Kariusalny, niepojęty finał! Za rok Real po raz czwarty?

Real Madryt dokonał tego – przeszedł do historii wygrywając Ligę Mistrzów po raz trzeci z rzędu i 13 Puchar Europy w historii. Zasłużenie! Patrząc na drogę jaką przeszedł do finału – dziennik „Marca” zilustrował ją jak mapę madryckiego metra – znalazły się tak silni rywale jak Borussia Dortmund i Tottenham w grupie, a potem wzmocnione Neymarem PSG, dyszący zemstą za przegrany finał Juventus, w półfinale Bayern Monachium ze zdeterminowanym Robertem Lewandowskim i przechodzącym na trenerską emeryturę Juppem Heynckesem, wreszcie rozpędzony ofensywny Liverpool.

Typowałem przed meczem wynik 3:1 (można sprawdzić w ostatnim programie La Liga Loca), widząc przewagę „Królewskich” dosłownie na każdej pozycji, w umiejętnościach i doświadczeniu. I przede wszystkim w potędze ławki rezerwowych, której zawodnicy przesądzali poprzednie finały Ligi Mistrzów. Tym razem przesądził sfrustrowany rolą rezerwowego w kolejnym finale z rzędu Gareth Bale. Jego gol na 2:1 przewrotką uratował finał i wniósł do niego magię, której zdecydowanie brakowało. Przywołał pamiętnego woleja Zinedine Zidane z Glasgow w 2002, który dał Realowi 9 Puchar. Strzał Walijczyka był zdecydowanie bardziej efektowny. Zizou „na pocieszenie” pozostaje fakt, że jego trener jeszcze nie „odpadł” w Lidze Mistrzów.

Ale typując rezultat nie byłem przecież w stanie przewidzieć hiobowych klęsk jakie spadną na Liverpool, któremu chwała i za finał i za całą drogę do niego – strata najbardziej charyzmatycznej gwiazdy i potworne błędy Lorisa Kariusa.

Przerażające były łzy Mohameda Salaha, schodzącego z murawy w pierwszej połowie z wybitym barkiem po powaleniu przez Sergio Ramosa. Hiszpan okazał się negatywnym bohaterem spotkania, bo choć z pewnością nie planował złamania ręki egipskiemu gwiazdorowi, to jednak wyraźnie przytrzymał jego rękę pod pachą, żeby Salah przewrócił się wraz z nim. W efekcie, jak podała BBC, napastnikowi Liverpoolu grozi, że nie pojedzie na mundial w Rosji, co byłoby ciosem w serce samego piłkarza i całego Egiptu, który na mistrzostwa świata zakwalifikował się po raz pierwszy od 28 lat.

Salah ma w ojczyźnie status kultowy, nie tylko za grę, ale i hojność z jaka wspiera rodaków, budując szkoły, drogi, wyposażając szpitale w rodzinnym miasteczku itp. Egipskie media społecznościowe zagotowały się z oburzenia na postępek Ramosa, a w trendach górowały obelgi pod jego adresem. I pewnie trendują do teraz.

Dla Faraona kapitalny sezon, po którym zgarnia wszystkie możliwe nagrody w Premier League, w tym tę najważniejszą – od samych rywali, kończy się koszmarem.

Zejście Salaha ewidentnie podcięło skrzydła Liverpoolowi. Stracił animusz z jakim od pierwszych minut cisnął Real. Nie sposób jednak znaleźć wytłumaczenie dla dwóch koszmarnych błędów jakie popełnił Karius. Najpierw podając, a właściwie nastrzeliwując piłkę prosto na nogę Karima Benzemy, a potem puszczając między rękawicami strzał Bale’a.

Żeby wygrać Ligę Mistrzów trzy razy z rzędu trzeba nie tylko wielkich umiejętności, dobrej taktyki i charakteru – a Real Madryt miał to wszystko – ale i szczęścia. Nie do arbitrów – jak zarzucają niektórzy, a przecież sędziowanie w finale było wzorowe – ale do błędów rywali. Pomógł „Królewskim” w półfinale inny niemiecki bramkarz, Sven Ulreich, teraz trafiło na Kariusa, który osobiście przegrał Liverpoolowi finał. Na koniec dostał oklaski wsparcia od kibiców The Reds, ale i tak po ludzku żal mi go, bo pamiętam jak walcem przejeżdżały się po błędach naszych bramkarzy – Łukasza Fabiańskiego (flappyhandski) i Jurku Dudku (Merseyside Tunnel między nogami). Inna rzecz, że w bramce Liverpoolu Juergen Klopp stawia na rodaka, który w niemieckiej kadrze ma status pewnie bramkarza nr 6-7.

Cristiano Ronaldo, choć tym razem w finale zagrał rolę tylko epizodyczną (przed rokiem w Cardiff wybrano go Piłkarzem Meczu) i tak przechodzi do historii jako zawodnik, który wygrał Puchar Europy po raz piąty. Tyle samo co FC Barcelona, Bayern Monachium czy Liverpool. Przed nim tylko AC Milan i Real. Który jak dla mnie za rok będzie faworytem do triumfu po raz czwarty z rzędu. Czemu nie, przecież w tej edycji zagrał niemal bez wzmocnień, osłabiony odejściem Alvaro Moraty i Jamesa Rodrigueza. Młodzi niewiele wnieśli. Latem przyjdą nowe gwiazdy. Może jeszcze nie Neymar i chyba już nie Robert Lewandowski. Nie wiadomo, sądząc po wypowiedziach po finale, czy zostanie Ronaldo. Spodziewam się jednak, że tym razem zamiast młodzieży przyjdą wielcy. Na pewno zostanie też Zidane mimo nieudanego sezonu La Liga. Dla niego i całego Realu Champions League to rozgrywki w domowym ogródku…

Zostaw odpowiedź