Dąbrowskiego” w biało-czerwonej koszulce. Cieszę się, że pomoc w aklimatyzacji w kadrze deklaruje Thiago Cionek, kolejny piłkarz wyraźnie niesłusznie nazwany „farbowanym lisem”. Dumny z z bycia częścią polskiego narodu, czego dał dowód w niedawnym wywiadzie dla „Łączy nas Piłka”, opowiadając o zainteresowaniu historią Polski. I imponując wiedzą nawet na temat „kwatery na Łączce”, czyli miejsca tajemnego pochówku ofiar stalinizmu, bo w ten sposób rozumie patriotyzm.

 

Zostaw odpowiedź