Dżampnięcie szarka w Lidze Mistrzów

Nie wiem czy znacie określenie „dżampnąć szarka”? Pierwszy raz zetknąłem się z tym zjawiskiem bodaj w „Pięknych Dwudziestoletnich” Marka Hłaski, który przytaczał historię autora powieści w odcinkach w gazecie. Pewnego dnia poprosił naczelnego o podwyżkę, ale jej nie dostał, więc rzucił robotę. Szef wyznacza kolejnych autorów do kontynuacji powieści, ale ci bezradnie rozkładają ręce. Nic się nie da zrobić, mówią, bo w ostatnim odcinku bohater wyskoczył z samolotu bez spadochronu, wokół lata eskadra odrzutowców i strzela do niego, a na dole czekają już trzy rekiny z otwartymi paszczami…

Dzwonią z drukarni, więc zdesperowany szef woła zwolnionego i daje mu podwyżkę. Następnego dnia ciąg dalszy opowieści zaczyna się od słów: „Nadludzkim wysiłkiem woli, wydostawszy się z tych irytujących opresji, Mike Gilderstern powrócił do Nowego Jorku…”

Ale jako idiom „to jump a shark” funkcjonuje od 1977, kiedy to producenci tracącego na popularności serialu „Happy Days”, wyemitowali odcinek, w którym jeden z bohaterów, niejaki Fonzie skacze na nartach wodnych nad krwiożerczym rekinem. W dodatku, dla zwiększenia napięcia, odcinek kończy się cliffhangerem, gdy Fonzie leci w powietrzu. Cały tydzień zagryzamy paluchy, denerwując się czy bezpiecznie doleci. Dopiero w kolejnym dowiadujemy się czy żyje i jak to się skończyło.

Dziś „przeskoczenie rekina” oznacza sytuację kiedy producenci jakiegoś serialu próbując rozpaczliwie odzyskać zainteresowania widzów, desperacko wprowadzają kompletnie przekombinowany, niemożliwy zwrot akcji.

Po tym co wydarzyło się w ćwierćfinałach Ligi Mistrzów mam wrażenie, że piłka nożna postanowiła nam zafundować właśnie „dżampnięcie szarka”. Bo przecież to wszystko (nie licząc meczu Bayernu z Sewillą) miało prawo zrodzić się wyłącznie w chorej wyobraźni! Na takie rozstrzygnięcia nie wpadłby żaden rozsądny scenarzysta filmowy, tylko wariat, od którego nigdy nie wzięto niczego do produkcji.

Barcelona, która wygrała przed tygodniem 4:1 z Romą, nie jest w stanie celnie strzelić na bramkę, „piłkarz z innej planety” Leo Messi nie istnieje, drużyna przegrywa w nieprawdopodobnych okolicznościach 0:3 i odpada. Rzymianie zamiast po porażce na Camp Nou uznać – jak zapewne zrobiłaby większość drużyn – że już po dwumeczu, robią „Romantadą”. Zdobywają serca całego świata i przechodzą do historii.

Liverpool Juergena Kloppa nie przyjmuje do wiadomości, że nie jest faworytem w starciu z nowym mistrzem Anglii, Pepa Guardioli, który tak bardzo zdominował Premier League. Zadziwia determinacją, dojrzałością, skutecznością w ofensywie jak i defensywie. Wyśmiewani obrońcy grają mecze życia. „The Reds” wygrywają dwumecz 5:1, Guardiola kończy spotkanie wyrzucony na trybuny.

A co dopiero powiedzieć o wydarzeniach w spotkaniu Real Madryt – Juventus! Przecież ten mecz wyglądał tak, jakby „królewscy” – w ślad internetowych memów – rzucili piłkarzom Barcy wyzwanie: „Nie da się bardziej skompromitować w Lidze Mistrzów? Potrzymajcie nasze piwo…”

Dwukrotni triumfatorzy z rzędu najpierw wygrywają 3:0 w Turynie, by w rewanżu u siebie przegrywać 0:3. Z rywalem teoretycznie wyeliminowanym jeszcze przed meczem. No przecież to się nie trzyma kupy, gdzie logika, gdzie racjonalne wytłumaczenie?

Ale tajemniczemu scenarzyście jeszcze mało dramaturgii. Oto Real w ostatnich sekundach „wydostaje się z tych irytujących opresji”, bo sędzia dyktuje rzut karny. Dyktuje słusznie, Benatia powalił od tyłu Lucasa, nie było w tym aktorzenia ze strony Hiszpana. Nie miałby czasu nawet gdyby chciał.

Nie wytrzymuje tego psychicznie Gianuligi Buffon. On, synonim boiskowej klasy i profesjonalizmu, ruga arbitra i wylatuje na trybuny. On, owładnięty obsesją wygrania Ligi Mistrzów, dostaje czerwoną kartkę w swoim ostatnim występie w rozgrywkach w karierze!

Tu scenarzysta wprowadza nieprawdopodobną scenę: wściekłego Włocha pociesza trener Realu., Zinedine Zidane. Ten sam, którego Buffon pocieszał po finale MŚ w Berlinie w 2006 roku, gdy Francuz w swym ostatnim meczu w karierze wyleciał z boiska za pamiętne uderzenie Materazziego.

Polskim kibicom bije mocniej serce, bo do bramki wchodzi Wojtek Szczęsny. Niestety obrona przez niego karnego została uznana nawet przez naszego szalonego scenarzystę za zbyt wielkie „jumpniecie szarka”. Trochę dramaturgii musi się zostawić na przyszłość.

Ale koniec meczu, to przecież nie koniec spektaklu. Buffon mówi w mix zonie o arbitrze, że „istota ludzka nie może niszczyć naszych marzeń w ten sposób. W doliczonym czasie, po tym w jaki sposób byliśmy w stanie wrócić do gry. Musi mieć kubeł na śmieci zamiast serca. Jeśli brakuje ci osobowości, usiądź z żoną na trybunach i wcinaj czipsy, zamiast sędziować takie mecze”.

Wtóruje mu pół internetu! Karnego nie było – twierdzi część z nich. Sędzia przekupiony! Jedni jak dziennikarze katalońskiego „Sportu” dają na okładce tytuł „Napad stulecia”. Inni po prostu wklejają memy z Michaelem Oliverem w koszulce Realu.

Ale część, podobnie jak Buffon, twierdzi, że choć karny może nawet i był, sędzia nie powinien był go odgwizdać. Nie w takiej chwili, nie w meczu o taką stawkę! Szaleństwo. Ludzie piszą, że powinien puścić grę w imię „ducha sportu”. W sondzie, którą zrobiłem na gorąco na Twitterze za takim rozwiązaniem opowiedziało się aż 21 proc. czyli ponad 1200 osób.

Ciężko dyskutować na poważnie z argumentem o „duchu gry”. Zwłaszcza gdy w tym samym czasie domagamy się stosowania VAR w Lidze Mistrzów (jeszcze głośniej po nie uznaniu prawidłowego gola Sane w meczu City z Liverpoolem), który „ducha gry” z futbolu skutecznie wypiera.

Toteż spuentuję to żartem z Twittera. Jakiś internauta podrasował regulamin IFAB (Międzynarodowej Rady Piłkarskiej dbającej o przepisy w futbolu od 1882 roku): „Jeśli drużyna gra świetny mecz i jest bliska zrobienia czegoś zajebistego, w żadnym wypadku w doliczonym czasie gry nie można dyktować karnych przeciwko niej”.

Zostaw odpowiedź