Kontuzja Niezniszczalnego, czyli Trzymaj się, Kamil!

Nie wiem czy kiedykolwiek bardziej żałowałem jakiegoś kadrowicza, któremu kontuzja przekreśliła udział w wielkim turnieju, niż teraz Kamila Glika. Oczywiście szkoda mi i Łukasza Skorupskiego, który kończąc rozgrzewkę, ostatni raz rzucił się po piłkę tak nieszczęśliwe, że uszkodził biodro i też na mundial nie jedzie. Zupełnie jak Łukasz Fabiański na ostatnim treningu w Austrii przed Euro 2012, skąd jednak płynie dla Skorupskiego pociecha, że nie wszystko stracone, kolejne turnieje przed nim.

Dla Glika żadnej pociechy nie ma. Dlatego jego żal mi inaczej, mocniej. Raz, że umyka mu mundial, spełnienie marzeń każdego piłkarza, na który czeka się latami jeśli nie całe życie. Udział Kamila w kolejnym jest mocno wątpliwy nie tylko z racji wieku. Sam przebąkiwał przecież, choć ostatecznie nie tego potwierdził, że zrezygnuje z gry w reprezentacji po mistrzostwach w Rosji.

Dwa, że tracimy jednego z dwóch najbardziej kluczowych zawodników w drużynie obok Roberta Lewandowskiego. Jeden z dwóch zębów trzonowych tej kadry. Kierownika defensywy, który za kadencji Adama Nawałki rozegrał nawet więcej minut niż Lewy. Wszystkie inne ubytki, na każdej pozycji od bramki, przez skrzydła po atak, dałoby się jakoś tam ukryć, zamaskować, zastąpić. Ale nie brak Glika. Jak będziemy wyglądać na piłkarskim weselu z taką dziurą na przedzie?

Ale najbardziej żal Glika – człowieka. Gościa, któremu kariera nigdy nie uderzyła do głowy. Który zaszedł na szczyt – do mistrzostwa Francji z AS Monaco i półfinału Ligi Mistrzów oraz na dwa (jak się wydawało) turnieje z kadrą – dzięki ciężkiej pracy, za którą nie sposób go nie cenić. A będąc na szczycie pozostał normalnym facetem, przeciwieństwem gwiazdora. Który w wakacje woli z kumplami z dzieciństwa zaszyć się na Mazurach niż w luksusowych resortach na Karaibach czy Seszelach tylko dla celebrytów.

Kibice kochają takich uroczych twardzieli, którzy na boisku zawsze dają z siebie 110 procent i nie boją się wetknąć głowy tam, skąd inni w pośpiechu cofają nogę. Glik wydawał się przy tym „Niezniszczalny” niczym bohater grany przez Bruce Willisa z filmu M. Nighta Shyamalana. Kontuzje się go nie imały, a byle siniak, nawet wielkości całego uda czy żółte od zbicia żebra to nie był dla niego powód, żeby odpuścić mecz. Jak mówił lekarz kadry, Jacek Jaroszewski odpornością na ból i wytrzymałością znacznie się różni od przeciętnego człowieka…

Zdumiały mnie natomiast pretensje niektórych kibiców oraz kolegów dziennikarzy do Kamila, że nieodpowiedzialnie ściągnął na siebie kontuzję. Bo uszkodził bark robiąc przewrotkę podczas gry siatkonogę. Znaleźli się nawet tacy, którzy porównali to z wypadkiem rajdowym Roberta Kubicy! Jakby pechowy uraz nie przydarzył się Glikowi na normalnym treningu reprezentacji tylko – ja wiem – podczas jazdy na quadach czy wspinaczki górskiej. Albo jak Bartoszowi Karwanowi przed mundialem w 2002, który zerwał mięsień dwugłowy podczas pokazowej gierki z „gwiazdami” Big Brothera.

Siatkonoga to normalny element piłkarskiego treningu. Owszem mający w sobie pierwiastek zabawy, rywalizacji z kolegami, który pozwala przełamać rutynę zajęć na długim zgrupowaniu. Ale równie dobrze mógł Glik skręcić nogę podczas gry w „dziada”. Czy utyskujący, że sam sobie winien czuliby się lepiej, gdyby kontuzję spowodował inny kadrowicz podczas wewnętrznej gierki? Ja tam się cieszę, że przy urazie Kamila nikt nie „asystował”, bo znając zapał rodaków dopiero rozlałby się hejt na sprawcę kontuzji.

Każdy trening, nie wspominając o meczach to dziesiątki upadków, przepychanek w walce o piłkę, pojedynkach główkowych, mniej lub bardziej ostrych wejść, łokci etc. Zwykły piłkarski chleb, którego smak Glik zna jak mało kto. Wypominanie mu, że pozwolił sobie na przewrotkę podczas siatkonogi, a nie np. w ostatnich sekundach meczu z Senegalem, wybijając piłkę z pustej bramki jest po prostu nieludzkie. Tak, czasem piłkarze na na treningach próbują także przewrotek. Najlepsze „nożycami” trafiają na YouTuba jak ostatnio w wykonaniu Cristiano Ronaldo czy Garetha Bale’a. Czasem, ale bardzo rzadko kończą się tak pechowo jak w przypadku Glika. Wielki niefart i tyle. Cholerna szkoda, że spotkał akurat Kamila. Trzymaj się, chłopie i dzięki za wszystko, bo bez ciebie mogłoby nas na tym mundialu nie być!

 

Zostaw odpowiedź