Bestialska narracja, czyli Tyson w reklamie Powstania

Napiszę rzecz niepopularną: nie poczułem się dotknięty, że Mike Tyson przypomniał światu prawdę o Powstaniu Warszawskim w spocie prywatnej firmy. Zupełnie nie odebrałem go jako „zbrukania męczeńskiego zrywu Polaków”, „zniewaga pamięci Powstańców”, „haniebnej reklamy”, „drwiny ze świętości” – jak komentowano powszechnie w sieci.

Zdumiała mnie aż tak gwałtowna reakcja na takie wykorzystanie ikony światowego sportu, owszem, z kontrowersyjnym życiorysem. Tłumaczę to sobie ogromnym podziałem naszego społeczeństwa w ostatnich latach. Nic już dla nas nie może być letnie, a wszystko jest albo zimne albo gorące, albo czarne albo białe…

W tej narracji Tyson został sprowadzony do „gwałciciela”, „bankruta”, ewentualnie „gwałciciela i narkomana”, ktoś pisał nawet o „bandycie”. To prawda, że ciężko znaleźć sportowca o bardziej kontrowersyjnym życiorysie niż „Żelazny Mike”. Syn nastoletniej prostytutki i alfonsa, od dziecka miał na pieńku z prawem, trafił na ulicę już w wieku 7 lat, mając 13 – do poprawczaka za rozbój (wcześniej w ręce policji wpadł aż 38 razy!

Cud, że ten wyrwany z getta chłopak w ogóle dożył do momentu rozpoczęcia bokserskiej kariery. Nic dziwnego, że sława i bogactwo go przerosły, co oczywiście nie usprawiedliwia gwałtu na kandydatce do tytułu Miss Black America, za co odsiedział trzy lata w więzieniu.

Sam o tym wszystkim opowiadał i we wstrząsającym show w Las Vegas i autobiografii „Moja prawda”, wyznając wszystkie grzechy, żałując za nie, pisząc o sobie z tamtego okresu ze sporym dystansem do własnych czynów i per „El Debilo”.

Tylko, że to zupełnie nie ma znaczenia. Nie ważne czy Tyson to nawrócony grzesznik, czy odkupił winy. Krytykom gdzieś umknęło, że to jeden z najwybitniejszych bokserów w historii tej dyscypliny, a już na pewno najbardziej działający na wyobraźnię kibiców po Mohamedzie Alim. Dzięki występom w hollywoodzkich produkcjach – ikona popkultury.

Ktoś, kogo zna cała Ameryka, więc kiedy występuje w spocie dzieląc się podziwem dla historii jakiegoś dalekiego kraju, większość mediów poświęca temu uwagę. Tyson i jego spot dostali np. pięć minut w CNN. Rzadko się zdarza, by polskie sprawy zostały odnotowane w tej amerykańskiej stacji, ostatnio udało się kontrowersyjnej ustawie o IPN, bardzo skrytykowanej przez USA.

Najważniejszy jest przekaz. Co usłyszało miliony Amerykanów? Słowa: „74 lata temu, 1 sierpnia 1944 roku, w obliczu zła, miał miejsce jeden z najodważniejszych czynów w dziejach ludzkości. Polska armia podziemna, która składała się zarówno z mężczyzn i kobiet, jak również i dzieci, powstała aby walczyć z okupującym Polskę brutalnym reżimem nazistowskich Niemiec” oraz „Jestem znany na całym świecie. Byłem niekwestionowanym mistrzem wagi ciężkiej, lecz dla mnie prawdziwymi mistrzami są ci dzielni polscy bohaterowie. Walczyli za wolność przeciwko prześladowczym i brutalnym siłom zła”.

Że – jak wielu zarzucało Tysonowi – „wydukane do kamery z promptera”? Pewnie spot można było nagrać bardziej profesjonalnie – zatrudnić reżysera, wybrać lepszą scenografię niż kanapa w salonie, no i namówić „Bestię”, żeby tekstu o Powstaniu nauczył się na pamięć. Z drugiej strony Tyson jest w tym spocie po prostu sobą, kanciastym, drewnianym Tysonem, nie aktorem, który idealnie dobierze pauzy i akcenty.

***

Kto z nas nie spotkał się w życiu z ignorancją i niewiedzą Amerykanów? Ja nawet takich, którzy na hasło, że jestem z Polski, pytali w jakim leży stanie. O wiedzy na temat II Wojny Światowej czy historii Polski nawet nie wspominam. Dlatego wykorzystanie Tysona w opowiedzeniu im naszej narracji traktuję podobnie jak pamiętną oprawę kibiców Legii sprzed roku z esesmanem przystawiającym chłopcu pistolet do skroni.

Kontrowersyjne? Bardzo? Zwłaszcza, że sam uważam iż stadiony to nie miejsca na walkę polityczną, nawet o pamięć. A jednak efekt tamtego gestu kazał mi się zreflektować. Tamten wstrząsający obraz powtórzyły wszystkie portale świata. Część z nich postanowiła zgłębić o co tym Polakom chodzi, dając notki historyczne na temat Powstania Warszawskiego. Jeśli dzięki spotowi z Tysonem dowie się o nim ileś set czy tysięcy cudzoziemców, tym bardziej było warto.

***

Krytycy zapominają, że żyjemy w czasach niezwykłej siły obrazka, mema, filmiku na YouTubie. Zupełnie nie zgadzam się z Jakubem Majmurkiem, publicystą „Krytyki Politycznej”, który napisał na łamach wp.pl, że „pamięć Powstania Warszawskiego nie potrzebuje zużytych celebrytów i gadżetów”. Ależ właśnie w dzisiejszych czasach potrzebuje ich jak najbardziej! Inaczej się nie przebije, zostanie zapomniane, zwłaszcza zagranicą.

W dawnych czasach pamięć o wydarzeniach i postaciach historycznych istniała sama przez się. Dziś potrzebuje szczególnej narracji, działającej na wyobraźnię. Gadżetów, patriotycznych koszulek, opraw, stylistyki gier komputerowych, filmików, które warte będą podania dalej.

Oczywiście niech nadal powstają mądre książki, Muzeum Powstania Warszawskiego niech tworzy kolejne świetne wystawy. Ale niech młodzi ludzie nagrywają w Muzeum instastory. Niech powstają filmy klasy „Róży” Wojciecha Smażowskiego, ale i „Miasto 44” Jana Komasy w stylistyce teledysku z piosenką Lany Del Rey na końcu.

Liczy się więc tylko „efekt Tysona”. To, że ktoś tak odległy kulturowo, tak znany na świecie promuje tak istotną dla Polski narrację historyczną. Jeśli on mówi na cały głos: „chwała waszym bohaterom!”, to ja mówię wraz z nim.

Zostaw odpowiedź