Szanuj Lewego swego

Długi majowy weekend, piękna pogoda, nie dziwota, że rodacy jak Polska szeroka ruszyli grillować. Niestety jako że majówka zbiegła się z półfinałami Ligi Mistrzów, wielu z ochotą rzuciło na grilla także Roberta Lewandowskiego. Jakby to, że nie zdołał przesądzić o awansie Bayernu Monachium do finału Ligi Mistrzów jednocześnie wymazało wszystkie jego klubowe rekordy, i w Bundeslidze, szóste mistrzostwo Niemiec, ponad 50 goli w barwach reprezentacji Polski, to że jest jej liderem, kapitanem i „królem strzelców” eliminacji do mundialu w Rosji itd. itp.

Media społecznościowe zaroiły się do komentarzy, że „Lewy się skończył”, „nie nadaje się nie tylko do Realu, ale już nawet do Bayernu”, „może iść do Realu, ale Realu Saragossa”. Pojawił się i obrzydliwy hejt, że „w głowie ma tylko kolejne reklamy i hajs”. A nawet absurdy, że „w pierwszym półfinale gdy miał praktycznie setkę to specjalnie jej nie wykorzystał, cofnął nogę i zrobił dziwną minę”. Czyli co, nie chciał skrzywdzić przyszłego pracodawcy? Ten sam Lewy, który mając podpisany kontrakt z Bayernem został „królem strzelców” Bundesligi w barwach Borussii?

To próbki z Twittera z komentarzy tylko pod moimi wpisami, ale było ich niestety sporo i dużo gorszych. Co budzie zdumienie, w wielu pobrzmiewała satysfakcja, że „król jest nagi” i polskie media przestaną wreszcie „bić pianę”. Bo przy okazji dostało się zawsze wszystkiemu winnym „pismakom, którzy nadmuchali balonik o najlepszym napastniku świata”. Ktoś stwierdził nawet, że „transfer Lewego do Realu wymyślili dziennikarze żeby było o czym wierszówkę wysmarować”. Ręce opadają, polemizować nie warto. Prezentuję tylko po to, żeby pokazać skalę absurdu.

***

Oczywiście kibice mają prawo do rozczarowania postawą gwiazdy, która nie spełniła ich oczekiwań. Sam liczyłem, że na Bernabeu zagra jak choćby Mario Mandżukić, który w kwietniowym rewanżu Realu z Juventusem strzelił tam dwa gole. Kto by nie chciał (poza kibicami Realu), żeby Polak znów wystąpił w roli, zgarniając wszystkie okładki świata?

To prawda, że Lewandowski rzeczywiście nie błyszczał w tej edycji Champions League. Nie strzelił gola już od 417 minut, w pięciu ostatnich spotkaniach: meczu z Bestiktasem Stambuł, dwumeczach z Sevillą i Realem, choć zwłaszcza w tym ostatnim cały świat oczekiwał od niego fajerwerków. Od lat wymieniany przez większość ekspertów jako jedna z najlepszych „dziewiątek” naszych czasów (jeśli nie najlepsza). Kiedy był lepszy moment, żeby to potwierdzić? I z kim jak nie z dwukrotnym obrońcą trofeum w Lidze Mistrzów? „Królewskim klubem”, któremu potrafił wbić cztery gole? I kiedy jeśli nie teraz, gdy trwa odyseja „przejdzie po sezonie do Realu czy nie przejdzie”? Kiedy we wtorek na Santiago Bernabeu zrobiło się 2:2 sam pisałem na Twitterze, że lepszego momentu na wjazd „cały na biało” nie będzie. Kto by wówczas pamiętał pudła z pierwszego meczu?

Zresztą Lewy sam sobie zawiesił wysoko tę „poprzeczkę”. A to domagając się w głośnym wywiadzie wzmocnień Bayernu, żeby klub miał szansę spełnić jego wielkie aspiracje. A to reagując słynnym komentarzem „le Cabaret” na wyniki plebiscytu „Złota Piłka” gdzie zajął zbyt odległe miejsce. Po ostatnim plebiscycie FIFA na Piłkarza Roku narzekał na dziennikarza z Polski (tak się składa, że niżej podpisanego), że nie umieścił go w trójce.

Ale zawiedzione oczekiwania kibiców nie uzasadniają bezmyślnego hejtu, wobec zawodnika, który zasłużył sobie na nasz dozgonny szacunek. Jak trafnie ujął w tweecie redaktor naczelny „PS”, Przemysław Rudzki w odpowiedzi do „obwieszczających światu, że Lewy się do niczego nie nadaje”: „cieszcie się, piwni eksperci, że żyjecie w epoce takiego polskiego piłkarza i módlcie się, żeby zakończył karierę jak najpóźniej”.

***

Cristiano Ronaldo też był kompletnie niewidoczny w dwumeczu z Bayernem i niespecjalnie przyłożył się do awansu. Nie zaglądałem na portugalskiego Twittera, ale nie sądzę, żeby rodacy pisali mu tam, że się skończył. Leo Messi nie pomógł uchronić Barcelony przed ćwierćfinałową katastrofą z Romą. Podobnie jak przed rokiem z Juventusem. Gorsze momenty zdarzają się najlepszym. Ale ponieważ są wielcy, to wracają do formy.

Co jest nie tak z Lewym? Myślę, że tego nie wie nawet on sam, bo znając jego ambicję i pracowitość, już miałby opanowaną tę kwestię. Nie wierzę, że to wina głowy, owładniętej myślami o transferze, bo pamiętam, że nigdy w podobnych sytuacjach w przeszłości nie zawodził, wręcz przeciwnie.

Może to kwestia zaburzonego rytmu meczowego, zbyt częstego przesiadywania na ławce w Bundeslidze, choć przecież sam Robert wyprosił sobie zmiennika w postaci Sandro Wagnera, żeby nie zajechać organizmu jak przed Euro 2016? A może wina zbyt rozbudowanej masy mięśniowej, przez którą zatracił gibkość i szybkość – co sugerują niektórzy?

Jesteśmy skazani na spekulacje. Zupełnie tak samo jak kiedy Adam Małysz po sezonach dominacji i kolejnych trofeach nagle zaczął spóźniać (albo zbyt przyśpieszać) odbicie z progu i przestał stawać na podium. Też wówczas ani on sam, ani jego sztab nie wiedział dlaczego. Wycofywał się z Turnieju Czterech Skoczni, zawiódł na igrzyskach w Turynie, ale wrócił w chwale cztery lata później w Vancouver. Bo był wielkim mistrzem.

Tak samo będzie z Robertem, tylko jeszcze szybciej. Kto wie czy obecny kryzys nie przełoży się pozytywnie na jego formę na mundialu w Rosji? W każdym razie pamiętajmy, że gdyby nie on, w ogóle byśmy tam nie jechali. Kiedy gra źle, nazywajmy to po imieniu, kiedy zawodzi, piszmy, że zawodzi. Ale szanujmy go, zamiast hejtować. Bo drugiego takiego Lewego prędko się nie doczekamy. O ile w ogóle.

Dla przypomnienia statystyki Lewego za „Laczy nas Piłka”:

Zostaw odpowiedź