Gmoch Zorba

Tylko jeden trener na świecie mógł dać tytuł swojej autobiografii „Najlepszy trener na świecie” ze świadomością, że ujdzie mu to na sucho, ba przysporzy więcej sympatii niż hejtu czy oburzenia. Umówmy się, że takie wewnętrzne przekonanie nosi w sobie skrycie większość trenerów, różne są tylko okoliczności, które sprzysięgły się przeciw nim i nie pozwoliły udowodnić tego światu. Trener Jacek Gmoch przynajmniej nigdy swego przekonania tego nie krył, a teraz ma do siebie na tyle dużo dystansu, by mrugnąć w ten sposób okiem do czytelnika.

Znakomity dziennikarz i autor wywiadów, Jerzy Chromik napisał na Twitterze, że tytuł książki powinien brzmieć raczej „Gmoch Zorba” i istotnie byłby to kapitalny pomysł dla wywiadu-rzeki z byłym selekcjonerem reprezentacji Polski na mundialu w 1978 i asystentem legendarnego Kazimierza Górskiego na MŚ w RFN cztery lata wcześniej.

Po pierwsze z racji greckiej przygody Gmocha, który od 1979 roku trenował wszystkie najważniejsze kluby jak Panathinaikos, Olympiacos, AEK Ateny i Aris Saloniki. A w 1988 poprowadził prowincjonalną Larisę do mistrzostwa Grecji jako pierwszą i jak dotąd ostatnią drużynę spoza „wielkiej czwórki”.

W książce opowiada jak zastał grecki futbol drewniany, a zostawił murowany, kładąc tam podwaliny pod profesjonalne podejście do piłki nożnej. Kapitalne są anegdoty zwłaszcza z początku jego przygody, gdy by trenować z piłkarzami Janiny na klubowym boisku musiał załatwiać trzy zgody, lokalnej gminy, lokalnego kościoła i ministerstwa Sportu.

Wybierano w plebiscytach jednym z pięciu najlepszych trenerów w historii greckiej ligi i zdecydowanie najlepszym trenerem lat 80. Ale status „Nietykalnego” to coś więcej, o czym dziennikarze z Polski przekonywali się nie raz. Nie tylko mnie się zdarzyło, że właściciel restauracji darł rachunek na strzępy w oburzeniu, bo przecież „przyjaciele Jacka Gmocha nie będą u niego płacić za posiłek!”

Zorba z powieści Nikosa Kazandzakisa to także niezrównany narrator i opowiadacz historii. Czy znacie państwie wiele osób, które potrafią lepiej snuć opowieści o piłce, jej tajnikach, taktycznych i psychologicznych niż pan Jacek, co wielokrotnie udowadniał na różnych łamach i w różnych studiach telewizyjnych? Nie inaczej jest w jego własnej biografii. Jak opowiadają jej współautorzy, Arkadiusz Bartosiak i Łukasz Klinke, spotkania z trenerem Gmochem zaowocowały 44 godzinami nagrań z czego ich własne pytania zajęły… 9,5 minuty!

Najciekawsze są w „Najlepszym trenerze…” wspomnienia Gmoch z czasów jego piłkarskiej kariery w latach 50 i 60. gdy był jednym z najtwardszych ale i najbardziej lubianych zawodników Legii, ponieważ ich nie znałem. Anegdoty o mniej i tych bardzo znanych boiskowych kolegach i rywalach. Aż do feralnego złamania nogi w 1968 roku, w meczu reprezentacji Polski z drużyną wytypowaną przez czytelników „Ekspressu Wieczornego”.

Niczym narrator Zorby, Gmoch rozlicza się też z historią swoich nieudanych przedsięwzięć. Tzn. nieudanych w oczach kibiców, dziennikarzy i samych zawodników – bo on sam, niczym Zorba, powtarza „de metaniono” (po grecku: niczego nie żałuję)  – nie potrafiących we właściwym czasie docenić nowatorskiego podejścia do futbolu, pionierskich metod treningu, analizy rywala i przygotowań do meczów itp.

Gmoch, inżynier z wykształcenia, podchodząc do futbolu w sposób naukowy, wyprzedził epokę, bo wiele jego rozwiązań przyjęło się i obowiązuje do dziś. Wówczas jednak budziły zdumienie, niedowierzanie i śmiech. Gdy jako pierwszy zatrudnił w reprezentacji psychologa, a na towarzyski mecz przyszłych mundialowych rywali (RFN) wysyłał 11 obserwatorów, by każdy analizował innego zawodnika i inną część boiska.

Wreszcie rozlicza się z występem „Biało-czerwonych” na mundialu w Argentynie w 1978, dokąd – jak uważa wielu – wysłaliśmy najsilniejszą reprezentację w historii naszego futbolu, ale gwiazdy Górskiego z 1974 – Deyna, Lato, Szarmach, Kasperczak czy Gadocha – nie zdołały stworzyć drużyny z młodymi gniewnymi jak Boniek i Nawałka. Oraz z tym co było potem, po zakończeniu – uznanego w Polsce za nieudany – turnieju, gdy zmuszono go do 10 letniej banicji z metką złodzieja.

Ci, którzy pamiętają Gmocha z czasów gdy był asystentem Górskiego, a potem selekcjonerem, jak Stefan Szczepłek, mówią, że bardzo się zmienił. Nie ma już w nim młodzieńczego buntu. Stał się jowialnym starszym panem, z którym przyjemnie się rozmawia o przeszłości, nawet jeśli w niektórych kwestiach upiera się przy swoim.

Poczucie humoru nigdy go nie opuszcza, zupełnie jak Zorby. Nadal kocha piłkę, niczym Zorba muzykę, taniec i śpiew. I jak słynny Grek dzięki nim, tak Gmoch dzięki futbolowej pasji, którą jego książka aż kipi, pełen jest życia i wigoru.

Zostaw odpowiedź