Pustka po Pani Irenie…

Właśnie wróciłem z pogrzebu Ireny Szewińskiej. Nadal nie mogę pogodzić się z tym, że nie ma Jej już wśród nas. Nic nie zapełni wielkiej pustki jaka po niej pozostanie…

Pożegnaliśmy bez dwóch zdań najwybitniejszego sportowca w historii Polski. I zaraz wspaniałego, ciepłego, skromnego człowieka. Prawdziwie zawstydzonego splendorem jaki na Nią spływał podczas każdej oficjalnej uroczystości czy spotkania. Nasze zachwyty odbierała jako przesadę, komplementy przyjmowała z żachnięciem. Niewygodnie czuła się na piedestale. Lepiej czuła się wśród zwykłych ludzi, niż na scenie. Z każdym chętnie porozmawiała. Zawsze uczynna, skora do pomocy

„Panie Michale, tylko bardzo proszę tym razem niech pan się nie wygłupi z tą królową polskiego sportu” – prosiła jeszcze w kwietniu, kiedy na Stadionie Narodowym miałem prowadzić panel z Jej udziałem. Oczywiście znów „się wygłupiłem”, bo inaczej po prostu nie wypadało Jej przestawić. I musiałem uciekać wzrokiem przed jej pełnym wyrzutu spojrzeniem…

Pamiętam, że kiedy zostałem dziennikarzem sportowym największą frajdą było dla mnie to, że teraz mogę osobiście spotykać legendy polskiego sportu. Wywiady z Kazimierzem Górskim, Zbigniewem Bońkiem, Wojciechem Fibakiem, Władysławem Komarem czy Włodkiem Kozakiewiczem były jak gwiazdka z nieba, zwłaszcza, że okazali się cudownymi rozmówcami. Spotkania z Ireną Szewińską jakoś się bałem. Wydawała i się zimną, niedostępną królową. Nic bardziej mylnego. Podczas rozmowy byłem onieśmielony do tego stopnia, że się zaciąłem, a Pani Irena, żeby mi pomóc… pogłaskała mnie po głowie.

***

Nie jestem pewien czy młodzi ludzie zdają sobie sprawę jaką pozycję w świecie miała Pani Irena. Była Usain Bolt swoich czasów. Taką samą ikoną lekkiej atletyki i światową gwiazdą jak dziś słynny Jamajczyk. W 1974 agencja prasowa United Press International wybrała ją najlepszą sportsmenką na świecie wraz z Mohamedem Alim. Takie wyróżnienie nie spotkało już nigdy innego polskiego sportowca.

To nie przypadek, że kiedy niedawno gościliśmy w redakcji „Przeglądu Sportowego” byłego mistrza świata w piłce nożnej, Lothara Mathaeusa i poprosiliśmy go, żeby złożył podpis na naszej „ścianie sławy”, słynny Niemiec zatrzymał się przed zdjęciem właśnie Pani Ireny. „To była największa sportowa idolka czasów mojej młodości. Czy mogę się podpisać obok?” zapytał.

Przy czym jej wielkość nie polegała wyłącznie na liczbie medali olimpijskich czy mistrzostw Europy. Była fenomenem. Niemalże w cztery lata z nieopierzonej, nigdy nie uprawiającej sportu 14-latki, która debiutowała podczas czwartków lekkoatletycznych, przerodziła się w trzykrotną medalistkę olimpijską i rekordzistkę świata.

Ale sensacyjne było i to, że wszystkie swoje najlepsze wyniki uzyskiwała na najważniejszych imprezach. Im większa stawka, im silniejsze rywalki na bieżni, tym efektowniejsze zwycięstwo i kolejny rekord świata. Iluż znamy dziś zawodników z taką odpornością ma stres? Których jupitery wielkiego stadionu i wypakowane trybuny niosą, mobilizują zamiast deprymować. Dziś martwimy się czy zawodnik da radę, czy odpali, czy nie stłamsi go atmosfera wielkiej imprezy. Unieść presję tak świetnie, żeby przekuć ją w sukces, wręcz rekord świata umieli tylko najwięksi. Jak nasza „Irenissima” – jak idealnie nadał jej przydomek mój redakcyjny kolega, Maciej Petruczenko.

***

To nie przypadek że najwybitniejsi polscy sportowcy, jak Justyna Kowalczyk, Anita Włodarczyk czy Kamil Stoch wspominając Ją dziękują, że była przy nich w najważniejszym momencie ich kariery, bo właśnie z Jej odbierali rąk złote medale olimpijskie. Pani Irena, jako członek Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego i mistrz olimpijski na każdych igrzyskach brała udział w dekoracjach medalowych. Ale zawsze wypraszała u organizatorów, by były to te z udziałem Polaków.

To nie przypadek, że przed udekorowaniem Justyny Kowalczyk złotym medalem za zwycięstwo w biegu na 30 km na igrzyskach w Vancouver, poprosiła młodszą koleżankę o… autograf. Justyna była w szoku, że z taką prośbą zwrócił się do niej jej wielki autorytet i ideał sportowca. Ale to była cała Pani Irena. Kochała sport, oddała mu całe życie i potrafiła docenić innego wielkiego zwycięzcę.

***

Od dawna wiedzieliśmy, że walczy z chorobą. Znosiła ją niezwykle godnie. Nigdy nie mówiła o niej publicznie, nie chciała niczyjej litości, ani załamywania rąk. Wolała robić swoje. Czyli być blisko sportu. Aktywna na różnych lekkoatletycznych zawodach, ceremoniach, galach, spotkaniach z kibicami.

Znając jej niezłomny duch i charakter nie dziwiłem się, że mimo bardzo złych wieści, pojechała na igrzyskach do Sochi. Gdy cztery lata później w Pjongczang znów dekorowała Kamila Stocha, byłem przekonany, że wyjdzie zwycięsko i z tego wyścigu. Jeszcze 9 czerwca widzieliśmy się na Pikniku Olimpijskim na Kępie Potockiej…

Pani Ireno, nad moim biurkiem w redakcji od lat wisi powiększony reprint okładki „Przeglądu Sportowego” z 19 października 1968 roku, z wielkim nadtytułem „Triumfalne Fanfary dla Ireny!” i tytułem „Jak błyskawica mknęła Szewińska po medal i rekord świata” po Pani sensacyjnym zwycięstwie w Meksyku na 200 m. Teraz za każdym spojrzeniem będzie raził bolesnym przypomnieniem, że nie ma już Pani wśród nas…

Jak tu zwoływać Bal Mistrzów Sportu „Przeglądu Sportowego”, który zaszczycała Pani swoją obecnością nieprzerwanie od 1965 roku? I była na nim ozdobą tanecznego parkietu? Bal bez Pani nigdy nie będzie już taki sam. Zostawiła nas Pani z wielką pustką, której nie zasypie nikt ani nic!

Zostaw odpowiedź